Korzystając z chwili wolnego czasu publikuję następne dwa rozdziały. Życzę miłego czytania ;)

Rozdział 4.

Był wczesny ranek, kiedy Sonea wyszła przed skromny dom zielarki. Ziewnęła przeciągle i przetarła zaspane oczy. Ostatniej nocy prawie nie spała. Większość czasu spędziła na pakowaniu, rozmowie z Elzą i pomaganiu jej w przygotowywaniu kolejnej porcji leków i nalewek. Wzdrygnęła się, kiedy chłodne powietrze przeniknęło przez jej płaszcz. W tej chwili nie marzyła o niczym innym jak o ciepłym łóżku, kubku gorącej raki i kilku godzinach porządnego snu. Utworzyła wokół siebie tarczę i ogrzała w niej powietrze. Od razu lepiej, pomyślała z uśmiechem.

- Wszystko zabrałaś, Soneo? – Elza zeszła po schodach, otulając się mocno szalem.

- Oczywiście – odpowiedziała z szerokim uśmiechem. Zielarka nie po raz pierwszy zadała jej dziś to pytanie.

- Pewna jesteś?

- Tak. – Sonea zasłoniła usta, chcąc stłumić kolejne ziewnięcie.

- Bardzo wcześnie kazał ci wstać – mruknęła zielarka z dezaprobatą. – O tej porze nigdy nie wypływają – mówiąc to, spojrzała na siostrzeńca.

Vanir siedział kilka kroków od nich na porośniętej trawą skarpie. Szarymi oczyma obserwował ze skupieniem, jak w dole miasto budzi się do życia. Z oddali dobiegły ich odgłosy otwieranego targu i syren okrętowych. Sonea przyglądała mu się przez chwilę ze smutkiem. Gdyby między nimi nadal było wszystko w porządku, pewnie podeszłaby do niego, przytuliła się i zasnęła. Ale Vanir nie odezwał się do niej ani słowem od czterech dni. Od momentu, kiedy powiedziała mu, że jest magiem.

- Nie przejmuj się nim, przejdzie mu. – Elza poklepała Soneę po ramieniu.

- Chodźmy już. Musimy zjawić się w porcie przed resztą załogi. – Vanir zarzucił na plecy niewielki tobołek i skierował się ku wąskiej ścieżce prowadzącej do pobliskiego lasu.

Szli między drzewami, zmierzając do wybrzeża. Kiedy zobaczyli pierwsze wydmy, Sonea poczuła ukłucie wdzięczność dla Vanira. Wiedział, jak bardzo pokochała morze, a idąc plażą tylko nadkładali drogi. Słońce wznosiło się co raz wyżej nad horyzontem, przyjemnie grzejąc twarz Sonei. W powietrzu unosił się kojący zapach bryzy. Cieszyła się ze swojego ostatniego spaceru po plaży, wiedząc, że po powrocie do Kyralii nie będzie miała czasu, aby wyjechać nad morze. Wspomnienie Imardinu obudziło w Sonei ciekawość, czy coś się zmieniło. Miała nadzieję, że Gildia wzięła pod opiekę bylców, a przynajmniej zaprzestała Czystek. Wzdrygnęła się. Wróci do Imardinu akurat wtedy, kiedy nędzarzy przepędzano z miasta. Pomyślała o ciężarnej Jonnie i gwardzistach wchodzących do jej mieszkania.

- Soneo, na czym dokładnie polega praca Uzdrowicieli? Leczycie tylko magią? – pytanie Elzy zmusiło ją do oderwania się od zmartwień.

- Nie, nie tylko. Uzdrowiciele posługują się również lekami, ale magia odgrywa ważną rolę. Pomaga ona w pogłębieniu wiedzy medycznej. W przypadkach, gdzie zawodzą zwykłe metody leczenia, wiedza Uzdrowicieli może uratować życie – uśmiechnęła się do swoich wspomnień. – Osobiście uważam, że to najbardziej szlachetna dyscyplina. – Sonea przyjrzała się uważnie zielarce. – Byłabyś wspaniałą Uzdrowicielką.

Elza chciała jej już odpowiedzieć, ale zagłuszyły ją krzyki marynarzy, którzy przygotowywali się do wypłynięcia w morze. Idący przed nimi Vanir zaczął lawirować między skrzyniami z towarem. Zatrzymał się dopiero przed ogromnym, trójmasztowym statkiem handlowym Eyoma. Skinął głową marynarzom uwijającym się przy ładunkach. Sonea rozpoznała niektóre z przypraw i ziół w drewnianych skrzyniach. Wśród towarów nie zabrakło egzotycznych roślin, drogocennych kamieni i kosztownych tkanin.

- Na nas już czas – mruknął Vanir, mocno ściskając ciotkę.

- Uważaj na siebie.

Zielarka podeszła do Sonei i przytuliła ją.

- Bądź szczęśliwa. – Elza wcisnęła jej do ręki mały woreczek. – To ususzone kwiaty rośliny Tiva. Koi bóle pleców i działa rozgrzewająco. Przyda się twojej ciotce i tobie.

- Dziękuję. – Sonea schowała woreczek do kieszeni płaszcza.

- Będę tęsknić. Pisz często. – Zielarka uścisnęła ją po raz ostatni. – Uważaj na nią, Vanirze.

Młody mężczyzna westchnął zniecierpliwiony.

- Nic jej nie będzie, jeżeli mnie posłucha. Najwyżej nabije sobie siniaka. A teraz chodź, Soneo. Trzeba trochę nazmyślać przed kapitanem. – Vanir pociągnął ją za sobą. Mężczyzna poprowadził ją do wozów stojących na przystani. – Musisz się przebrać – powiedział, grzebiąc w swoich bagażach.

Sonea zamrugała ze zdziwienia.

- Słucham? – wyjąkała.

Vanir wywrócił oczami. Wskazał na jej zwężoną koszulę, która nie ukrywała zbyt dobrze jej kształtów.

- Każdy głupi zorientuje się, że jesteś kobietą. Marynarze uważają, że płeć żeńska na pokładzie przynosi pecha. – Uśmiechnął się krzywo, widząc jej lekko urażoną minę.

Sonea bez słowa sięgnęła po ubrania.

- Odwróć się – powiedziała cicho.

W jego oczach dostrzegła ciekawość i cień żalu, ale posłuchał. Szybko zdjęła z siebie górną część garderoby i włożyła za dużą, białą koszulę z lnu. Otoczył ją przyjemny zapach bryzy i morskiego wiatru. Tak pachniał Vanir, miała na sobie jego koszulę. Kolejny powód do wdzięczności. Włosy zebrała w ciasny kok i założyła na głowę słomkowy kapelusz.

- Już – powiedziała, odwracając się do niego.

Vanir zlustrował ją uważnym spojrzeniem.

- Ujdzie. Ale to i owo trzeba zasłonić. – Podszedł do niej z kpiącym uśmiechem i owinął jej szyję chustą, zasłaniając duży dekolt. – Idziemy.

Znów poprowadził ją do statku, przed którym zebrała się już grupka gapiów.

- Kapitanie Ravim! – zawołał do wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyzny. – Mój znajomy chciałby się z nami zabrać do Imardinu – Vanir ruchem głowy wskazał Soneę.

Mężczyzna otaksował ją uważnym spojrzeniem.

- Chucherko, ale się przyda. Kucharz zrzędzi, że ma tylko jedną parę rąk do pracy, więc twój znajomy będzie mu pomagał. Jak masz na imię?

- Isem – odpowiedział szybko Vanir, zanim Sonea zdążyła otworzyć usta. – Jest niemową – dodał powoli, zerkając na Soneę.

Zacisnęła usta z oburzenia, ale nic nie powiedziała.

- Witamy na pokładzie. – Ravim mocno ścisnął dłoń Sonei.

Weszła na statek razem z Vanirem. Marynarze natychmiast zaczęli przygotowywać okręt do podróży, więc miała trochę czasu dla siebie. Stała oparta o burtę i obserwowała budynki wykonane z jasnego kamienia, które w świetle słońca wyglądały jeszcze jaśniej. Wąskie uliczki przynosiły wspomnienia wieczorów spędzonych w miasteczku z Vanirem i jego przyjaciółmi.

Rozległa się syrena okrętowa, a kotwica została podniesiona. Statek odbił się powoli od przystani. Sonea mocno zacisnęła palce, wbijając paznokcie w skórę. Nie chciała opuszczać Iliamu. Wystarczyło tylko przełożyć nogi przez burtę i wskoczyć do granatowej wody. Ale nie umiała pływać. Tęskniła za rodziną i Imardinem. Za domem.


Gabinet Administratora wypełniała ponura cisza. Akkarin siedział za Osenem i obserwował pozostałych magów. Sarrin co chwilę wzdychał sfrustrowany i wyglądał przez okno, Garrel bębnił palcami o oparcie fotela, Balkan rozmawiał przyciszonym głosem z Osenem, a Vinara wyglądała na znużoną. Wszyscy byli zmęczeni. Od trzech dni spotykali się w tym wąskim gronie, w gabinecie Administratora. Akkarin wrócił pamięcią do tego wieczoru, kiedy został wezwany do domu rodziny Valin.

Ciało Mistrza Ravela było nietknięte, co zaniepokoiło Starszyznę. Zwłoki maga ulegały samodestrukcji, niszcząc otoczenie, a sypialnia wojownika była w idealnym stanie. Dopiero kiedy Akkarin rozkazał gwardzistom przewrócić ciało na brzuch, okazało się, iż plecy Ravela pokrywają cienkie nacięcia, starannie wytarte z krwi, a skóra była lekko nadpalona. Śmierć wojownika i alchemika z ręki czarnego maga, w dodatku dzikiego, była miażdżącym faktem dla Starszyzny.

- Musimy podjąć w końcu jakieś działania. – Balkan płynnym ruchem podniósł się z krzesła i zaczął nerwowo krążyć po pokoju.

- Nawet nie wiemy, kogo szukać i gdzie zacząć – powiedział Garrel zmęczonym głosem.

- Ale tak dłużej nie może być! – ryknął Balkan, uderzając pięścią w stół. – Ludzie giną, a handlarz i czarny mag hulają sobie spokojnie po mieście!

Akkarin z trudem powstrzymał się od kąśliwej uwagi na temat ignorancji i egoizmu Gildii. Pierwsze śmiertelne ofiary nilu pojawiły się już dawno, ale dopiero śmierć magów otworzyła Starszyźnie oczy.

- Dziki i handlarz to może być jedna osoba. – Akkarin usiadł wygodniej na swoim miejscu.

Uwaga zebranych skupiła się całkowicie na Czarnym Magu.

- Dlaczego tak myślisz?

- Oprawca Ravela chciał upozorować nieszczęśliwy wypadek, aby ukryć użycie czarnej magii. Mistrz Natan, brat wojownika, został zabity w ten sam sposób. Oba ciała były lekko nadpalone, co świadczy o braku doświadczenia i eksperymentach mordercy. Bracia zginęli z przyczyn, które się ze sobą łączą ; Ravela zgubiło uzależnienie, a Natana chęć wyciągnięcia go z nałogu, czym naraził się pewnie handlarzowi – urwał na chwilę. – Dziki najprawdopodobniej jest cudzoziemcem. W Krainach Sprzymierzonych czarna magia nie jest praktykowana przez wszystkich magów, a osoby z zdolnościami magicznymi wstępują do Gildii. Dziki nie jest jednym z bylców – odpowiedział szybko na nieme pytanie Osena.

- Zapomnieliśmy o jednym ważnym szczególe. – Vinara pochyliła się do przodu, a jej oczy rozbłysły. – Nil nie rośnie w Kyralii.

Garrel zmarszczył brwi w zadumie.

- A w innych Krainach Sprzymierzonych?

- Nie jestem pewna, ale wątpię w to – Uzdrowicielka zawahała się. – Dysponujemy opisem wszystkich roślin i ich właściwości w Krainach Sprzymierzonych. Może coś mi umknęło, ale to mało prawdopodobne – dodała z nutką pewności siebie. – Dlatego uważam, że teoria Akkarina jest prawdopodobna.

- Wątpię, aby handlarz zabił swoich klientów. Przecież jemu zależy na sprzedaży towaru – zauważył Garrel.

- Bracia Valin tonęli w długach. Pożyczki, które zaciągnęli u innych bogatych rodów, nie wystarczały. Cóż przyjdzie handlarzowi z klienta, który nie może zapłacić – mruknął Sarrin.

- Służba twierdziła, że z gabinetu Mistrza Ravela dochodziły głosy braci i jednego, obcego mężczyzny. Nieznajomy nie mówił z kyraliańskim akcentem – dodał niechętnie Osen.

Na czole Balkana pojawiła się zmarszczka skupienia.

- Teoria Akkarina jest prawdopodobna, ale nie możemy wykluczyć współpracy między handlarzem i dzikim. Oba rozwiązania należy brać pod uwagę.

- Nie dowiemy się więcej, dopóki nie dorwiemy chociaż jednego. Teraz powinniśmy zastanowić się, które z nas zajmie się tą sprawą – Garrel powiódł znużonym wzrokiem po reszcie towarzystwa.

W gabinecie zapanowała nieprzyjemna cisza. Nikomu nie spieszyło się z udzieleniem odpowiedzi.

- Mamy doczynienia z nieszkolonym, czarnym magiem… - powiedział zamyślonym głosem Balkan, przerywając dławiące milczenie.

Osen poderwał głowę do góry i zaczął wpatrywać się w Wielkiego Mistrza czujnie.

- O ile dobrze pamiętam, wśród nas jest tylko jedna osoba, która teoretycznie może stać się silniejsza od reszty – powiedział zjadliwie Sarrin.

Atmosfera w pokoju natychmiast się zagęściła, kiedy do wszystkich dotarło, o kim mowa. Akkarin zacisnął usta w wąską linię w grymasie zniecierpliwienia i niezadowolenia.

- Nie możemy pozwolić, aby nasz jedyny Czarny Mag zajął się poszukiwaniami – warknął Garrel.

- Potrzebujemy kogoś, kto może dorównać siłą dzikiemu – w głosie Balkana pobrzmiewało rozdrażnienie i zmęczenie.

- Akkarin ma doświadczenie w walce z czarnymi magami – powiedziała ostrożnie Vinara. – Poza tym mogą się okazać potrzebne kontakty ze Złodziejami.

- A jeżeli zwróci się przeciwko nam… - Osen wyprostował się sztywno.

- Po roku znoszenia wszystkich ograniczeń chyba zasłużyłem na odrobinę zaufania – Akkarin przerwał ostro Administratorowi. – Trudno będzie wam wytropić, a co dopiero unieszkodliwić dzikiego! Chyba że chcecie mieć drugiego czarnego maga, który będzie trzymał w szachu całą Gildię – zaszydził.

Osen posłał mu nieprzyjazne spojrzenie.

- Najwidoczniej nie mamy innego wyjścia, ale uważam, że decyzję o przekazaniu śledztwa Czarnemu Magowi Akkarinowi powinna podjąć cała Starszyzna.

- A nie Gildia? – w oczach Osena widoczne było zdziwienie. – Przecież ta decyzja dotyczy nas wszystkich.

- Nie potrzebne nam większe spory, Administratorze – mruknął Bakan. – Pozostali magowie wiedzę o wszystkim, a przedstawiciele Domów już zwrócili się do mnie z prośbą o interwencję. Przesłuchanie odbędzie się za dwa dni. Na dzisiaj to wszystko. – Białe szaty zaszeleściły, gdy Balkan podniósł się ze swojego miejsca.

Akkarin posłał Osenowi kpiące spojrzenie, a usta ułożył w pełen satysfakcji półuśmiech. Może wreszcie uda mu się odzyskać odrobinę niezależności i godności.


Faren zmrużył groźnie oczy, przypatrując się Ceremu.

- Dawno się nie widzieliśmy, Cery. Co cię do mnie sprowadza? – ostatnie zdanie nie zabrzmiało zbyt uprzejmie.

- Chciałem cię odwiedzić. – Młody mężczyzna wzruszył ramionami. – Spytać cię, co słychać, pogadać o interesach…

Starszy Złodziej rzucił mu nieufne spojrzenie, poczym rozejrzał się po tawernie, jakby spodziewał się, że ktoś ich podsłuchuje.

- W interesach wszystko dobrze – mruknął, wbijając wzrok w kufel ze spylem.

- Chyba jednak nie. – Cery wpatrywał się w Farena natarczywie. – Nie wyglądasz najlepiej.

- Przestań wsadzać nos w nieswoje sprawy!

Młody Złodziej prychnął gniewnie. Nie miał zamiaru tak łatwo odpuścić.

- Wszyscy handlarze gnilem mają problemy, a to jest większość Złodziei – rzucił ostro. – Reszta z nas też może mieć kłopoty! Senfel nie żyje – dodał cicho. – A to już jest wystarczająco niepokojące.

Faren odchrząknął.

- Powiem ci tylko jedno, Cery; trzymaj się od gnilu z daleka! Handel tym paskudztwem to nie przelewki. Teraz żałuję, że się tym zająłem. Przynosi to więcej problemów niż zysku.

- O tym to ja wiedziałem od początku – zadrwił Cery.

- Więc czego chcesz?

- Informacji.

Faren zabębnił palcami o blat stołu. Był zniecierpliwiony i lekko zaniepokojony.

- W co ty grasz, Cery? Dla kogo pracujesz? – Szare oczy zwęziły się w wąskie szparki.

Nawet nie drgnął.

- Chcę dowiedzieć się, dlaczego zginął Senfel. Nie miał nic wspólnego z narkotykiem, podobnie jak ja.

- I chcesz mi wmówić, że to tylko zwykła ciekawość – zakpił Faren. – Co chcesz wiedzieć? Kto jest przemytnikiem? Kto pociąga za sznurki? – prychnął cicho. – Nie wiem. Spotykam się tylko z pośrednikami. Dostawcami. Paskudne typy. Nie mam zielonego pojęcia, kto za tym wszystkim stoi, ale ta osoba ma pół miasta w garści. O ile nie więcej. – Rozejrzał się szybko po tawernie. – Przypuszczam, że jestem obserwowany, tak jak większość ludzi powiązanych z tym świństwem. Dobrze ci radzę, Cery. Przestań się tym interesować, chyba że chcesz mieć ogon na karku. – Faren podniósł się od stołu. Już miał odejść, ale zawahał się. – Wiem, że pytanie o Senfela było tylko przykrywką. Znasz przyczynę jego śmierci.

- Czyli to się ze sobą łączy? Dziki mag i gnil?

Na dźwięk słowa „dziki", Faren nerwowo oblizał wargi.

- Być może…Powiedz swoim znajomym w Gildii, żeby trzymali się od tego bagna z daleka. Chyba że chcą w nim utonąć.


Sonea weszła do kajuty, którą dzieliła z Vanirem. Fale mocniej zakołysały statkiem i musiała oprzeć się o framugę, aby nie stracić równowagi. Przyjrzała się jeszcze raz pomieszczeniu. Kajuta nie była duża, ale brak przestrzeni wynagradzało małe okienko. Po obu stronach rozpięto dwa hamaki. W kącie, na starej skrzyni, stała miednica, która zakołysała się niebezpiecznie. Podeszła do misy z wodą i zrzuciła z siebie koszulę. Zimne krople przegnały nieprzyjemne poczucie zmęczenia. Wytarła mokre włosy i z westchnieniem ulgi rzuciła się na swój hamak. Zakołysała się lekko, a jej nogi zawisły swobodnie nad ziemią. Po całym dniu biegania po kuchni i wypełniania poleceń zrzędliwego i niecierpliwego kucharza, mogła wreszcie odpocząć. Wpatrywała się w drewniany sufit, rozmyślając o Takanie i jego potrawach. Do jej umysłu wdarły się wspomnienia cotygodniowych obiadów w rezydencji, rozmów z czarnym magiem i potraw, których smak był ucztą dla podniebienia…

Otworzyła szybko oczy, słysząc pospieszne kroki i skrzypienie drewnianych belek. Do kajuty wszedł zdyszany Vanir. Nie zwracając na Soneę najmniejszej uwagi, podszedł do misy z wodą i zdjął przez głowę koszulę. Widok nagiego torsu nie speszył jej, ale poczuła się dość nieswojo, kiedy przypomniała sobie, do czego prawie między nimi doszło. Przez chwilę słychać było tylko plusk wody i szmer oddechu. Vanir rzucił na ziemię płócienny worek i położył się na swoim hamaku.

- Dokąd trafią towary z tego statku? – zapytała, chcąc przerwać ciszę.

- Cóż, większość to kosztowne rzeczy… - Vanir zamyślił się. – Zamówienia przychodzą najczęściej od zamożnych rodzin i luksusowych sklepów – zawahał się przez moment. – Jedne z najdroższych towarów trafią do Gildii.

Sonea prychnęła pogardliwie.

- Próżni egoiści – warknęła.

Vanir przekręcił się na lewy bok, aby móc ją lepiej widzieć.

- Mówisz o nich tak, jakbyś nie była jedną z nich. Nietypowym jesteś magiem.

Wargi Sonei ułożyły się w gorzki uśmiech.

- Nie wychowałam się w Domach, nie nauczono mnie odwracać wzroku od biedoty, a oni wolą być ślepi.

- Soneo, nie urodziłem się w Imardinie, nie znam kyraliańskich zwyczajów i przekonań, ale mam wrażenie, że oczekujesz poważnych zmian – Vanir umilkł na chwilę. – Nie wymagaj zbyt wiele, bo może cię spotkać niemiłe rozczarowanie. Aby zmienić społeczeństwo trzeba czegoś więcej niż jeden najazd sachakańskich wyrzutków – powiedział łagodnie.

Nie zareagowała na jego słowa. Vanir miał rację, trafnie odczytując jej niewypowiedziane myśli.

- Nie oczekuję wielkich zmian, ale zapewnienia bylcom chociaż części praw, którymi cieszy się arystokracja. – Sonea podniosła się i zsunęła z siebie spodnie, zostając tylko w długiej koszuli. Zdmuchnęła świecę. – Dobranoc Vanirze.

Światło księżyca, wpadające przez okno, pozwoliło jej dostrzec szare oczy wpatrujące się w nią intensywnie. Powieki Sonei opadły, a tęczówki w kolorze siwego morza zmieniły barwę na czarną.

- Dobrze, że masz ten pierścień – cichy szept kołysał ją do snu, tak jak wspomnienie chłodnych dłoni głaszczących ją po twarzy.

Obrączka z rubinowym kamieniem potoczyła się po posadzce Uniwersytetu. Rozległ się cichy trzask i po krwawym pierścieniu został tylko czerwony pył.

Zanim całkowicie odpłynęła w niebyt, pomyślała, że nigdy nie odczuła braku krwawego pierścienia Akkarina.