Hej! :)
Moja beta ma problem z komputerem, a nie chcę trzymać was w oczekiwaniu, więc chwilo rozdział poprawiony tylko przeze mnie. Mam nadzieję, że nie wypadnie beznadziejnie. ;) Będę wdzięczna za wypisanie w komentarzach literówek, jeśli jakieś wyłapiecie. :)
Ruda098, mam nadzieję, że przydział spełnił oczekiwania. :)
Lilu. f, autorka opisuje lata szkolne Harry'ego dość szybko, więc nie powinno być problemu z ciągnącym się wiecznie opisem tego, co znane. Rozdział osiemnasty, ostatni opublikowany z anielskich, ma miejsce już w trakcie 3 roku, więc nie jest tak źle. ;)
Cookieseater, o Peterze nie zdradzę, bo spojlerować nie wypada. ]:-
Sier, MS Office w końcu zainstalowany, więc literówki powinny zniknąć. Niemniej dzięki za wskazanie alternatywy :)
Tri, Dumbledore nie jest tu na razie wybitnie dobry lub zły, okaże się to raczej w późniejszych rozdziałach. Co do paringu: mam plany tłumaczyć kolejne fiki z ta parą, mam nadzieję, że trafią w twój gust :)
Inez89, co do fiołków nie mam niestety pewności, ale wydaje mi się, że pojawiły się w myślach Snape'a - bo gdyby Severus rzeczywiście stał na peronie z bukietem fiołków masowe ataki paniki wśród uczniów nie przeszłyby bez echa. ;)
Harry rozejrzał się po rozległym, zatłoczonym holu wejściowym. Nagle tęsknił za cichą, kojącą obecnością Liścia i równie spokojną obecnością lasu. Wszędzie wokół niego były dzieci, wszystkie w identycznych czarnych szatach, i naraz Harry czuł się dziwnie, jakby wylądował w samym środku stada kruków. Pamiętał, że zdarzyło mu się coś podobnego, gdy był bardzo mały. Odkrywał nową część lasu i nagle wpadł na jakieś zebranie ptaków. Te były zaskoczone jego niespodziewaną obecnością i zaczęły fruwać i trzepotać wokół niego dopóki nie rozpłakał się ze strachu. Teraz, oczywiście, nie zamierzał płakać, ale miał to samo wrażenie zbytniego zatłoczenia. Niektóre z dzieci również były blade; prawdopodobnie one też nie lubiły wielkich tłumów ludzi.
Ron uśmiechnął się do Harry'ego przyjacielsko, chociaż sam też nie wyglądał zbyt pewnie.
- Denerwujesz się, Harry?
- Lekko - szepnął Harry. - A ty?
Ron kiwnął głową.
- Tak, trochę. - Jego piegi wydawały się ciemniejsze na jego niespodziewanie bladej skórze. - Co jeśli przydzieli mnie do Slytherinu?
- Nie chcesz być w Slytherinie? - Harry przejrzał fragmenty "Historii Hogwartu" i wiedział o czterech domach. - Czemu? Myślę, że zielony to śliczny kolor.
- Naprawdę? - Ron po prostu spojrzał na niego z na wpół otwartymi ustami, ale chłopiec stojący przed nimi obrócił się, gdy usłyszał co Harry powiedział, i uśmiechnął się lekko.
- Lubisz zielony, prawda? - Chłopiec miał drobną, szpiczastą twarz i włosy koloru złotego słońca, które czasem widuje się w zimowe popołudnie. Uśmiechał się, ale nie wychodziło mu to zbyt dobrze; uśmiech nie sięgnął jego szarych oczu, zupełnie nie, tylko zaigrał w kącikach jego ust nim zniknął.
Harry kiwnął głową.
- Tak, zielony to mój ulubiony kolor. - Przełknął ślinę. Zaczynał naprawdę tęsknić za cudowną zielenią lasu. Tu w szkole było tak dużo kamienia. Jednak gdy wchodzili do zamku oczy Harry'ego szybko dostrzegły ciemny las w oddali w czasie i miał zamiar zbadać go w ciągu najbliższych dni. Może znajdzie tam kogoś miłego go rozmowy?
Złotowłosy chłopiec mierzył twarz Harry'ego uważnym wzrokiem.
- To prawda, co mówili w pociągu? Naprawdę jesteś Harrym Potterem, chłopcem który przeżył mordercze zaklęcie? Harry Potter przybył do Hogwartu?
- Tak, jestem Harry. - Harry wyciągnął dłoń w przywitaniu. - Nie pamiętam przeżywania uśmiercającej klątwy, ale chyba musiało tak być, bo by mnie tutaj nie było, prawda?
- Prawda... - Chłopiec potrząsnął dłonią Harry'ego własną, o drobnych zimnych palcach. - Jestem Malfoy, tak w ogóle. Draco Malfoy.
Ron wywrócił lekko oczami na to imię i chłopiec naskoczył na niego:
- Myślisz, że mam śmieszne imię co? O twoje nie muszę pytać. Rude włosy i znoszone szaty - musisz być Weasley! - Odwrócił się nagle do Harry'ego. - Zrozumiesz, że niektóre rodziny czarodziejów są lepsze od innych, Potter.
- Lepsze? Lepsze w czym?- Zapytał Harry z zaciekawieniem i Ron zachichotał krótko.
Draco zamarł.
- Po prostu... lepsze. Nie chcesz przyjaźnić się ze złym rodzajem, Potter. Mogę ci z tym pomóc.
Harry czuł się bardzo skołowany. Draco brzmiał bardzo pomocnie, ale Harry nie mógł za nic odkryć w czym chłopiec starał mu się pomóc.
- Zły rodzajem czego?
Chwilę później Harry odetchnął z ulgą, słysząc pobliżu cichutki, znajomo brzmiący głos. Ktoś mówił Ropuszym! Harry spojrzał w dół zaciekawiony i zauważył małego, brązowego ropucha siedzącego na wzorzystej kamiennej podłodze. Harry podniósł go szybko, żeby nie skończył rozdeptany i ropuch wyrzucił z siebie długi potok podziękowań. Trochę wszystko wyolbrzymiał, jak to ropuchy, i Harry zarumienił się lekko na te przesadzone frazy spadające na niego ze strony małego stworzenia.
Ron zerknął na ropucha ze znużeniem.
- Ropucha? Jesteś pewien, że prawdziwa, Harry? Nie zmieni się w jakiegoś mrocznego czarodzieja czy coś?
Harry pokręcił krótko głową.
- Och, nie, jest prawdziwym ropuchem. Szuka chłopca o imieniu... Och, litości, mógłby mówić odrobinę wolniej. To naprawdę trudne zrozumieć ropuchy, kiedy zaczynają się czymś ekscytować.
- Trevor! - wykrzyknął chłopiec o okrągłej twarzy stojący obok, a ropuch wyskoczył Harry'emu z rąk i wylądował na głowie tego chłopca z zadowolonym urpnięciem. Najwyraźniej to jego szukał, a chłopiec zdjął ropucha z głowy delikatnie i spojrzał na niego czule. - Myślałem, że cie straciłem, Trevor! - Jego głos leciutko drżał.
Harry zastanowił się przez chwilę czy powinien powiedzieć temu chłopcu, że według ropucha jego imię brzmiało bardziej Rp niż Trevor, ale po chwili zrezygnował. Możliwe, że Trevor był jakimś przedłużeniem Rp?
Starsza czarownica ze stacji pojawiła się w drzwiach i po tłumie przeszedł szmer. Przedstawiła się jako "Profesor McGonagall" i wyjaśniła im, że zostaną przydzieleni do swoich domów.
- Proszę, nie Slytherin... - mamrotała Hermiona pod nosem. Profesor McGonagall okazała się mieć świetny słuch i spojrzała na nią krótko, a na jej twarzy pojawił się leciutki uśmiech. Otworzyła dębowe drzwi i wprowadziła oczekujące dzieci do ogromnej kamiennej sali. Setki uczniów już siedziały przy długich drewnianych stołach i Harry z ulgą zobaczył znajomą, bladą twarz profesora Quirrella przy stole dla nauczycieli na przedzie sali. Uśmiechnął się do niego, ale płochliwy profesor odwrócił się wstydliwie. Harry westchnął. Jak ma kiedykolwiek poznać tego cudownego profesora i jego odłamek, skoro był on zbyt wstydliwy by nawiązać kontakt wzrokowy?
Ceremonia przydziału był najdziwniejszą rzeczą jakiej Harry być świadkiem. Dzieci były wywoływane na przód sali jedno po drugim, żeby usiąść na małym drewnianym stołu. Wtedy profesor McGonagall wkładałam im po kolei na głowy stary, postrzępiony kapelusz, a na koniec kapelusz wykrzykiwał nazwę przydzielonego domu! Harry po raz pierwszy spotkał mówiący kapelusz i był nim oczarowany. Zerknął szybko na swoje swe ciemne szaty, trochę oczekując, że też przemówią, ale tego nie zrobiły.
Hermiona została natychmiast przydzielona do Gryffindoru i wydawała się tym zarówno zaskoczona jak bardzo zadowolona. Draco Malfoy został przydzielony do Slytherinu i Harry zauważył, że jego uśmiech był coraz lepszy; teraz sięgał całej twarzy.
- Powodzenia! - Mruknął Ron, gdy nadeszła kolej Harry'ego, a ten odwzajemnił uśmiech.
Harry usiadł na małym stołku, tak jak pokazała mu McGonagall, i zerknął na kapelusz w jej rękach. Nie, nie było w tym żadnych sztuczek. To sam kapelusz musiał mówić. Cóż za cudowna magia! Harry całym sercem pragnął nauczyć się tych zaklęć jak najszybciej - wyobrażał sobie miny Liścia i Rózga, gdyby zrobił im mówiące czapki na zimę! Byliby zachwyceni, jeśli tylko czapki pamiętałyby o zachowaniu ciszy podczas wypraw na ryby.
- Powodzenia, Harry! - Szepnęła profesor McGonagall i delikatnie umieściła kapelusz na jego głowie.
Ku zaskoczeniu Harry'ego, głęboki głos rozbrzmiał momentalnie - w jego głowie! Kapelusz mówił do niego bezgłośnie tak jak Odłamek, gdy miał rozmowniejszy nastrój. Harry niemal zaśmiał się głośno z zachwytem. To byłby świetny kapelusz na ryby! Och, miał taką nadzieję, że nauczy się tworzyć jemu podobne!
- Na brodę Godryka! - W głowie Harry'ego zabrzmiał głęboki głos. – Co, na Merlina...? No, to będzie przydział stulecia! Na Merlina, czym ty jesteś, dziecko?
- Jestem Harry - pomyślał Harry uprzejmie. - Przyjaciel, który ukrywa się w tyle umysłu to Odłamek. Jest dziś trochę nieśmiały.
Kapelusz odetchnął głęboko, jakby próbował się uspokoić, a ze starego materiału wzniosła się chmura pyłu.
- Jak, w imię Merlina, mam cię przydzielić? Oraz twojego przyjaciela, jak sadzę, chociaż nie ma zbyt wielu wątpliwości gdzie on przynależy. Byłoby absurdem nie umieścić cię w Ravenclawie, skoro znasz więcej magii niż czterej założyciele razem wzięci, ale posiadasz też odwagę tak wielką, że graniczy z głupotą, kochasz każde żyjące stworzenie równie głęboko co Helga Hufflepuff. Twój ranny przyjaciel, z którym dzielisz umysł to najczystszy ślizgon jakiego widziałam... Więc gdzie mam cie niby umieścić? Jesteś nieprzydzielalny.
Harry zamyślił się na moment.
- Może mogłabyś umieścić mnie po trochu w każdym domu, a ja przenosiłbym się z jednego do innego co kilka dni czy coś? Trochę jak migrujące ptaki?
- Nie - powiedział ostro kapelusz w głowie Harry'ego. - Absolutnie nie! To nie podlega dyskusji. Jestem Tiarą Przydziału, a nie przeklętym agentem podróżniczym. Ja przydzielam. To moja praca i zajmuję się nią od dnia wyznaczenia do tego przez założycieli. - Po tym kapelusz zamilknął na chwilę.
Harry spojrzał w górę i zobaczył, że McGonagall wpatruje się w niego bez przerwy; z jakiegoś powodu wyglądała na naprawdę zdenerwowaną.
- Więc co robisz jeśli nie przydzielasz? - pomyślał Harry do kapelusza konwersacyjnym tonem. - Chodzisz czasem na ryby?
- Zdecydowanie nie - pomyślał kapelusz, trochę oschle. - Jestem nasycona świadomością wszystkich czterech wielkich założycieli Hogwartu i z pewnością nie chadzam na ryby. Pomiędzy przydziałami odpoczywam na półce w gabinecie dyrektora i dumam nad wspaniałymi tajemnicami życia.
- Rozumiem! - Harry zaczynał wszystko pojmować. - Znam niedźwiedzie, które robią to samo każdej zimy. Dumają, znaczy się. Lubią jednak polować na ryby wiosną. Zabiorę cie kiedyś na ryby jeśli chcesz.
- Nie, dziękuje. - Harry wiedział, że kapelusz jednak o tym myślał. - Teraz, wróćmy do przydzielania, młodzieńcze. Ja... obawiam się, że zabiłeś mi ćwieka. Tak, zabiłeś mi ćwieka! Po raz pierwszy od tysiąca lat Tiara Przydziału jest gotowa się poddać. Mógłbyś... mógłbyś po prostu wybrać sobie dom, ale udamy, że to była moja decyzja? Nie chcę stracić reputacji, wiesz. Jeśli zaczną się plotki, że Tiara Przydziału traci wyczucie mogę równie dobrze zrezygnować i stać się kapeluszem na ryby. Więc w którym domu chciałbyś być, młody Harry?
Harry nie zastanawiał się zbyt długo. Wszystkie domy brzmiały przyjemnie, ale czuł jak Odłamek kręci się niecierpliwie w tyle jego umysłu, szepcząc w Wężym. Było tylko jedno miejsce, w którym byłby szczęśliwy.
- Slytherin, proszę! - Pomyślał Harry.
Kapelusz westchnął.
- Och, niech to. Pewnie powinnam była poprosić McGonagall o rzut knutem. Slytherin? Jesteś tego pewny? Twój przyjaciel w głowie z pewnością jest ambitny i chytry, ale ty...? W porządku - miej to po swojemu. SLYTHERIN!
Niespodziewana cisza zapadła w sali, a Harry poczuł na sobie wzrok setek par oczu.
- Co? - McGonagall wyglądała jakby miała zemdleć. - Jesteś... jesteś tego pewna?
- Tak, jestem pewna - mruknął drażliwie kapelusz. - Co, myślisz, że nie wiem jak przydzielać ludzi? Myślisz, że mam swoje lata i zaczynam tracić wyczucie? Powiedziałam Slytherin i mam na myśli Slytherin.
Harry wstał i podał kapelusz profesor McGonagall, która wciąż była śmiertelnie blada. Skierował się do stołu Slytherinu. Przez salę przeszedł pomruk. Draco uśmiechał się lekko, a blady, ciemnowłosy nauczyciel z pociągu wpatrywał się w Harry'ego uważnie.
- Hej! - Szepnął kapelusz.
- Co? - Harry odwrócił się.
- Jeśli... jeśli mówiłeś poważnie o... o pójściu razem na ryby, po dzisiejszej nocy jestem wolna - mruknął kapelusz, a Harry mógłby przysiąc, że postrzępiony materiał zmarszczył się lekko w zażenowaniu. - Mam na myśli, jeśli kiedyś byś się nudził i potrzebował towarzystwa przy łowieniu.
- W porządku! - Harry uśmiechnął się, a McGonagall opuściła wzrok na kapelusz w zastanowieniu.
Reszta ceremonii przydziału przebiegła bez przeszkód do czasu kolejki Rona. Był blady jak śnieg gdy go wywołano i trząsł się na nogach gdy podchodził do stołka, ale gdy na nim usiadł, to jego twarz wyrażała determinację. Po chwili, która dłużyła się w nieskończoność Tiara Przydziału powiedziała w końcu, niemal zrezygnowanym głosem:
- Więc dobrze. Slytherin!
- Co? - McGonagall spojrzał na kapelusz. - Nie! To nie może być właściwe. To Weasley, Na Merlina!
Moment później dwóch identycznych, rudych chłopców zerwało się od stołu Gryffindoru, wdarło na przód sali i powaliło kapelusz na ziemie, przyciskając go do niej.
- Odszczekaj to! - Krzyknął jeden.
- Wiesz, że to gryfon! - Wrzasnął drugi.
- CHŁOPCY! - McGonagall wyrwała im kapelusz. - Doskonale rozumiem wasze uczucia, panowie, ale w tej chwili nie mamy innego wyboru jak przyjąć decyzję tiary dopóty, dopóki nie dowiem się co leży za niespodziewanymi przydziałami tego wieczoru. Z powrotem na miejsca, już!
Urywane oklaski powitały bliźniaków Weasley, którzy wrócili do stołu Gryffindoru z minami zbitych psów, a Ron, który opadł na miejsce obok Harry'ego przy stole Slytherinu, był czerwony jak mak.
Dormitorium Slytherinu było najcudowniejszym miejscem jakie Harry kiedykolwiek widział, czuł też, ze Odłamek jest równie podekscytowany. Dom, szeptał jego umyśle, domdomdom.
Dormitorium było kamienną jaskinię położona głęboko w samym sercu zamku, pozbawioną okien na zewnątrz. Ktokolwiek to projektował musiał być bardzo zmyślny i zapobiegawczy; śpiąc tutaj uczniowie byli doskonale chronieni od dzikich zwierząt i drapieżnych bestii. Harry nie był do końca pewien czy takie środki ostrożności były konieczne, bo nie wiedział żadnych niebezpiecznych zwierząt, ale nadal doceniał troskliwość budującego. Srebrzyste lampy z ciemnozielonymi abażurami rozsyłały po dormitorium delikatne, zielonawe światło, a bogato zrobione, drewniane łóżka były przykryte śliczną, srebrną pościelą i puchatymi poduszeczkami barwy paproci. Srebrne tapety pokrywał wzór zielonych węży i Harry zrozumiał, że ktokolwiek urządził te wspaniałą sypialnię, musiał uwielbiać te gady.
- Tak się cieszę, że też jesteś w Slytherinie! - Szepnął do Rona, gdy już obaj znaleźli się w zielono-srebrnym dormitorium. - Martwiłem się, że trafisz gdzie indziej, bo nie wydawałeś się zbytnio lubić zielonego.
- No wiesz... - Głos Rona drżał lekko, a on sam wyglądał trochę blado. - Nadal za nim nie przepadam, ale nie mogłem pozwolić ci wleźć do Slytherinu samemu, jak... jak pisklę w stado węży. Wyjaśniłem to profesor McGonagall, jak złapała mnie po kolacji, i chyba rozumie. W sumie, to powiedziała, że zachowałem się jak prawdziwy gryfon... dziwne, nie?
Draco Malfoy szybko przeszedł do sprawy łóżek i tego, kto śpi na którym w dormitorium Slytherinu.
- Biorę łóżko obok drzwi, rzecz jasna - poinformował wysokiego chłopca o imieniu Blaise. - Mój ojciec w nim spał jak był w Hogwarcie, i jego ojciec też.
Blaise kiwnął głową, z miejsca akceptując prawo Draco do gustownie rzeźbionego łóżka przy wejściu.
- To ja wezmę tamto; chyba spał w nim kiedyś jeden z moich wujków. - Opadł na jedno z wolnych posłań. - Crabbe i Goyle mogą wziąć te z tyłu; nie wyglądają mi na ranne ptaszki.
Draco rozejrzał po dormitorium z niezadowoleniem.
- Jest więcej uczniów na roku niż normalnie. - Zerknął na Harry'ego i Rona, odrobinę zakłopotany. - Czyli wszystkie łóżka muszę być zajęte, nawet... - Urwał, wpatrując się w piękne łóżko ozdobione wzorem rzeźbieniem w kształcie węży, które stało samotnie w wrogu. - Nawet łóżko Toma Riddle'a. Ojciec mówił, że zwykle nikt nie spał w jego łóżko, z szacunku. Wyobrażasz sobie spać w łóżku, którego on używał?
Blaise przełknął.
- Nie, w życiu. Ale wygląda, że w tym roku ktoś będzie musiał... ale na pewno nie będę to ja, tyle ci powiem.
- Kim jest Tom Riddle? - Harry podszedł do łóżka z wężowym rzeźbieniem i przesunął dłonią po ślicznych wzorach na ciemnym drewnie.
Draco spojrzał na niego śmiesznie.
- Nie wiesz kim...? Och, racja: mówili, że wychowałeś się w dziczy czy coś, Potter. Tom Riddle to imię, którego on kiedyś używał. Czarny Pan. Sam-Wiesz-Kto.
- Naprawdę? - Harry ożywił się. - Wezmę to łóżko. - Przyciągnął kufer do nóg mebla i zaczął się rozpakowywać. Wyobraźcie sobie, spać w łóżku, które należało do tajemniczego bezimiennego czarodzieja! Będzie w nim miał najpiękniejsze ze snów.
- Chcesz spać w łóżku Sam-Wiesz-Kogo? - Ron wytrzeszczył oczy. - Jesteś pewien, że to dobry pomysł, Harry?
- Tak. - Harry przesunął dłonią po jedwabnej pościeli. Miała kolor posrebrzonej światłem księżyca rzeki i czuł jak sam odcień cieszy Odłamka. Co za dziwaczny i cudowny zbieg okoliczności, że bezimienny czarodziej, który sypiał w tym łóżku używał imienia Tom, tak jak chłopiec, o którym Odłamek lubił rozmyślać! Tak, im dłużej Harry o tym myślał, tym bardziej był pewien, że to dobre łóżko dla ich obu.
Później tej nocy, w innej części zamku, młody profesor leżał bezsennie w łóżku. Czuł jak jego pan wierci się w tyle jego głowy, rozsyłając w jego umysł fale zdezorientowania i wściekłości.
- Co cię dziś trapi, panie? - wyszeptał profesor w ciemność, luzując lekko turban. - Znów pochłaniają cię mroczne sny i wizje?
- Cisza, sługo. - Głos jego pana brzmiał na poirytowany. - I przestań myśleć o tych srebrnych smokach, tych które pojawiły się w oknie sierocińca i zabrały ze sobą chłopca. Ten chłopiec to ja i wiem, że nie było żadnych smoków.
- Ja... ja nie wiem o czym mówisz, panie. - Quirrel zadrżał ze strachu. - To nie są moje myśli. Czemu miałbym rozmyślać o srebrnych smokach? Ja... ja sądzę, że myśli pochodzą od ciebie.
- Oczywiście, że nie, ty głupcze. Czemu miałbym myśleć o tak pozbawionym znaczenia bezsensie? Teraz bądź cicho, żebym mógł odpocząć.
- Tak, panie.
Jednak z jakiegoś powodu ani pan, ani sługa nie spali dobrze tej nocy, zupełnie przeciwnie do małego chłopca, który śnił spokojnie z uśmiechem na twarzy na starym łóżku Toma Riddle'a.
