Mieszkanie z Castielem było dziwne. Nie chodziło tylko o samo zachowanie mężczyzny, który stanowił dziwną mieszankę delikatności, a zarazem męskości. Co do ostatniego Dean nie miał wątpliwości odkąd zobaczył jak Cas własnoręcznie poradził sobie z jakimś typkiem spoza miasta, który próbował wciągnąć Beth na swoje kolana. Facet wyleciał z baru na mokrą ulicę zanim ktokolwiek inny zdążył powiedzieć 'Dimondale'.
Mieszkanie z Castielem było dziwne, bo stanowiło coś naturalnego. Byli dopasowani. Sammy przeważnie warczał na niego za bałagan, Cas dawał mu przestrzeń i we własnym pokoju mógł mieć wyciągnięte wszelkie ubrania i porozrzucane po całej powierzchni.
Sammy warczał na niego za włóczenie się o dziwnych godzinach, a Cas po prostu dał mu klucze. Castiel też nie protestował, gdy Dean po prostu miał ochotę zajrzeć do jego tajemnego księgozbioru i przejrzeć go pod kątem rzeczy przydatnych do czytania. Nawet jeśli oznaczało to, że Winchester po prostu powyciągał z jego półek przypadkowe książki i nie odłożył ich na miejsce.
Castiel nie wyglądał na zirytowanego, gdy znalazł kubeczki w szafce na talerze. W zasadzie nawet podziękował Deanowi za próby wymycia naczyń.
I Cas, gdy czytał nie robił tego dziwnego czegoś, co robił Sam, a co było naprawdę irytujące. On nie czytał całym ciałem, poruszając wnerwiająco brwiami przy każdym ciekawszym momencie przez co Dean przeważnie musiał zapytać co też tak interesującego znalazł jego brat. Cas, jeśli faktycznie było coś frapującego, mówił o tym Deanowi.
I cholera, ale to było dziwne, bo mieszkali razem krócej niż trzy dni a Dean czuł się bardziej w domu niż kiedykolwiek od czasu, gdy spłonął…
- O czym myślisz? – spytał Castiel, rozkładając się jak co wieczór z książką i świecami.
- Stracisz wzrok jeśli będziesz czytał po ciemku – zwrócił mu uwagę Dean i Cas uśmiechnął się krzywo.
- Dean nie chce rozmawiać o uczuciach – podsumował go mężczyzna nawet nie udając, że się z nim droczy.
- Masz jakiś alkohol? – spytał w zamian Winchester i rzucił sugestywnie okiem w kierunku niewielkiego barku.
Castiel przewrócił oczami, ale wstał i wyciągnął z szafki sporej wielkości gąsiorek, co pewnie ubawiłoby Deana, gdyby nie fakt, że przypomniało mu to o Bobbym.
- Znowu masz tę minę – zauważył Cas, stawiając przed nim czysty kieliszek, co naprawdę było zbędne. Gospodarz jednak miał niezdrowe zamiłowanie do picia i jedzenia w wystawnym stylu. Dean nie pamiętał kiedy ostatnio zdarzyło mu się używać czegoś innego niż kubek do napojów czy zastawy do jedzenia.
Czasami takie rzeczy naprawdę były przyjemne. Aczkolwiek z ich dwójki to Sam bardziej doceniał tego typu wygody.
- Jaką minę? – spytał Dean, krzywiąc się niemal od razu.
- Jakbyś myślał o kimś, kogo dawno nie widziałeś – odparł Castiel, siadając z powrotem na kanapie. – Nie możesz myśleć o Samie, bo nie rozstaliście się tak dawno. Poza tym wtedy marszczysz brwi w inny sposób – wyjaśnił mężczyzna, przypatrując mu się z intensywnością, która Deanowi wcale się nie podobała.
Nigdy w takich sytuacjach nie czuł się komfortowo.
- To Sam jest od gadania o uczuciach – zauważył cierpko Winchester.
Cas nie wyglądał na urażonego.
- A ty nie masz rodziny? – spytał Dean, chcąc pospiesznie zmienić temat.
Coś dziwnego przebiegło po twarzy mężczyzny i Winchester prawie pożałował pytania, gdy Castiel nagle uśmiechnął się sztucznie i pociągnął spory łyk wina.
- W zasadzie to zabawna historia – zaczął tonem, który świadczył tylko o tym, że nie będzie tutaj nic humorystycznego. – Wychowałem się w sierocińcu, ale nikt nie wie jak się tam znalazłem. Zakonnice były przekonane o tym, że zesłał mnie Pan, bo pewnego dnia zacząłem widnieć w ewidencji, moja kołyska znajdowała się w pokoju, a wokół zabawki, ale żadna nie pamiętała, żeby ktokolwiek mnie przyniósł. Zakonnice bardzo długo prowadziły wywiad w miejscowych szpitalach, ale każda z matek odebrała dziecko i zabrała je do domu, więc… - urwał Castiel biorąc głębszy wdech. – Jestem dzieckiem znikąd. Na mojej kołysce i w dokumentacji widniało tylko imię i nazwisko, ale żadni Novakowie nie mieszkali w okolicy – wyjaśnił wzruszając ramionami.
Dean jak zawsze w takich sytuacjach zaczął mieć jak najgorsze przeczucia, więc instynktownie odsunął się od Castiela, co ten skwitował tym razem szczerym rozbawieniem.
- Pamela zareagowała tak samo – stwierdził mężczyzna. – Dodatkowo tylko pochlapała mnie czymś, co przysięgam, ale było wodą święconą. Nigdy nie uwierzyłbym też, że w dwudziestym pierwszym wieku usłyszę jak ktoś tak płynnie mówi po łacinie – dodał Cas. – Ty też masz ochotę szturchnąć mnie srebrnym nożem? Bo od razu ci powiem, że to całkiem niemiłe uczucie.
Dean zamrugał trochę zaskoczony, ale na dobrą sprawę ulżyło mu, że Pam zachowała wszelkie środki ostrożności. To nie tłumaczyło jednak dlaczego kobieta w kilka tygodni później została tak fatalnie okaleczona. Castiel na dobrą sprawę mógł być też jakimś rodzajem starożytnego bóstwa. Te były najgorsze do wykrycia, bo od tysiącleci żyły pośród ludzi i potrafiły się doskonale kamuflować. Z drugiej jednak strony teoria ta wypierała to, co działo się w Dimondale od lat. Castiel zamieszkał tutaj niedawno, a historia ataków sięgała o wiele dalej.
- Nie będzie dźgania – obiecał Dean.
- Naprawdę mi ulżyło – zażartował Castiel.
- Nie masz jakiejś swojej teorii, skąd wziąłeś się w sierocińcu? – spytał Winchester ciekawie.
- Lubię myśleć, że anioły mnie tam podesłały – odparł mężczyzna i uśmiechnął się szeroko, widząc minę Deana.
- Nie wierzę w anioły – przyznał Winchester, nawet nie starając się udawać, że jest inaczej.

ooo

Doświadczenie Deana z alkoholem podpowiadało mu, że nie ważne ile go było, zawsze było go za dużo lub za mało. Ilość owa do określenia była dopiero, gdy sięgało się dna butelki i ocenić nie można było jej wcześniej. Alkohol w końcu stanowił pewnego rodzaju miksturę magiczną, w co Winchester wierzył od dziecka.
Gąsiorek wina okazał się ilością zabójczą dla Casa, który wyglądał na kompletnie pokonanego, gdy leżał rozbrojony na kanapie. Za oknem już nie padało, więc oznaczało to, że następnego dnia z rana odbędzie się polowanie. Kimkolwiek nie był tajemniczy morderca nie z tego świata, wybrał idealną porę, ponieważ całe miasto było zapewne zalane. Nie tylko jeśli chodziło o potoki i deszcz.
Dean jednak nie potrafił się tym przejmować, bo twarz Castiela była zaskakująco… kształtna. Zdecydowanie nie kobieca, ale jednak pociągająca. Inna od twarzy Deana czy Sama. Bardziej okrągła, z wyraźniejszym zarostem, który wyglądał jak cień. Mężczyzna miał cały zestaw zmarszczek, które pojawiały się przy każdym jego uśmiechu. Nie tylko w kącikach ust, ale przede wszystkim dookoła oczu, jakby to one tak naprawdę śmiały się do Deana. Same źrenice Castiela zawsze skupiały się na Winchesterze, gdy rozmawiali, jakby to co mówi Dean było naprawdę ważne, jakby faktycznie liczyło się dla Casa. Bo mężczyzna słuchał.
Nie robił tego co Sam, który przeważnie kwitował to co Dean mówił przewracaniem oczami lub zgryźliwymi uwagami. Cas zawsze słuchał i zadawał odpowiednie pytania, jakby faktycznie rozumiał co Dean chce przekazać i nie przeszkadzał mu suchy ton czy pełne sarkazmu wypowiedzi. Jakby widział poza to, co było dziwne, bo Cas w zasadzie go nie znał i nie miał pojęcia czym się z Samem zajmowali.
- O czym myślisz? – spytał mężczyzna drugi już raz tego wieczoru, gdy przyłapał go na gapieniu się.
O tobie – pomyślał Dean i zerknął na pusty gąsiorek.
- Jutro polowanie – odparł zamiast tego Winchester i Cas uśmiechnął się jakby chciał mu powiedzieć, że kupuje kolejne jego kłamstwo.

ooo

Kac to zjawisko straszne, dlatego Dean trochę zaskoczył się, że po winie Castiela prawie nic mu nie było. Mężczyzna co prawda dzień wcześniej wspominał, że to przepis zakonnic, które go wychowały i nie będą chorować po alkoholu, ale Winchester nie wierzył.
Pete od bimbru pożyczył mu broń dzień wcześniej, ale Dean i tak wszedł w las jak ostatni skazaniec. Wszędzie było mokro i błoto utrudniało im spacer. Naganiacze już godzinę wcześniej zniknęli między drzewami, żeby skierować zwierzynę w ich stronę i Dean miał nadzieję, że nie znajdą niczyich szczątków podczas tego spaceru.
Jego broń nie była przystosowana do polowania nawet na duchy, więc z duszą na ramieniu namacał święconą wodę i krzyżyk, w którym miał ukryty nóż. Nie wiedział na co poluje, ale to okazało się niezbyt ważne, gdy z lewej dostrzegł jak jeden towarzyszących mu mężczyzn spojrzał w lewo i przystanął.
Dean nie znał się na polowaniach, ale zawsze sądził, że rozdzielanie się nie jest najlepszym pomysłem. Pozostali zdawali się nie zauważać, że ich towarzysz coraz bardziej zbacza ze ścieżki. Winchester sam czuł przemożną chęć odwrócenia wzroku, ale jednocześnie coś ciągnęło go w tym samym kierunku. Jego szósty zmysł mówił mu, że to fatalny pomysł, ale odrzucił broń, nie przejmując się, że zamoczona strzelba do niczego się nie przyda i pozwolił się nieść melodii, która nagle pojawiła się znikąd.
Czuł się cudownie bezwolny i wyprzedził Nicka, a może Marka – nie pamiętał dokładnie imienia, który zresztą otrząsnął się i wrócił do szeregu, jakby nigdy nic. Dean tymczasem zmierzał coraz szybciej do tego głosu, który przyzywał go i miał tylko na tyle przytomności umysłu, żeby wymieniać po kolei wszystkie monstra, które miały taką moc. Syreny ze względu na odległość od wody odpadły w przedbiegach. Część czarownic wykorzystywała również moc żywiołów, ale nie znał żadnej, która potrafiłaby nasłać na wioskę taki deszcz. Dyskusyjny pozostawał też cel kilkudniowych cyklicznych ulew.
I wtedy ją dostrzegł. Niewielką kobietę ewidentnie w ślubnej sukni z koralami na szyi. Wykluczył ducha, była zbyt realna i środek dnia przeczył teorii o niematerialnej istocie. Trzymała w dłoniach bukiet jakiegoś trawska i wtedy wszystkie puzzle wskoczyły na właściwe miejsca, gdy Dean zdał sobie sprawę, że patrzy na kolejne ze starożytnych bóstw.
Kobieta otworzyła usta i pochyliła się w jego kierunku, jakby chciała złożyć na jego wargach pocałunek. I coś nagle zaskoczyło w jego głowie, sprawiając, że dziwna bezwolność opuściła jego ciało na tę krótką chwilę. Odskoczył do tyłu, prawie potykając się na mokrej gałęzi i zagryzł usta nie bardzo wiedząc co powinien zrobić. Chlapnięcie babska święconą wodą przy towarzystwie całej tej wilgoci wydawało się bezsensowne i nie mógł pozbyć się myśli, że Sam gdzieś kiedyś mówił mu coś na temat wszystkich tych nieumarłych bogów.
Kobieta tymczasem wydawała się niemile zaskoczona. Jakby nie rozumiała do końca dlaczego Dean się jej oparł i Winchester też nie bardzo rozumiał, bo melodia była naprawdę kusząca. Coś jednak w niej wydawało się odrzucające.
Pochyliła się nad nim po raz kolejny, zanim Winchester zdał sobie sprawę co się dzieje, więc chcąc ją odepchnąć, przypadkowo zerwał klucz z wisiorkiem z jej piersi, przypominając sobie w odpowiedniej chwili, że Sam gdzieś odkrył, że starożytne bóstwa nie były odporne na charakterystyczne dla siebie przedmioty. Zaduszenie babska koralami odpadało, ale klucz idealnie trafił w jej serce.
- Zdychaj – charknął Dean, spychając kobietę z siebie.

ooo

Polowanie jeszcze nigdy nie skończyło się tak nagle. Ulewa, która zerwała się w chwili śmierci kobiety mogła być ostatnią dla miasteczka. Dimondale na jeden dzień zostało tak doszczętnie podtopione, że z Castielem zostali uwięzieni na piętrze, w swoich sypialniach. Woda wylewała się dosłownie zewsząd i wszędzie. Cudem tylko wszystkim udało się wrócić w jednym kawałku do miasta z lasu i Dean totalnie zziębnięty trafił do sypialni Casa, który na jego widok otworzył szeroko usta ze zdziwienia.
Winchester doskonale wiedział jak wygląda, przemoczony i zakrwawiony.
- Pobiłem się z jeleniem – odparł ucinając wszelkie dyskusje i szczęknął zębami na potwierdzenie tego, że przemarza.
Gdyby nie fakt, że ukatrupił jakieś bóstwo odpowiadające za dobrobyt tego miasta nie uwierzyłby, że temperatura na zewnątrz zaczęła spadać. Przynajmniej komórki zostały odblokowane, więc stał na środku sypialni Castiela, podczas gdy ten wyciągał jakieś rzeczy z szafy, i dzwonił do Sama.
- To Marzanna, zwana Cecerą – powiedział jego brat, gdy tylko odebrał. – Musisz ją spalić! To Pani Wiosny i Śmierci, będzie w sukni ślubnej i nie daj się jej pocałować – ciągnął dalej.
- Spotkaliśmy się już – odparł Dean.
- Co? – zdziwił się Sam.
- Cas mówił, że niedługo przestanie padać. Pogoda kompletnie zabiła mojego ducha, ale sądzę, że za dwa dni woda opadnie – dodał, mając nadzieję, że Sam zrozumie. – Jesteśmy już bezpieczni – zaryzykował stwierdzenie.
- Wykończyłeś ją – stwierdził Sam z westchnieniem ulgi. – Woda opada?
- Woda poszła w górę, ale niedługo opadnie. Efekt uboczny polowania… - zrobił dłuższą przerwę. – Jestem przemoczony. Idę się przebrać – oznajmił mu i rozłączył się, widząc, że bateria zaczyna mu wysiadać.
Nic dziwnego, przez kilka ostatnich dni nie mieli prądu.
- Tutaj masz ubranie – powiedział Castiel, wręczając mu cały zestaw.
- Mam swoje – sarknął Dean.
- Które uprałem rano, bo była świetna pogoda i teraz jest mokre – poinformował go Cas.
- Cholera – warknął Winchester. – Pranie na sucho to też pranie – zaprotestował Dean, ale Castiel już obrócił się na pięcie, wychodząc z własnej sypialni.
Winchester zdążył zdjąć koszulę, gdy usłyszał, że drzwi ponownie się otwierają.
- Normalnie poszedłbym do kuchni, ale woda dotarła do połowy schodów – poinformował go Castiel przepraszającym tonem. – Oficjalnie mamy powódź.
Dean wciągnął na siebie koszulkę z logo jakiejś whiskey i zaczął rozwiązywać sznurówki.
- Może nas ewakuują – stwierdził Winchester i jakoś nie potrafił przejąć się tym, że nadmiar wody jest też częściowo jego winą.
- Większość domów jest wyżej, wybrałem ten, bo był cudownie blisko rzeki – westchnął Castiel i nie wyglądał na kogoś, kto zamierza wyjść z pokoju.
W zasadzie to Dean znajdował się w jego sypialni, więc to było nawet logiczne. Ściągnął zatem spodnie i pospiesznie wsunął na siebie przykrótki dres, co tylko uświadomiło go o tym o ile niższy od niego był Castiel.
- Dla pewności, wyprałeś wszystkie moje rzeczy? – spytał Dean, bo od połowy łydek jego nogi były gołe.
Castiel wyglądał na rozbawionego.
- Obawiam się, że tak – odparł mężczyzna i nie wyglądało na to, żeby czuł się winny.

ooo

Ograniczenie pomieszczeń nie było wielkim problemem. Castiel jak się okazało, gdy woda zaczęła się podnosić, wyniósł na piętro wszystko, co było warte uratowania. Zatem w pokoju, w którym Sam spędził noc znajdowała się obecnie cała jego biblioteka, alkohol oraz co ważniejsze jedzenie.
Bez kuchenki i mikrofalówki musieli zadowolić się kanapkami, ale Dean i tak czuł się jak w niebie. Castiel miał drugi gąsiorek cudownego wina zakonnic, co oznaczało tylko, że Winchester na pewno nie przeziębi się przez całą tą wilgoć.
Woda przestała się podnosić i faktycznie tylko trzy domy w całym miasteczku zostały zalane. Szybko ocenili to przez okno dachowe, wpuszczając do środka chyba niepotrzebnie sporą ilość zimnego powietrza. Prąd nie wrócił, więc linie zostały zerwane po raz wtóry po szybkiej naprawie, której dokonali energetycy w czasie ich krótkiego polowania.
- Chyba przynosisz pecha – stwierdził Castiel, gdy zagrzebali się pod kocami, ochraniając się przed zimnem.
- Bo? – spytał Dean, nawet nie starając się udawać, że nie jest zaintrygowany.
- Polowania przeważnie się udawały aż do tego roku. To taka miejscowa tradycja, a tu takie fiasko. Miasto wymrze bez tego – oznajmił mu mężczyzna, ale nie wyglądał na przerażonego tą wizją.
Dean miał już na końcu języka odpowiedź, gdy zdał sobie sprawę, że tym razem mają za mało wina, żeby uświadamiał Castiela.

ooo

- Robią ci się zmarszczki, gdy się uśmiechasz – oznajmił mu mężczyzna, gdy jedna ze świec dopaliła się do końca. – Wyczerpaliśmy już całe zapasy – dodał Castiel, spoglądając na kupkę wosku.
- Soli i ognia nigdy dość – odparł Dean, przypominając sobie nauki ojca i Cas zaśmiał się krótko
Dźwięk rozniósł się echem po pokoju, co było dziwne. Może jednak alkohol i zimno robiło takie rzeczy z Deanem, bo wcale mu to nie przeszkadzało. Cas miał zaskakująco ładny śmiech. Nie jakiś babski chichot, ale pełen radości śmiech kogoś, kto nie widział zła na tym świecie. Dean trochę czuł się lepiej, że miasto, w którym Castiel ukrył się przed całym światem zostało uwolnione od starożytnego, mężczyznojedzącego bóstwa. W zasadzie, jeśli namówiłby Casa do sypania soli na okna, a farba fluoroscencyjna nie puściła, mężczyzna byłby w swoim domu bezpieczny.
To była zaskakująco przyjemna myśl albo Dean był pijany.
Kolejna rzecz, która nawiedziła jego umysł była jeszcze dziwniejsza, bo w zasadzie mógłby odwiedzać Casa w jego domu na końcu świata. Farba w zasadzie nie mogła wytrwać wiecznie na jego podłodze, odkąd mężczyzna uwielbiał porządek i pewnie często mył deski. Możliwe, że po tej powodzi musiałby odnowić parkiet. A przecież ludzie tacy jak Cas powinni być bezpieczni.
- O czym myślisz? – spytał mężczyzna i Dean spojrzał na niego spod przymrużonych powiek, bo Castiel znowu miał ten dziwny wyraz twarzy.
Winchester nie rozgryzł go do końca ostatnim razem, ale teraz prawie miał swoją odpowiedź. Bo Cas patrzył na niego intensywnie, a jego usta wydawały się wyjątkowo pełne, możliwe, że od częstego przygryzania.
- O tobie – odparł tym razem szczerze, chcąc zobaczyć reakcję mężczyzny.
Źrenice Casa rozszerzyły się lekko w zaskoczeniu i Castiel instynktownie przysunął się w jego kierunku. Zamarli na kilka centymetrów od siebie i Dean nie bardzo wiedział, co powinien zrobić, bo w jego głowie po raz pierwszy od bardzo dawna ziała wielka pustka.