Lustracja

Właściwie to nie wiem do końca czyja. Moja ich? Czy też na odwrót?

W autobusie mogłam się spokojnie im przyglądać, byli strasznie zaaferowani kolejnym semestrem i nie zwracali na mnie uwagi. Byłam jedyną seniorką1 pośród tej dzieciarni, całkiem zresztą zwyczajnej. Mniej zmanierowanej niż ta, którą znałam, ale równie energicznej. W głowie powtarzałam sobie mantrę „jeszcze tylko dwa tygodnie". Prawdopodobnie dłużej, ale wtedy na dobre okaże się, na czym stoję. Albo nie stoję. W każdym razie zniknie ta ociężałość i mała zwrotność. Będę mogła powrócić do ćwiczeń. Jakichkolwiek, byle prowadzących do normalności.

Ponowną wizytę w sekretariacie zdołałam jeszcze ukryć przed uczniami, ale gdy dostałam podział godzin i listę do podpisów, rzucili się na mnie jak sępy na padlinę. „Kim jesteś?", „jesteś tu nowa?", „co ci się stało w nogę?", „mogę zaprowadzić cię do sali?", „mogę ponieść twój plecak?". Nawał pytań wyłączył moją świadomość. Szłam wśród tego rozentuzjazmowanego tłumu tracąc kontrolę nad otoczeniem.

Pierwszymi zajęciami okazała się być wiedza o współczesnym świecie. Tematyka całkowicie nieinteresująca, przynajmniej dla mnie. Panna Watson niestety nie przypominała doktora Watsona2. była nudna, poważna i bezlitośnie katowała swój przedmiot. Bogowie byli dziś łaskawi, bo nie rozpoczęła szopki pod tytułem „przywitajmy nową uczennicę". Siedziałam sobie z brzeszku i starałam się nie zwracać uwagi na ciekawskie spojrzenia robiące ze mnie sito.

Kolejna lekcja była przeciwieństwem poprzedniej, jeśli chodzi o początek. Fizyk był zachwycony, że dołączyłam do jego klasy i zapewnił mi miejsce w pierwszym rzędzie poprzez przesadzenie jakiejś biedaczki do jedynego pozostałego miejsca na końcu Sali. Do zachwyconych nie należała. Ja również nie. Chętnie bym się zamieniła.

Fakt, że starałam się być aspołeczna nie oznaczał, iż ni przyjrzałam się reszcie moich rówieśników. Są pełni zapału, marzeń i totalnej zwyczajności. Szczerze mówiąc wydają mi się całkiem egzotyczni z tą swoją normalnością. Naturalne fryzury z ewentualnymi tragicznymi pasemkami, brak ekstrawaganckich ciuchów i wszechobecnej golizny, – co najwyżej przyciasne sweterki. Brak wyrafinowanych lub oślepiających makijaży. Podejrzewam, że to, co tutejsze dziewczyny uważają za nieodpowiedni wygląd, prowokujący, w akademii było ewentualnie uznawane za bezguście. Cóż, to ich twarze i nie ich wina, że nie mają pieniędzy na lepsze kosmetyki. Chłopcy… Naprawdę, to normalne, a nie - wypacykowane laleczki. Może i pozują na macho, czy „super – ciacha", ale do moich lowelasów im daleko. Prawdopodobnie, gdyby zaproponowano im makijaż wybuchnęliby śmiechem i niepochlebnymi komentarzami. Szczęściarze, nieświadomi czego może dokonać złe światło na scenie. Wyróżniała się jedna dziewczyna, oszałamiająca blondynka do której zmuszona była przesiąść się biedaczka z pierwszej ławki. Nie chcąc nachalnie się przyglądać, jedynie musnęłam ją spojrzeniem i dostrzegłam porcelanową cerę, złociste oczy, zgrabny nos, krwistoczerwone usta i masę złotych loków. Gdyby nie jej wzrok, pełen obrzydzenia, mogłaby być królewną z zaczarowanego zamku. Spojrzenie jednakowoż miała mordercze.

Rozmyślając o tym, weszłam do stołówki. „O mamma mia… Jakim cudem zdołam się przecisnąć?". Stoły były poukładane dość ciasno. Na pewno zbyt ciasno na swobodne przejście pomiędzy nimi i pomiędzy wiecznie kręcącymi się nastolatkami. Na samą myśl o ekwilibrystyce jaką będę musiała uprawiać – zadrżałam…

Ktoś się zaśmiał. Wysoki tembr męskiego głosu obił mi się po głowie szerokim echem złośliwości. Śmiech sam w sobie nie jest niczym nowym na stołówce, ale miałam to przykre wrażenie, że to ze mnie. Podniosłam głowę i zlustrowałam wzrokiem salę. Kilka rozkojarzonych spojrzeń w moją stronę, trochę rozmów… i szczupły, przystojny, ale nadnaturalnie sztywny jak na nastolatka, chłopak. Podniósł na mnie wzrok, a mnie zagotowało z wściekłości. To on. Byłam tego stuprocentowo pewna… I miałam ochotę wziąć sprzed niego tą nieruszoną sałatkę i wysypać mu ją na głowę…

Zgrzytnęłam zębami i podeszłam do pustego stolika.

- Edward, ona ma ochotę cię zamordować – oznajmił bratu Jasper. – Nie wiem co zamierzasz, ale jest bardzo urażona i pewna siebie…

- Nie przejmuj się. Co najwyżej chciałaby mnie utopić w sałatce. A, właśnie. Jedzcie, bo zauważyła, że nic nie tykamy.

- Cholerna mała – mruknęła Rosalie przyglądając się z obrzydzeniem marchewce. – Jestem z nią na fizyce. Jako, że ostatnie wolne miejsce jest przy mnie, Green posadził przy mnie tą głupią Lizzy, a ją w pierwszym rzędzie.

- Rosie, kochanie. To nie jej wina – usiłował przekonać blondynkę Emmett.

Alice nic nie mówiła, co było u niej niespotykane. Obserwowała Jaspera, który z kolei nie spuszczał wzroku z nowoprzybyłej. Alice już wiedziała co dziewczyna zrobi. I zaiste, Julia Marconi zostawiła przy stole torbę i jedną kulę. Przeniosła ciężar ciała na prawą rękę i podpierając się na lasce zaczęła przechodzić poprzez wygłodniały tłum całkiem zwinnie jak na człowieka.

Edward skupił się na drugiej nowej dziewczynie w szkole, Belli Swan, córce miejscowego komendanta policji. Emmett nudząc się, odciągnął uwagę brata pytając co ludzie sądzą o nowej dziewuszce.

- „Dziewuszce"?! – żachnął się Edward. – Ta „dziewuszka" to niezłe ziółko. Mała, złośliwa bestia…

Mała, złośliwa bestia zaczęła zbierać do przepastnych kieszeni jedzenie i do wolnej ręki wzięła miskę sałatki. Wracała okrężną, ale mniej zatłoczoną drogą, tuż obok stolika Cullenów. Gdy Alice zaczęła w myślach nucić Jingle Bells po chińsku, Edward zwrócił na nią uwagę. W tym samym momencie, podpora Julii poślizgnęła się, pozbawiając dziewczyny równowagi. Żeby zapobiec upadkowi na kontuzjowaną kończynę, odrzuciła miskę, która z gracją wylądowała na głowie najmłodszego Cullena, a sama przewróciła się na lewy bok…

Julia była pewna jednego – to był najgorszy pierwszy dzień szkoły wszechczasów. Schowała twarz w dłoniach, nie podnosząc się, nie śmiejąc spojrzeć komukolwiek w oczy. Zwłaszcza poszkodowanemu chłopakowi.

Gdy tylko usłyszał pisk tarcia gumy o podłogę tuż za sobą, Edward odruchowo odwrócił się i podniósł. To spowodowało, że miał do wyboru dwa wyjścia – użyć wampirzego refleksu lub zostać uraczonym sałatka owocową… Zdecydował się na to drugie i teraz stał w pełnej stołówce, przed całą szkołą z bananami i kiwi we włosach, ochlapany sokiem pomarańczowym. Utkwił mrożące krew w żyłach spojrzenie w plecach nieznajomej.

„Ale jaja. Takiej akcji jeszcze nie było…" Edward zgrzytnął ostrymi jak brzytwa zębami w odpowiedzi na mentalny komentarz.

Jasper był pierwszym, który się poruszył. Schylił się i przykucnął by pomóc leżącej dziewczynie. Emmett obawiając się reakcji brata, od razu szurnął krzesłem tak, że wszyscy ożyli i wśród komentarzy i śmiechu, Cullenowie wraz z Julią utonęli.

Julia odtrąciła dłoń blondyna o anielskiej twarzy i sama, składając się jak scyzoryk podniosła się do pionu. Stała przed piątką, nieziemsko pięknych ludzi, a w szczególności przed tym, którego ośmieszyła. Stała zmieszana i skrzywiona z bólu.

- Ja… przepraszam – zawahała się, ale zaczerpnęła głęboko powietrza i powtórzyła. – Przepraszam cię bardzo. Naprawdę mi przykro i głupio. Nie planowałam tego, żeby zwrócić na siebie uwagę… W ogóle tego nie planowałam. Tu jest ślisko, a ja… - urwała. – Jeszcze raz cię przepraszam.

Odwróciła się, żeby odejść, ale przy tym cichutko syknęła.

- Powinnaś pojechać do szpitala, sprawdzić, czy wszystko w porządku z twoja nogą.

Gdy te słowa wypłynęły z ust Jaspera, cała jego rodzina na nowo zamilkła. Wcześniej zdążyli podogryzać Edwardowi, ale reakcja blondyna ich zaskoczyła.

- nie. Nie muszę. Teraz mam zajęcia, a i tak nie mam jak. Dzięki za troskę. Przeżyję. – Chciała dokuśtykać, ale chłopak złapał ja delikatnie za ramię.

- Mimo wszystko mogło ci się coś uszkodzić. I przecież widzę, że cię boli…

Oczy Julii powiększyły się do rozmiarów talerzyków. Zadawała sobie pytanie, kim on był, żeby udawać takie zmartwienie.

- Poboli i przejdzie – odparła niepewnym tonem. Trudno przybrać inny, gdy jest się hipnotyzowanym przez ciemno – złote oczy oszałamiającego chłopaka. Mężczyzny.

- Jeśli chcesz, to mogę cię zawieźć.

Rosalie przyglądała się temu ze zmarszczonymi brwiami. Emmett czekał na rozwój wypadków. Edward spoglądał to na jedno, to na drugie, żeby upewnić się do ich zamiarów. Myśli obojga go uspokajały. Jasper ani myślał o zaspokojeniu pragnienia za pomocą tej dziewczyny, a ona nie zamierzała urządzać kolejnej sceny. Poniewczasie zorientował się o obecności Alice. Ta jednak złożyła ponownie głowę w dłoniach i obserwowała swojego partnera. „To nic, Edward. To nic.". Uspokajała go.

Julia w końcu skinęła głową i Jasper pozbierał jej rzeczy. Spojrzał na brata w niewypowiedzianej prośbie. Edward bez słowa podał mu kluczyki do samochodu. Julia, jak nie ona, jak potulna owieczka podporządkowała się swojemu towarzyszowi. Gdy wyszli na zewnątrz, chłopak się odezwał.

- Poinformujemy jedynie panią Coppe, dokąd się udajemy. Dojdziesz sama do sekretariatu, czy ci pomóż?

- Nie, nie. Dam sobie radę sama – szybko zaprotestowała.

Jasper ukrył niedowierzenie, postanawiając, że z sekretariatu już ją zaniesie. Sekretarka nie robiła problemu, jedynie odnotowała to w dzienniku.

- Chodź.

Tylko to jedno słowo mogło ostrzec Julię, przed zamiarami Jaspera. Nie mrugnęła i już znalazła się w jego ramionach.

- Nie musisz… - zaczęła, ale jej przerwał.

- Nie muszę, ale nadal cię boli.

Nawet nie spostrzegła, gdy usadowił ją w srebrnym volvo, wrzucając na tylne siedzenie samochodu swoją i jej torbę oraz kule.

Droga do szpitala w Port Angeles minęła im w ciszy. Była to jednak przyjemna cisza, odprężająca. Jasper skupił się na drodze. Wpatrując się w nią, mimo wszystko lekko niewidzącym wzrokiem. Przez umysł przewalało mu się tysiące pytań, ale skoncentrował się jedynie na jeździe. Julia również wyglądała przez okno. Ona była zbyt zdekoncentrowana, by myśleć.

- Poczekaj, podjadę wózkiem… - odezwał się chłopak, gdy zaparkował pod szpitalem. Jednak i tym razem dziewczyna zaprotestowała. Zaczęła kuśtykać o kulach, ale w połowie drogi noga się pod nią ugięła i Jasper na powrót złapał ją na ręce.

- Dziś będę twoim osobistym tragarzem – uśmiechnął się, starając się rozluźnić delikatne napięcie napływające od niej. Dziewczyna westchnęła jedynie i objęła go za szyję.

Kiedy wreszcie dotarli do środka, zapachy przytłoczyły Jaspera. Zatrzymał się i stężał, przyciskając mocniej do siebie dziewczynę, która to zauważyła.

- Wszystko w porządku? – Była bardziej zatroskana niż zdziwiona.

Jasper wypuścił głośno powietrze.

- Po prostu nie przepadam za tym zapachem…

Uśmiechnęła się. Miała odpowiedzieć, że ona również, ale podeszła do nich pielęgniarka.

- Co się stało? – miała w rękach przygotowany do wypełnienia karty długopis.

- Jestem… - Jaspera zatchnęło i ponownie nasilił uścisk na swoim nadprogramowym ciężarze. Julia wybawiła go z opresji.

- Julia Marconi, lat osiemnaście. Cztery miesiące po operacji składania prawego podudzia i kolana. Upadłam na nogę, co nasiliło ból. Chyba powinnam ją prześwietlić.

Pielęgniarka się uśmiechnęła.

- Długi staż w szpitalu, co? – Gdy pacjentka nie odpowiedziała, odezwała się ponownie. – Usiądźcie. Zaraz ktoś się tobą zajmie.

Jasper posłusznie podążył do najdalej stojącego krzesła, ale usiadł nadal nie wypuszczając Julii, która zaczynała się denerwować. Chłopak trzymał ją, jakby tylko ona trzymała go przy zdrowych zmysłach.

- Słuchaj, jeśli… tak źle się tutaj czujesz, to mnie tu zostaw i idź. Dam sobie radę sama – zapewniała.

- Nie. Zostanę z Toba.

Znów zapadła pomiędzy nimi cisza, chociaż teraz zupełnie inna niż poprzednia. Niepożądana.

- Tak właściwie to jak się nazywasz?

Odpowiedział jej kto inny.

- Jasper? Co ty tutaj robisz? – Gdy Julia wykręciła głowę, żeby zobaczyć kto do nich podszedł, aż się jej wymknęło:

- O, kurczę…

Szybko się opanowała, ale pierwsze wrażenie było zabójcze. Zdawała sobie sprawę, że tacy mężczyźni, jak młody, jasnowłosy doktor byli non stop adorowani przez napalone pacjentki, ale patrząc na tego nieziemskiego lekarza nie mogła powstrzymać swoich reakcji.

- Tato…

W tym jednym słowie kryła się tak ogromna ulga, że Julia ponownie zwróciła się do Jaspera, zaskoczona. Zaskoczył ją nie tyle stopień pokrewieństwa między oboma blondynami, ale wyrażona prośba o pomoc.

Zanim Jasper zdążył powiedzieć coś więcej, podeszła ponownie ta sama pielęgniarka.

- Widzę doktorze, że znalazł pan sobie kolejną pacjentkę. Oto jej karta.

Doktor zerknął na podsunięty dokument i uśmiechnął się do dziewczyny.

- Julia, tak? Jestem doktor Cullen. Zaraz ci pomogę. Jasper, – zwrócił się do chłopaka. – Może pojechałbyś do domu. Zajmę się twoją koleżanką… - zaproponował z wahaniem i niepokojem.

Jasper pokręcił jedynie głową i powiedział, że zostania. Wstał, starając się nie urazić dziewczęcia.

- Dokąd mam ją zanieść?

Doktor Cullen zaprowadził ich do ostatniego łóżka pod oknem. Chłopak nadal nie chciał jej puścić.

- Jasper musisz położyć Julię. Muszę ją zbadać.

Młodszy z blondynów posadził ostrożnie dziewczynę na szpitalnym łóżku. Gdy tylko stracił cielesny kontakt z nią, zaczął się trząść w niekontrolowanych dreszczach. Doktor położył uspokajająco rękę na ramieniu syna i spróbował przekonać go do opuszczenia szpitala. Ten jednak cały czas się wahał. Z jednej strony, chciał pozostać przy nowej znajomej, która go przyciągała na wiele sposobów, z drugiej zaś – pobyt w szpitalu był ponad jego siły. Nigdy wcześniej nie zapuszczał się do miejsca pracy przybranego ojca, o ono było przesiąknięte krwią. Spojrzał przepraszająco w ciemne oczy Julii, która wyciągnęła swoja dłoń i pogłaskała go z delikatnym uśmiechem po drugim ramieniu.

- Idź.

W odpowiedzi uzyskała coś, co ją ponownie zaskoczyło. Uniósł jej dłoń do ust i ucałował koniuszki jej palcy.

- Poczekam na ciebie na zewnątrz i odwiozę potem do domu.

Julia niepewna swojego głosu skinęła jedynie głową.

Gdy poczułem znajomy zapach, wystraszyłem się. Co innego mógłbym zrobić mając w świadomości, że mój syn, dalej tak niepewny swojej obecności wśród ludzi znalazł się w szpitalnej poczekalni, w której woń krwi jest równie nasycona co podczas największej katastrofy?

Ruszyłem tak szybko, jak tylko pozwalały na to wymogi bezpieczeństwa wśród ludzi. Kiedy go zobaczyłem z drobną dziewczyną w ramionach, siedzącego spokojnie, choć z pewnym napięciem na krześle, kamień spadł mi z serca. Częściowo, ponieważ coś jednak go tutaj sprowadziło. Swoimi wyostrzonymi, wampirzymi zmysłami nie spostrzegłem żadnych obrażeń u dziewczyny. Oprócz zaśrubowanej nogi, rzecz jasna. Co to miało znaczyć? Co się stało?

- Jasper? Co ty tutaj robisz?

Dziewczę odwróciło się w moim kierunku i prócz gęstwiny krętych, czekoladowych włosów, dojrzałem uroczą, drobną twarzyczkę aniołka o zgrabnym nosku, ślicznych małych, ale wydatnych wargach i ostrym podbródku.

- O, kurczę… - wypsnęło się z jej usteczek. Aż mnie to zdziwiło, że takie stworzonko mogło wymówić brzydkie słowo. Była wyraźnie zaskoczona moją aparycją. Tak jak i ja jej.

- Tato… - westchnął Jasper.

Zwróciło to moją całą uwagę dwójnasób. Po pierwsze, za każdym razem, gdy któreś z moich przybranych dzieci tak się do mnie zwraca, ogarnia mnie czysta miłość i wdzięczność losowi za nie. Po drugie, mój syn potrzebował mnie i ciężar spadł mu z serca gdy mógł się zwrócić ze swoim problemem do mnie. „Tak synu, zaraz się wszystkim zajmę", pomyślałem z miłością. Nie usłyszał moich myśli, ale wyraźnie odczuł moje uczucie, bo przez twarz przemknął mu zmęczony uśmiech. Mimo swojej obecności w szpitalu i tej odwagi oraz samokontroli jakiej okazywał, męczył się. Zanim zdążyłem zaproponować mu opuszczenie poczekalni, podeszła do nas Tracy, jedna z nielicznych pielęgniarek, które mnie nie adorowały na każdym kroku.

- Widzę doktorze, że znalazł pan sobie kolejną pacjentkę. Oto jej karta.

Podała mi podkładkę z żółtą kartą przyjęć i wróciła do swoich obowiązków. Nieprzerwanie obserwując Jaspera zerknąłem na dokumenty chcąc dowiedzieć się czegoś o młodej towarzyszce mojego syna. Julia Marconi. To nazwisko… Z czymś mi się kojarzy… Na pewno Włoszka. Osiemnastolatka. Przeszła operacje i upadła. Konsultacja. Czyżby upadła przez Jaspera? To nie trzymało się kupy…

- Julia, tak? – upewniłem się. Spojrzała na mnie spod uniesionych brwi, jakby pytała: „A jest tutaj jakaś inna dziewczyna?". Coś mi mówiło, że pomimo anielskiej urody, miała diabła pod skórą. To również mi kogoś przypomina. Kogoś znacznie bliższego…

- Jestem doktor Cullen. Zaraz ci pomogę. – wyciągnąłem do niej rękę, żeby jej pomóc wstać, ale Jasper poprawił ją sobie w ramionach. – Jasper, może pojechałbyś do domu. Zajmę się twoją koleżanką…

Byłem coraz bardziej podenerwowany jego stanem. Tym bardziej, iż pokręcił przecząco głową z proszącym wyrazem oczu.

- Nie, chcę przy niej zostać – powiedział tak cicho, że jedynie ja mogłem go usłyszeć. – Zostanę.

Wstał, pytając dokąd ma się udać. Zaprowadziłem ich do najdalszego łóżka, z dala od reszty obecnych pacjentów, ale byłem aż nazbyt świadomy zapachu świeżej krwi w powietrzu.

- Jasper musisz położyć Julię. Muszę ją zbadać.

Byłem zdziwiony, że dziewczyna nie zaczęła panikować. Z całą pewnością mój syn nie zachowywał się normalnie. Delikatnie, żeby jej nie urazić, posądził ją na łóżku. Gdy tylko przestał ją dotykać, zauważyłem, że jego samokontrola zaczęła gasnąc w zastraszającym tempie. Opierał się mojemu zdaniu, ale to ta dziewczyna, jednym, krótkim „idź" odesłała go na zewnątrz budynku.

Ucałował jej palce. Nie było w tym nic erotycznego, wręcz przeciwnie. Piękno tej sceny było warte zapamiętania. Jego zachowanie było tak różne od tego, jak zachowywał się zazwyczaj. Tak jawnie okazywał uczucie bardzo rzadko. Jedynie Esme tak traktował. Nawet z okazywaniem uczuć Alice bardzo się krył. Alice… Przyjrzałem się uważniej siedzącej przede mną dziewczynie. Pomimo swojej delikatnej urody, nie widziałem w niej nic nadzwyczajnego. Ot anioł w ludzkiej skórze nastolatki. Równie dobrze mogłaby być to każda, dowolna dziewczyna. Zmieniłem zdanie dość szybko – jak tylko odwróciła spojrzenie od znikającego za rozsuwanymi drzwiami Jaspera, a zwróciła je na mnie. Te oczy nie miały wcześniej takiego ostrego wyrazu. Były żywe, rozbiegane, gdy była przy moim synu, ale skupione na nim. Teraz to spojrzenie skupiło się na mnie i pomimo mojego wieku i doświadczeniu, poczułem się jak pod obstrzałem. Piękne, ocienione długimi rzęsami, głęboko brązowe oczy z zielonymi cętkami wwiercały się we mnie.

- Jak to się stało, że upadłaś?

- Poślizgnęłam się w szkolnej stołówce i niefortunnie upadłam – wyjaśnienie wypłynęło z niej jakby nieświadomie. Zwięzła odpowiedź mówiła wszystko i nic. Nie wyjaśniała mi tego, co mnie interesowało. Co z tym ma wspólnego Jasper.

Nie odwróciła ode mnie wzroku. Podwinęła długa spódnicę i zacząłem obserwować zoperowaną nogę, poszukując niepokojących zmian.

- nie powinien tutaj przychodzić. Zapach i odgłosy szpitalne mu o czymś przypominają. O czymś strasznym. – To nie było pytanie. Raczej stwierdzenie. – Gdybym wiedziała, nie dopuściłabym do tego, żeby ze mną przyjechał.

Właściwie to nie wiedziałem co odpowiedzieć.

- Ile…

Przerwała mi.

- Proszę na niego uważać. On… Bardzo cierpi.

Nie byłem przygotowany na takie dictum. Zwłaszcza od nastolatki. Kim ona była? Co o nas wiedziała? Musiałem szybko skontaktować się z resztą mojej rodziny.

- Trzy miesiące temu. Za dwa tygodnie powinnam mieć ściągnięty ten… stelaż. Zażywam cztery tabletki przeciwbólowe dziennie, a jako baletnica jestem naprawdę uodporniona na ból. Dzisiejszy wypadek raczej nie spowodował żadnych zmian, chociaż na chwilę ból się nasilił.

Wolałem nie wyciągać na światło dzienne spraw prywatnych, więc przytaknąłem i wysłałem ją na prześwietlenie. Zyskałem około piętnastu minut na uzyskanie informacji o niej.

- Edward? Przed chwilą przyjechał do szpitala Jasper z Julia Marconi. Kim jest ta dziewczyna?

- Wariatką – burknął. Musiał mieć o cos do niej żal. – To nowa uczennica. Seniorka. Przyjechała i podbiła serca miejscowych chłopaków, ale trzyma się na uboczu i nie chce takich znajomości. Niezłe z niej ziółko. Obsypała mnie sałatką podczas lunchu.

To wyjaśniało tę niechęć.

- Co o nas wie, Edwardzie?

- Nic. – Ulżyło mi. – Ale…

Skupiłem się na powrót.

- Tak?

- Musi mieć niezłą intuicję, bo tylko przelotnie na mnie spojrzała i już domyśliła się, że to ja zaśmiałem się z jej małych problemów o których myślała. Jest spostrzegawcza, ale skoncentrowała się na mnie niż na pozostałych. To Jasper bardziej mnie martwi. Zachowywał się cokolwiek dziwnie. Nie zrobił niczego głupiego, prawda?

- Nie. Wszystko w porządku. Zachowuje się rzeczywiście inaczej niż zwykle, ale… ośmielam się stwierdzić, że to zmiana na lepsze, nie gorsze.

- Hmm… To dobrze. Tej dziewczynie nic się nie stało?

- Zaraz się okaże, ale sądzę, że nie. Czujesz się winny?

- Skąd – oburzył się. – Ja jej nogi nie podstawiłem. Po prostu… Myśli Jaspera były skupione na emocjach i widoku. Całkowity instynkt, a Alice nuci Mendelsona jak marsz żałobny.

- A Emmett i Rosalie?

- Szczerze mówiąc to Rose jest na mnie wściekła…

- Dlaczego?

- Widocznie dzisiejszy dzień był… Musimy porozmawiać jak wrócisz.

Coś się nie układało…

- Co teraz zrobisz? – zapytał.

- Teraz muszę przebrnąć przez rozmowę z Julią Marconi. Najdziwniejszą nastolatką, jaką kiedykolwiek poznałem.

- Równie wielką zagadką jest Bella..

- Kto?

- Opowiem ci później… tylko nie zapraszaj jej do nas od razu…

Zaśmiałem się krótko.

- Ja, jak ja, ale za Jaspera nie ręczę pod tym względem. – Zdążyłem mu przekazać i akurat na wózku podjechała moja tajemnicza pacjentka.

- Radiolog twierdzi, że nie widzi żadnych zmian prócz tych poprzednich. Jak sądzę, boli bo się zrasta. Chyba zjawiłam się tutaj bez potrzeby, nieprawdaż?

Przysiadłem na białym, obrotowym taborecie i przyjrzałem się jej. Bolało ją. Starała się tego nie okazywać, ale wampira nie mogła oszukać. Nie umknęły mi takie objawy jak lekkie zaciśnięcie warg, drganie mięsni ramion, delikatne Skórcze przebiegające twarz. Postanowiłem zignorować jej słuszną zresztą diagnozę i porozmawiać chwilę.

1 W USA system klas w liceum jest inny niż w Polsce. Klasy startowe, juniorzy i seniorzy.

2 Doktor Watson – pomocnik Sherlocka Holmesa