Rose schodziła po kamiennych stopniach, ślizgając się na ich zdradzieckiej powierzchni. Parę razy była bliska upadku. Ciężko jest wiedzieć dokąd się idzie, kiedy oczy wypełnione są łzami, a w głowie szumi ten sam wiatr, który szarpie masywnymi koronami wiekowych drzew. Dziewczyna trzęsła się z zimna, ale przeszła obok czekającego na nią samochodu, nie zwracając uwagi na zaniepokojonego Reya. Drżała nie tylko z powodu temperatury. Próbowała uciec jak najdalej od gabinetu doktora Lectera, gdyż cały czas czuła na sobie jego wzrok. Miała wrażenie, że gdy tylko ten mężczyzna na nią spojrzał, od razu poznał wszystkie jej sekrety, które tak rozpaczliwie ukrywała w głębi siebie. Lecter miał w sobie coś takiego, że tylko dużym wysiłkiem woli powstrzymała się od powiedzenia mu o swoich problemach.
A kilka by się znalazło.
Kiedy Rose straciła rodziców, zwykle nie przebywała w jakimś miejscu dłużej niż parę miesięcy. Tylko w Utah spędziła trzy lata. Żyła na utrzymaniu wuja, który zbyt często podróżował, by mogła na dłużej zagrzać gdzieś miejsce. Benedict Hamilton należał do koncernowych magnatów, odpowiadał za produkcję roślin i nawozów na światową skalę. Opiekował się Rose tylko dlatego, że sąd uznał go jako jej najbliższą rodzinę. Dziewczyna nie interesowała go w najmniejszym stopniu, jednak dzięki niemu mogła chodzić do najlepszych szkół i robiła to, co chciała. Dopóki nie sprawiała problemów. A pojawiły się one gdy skończyła siedemnaście lat. Zaczęło się od jedzenia, którego z niewiadomych przyczyn postanowiła odmawiać, stała się drażliwa, wybuchała z najbardziej błahych powodów.
Z ładnej, młodej dziewczyny przeobraziła się w kłębek nerwów, który z każdym dniem tracił na wadze i duchu. Lekarze nie byli pewni przyczyny jej dolegliwości. Wykluczyli anoreksję, stawiając na postępującą depresję. Przez wiele osób Rose została skreślona. Ratunkiem stał się dla niej teatr i opera. Spędzała w tych miejscach całe dnie, oglądanie sztuk stało się balsamem na jej rany.
Ze słonecznego południa przenieśli się do Baltimore. I tak kolejni lekarze skierowali ją do kolejnego specjalisty. Los chciał, by trafiła na doktora Hannibala Lectera.
Otrząsając się z myśli, dziewczyna z nagłym niepokojem zauważyła, że nie poznaje okolicy w której się znalazła. Okna sklepowe zasłonięte były ciężkimi zasłonami, co czwarta, czasem co piąta latarnia oświetlała ulicę. Tymczasowa posiadłość wuja znajdowała się w dość dużej odległości od centrum Baltimore, a Rose uświadomiła sobie, że zgubiła się w obcym mieście. Nie chciała ryzykować wezwania taksówki. Wiedziała, że Rey dostał pilne wezwanie od wuja. Próbowała znaleźć drogę, którą przyszła, ale każda ulica wyglądała tak samo. Dziewczyna zaczęła wpadać w panikę. Krążyła po coraz bardziej podejrzanych okolicach.
W końcu przystanęła na skraju dużego parku, teraz tak ciemnego, że nie widziała jego końca. Oddech miała ciężki, nogi i płuca nieprzywykłe do długich marszy postanowiły wspólnie odmówić posłuszeństwa. Rose zaczęła się zastanawiać, czy zaryzykować przejście przez park, czy może spróbować go okrążyć, gdy ich usłyszała. Kilku mężczyzn, wyraźnie spitych i rozdrażnionych zmierzało w jej kierunku, odcinając drogę jakiejkolwiek ucieczki. Nie mając innego wyjścia, musiała wejść pomiędzy ciemne drzewa.
W duchu podziękowała pogodzie za zesłanie śniegu i jednocześnie ją przeklęła. Biały puch całkowicie tłumił jej kroki, ale również utrwalał ślady. Równie dobrze mogła trzymać wielki transparent z napisem „JESTEM TUTAJ!"
Park był ogromny.
Dziesiątki ścieżek przecinających się w dziwnej symetrii, której nie rozumiała. Dziewczyna słyszała ich głosy, kiedy przedzierała się przez zarośla. Pierwotny instynkt,
który pamięta czas, kiedy to człowiek był ofiarą, zawładnął jej umysłem. Straciła poczucie czasu i miejsca, biegła ile sił w nogach a w uszach szumiała jej tylko krew i własny urywany oddech. Zatrzymała się dopiero wtedy, gdy nie słyszała niczego poza zwykłymi dźwiękami nocnego lasu. Nie było żadnej pogoni. Mężczyźni nawet jej nie zauważyli. Umysł Rose przystosowany był do ucieczki, więc uznał to za najlepszą opcję i tym razem. W żyłach dziewczyny jeszcze płynęła adrenalina, jednak emocje zaczęły powoli opadać. Nagle poczuła, że jest jej przeraźliwie zimno. Drżąc na całym ciele zaczęła przedzierać się tam, gdzie według niej najprawdopodobniej znajdywało się wyjście. Dookoła było tak ciemno, że nie widziała swojej dłoni, gdy wyciągała ją przed siebie. Panowała martwa cisza. Znowu zaczął padać śnieg. Duże, ciężkie płatki spadały wokół drzew.
Rose zawsze zastanawiała się nad naturą zimy i śniegu. Dla niej zima uosabiała samą śmierć. Była bezdźwięczna, lodowata i bezlitosna. Wysysała życie z wszystkiego w co się wczepiła. Dziewczyna brnęła przez zaspy, które zdawały się nie mieć końca. Teraz każdy krok opłacała niewyobrażalnym wysiłkiem.
Widziała światła ulicy, jednak były one tak daleko…
Tak daleko…
Gardło paliło ją żywym ogniem. Drzewa dwoiły się i troiły, przybierając najdziwniejsze formy. Latarnie były coraz bliżej, widziała samochód, który z trudem przedzierał się przez zamieć. Zatrzymał się na skraju parku. Ktoś z niego wyszedł i wszedł pomiędzy drzewa.
Z jej gardła wydarł się przeciągły jęk i zaraz potem zdradziła ją noga, która poślizgnęła się na lodzie i wygięła pod dziwnym kątem. Rose zamiast miękko upaść na śnieg, ciężko stoczyła się ze zbocza, którego nie zdołała w porę dostrzec. Nim zdołała zaczerpnąć powietrza, uderzyła plecami w zamarzniętą powierzchnię małej sadzawki. Siła z jaką jej plecy spotkały się z lodem, zassała cały oddech.
Dziewczyna zdążyła tylko zobaczyć nad swoją głową gwiazdy, nim lód pękł z trzaskiem pod ciężarem jej ciała. Zamiast lodowatego mroku czekał tam na nią gorejący ogień, który pochłaniał każdą najmniejszą cząsteczkę jej ciała. Młóciła rękami i nogami, próbując się unieść, ale kawałek tafli uderzył ją w czoło, rozcinając je głęboko. Zamroczyło to umysł Rose, ale brak powietrza rozsadzający jej płuca okazał się silniejszym bodźcem. Mimo ubrania, które zdawało się teraz być zrobione z ołowiu, udało jej się wymacać krawędź lodu i ciągnąc z całej siły wynurzyła się z wody. Tafla przecięła jej dłoń głęboko, odsłaniając połyskujące w świetle zamglonego księżyca ścięgna, które wyglądały jakby zrobione były z masy perłowej. Dzięki niskiej temperaturze dziewczyna nie czuła niczego, działała ona jak środek znieczulający. Wyczołgała się z wody, kaszląc przy tym potwornie.
Jej ręka pozostawiła na śniegu czarne, parujące smugi. Przetoczyła się na plecy, wystawiając twarz na oślepiające światło księżyca. Tym razem nie zobaczyła gwiazd, tylko to światło, które tak bardzo kłuło jej oczy… Okazało się latarką. Rose widziała swoją matkę, owionął ją jej ciepły oddech, odpływała…
- Nie zasypiaj, dziewczyno! Otwórz oczy! Nie możesz zasnąć!
Nie… Mama na nią nie krzyczała… Tylko wtedy, gdy mała Rose wchodziła bez pukania do jej pokoju. Nieznośna, niemądra dziewczynka! Ale to nie była mama… To był mężczyzna. Duży, dorosły.
- Nie, wuju, będę grzeczna… Nie chcę iść z tobą do pokoju, tam jest ciemno i boli…
- Cholera, Rose! Spójrz na mnie!
I spojrzała. Przez mgłę zobaczyła oczy, które wpatrywały się w nią intensywnie. To nie były oczy wuja. Poczuła, że unosi się w powietrzu. Jej głowa zaciążyła do tyłu, jakby ważyła tonę, by zaraz oprzeć się o coś. Na policzku poczuła oddech, który był potwornie gorący i parzył jej skutą lodem skórę. Ponownie zaczęła tracić przytomność. Nie myślała normalnie, jej umysł rejestrował tylko małą część świata, reszta do niej nie docierała. Kiedy znalazła się na ulicy, światło płynące od nielicznych latarni ponownie ją oślepiło, dzięki czemu lekko oprzytomniała. Naraz dziewczyna zorientowała się, że jest przez kogoś niesiona. Rytm kroków odbijał się w jej czaszce jak kamień w pustej puszce, pulsując przy tym niemiłosiernie.
Ciepło… Ocknęła się w samochodzie. Spiker w radio bełkotał coś o wysokim procencie bezrobocia, a Rose chciało się śmiać do rozpuku. Cały czas ogarniało ją wszechobecne ciepło, które spowijało ją niczym puchowa pierzyna. Kolejny raz odzyskała świadomość na schodach, znów przez kogoś niesiona. Znalazła się w dziwnie znajomym pomieszczeniu, co wzbudziło w niej lekki niepokój. Nagle coś dotknęło jej ucha.
- Rose, bardzo mi przykro, ale żeby ci pomóc, będę musiał częściowo cię rozebrać. Musisz to zrozumieć.
Delikatne dłonie zdjęły z niej szal i płaszcz, które pokrywała lodowa warstwa. Dziewczyna skupiła rozbiegany wzrok na twarzy mężczyzny. W jej głowie pobrzmiewało nazwisko, teraz dziwnie nieznaczne.
- Jesteś zupełnie wychłodzona, jak... …całe szczęście, że jednak za tobą pojechałem.
Została w samej bieliźnie.
- Teraz może zapiec, musisz to znieść.
Ponownie będąc w powietrzu, myślała o ptakach.
- Uważaj…
Słodkie ciepło zamieniło się w morze ognia. Jej otępiony umysł został pobudzony tak, jak narowisty koń reaguje na silną łydkę przyozdobioną ostrogą. Rose przebudziła się momentalnie. Znowu była w wodzie, teraz gorącej jak lawa. Podpierała się o krawędź ogromnej wanny wypełnionej płynnym ogniem. Zawyła z bólu i spróbowała wstać, ale czyjeś ręce przytrzymały ją w miejscu. Nieznany, wysoki dźwięk, który odbijał się od ścian okazał się jej krzykiem.
- Rose, zaufaj mi, ta woda ledwo jest ciepła. Dla ciebie na pewno jest jak wrzątek, twoja skóra jest zimna jak lód… Straciłaś mnóstwo ciepła. Zdaje się, że również nieco krwi.
Znowu ręka, tym razem z czymś miękkim. Zdążyła tylko spojrzeć głęboko w oczy Hannibala Lectera. Osunęła się do wody i jej umysłem zawładnęła ciemność.
