Droga powrotna do Ogrodu nie była zbyt fascynująca. Wreszcie jednak wylądowali w porcie Balamb i ruszyli w stronę Ogrodu. Mieli zamiar od razu udać się do Cida i zameldować mu o wszystkim.
- Znajomy widok? - mruknął Seifer do kolegi.
Ledwo przekroczyli bramę wejściową, w oczy rzucił im się chaos panujący w zwykle dość spokojnym Ogrodzie. Tak jak w Final Fantasy, studenci biegali wte i wewte, niektórzy bili się ze sobą. Tylko nie było żadnych Mistrzów Ogrodu, rzecz jasna.
- Lećmy do Cida, bo właściwie to nie wiem, o co oni się tak biją - zaproponował Squall. - Może tam się dowiemy.
Po drodze jakiś bojowo nastawiony kadet rzucił się na zaskoczonego Squalla, obalił go na ziemię i zaczął pytać wściekle:
- Za czym jesteś? Gadaj zaraz!
- Za tym, żebyś ze mnie zlazł, kołku! - rozzłościł się gunblader, siłując się z napastnikiem.
Nagle kadet poleciał w tył, oderwany od Squalla mocnym szarpnięciem. Seifer przyłożył mu jeszcze z rozpędu w szczękę i student zwalił się na ziemię nieprzytomny. Squall wstał z podłogi, rozcierając plecy, które ucierpiały podczas upadku.
- Właśnie miałem go znokautować - powiedział wyzywająco, spoglądając na przyjaciela.
Seifer przyglądał mu się ironicznie.
- Jasne. Zdążyłem się dowiedzieć, o co wszyscy się tłuką, kiedy ty obściskiwałeś się na podłodze z tym gościem.
- Nie obściskiwałem się - zaprotestował urażony Squall, spoglądając na powalonego napastnika. - Nie jest w moim typie - zarechotał wesoło. - Może tobie bardziej by się podobał, Almasy.
- Bardziej interesują cię głupie żarciki, czy wolisz wiedzieć, co to za zamieszanie? - spytał zgryźliwie Seifer.
- Nie czepiaj się - wzruszył ramionami Squall. - To ty zacząłeś. No dobra, mów.
- Podobno gdzieś w okolicy jest Ogród Galbadia. Przemieszcza się. Mają tam pełno galbadyjskiego wojska i chcą nas zaatakować. Wiesz, jak w grze - ta cała Edea ich przechwyciła. No i znalazło się paru studentów, którzy uważają, że powinniśmy się poddać - wyjaśnił blondyn. - Biją się z innymi, którzy uważają, że lepiej walczyć z Galbadią.
- Ciekawe, co porabia dyro - mruknął Squall. - Jakoś nie widzę, żeby obchodziło go to, co się tu dzieje.
Dotarli w pobliże biura Cida. Seifer zapukał, ale zamiast oczekiwanej odpowiedzi usłyszał tylko jakieś niewyraźne mamrotanie, dobiegające zza drzwi. Spojrzeli na siebie niepewnie, wzruszywszy ramionami, a potem weszli do środka. Dyrektor chodził po całym pokoju, gadając coś do siebie i nerwowo załamując dłonie. Miał błędne spojrzenie.
- Panie dyrektorze - zaczął Squall, salutując gorliwie. - Melduję, że...
- Dobrze, że jesteście - przerwał mu Cid, podchodząc bliżej i chwytając go desperacko za poły kurtki. - Jak się nazywasz, chłopcze?
- L-leonhart, panie dyrektorze. Squall Leonhart - wyjąkał zaskoczony gunblader. - Byliśmy na misji w Del-
- Leonhart - przerwał mu znowu dyrektor - widzisz, chłopcze, co się tu dzieje? - zapytał go z rozpaczą, i nie czekając na odpowiedź, perorował dalej. - Nie mam pojęcia, co robić. Jedni mówią mi, że żeby się poddać, inni, żeby nie... i ten Ogród Galbadia... Edea... - gadał teraz jakby do siebie. - Nasi studenci walczą ze sobą... co robić, co robić...
- Nie poddawać się, panie dyrektorze - zasugerował niepewnie Squall.
Jeszcze nie widział Cida w takim stanie. "Facet wygląda, jakby za chwilę miał wykorkować na serce", pomyślał chłopak.
Cid usłyszał go i jakby nieco oprzytomniał. Spojrzał na gunbladera z ożywieniem.
- Leonhart, dobrze mówisz! - ucieszył się. - Jak prawdziwy lider. Umiem rozpoznać u swoich studentów niezłomnego ducha walki. Czuję, chłopcze, że zasługujesz na swoje nazwisko - ględził dalej.
Seifer przewrócił oczami i zerknął na oszołomionego przyjaciela. "Dyrektorowi już całkiem poprzewracało się w głowie. Naplecie Squallowi bzdur i wpuści go w jakieś bagno".
- Dlatego, Leonhart, zostawiam ci dowodzenie Ogrodem - oznajmił Cid z ulgą.
"Że co? To niemożliwe!"
"O kurde! To się dzieje naprawdę!"
- Mówi dyrektor. Proszę o uwagę. Mianowałem właśnie Squalla Leonharta dowódcą. Przekazuję mu przywództwo nad Ogrodem i SeeD. Proszę o słuchanie jego rozkazów. Dziękuję za uwagę, to wszystko - zakończył błyskawicznie Cid, po czym wyłączył interkom, poklepał jeszcze zaszokowanego Squalla po ramieniu i czym prędzej odszedł. Odejście to podejrzanie wyglądało na ucieczkę.
- Panie dyrektorze? Dokąd pan idzie? - zawołał bezsilnie Seifer, ale Cid znikł za drzwiami i tyle go widzieli.
- Seif... ale numer - wydukał Squall. - Wcale nie myślałem, że tak będzie... znaczy, wiesz, że na serio...
- Masz, co chciałeś - odparł cierpko Seifer. - Jesteś teraz mega szefem wszystkiego. Cieszysz się?
- Nie wiem. Co ja mam teraz robić? - zapytał nieco bezradnie nowy dowódca Ogrodu.
Starszy szermierz westchnął ciężko. "Wiedziałem, że tak będzie".
- Dowodzić, Squall. Dowodzić - zakomunikował mu sarkastycznie.
- No tak - Squall w międzyczasie trochę ochłonął. - Chyba najpierw trzeba uporać się z tymi kretynami, co się tłuką po korytarzach - zauważył rozsądnie. - Jak mamy walczyć z matołami z Galbadii, to trzeba mieć kim. Ha! Przemowa, Seif! Pamiętasz? - uradował się. - Powinienem strzelić jakąś mówkę do ludu, no nie?
- Nie wątpię, że to bardzo ci się spodoba - mruknął pobłażliwie blondyn. - Tylko streszczaj się, bo jak cię znam, to gotów jesteś nawijać przez dobrą godzinę.
- Spoko. Wiem, co trzeba powiedzieć.
"- Ehm... mówi Squall Leonhart. Jak zapewne już wiecie, zostałem dowódcą Ogrodu. Prawdopodobnie czeka nas wkrótce konfrontacja z Ogrodem Galbadia i galbadyjskim wojskiem. Damy sobie radę, a wiecie, czemu? Bo jesteśmy lepsi od tych galbadyjskich palantów! Tym z was, którzy nawołują do poddania się, mam do powiedzenia jedno: nikt nie szanuje tych, którzy nawet nie próbują walczyć - zapalał się Squall. - Jesteśmy SeeD i nie będziemy się poddawać!"
Seifer stał obok i słuchał gadania kolegi. Zastanawiał się, czy pobije czasowo ubiegłoroczny rekord Cida na rozpoczęcie roku. Na razie nieźle mu szło...
"...aha, i przy okazji, jako dowódca będę prawdopodobnie potrzebował asystentek - dodał z przebiegłym uśmieszkiem Squall. - Chętne kandydatki proszę o przyjście do mojego gabinetu..."
Seifer nie wytrzymał i wyrwał mu mikrofon z dłoni.
- Nie wygłupiaj się! - z oburzeniem zganił przyjaciela. - Nawet w takiej chwili myślisz o dziewczynach!
- O co ci chodzi? Przecież muszę mieć...
- Akurat! - zdenerwował się Seifer. - Ogród Galbadia może się tu niedługo pojawić, więc lepiej zajmij się planowaniem akcji, playboyu!
- Seifer, w ogóle nie umiesz się bawić... Ale wiesz, chyba powinniśmy iść zbadać napęd Ogrodu. Musimy sprawdzić, jak go odpalić. Skoro Galbadia się przemieszcza, to przecież nasz Ogród nie jest gorszy, nie? - ożywił się Squall.
- No chyba - zgodził się blondyn. - Spotkajmy się w holu za pół godziny, to się tym zajmiemy. Idę teraz do Quistis, Irvine'a, Zella i Selphie. Powiem im, co planujemy.
Seifer wyszedł z gabinetu. Za drzwiami kłębił się nieprzebrany tłum dziewczyn. Gunblader potrząsnął głową z dezaprobatą i odszedł, zostawiając kumpla na pastwę własnych pomysłów.
Squall znalazł w biurku Cida kartę dostępu do wszystkich pomieszczeń w Ogrodzie i był bardzo zadowolony z nowego nabytku. Uznał, że w sam raz się przyda, skoro mieli z Seiferem uruchomić Ogród. Świeżo upieczony komendant wyjrzał z pokoju. Natychmiast otoczyła go wianuszkiem grupka czterech dziewczyn.
- Witaj, szefie - powiedziała jedna z nich. - Świetna przemowa. Taka porywająca!
- Dzięki - uśmiechnął się Squall.
- Dla takiego walecznego dowódcy chciałoby się zrobić absolutnie wszystko - zapewniła druga dziewczyna.
- Nie ma pan może dla nas jakichś ...rozkazów, szefie? - spytała trzecia, puszczając do niego oko.
- Hmm... - zastanowił się Squall. - Coś się znajdzie - zadowolony uśmieszek pojawił się na jego twarzy.
Seifer czekał cierpliwie na przyjaciela, który jak zwykle się spóźniał. Zastanawiał się, czy nie iść po niego, gdy Squall wreszcie się pojawił.
- Czekam na ciebie już pół godziny - powiedział z urazą, ruszając bez dalszej zwłoki w stronę windy.
- Przepraszam, Seif - usprawiedliwił się młodszy chłopak. - Jakoś tak wyszło... Czekaj, nie leć tak szybko - wysapał.
- Coś ty taki wykończony? - spojrzał na niego podejrzliwie Seifer.
- A bo po drodze byłem po coś w Centrum Treningowym i jak miałem wychodzić, to... no, wpadłem na Chimerę - łgał Squall - i tak mi z nią długo zeszło... nie dało się jej pozbyć i strasznie była hmm... żywotna. Sam wiesz.
- Chimera? - zainteresował się blondyn. - Jakiś nowy gatunek?
- Nie, czemu? - zdziwił się Squall. - Normalna, czterogłowa...
- Te Chimery, które znam, rzucają Thundagami i statusami - wyjaśnił Seifer. - Nie słyszałem jeszcze o takich, które dobierają się facetom do spodni - zadrwił.
Squall spojrzał po sobie, ze złością myśląc o spostrzegawczości Seifera. Czasem trudno było mu wcisnąć kit. Zasunął do końca niesforne spodnie, mruknął coś pod nosem i obaj gunbladerzy już bez zwłoki zjechali na dół, w czeluście Ogrodu.
- Seif, jak myślisz, czy w podziemiach trafimy na jakiegoś spasionego NORGa?
- Kto wie. Jesteś gotów na starcie z "przerażającym" bossem?
- Bardziej przerażająca jest Trepe - zachichotał Squall. - Teraz to już mnie znienawidzi do końca... jestem jej bezpośrednim zwierzchnikiem.
Dotarli windą na ostatni poziom i rozejrzeli się ciekawie. Oczywiście nigdy wcześniej tu nie byli. Nie było to jednak zbyt ciekawe miejsce, powietrze było stęchłe, a podłoga mokra i śliska. Ruszyli niepewnie przed siebie, ale ledwo uszli kilka kroków, usłyszeli gniewny głos:
- Gdzie leziecie? Kto was tu wpuścił, gówniarze?
Ich oczom ukazał się gruby facet w uniformie, jakie zwykł nosić Ogrodowy personel techniczny. Grubas niósł w ręku wiaderko i mopa, a za nim dreptał równie gruby, i bardzo długi, jamnik.
Seifer uznał za stosowne wytłumaczyć ich obecność.
- Panie eee... Norg - jasnowłosy gunblader niemal się zakrztusił, odczytawszy nazwisko ciecia, widniejące na plakietce przyczepionej do jego kieszeni - nie słyszał pan o nowym dowódcy Ogrodu? To właśnie on - machnął ręką w stronę Squalla, który próbował zachować powagę w obliczu "przerażającego bossa".
Norg łypnął podejrzliwie okiem na rozbawionego Leonharta, a potem na Almasy'ego.
- Ja tam nic nie wiem o żadnych dowódcach - oznajmił wreszcie. - I coś mi się widzi, że sobie żarty robicie, smarkacze. Zjeżdżać mi stąd zaraz! Zadeptaliście całą podłogę, a dopiero co ją umyłem - zrzędził. - Lewik, a ty dokąd leziesz? - skarcił psa, który podszedł do Squalla, wesoło merdając ogonkiem.
- Lewik? - zarechotał Squall. - Czy to zdrobnienie od Lewiatana?
- Co cię tak śmieszy, szczeniaku? - rozeźlił się Norg. - No już, zmiatajcie stąd! - przyłożył ścierką zaskoczonemu Seiferowi.
Squall wybuchnął śmiechem, widząc minę swojego kumpla, ale zaraz ucichł, również oberwawszy od wojowniczego sprzątacza. Wreszcie obaj postanowili zrejterować, zaśmiewając się po drodze ze spotkania.
- Nawet nie chcę wiedzieć, jak pogięty musiał być scenarzysta Final Fantasy, żeby przerobić tego ciecia na wielkiego bossa - śmiał się Squall.
- Musiał tu być, i spotkać tego gościa - zgodził się rozbawiony Seifer.
- Ciekawe, czy też dostał ścierką - pękał ze śmiechu młodszy szermierz. - Może powinienem dać Norgowi podwyżkę, Seif? Wiesz, za czujność i waleczność w obronie czystej podłogi?
- Spójrz tam - przerwał mu kolega, wskazując na jakąś zardzewiałą klapę w podłodze. - Nie sądzisz, że tam może być zejście na niższy poziom?
- Ooo, masz rację, sprawdźmy to - ucieszył się Squall.
Podeszli do włazu i spróbowali go otworzyć. Było ciężko, ale w końcu wejście stanęło otworem. Seifer powstrzymał Squalla, który już rwał się do zejścia na dół. "Zobaczy gdzieś potwora, dostanie tego swojego Berserka, zleci z drabiny i się połamie".
- Czekaj, pójdę pierwszy.
- Czemu? - nadąsał się Squall. - Nie musisz się tak nade mną trząść, Seifer. Nie jestem ze szkła.
- Tu jest ciemno i ślisko, a przecież wiesz, że nie jestem taki ...zgrabny jak ty. Naprawdę chciałbyś, żebym ci spadł na głowę, jak będziemy schodzić? - zapytał, starając się brzmieć wiarygodnie.
- Coś mi się zdaje, że ściemniasz, ale niech ci będzie. Złaź - mruknął Squall.
Na dole było mało światła, gdzieniegdzie tylko paliły się słabe żarówki. W powietrzu panował jeszcze większy zaduch. Squall rozejrzał się z zaciekawieniem dookoła i podszedł do jakichś drzwi. Prowadziły na metalowy pomost. Spojrzał w dół i zobaczył napęd Ogrodu w całej okazałości. Na pomoście był jakiś panel, zapewne do uruchomienia całości.
- Szkoda, że nie wzięliśmy Dinchta. Przydałby się do pogrzebania w kabelkach - pożałował Squall, siłując się z odpaleniem mechanizmu.
- Poradzisz sobie doskonale bez tego palanta - naburmuszył się Seifer.
Nie podobało mu się wazeliniarstwo Zella, które dawało o sobie znać, kiedy tylko w pobliżu pojawiał się Squall.
- Wzrusza mnie twoja głęboka wiara w moje umiejętności - powiedział ironicznie Squall. - Ale czekaj... może jednak uda mi się coś z tego wykrzesać - oznajmił z lekką nadzieją, gdy zdołał włączyć zasilanie panelu. - Tylko mi nie "pomagaj". Nie chcielibyśmy, żeby Ogród uległ przyspieszonej autodestrukcji, jak pewna galbadyjska baza, no nie? - zapytał złośliwie.
- To był tylko jeden zasmarkany niebieski kabelek!
- Po co go ruszałeś?
- Wkurzał mnie!
- A rzeczywiście, te niebieskie mają nieprzyjemny zwyczaj obrzucania rozmówcy obelgami. Też ich nie lubię, są bardzo denerwujące.
Seifer burknął coś pod nosem, dając za wygraną. Czy to jego wina, że głupie komputery i inne urządzenia były tak kiepsko zaprojektowane, że psuły się za każdym razem, kiedy ich dotykał?
Squall próbował zmusić do uległości oporne urządzenie, gdy nagle coś drgnęło. Przez pomost, na którym stali, przeszły silne wibracje i zgasła połowa żarówek. Zrobiło się jeszcze ciemniej.
- To nie ja - zarzekał się z rozpaczą Seifer. - Niczego nie dotykałem, naprawdę!
- Spoko - mruknął Squall. - Wydaje mi się, że to po prostu napęd zaczyna się włączać.
Przez potężną konstrukcję przebiegły snopy iskier i dziwnej poświaty, a potem wszystko ożyło.
- Haaa! Udało nam się! - cieszył się Squall. - To działa! Jestem genialny!
Seifer patrzył na euforię kumpla nieco pobłażliwie. Musiał jednak przyznać, że kiedy przychodziło do użerania się z komputerami i maszynami, Leonhart był bezkonkurencyjny.
- Dobra, geniuszu, a teraz wracajmy na górę. Musimy przecież jakoś tym sterować - przypomniał blondyn.
- Ooo, no właśnie. Żebyśmy tylko się nie władowali w Rybaków albo Balamb - zafrasował się Squall.
Mostek znajdował się w tym samym miejscu, które znali z gry. Wyglądał też z grubsza tak samo. Obaj przyjaciele wyjechali windą na samą górę. Przejęty Squall natychmiast rzucił się do pulpitu sterowniczego, a zaciekawiony Seifer podszedł do dużego okna. Roztaczający się stąd widok był imponujący. Niedaleko widać było Rybacki Horyzont.
- Nie ma się czym przejmować - powiedział Squall, zerkając jednym okiem przez okno i obserwując kurs Ogrodu. - Nie wpadniemy na nich, przejdziemy bokiem.
- Całe szczęście. Ale i tak trzeba jakoś się zorientować, jak się tym steruje.
Seifer pozostawił zafascynowanego Squalla przy pulpicie i podszedł do znajomo wyglądającej solidnej wajchy. Prawie jak w grze, tylko ze dwa razy większa. Rozpromienił się na ten widok. Wreszcie coś w sam raz dla niego - coś, czego nie zepsuje. Żadnych głupich delikatnych kabelków, przełączników, klawiatur. Nic się nie urwie. Leonhart i tak nie dałby rady tego ruszyć, więc postanowił sam spróbować.
Starszy rybak, siedzący na pomoście i łowiący ryby, rozmyślał właśnie o czekającym go powrocie do domu i tłumaczeniu się przed zrzędną żoną. Z niechęcią zaczął zbierać wędki i składać krzesełko, gdy nagle padł na niego potężny cień. Podniósł wzrok i z przerażeniem spojrzał na potężną budowlę, szarżującą prosto na niego. Zapomniawszy o swoim zaawansowanym wieku, chyżo zemknął po pomoście w kierunku miasta. Obejrzawszy się przez ramię, zobaczył jeszcze, jak Ogród Balamb taranuje część doków i skręca z powrotem w stronę otwartego morza.
"Żona mi nie uwierzy, jak jej opowiem", pomyślał kwaśno. "Trzeba będzie znowu coś zmyślić o reumatyzmie".
- Seifer, czemu to zrobiłeś? Było dobrze, a ty znowu nie wytrzymałeś. Mówiłem ci sto tysięcy razy, nie dotykaj niczego, co jest bardziej skomplikowane niż cep, to nie. Zawsze cię podkorci - Squall robił wyrzuty przyjacielowi. - Co myśmy narobili! Rozwaliliśmy port w Horyzoncie! - rozpaczał chłopak.
- To sterowanie jest jakieś niewydarzone - bronił się zmieszany blondyn.
Było mu głupio, ale miał żal do wajchy. "Wyglądała tak prosto i porządnie!"
- To nie sterowanie jest niewydarzone - skomentował złośliwie Squall. - Seif, czy wiesz, że pojazdami mającymi ster kieruje się NA ODWRÓT? - spytał kąśliwie. - Jak chcesz skręcić w lewo, to ciągniesz ster w prawo i tak dalej.
- Nie wiedziałem...
Młodszy chłopak złapał się za głowę.
- Chyba zrobię ci spis przedmiotów, których możesz dotykać. Pomyślmy... kranu możesz używać... przez tyle lat nie zepsułeś żadnego, więc to jest bezpieczne... klamki u drzwi chyba też - wyzłośliwiał się Squall. - Nie wiem, jakim cudem dotąd nie odstrzeliłeś sobie stopy - w Hyperionie też masz jakiś mechanizm! A teraz to zderzenie!
- Przecież nie zrobiłem tego specjalnie - mruknął zakłopotany Seifer.
Squall dał wreszcie spokój skruszonemu kumplowi. "Co się stało, to się nie odstanie", pomyślał sentencjonalnie.
- Będę musiał iść do Horyzontu i wytłumaczyć Dobe'mu, co się stało - westchnął, marszcząc brwi z niezadowoleniem.
- Dasz sobie radę. Użyj na nim swojego zabójczego uroku osobistego - nie mógł się powstrzymać blondyn. - Zbajeruj go, jak to niedawno zrobiłeś z Rinoą.
- Burmistrz Dobe to FACET - przypomniał Squall. - Na niego nie zadziała mój - niekwestionowany zresztą - urok.
- Skąd wiesz? Na Dinchta zadziałał. Jakoś bardzo cię ostatnio polubił - zakpił, nie potrafiąc jednak ukryć urazy.
- O, a cóż to, zazdrość? Tylko o kogo? - zaśmiał się Squall.
- Daj mi spokój. Z tobą to każda rozmowa schodzi na to samo - powiedział rozdrażniony Seifer.
- Wiem, wiem, jestem niegodziwy - powiedział z udawaną pokorą Squall. - Ale skoro tak, to czemu ciągle ze mną chodzisz, Seif? Znaczy, no... Cholera. Nie to miałem na myśli... tylko...
- Wiem przecież, kretynie...
Obaj zamilkli na chwilę, zakłopotani. Wreszcie Squall podjął rozmowę.
- My tu gadu gadu, a trzeba iść do Horyzontu. Czas na użycie mojego uroku. Ale zaraz! - roześmiał się. - Skoro Dobe to facet, to może TY użyłbyś swojego uroku, Seif?
- A więc przyznajesz, że jestem uroczy?
- Zamknij się, Almasy!
- ...
- Wcale nie mówiłem, że jesteś uroczy!
- ...
- Tak mi się tylko powiedziało!
- ...
- Chodźmy już lepiej, muszę naściemniać Dobe'mu.
- Naprawdę jesteś niesamowity - Seifer pokręcił głową z niedowierzaniem, gdy wyszli już od burmistrza. Talenty krasomówcze Squalla nie tylko udobruchały Dobe'go, ale nawet zgodził się uznać zderzenie za wypadek, a nie akt agresji. - Mogę się założyć, że bez problemu sprzedałbyś igły Cactuarowi i przekonał Ruby Dragona do przejścia na wegetarianizm.
- A mam inne wyjście, skoro muszę naprawiać efekty twojej radosnej działalności destrukcyjnej?
- To było niechcący...
- Jak zawsze. Wiesz, Seif, powinieneś sobie wpisać do CV "Specjalność: demolka".
- O rany, długo będziesz mi to wytykał?
- Kiedy to nawet było niezłe. Zrobiłeś kawał porządnej rozwałki, Seif. Ty, taki rozsądny i regulaminowy - śmiał się Squall. - Ale dobra, wracajmy już na mostek. Trzeba rozejrzeć się po okolicy za Galbadią.
- Wiesz - powiedział zamyślony Squall, siedząc przy panelu sterowniczym Ogrodu - teraz chyba zacznie się dużo dziać. Nie sądzisz, że powinniśmy sobie przemyśleć niektóre rzeczy?
- A cóż to z ciebie się taki myśliciel zrobił? - zażartował Seifer. - Czyżbyś zamierzał WRESZCIE skorzystać ze swoich szarych komórek w celach innych niż podryw?
- Ciągle mi wytykasz, że "działam pod wpływem impulsu", a jak próbuję coś zrobić po twojemu, to się ze mnie nabijasz - nadąsał się Squall.
- Dobra, tak tylko powiedziałem... no to mów, co konkretnie masz na myśli?
- Bo wiesz, tak się zastanawiałem... w tym Final Fantasy cała draka z Edeą to tylko początek, nie? - przypomniał Squall. - Się zaraz okaże, że tak naprawdę to Edea jest zupełnie niewinna. Sprzedawała sobie spokojnie pomidory i nagle myk! została opętana przez Ultimecję - zakpił Squall. - Wiesz, coś w ten deseń.
- Może i masz rację. A, i zwróć uwagę, że wcale jej nie znamy - powiedział starszy chłopak.
- W Final Fantasy przykleili nam ją jako opiekunkę w bidulu. A twój bohater latał za nią jak piesek- zarechotał Squall.
- Ja bym nigdy nie latał za jakąś babą - oświadczył z godnością Seifer. - Tamten gość to mięczak.
- Mój też nie lepszy - burknął Squall. - Łazi ciągle w tych swoich pasach cnoty... " Trzeba się będzie tego pozbyć przy najbliższej okazji, to był zły pomysł".
Obaj siedzieli dłuższą chwilę z niezadowolonymi minami.
- Czemu główny bohater nie może być taki jak ja? - pożalił się młodszy gunblader. - Czy ja jestem taki okropny, żeby trzeba było mnie przerabiać, Seif?
- No coś ty. Po prostu to jakieś gamonie - pocieszał go kumpel. - Nie poznali się na tobie.
- I kazali nam ciągle ze sobą walczyć - rozważał kolejne nieścisłości Squall. - Właściwie to dziwne, ale nigdy dotąd się nie biliśmy, no nie, Seif?
- Rzeczywiście, nie.
- Może powinniśmy spróbować? - zachichotał Squall. - Niekoniecznie na gunblade'y - zastrzegł się szybko.
- Nie będę się z tobą bił, Squall - Seifer przewrócił oczami.
- Czemu? Z góry zakładasz, że bym przegrał, tak? - zapytał rozżalony Squall.
- Wcale nie. Ale jesteś teraz moim dowódcą. Jakby to wyglądało, gdybym się bił ze swoim zwierzchnikiem? - wyjaśnił blondyn, starając się zachować powagę.
Squall popatrzył na niego podejrzliwie, ale nie pociągnął dalej tego wątku.
- Jak sądzisz, my też będziemy musieli ratować świat? Przed Ultimecją?
- Niedługo powinno się okazać. A czujesz się na siłach, żeby wyskakiwać w kosmos za Rinoą? - zakpił kolega. - Chyba cię to czeka.
- O kurczę, zapomniałem o tym. Wiesz, jakoś nie miałbym nic przeciwko temu, żeby to był wymysł z gry - powiedział dyplomatycznie młodszy gunblader. - Na myśl o tym całym kosmosie mam lęk wysokości. A poza tym jestem pewny, że jakbym faktycznie uratował Rinoę, toby mnie za to zamordowała.
Seifer zaśmiał się serdecznie.
- Oj, Leonhart... ale statkiem tobyś się chętnie przeleciał, co nie?
- Ragnarokiem? Pewnie - roześmiał się Squall. - To im elegancko wyszło. Ładny design i ogóle. Tylko pewnie u nas wyglądałby jak zmiętoszona puszka po sardynkach z odpadającym lakierem - skrzywił się.
- Ciekawe, czy Ellone ma rzeczywiście coś wspólnego z tym wszystkim, no wiesz - zainteresował się nagle Seifer.
- Elle...? - posmutniał nagle Squall. - Myślisz, że ją spotkamy, Seif?
- Nie mam pojęcia. A chciałbyś?
- Sam nie wiem...
Seifer popatrzył na markotnego przyjaciela. Po co mu przypominał o Ellone? "Seifer, jesteś idiotą", skarcił się w myślach.
- Wiesz co? Nie myśl o tym wszystkim, Squall. Chyba jednak twój sposób jest lepszy, podążać za wydarzeniami i nie rozmyślać o nich zanadto. Poza tym uważaj, żeby nie zacząć przypominać swojego odpowiednika z gry - zażartował.
- Masz rację - pocieszył się Squall. - Trzeba upaść na głowę, żeby siedzieć i przejmować się tym, co może się wydarzyć. A co pewnie i tak wcale się nie wydarzy. Na przykład scena balkonowa z końcówki - zarechotał.
- Co, już się poddałeś? - uśmiechnął się Seifer.
- Nie, ale jakoś nie bardzo to widzę. Te całe spadające gwiazdy i w ogóle, no daj spokój. To nie dla mnie. Szkoda czasu na gapienie się na zjawiska astronomiczne, skoro można od razu przejść do rzeczy - powiedział z chytrym uśmieszkiem. - A poza tym jeszcze bardziej nie wyobrażam sobie Rinoi w tej sytuacji.
W tym momencie na mostku pojawiła się reszta "drużyny Deling".
- Oooo, ale zarąbisty widok! - podekscytował się Zell, podchodząc do okna. - Szefie, sam uruchomiłeś ten cały napęd? Super!
Seifer zgrzytnął zębami. Znowu ten wazeliniarz Dincht. "Przyczepił się do Leonharta jak rzep do psiego ogona!" pomyślał, spoglądając z niechęcią, jak Squall z Zellem zaczęli żywą rozmowę o jakichś kwestiach związanych ze sterowaniem.
Quistis patrzyła nieprzyjaźnie na Squalla. Wkurzał ją coraz bardziej, a szczególnie jego błyskawiczna kariera. Jednak najbardziej zdenerwowała ją szalona popularność nowego komendanta wśród wszystkich bez wyjątku rezydentów Ogrodu. Nie rozumiała, co można lubić w takim nieobliczalnym i niepoważnym kretynie. Najwyraźniej jednak cała załoga, studenci i członkowie SeeD zbiorowo upadli na głowę. Wystarczyło się przejść którymkolwiek korytarzem, by usłyszeć: "Dziewczyny, ale mamy przystojnego komendanta, no nie?", "Ten Leonhart to fajny koleś", "Wreszcie mamy dowódcę, który wie, co robić" i tak dalej.
Irvine usiadł w kącie, patrząc obojętnie przez okno. Zignorował Selphie, która próbowała się dowiedzieć, czy w Galbadii jest wysoki poziom nauczania i w milczeniu czekał na rozkazy ich dowódcy.
Seifer uznał wreszcie, że czas zdecydować o dalszych działaniach. I spławić Dinchta, który zawraca Squallowi głowę głupotami. Podszedł spacerowym krokiem do dwójki dyskutantów.
- Szefie, a próbowałeś obejść ten schemat? - zaciekawił się Zell.
- Rany, nie szefuj mi tak ciągle. Przecież możemy sobie mówić po imieniu - zaproponował Squall.
- Serio? To fajnie, Squall - ucieszył się Zell.
Seifer wydął usta z niechęcią. "Jasne, może jeszcze od razu Squally. Co sobie będziesz żałował, Dincht."
- Pogadasz sobie kiedy indziej o schematach, Dincht - burknął z niechęcią do Zella, chwytając Squalla bezceremonialnie za rękaw i odciągając kawałek dalej. - Zdecydowałeś już, co teraz robimy? Galbadia jest tu gdzieś w pobliżu - przypomniał z naciskiem.
- Staranujemy ich - oznajmił zuchwale Squall. - Po tym władowaniu się w Horyzont nie mamy żadnych uszkodzeń. Widać nasz Ogród jest lepszy niż ten badziew w grze - powiedział z dumą. - Nic nie musimy naprawiać.
- Squall, to chyba nie jest najlepszy pomysł...
- Czemu? Nie pamiętasz, jak fajnie to wyglądało? Wiesz, ten mój bohater nie jest w sumie takim sztywniakiem, nie? Ma trochę fantazji. Tak fajnie się władował w tamtych. A potem desancik, rozwałka i gotowe.
"Squall i rozsądek. Te słowa spotykają się tylko na papierze".
- Galbadia jest większa - przypomniał Seifer. - Poza tym możemy uszkodzić napęd w naszym Ogrodzie. I dopiero co dowiedzieliśmy się, jak się nim kieruje.
- Spoko, wszystko już z grubsza wiem - zakomunikował dumnie Squall. - A co do samego sterowania... Seif, skoro już masz z tym doświadczenie - zarechotał - to właśnie ty zajmiesz się zderzeniem z Galbadią. Jesteś w tym bardzo dobry.
- Doświadczenie... - prychnął niezadowolony Seifer. - Mówiłem, że to było niechcący.
- No to teraz będzie chcący - uciął Squall. - Pamiętaj tylko o odwrotnym sterowaniu. W lewo, czyli w prawo i tak dalej. Kierunki mam nadzieję, rozróżniasz? Mogę ci napisać na jednej ręce "lewa", a na drugiej "prawa", jeśli chcesz.
- Leonhart! - warknął blondyn. - Mogę zapomnieć, że jesteś dowódcą i spełnić twoją prośbę sprzed godziny. Tą "nie na gunblade'y" - uściślił.
- No dobra, to było głupie - przyznał Squall. - Nieważne, czy rozróżniasz kierunki. Przy tym, co planujemy, to i tak mało ważne, bo albo będzie staranowanie albo unik - zaśmiał się, zapobiegawczo robiąc jednak dwa kroki w tył.
Blondyn machnął ręką na dowcipy kolegi. Nieważne. Jak Squall chce, to proszę bardzo, on, Seifer właduje się w tę całą Galbadię. Może nawet to będzie niezłe. Poczuł mały dreszczyk emocji, co bardzo go zaniepokoiło. Dla uspokojenia powtórzył sobie w pamięci cały pierwszy rozdział Regulaminu.
Wrócili już prawie do Balamb, gdy zobaczyli z daleka poszukiwany Ogród Galbadia. Stacjonował niedaleko miasta.
- Są skubańce! No, to zaraz dostaną! - rzucił zaczepnie Squall. - Seif, łap się za wajchę! Uprzedzimy ich atak. Nie ma tak dobrze, żeby oddać im inicjatywę. A wy - rzucił energicznie do reszty drużyny - zasuwajcie na dół. Poczekajcie na nas przy dziedzińcu, przyjdziemy tam z Seiferem za kilka minut. Odmaszerować!
Odesłani podkomendni zasalutowali i bez słowa protestu czy komentarza wyszli ze sterowni. Tylko Zell rzucił smętne spojrzenie na Squalla. Wolałby zostać z obydwoma gunbladerami.
Seifer patrzył z uśmiechem na przyjaciela. "Chyba wciągnął się na dobre w to całe dowodzenie", pomyślał, obserwując Squalla, który stał przy panelu, miał skupiony wyraz twarzy i lekkie rumieńce podekscytowania na policzkach.
- Przywalimy im trochę od boku, Seif - poinformował kumpla, kończąc jeszcze jakieś wyliczenia. - To powinno ich trochę pogruchotać, a nam niewiele zaszkodzi. Aha, jeszcze powiem wszystkim, co mamy teraz zamiar zrobić. Lepiej, żeby połowa kadetów nie padła na serce, gdy staranujemy Galbadię, no nie?
Quistis szła razem z Irvine'm, Zellem i Selphie w stronę dziedzińca i myślała ponuro o swoim pechu. Żeby w tak krótkim czasie doświadczyć tylu frustracji! A jeszcze niedawno ten gnojek Leonhart stał przed nią ze swoim żałosnym wyrazem twarzy i powtarzał pokornie: "Tak jest, pani instruktor", "Nie, pani instruktor". Niestety te cudowne wspomnienia zniknęły w jednej chwili, jak zdmuchnięte, gdy usłyszała raźny głos Leonharta, dobiegający z Ogrodowego radiowęzła.
- Mówi dowódca. Przypuszczam, iż zauważyliście, że nasz Ogród jest mobilny. W sumie trudno nie zauważyć... ehm... Jak mówiłem, zamierzamy zaatakować Galbadię. Nie będziemy czekać, aż te matoły - Irvine skrzywił się paskudnie - wjadą nam tu pierwsi. Za chwilę staranujemy ich Ogród, tak więc trzymajcie się mocno!
Trepe rozejrzała się po korytarzu. Zgromadzeni tu studenci uważnie słuchali przemowy Leonharta. Gdy oznajmił o swoich planach, przez cały tłum przeszedł szmer podniecenia.
- Bądźcie gotowi na walkę. Na pewno wpadnie tu mnóstwo galbadyjskich oddziałów, to nieuniknione - ciągnął Leonhart. - Ale zwyciężymy. Pamiętajcie, jesteśmy najlepsi! A teraz czas skopać galbadyjskie tyłki i czarownicę! - zakończył Squall.
Cały korytarz zadrżał od gromkich ryków entuzjazmu, z jakim zgromadzeni przywitali mowę swojego dowódcy.
- Cid był beznadziejny - Trepe usłyszała komentarz jakiegoś starszego kadeta. - Leonhart to jest gościu!
- No, ma facet jaja, nie to co dyro - przyznał mu rację kolega. - Władowanie się naszym Ogrodem w Galbadię! Ja bym czegoś takiego nie wymyślił nawet po pijaku - powiedział z podziwem.
Quistis zawarczała pod nosem. Ile jeszcze będzie musiała tego wysłuchiwać? Niestety, musieli tu czekać na tego kretyna. Przez głowę przemknęła jej nieśmiała myśl, że może jednak coś będzie z tego zapaleńca. Wyrabiał się. Przeraziły ją własne myśli, pospiesznie uspokoiła się więc przypomnieniem, jak beznadziejny był Leonhart na misji w Timber...
- No to przemowa motywacyjna odpracowana, a teraz do dzieła - uznał Squall. - Seif, dawaj na lewo! Przycelujemy im w ten wystający pomościk z żołnierzami. Dobrze by było, jakby odpadł.
- Tak jest, szefie! - zasalutował służbiście Seifer, chwytając dźwignię i ciągnąc ją niemal do oporu.
Skręcili pod ostrym kątem i przez całą budowlę przebiegły silne wibracje. Rozległ się potężny hałas rozrywanego metalu, gdy oba Ogrody zderzyły się ze sobą.
- Ha! Chyba popsuliśmy im szyki - uradował się Squall, patrząc, jak wstrząs zrzuca z pomostów Galbadii część oddziałów przygotowanych do ataku na Balamb. - Przywal im jeszcze raz, Seif, teraz centralnie!
Seifer ponownie pociągnął za drążek i po chwili drugi wstrząs zatrząsł całym Ogrodem. Gunblader czuł się taki ...potężny. Narastała w nim euforia. "Co się ze mną dzieje? - pomyślał niespokojnie. - Chyba za dużo przebywam z Leonhartem i przedawkowałem".
- Wiedziałem, że masz do tego talent - roześmiał się Squall, patrząc, jak Galbadii odleciał kawał lewego skrzydła. - Pięknie ich rąbnąłeś!
Seifer wiedział, że nie powinien czuć się dumny z takiej pochwały. Choć nie mógł nic na to poradzić, że właśnie tak się czuł. Dumny. A przecież to, co robił, było bardzo zuchwałe, nierozsądne i lekkomyślne i... do cholery, takie ekscytujące!
- Dzięki - powiedział skromnie. - Mogę im walnąć jeszcze raz.
- Spodobało ci się, co? - zarechotał Squall. - Dobra, spróbuj tak przyłożyć w tę zakichaną Galbadię, żeby się z nimi sczepić. Tym sposobem nie będą mogli nas staranować, a my wnikniemy do środka i zrobimy im zadymę!
Seifer zerknął na pozycję wroga i jednym płynnym ruchem skierował Ogród w stronę Galbadii, która zamierzała chyba odwzajemnić im się tym samym. Z przeraźliwym łomotem oba Ogrody uderzyły w siebie i zakleszczyły się, zatrzymując w miejscu.
- Dobrze, Seif! Chyba to gdzieś przy napędzie... - Squall wyjrzał przez okno na unieruchomiony Ogród. - Lećmy teraz na dół.
Zjechali windą i pobiegli w kierunku dziedzińca. Na miejscu Squalla powitały oklaski i wycie radości ze strony zgromadzonych tu kadetów i członków SeeD.
- Szefieee! Damy im popalić! Skopiemy im dupska!
- Gotowi do zrycia galbadyjskich głąbów? - zawołał bojowo Squall.
- Gotowiiiii! - odpowiedziały mu groźne okrzyki.
Squall podszedł do swojej drużyny i zakomunikował:
- A teraz zasuwamy do Galbadii, trzeba poszukać Edei i ją zneutralizować. Kinneas, ty dobrze znasz teren, więc znajdziesz najlepsze wejście - zakomenderował.
- Tak jest - mruknął naburmuszony Irvine.
Miał Squallowi za złe teksty o "galbadyjskich głąbach". Aż go korciło, żeby opowiedzieć Leonhartowi coś o tutejszych kadetach. Tak jak Balambczycy uważali studentów z Galbadii za tępych buraków, tak w Galbadii kadeci z Balamb mieli opinię lalusiów i cwaniaków. Zarówno Galbadia, jak i Balamb niezwykle zgodnie uważały Trabię za wylęgarnię nudnych kujonów.
Zanim wdarli się do Ogrodu przeciwnika, trafili po drodze na kilka potyczek. Wróg był już w Balamb i wszędzie toczyły się zacięte walki.
- Dobra, teraz się rozdzielamy - zarządził Squall. - Szybciej przeszukamy to piętro. Trepe, Tilmitt i Kinneas - idziecie na prawo. Spotkamy się w tym samym miejscu. Do roboty!
Szli korytarzem, zaglądając po drodze do kolejnych pomieszczeń. Od czasu do czasu zdarzały się starcia z galbadyjskimi żołnierzami, czasem spotykali zabłąkanych i spłoszonych tutejszych studentów.
Wreszcie weszli do jakiejś dużej sali. Squalla coś tknęło i szturchnął Seifera łokciem, wskazując mu dziwnie znajomo wyglądające miejsce. Wymienili zaniepokojone spojrzenia, gdy nagle usłyszeli zimny głos dobiegający z wysokości:
- Znowu się spotykamy, SeeD.
Po chwili pojawiła się właścicielka głosu. Edea. Trójka kolegów stanęła więc ponownie do walki z czarownicą. Batalia nie była dużo trudniejsza niż w Deling, ale wszyscy trzej mieli świeżo w pamięci, jak skończył się tamten epizod. Żaden z nich nie chciał, żeby to się powtórzyło, walczyli więc z rozpaczliwą determinacją. Ich wysiłki zakończyły się sukcesem, gdy zobaczyli, jak przeciwniczka słania się na nogach, po czym opada na kolana. Nieufnie przyglądali się kobiecie i dziwnym efektom wizualnym towarzyszącym jej upadkowi. Wreszcie spektakularne zjawiska skończyły się, a do sali wpadli pozostali członkowie drużyny. Czekali w umówionym miejscu, a gdy Squall i koledzy nie pojawili się, poszli ich szukać.
- Co się stało? - zapytała Selphie.
- Gdy wy sobie zwiedzaliście Galbadię, my walczyliśmy ze śmiertelnie niebezpieczną czarownicą - oświadczył Zell z teatralną przesadą.
- O rany Dincht, ale z ciebie mięczak - burknął sfrustrowany Irvine. - Wy wszyscy tacy delikatni w tym Balamb.
- Cisza! - wkurzył się Squall, ciągle nieufnie obserwujący Edeę.
Kobieta wyglądała teraz trochę inaczej. Wstała z podłogi i skierowała się nieco chwiejnym krokiem w kierunku trójki SeeDów. Squallem targnął silny niepokój. "Gdzie tu lezie? Chyba jej się nagle nie przypomniało o opętaniu Seifa?"
Stanął błyskawicznie przed przyjacielem, zasłaniając go, i wymierzył gunblade'a w stronę zbliżającej się Edei.
- Stój - zażądał. - I nic nie kombinuj, bo w każdej chwili możemy ci dokopać jeszcze bardziej.
- Spokojnie, chłopcze. Nie widziałeś "transformacji"? - zapytała ironicznie kobieta. - Chciałam zauważyć, że walczyliście z Ultimecją, która była uprzejma użyć mojego ciała. Ale już się z niego wyniosła.
- To znaczy, że już nie jesteś... nie jest pani ...opętana? - zapytał nieufnie Squall, zabierając jednak ostrze sprzed jej twarzy.
- No pewnie. Rany, jak dobrze wreszcie pozbyć się tej cholery - westchnęła z ulgą Edea. - Była strasznie pretensjonalna i miała fatalny gust. Widziałeś, jak się ubierała? Te wszystkie pióra i jakieś ekscentryczne stroiki. Istna tandeta - skwitowała pogardliwie. - Ja wolę klasyczne stroje, proste i eleganckie. A te jej wymysły? Normalnie wieś tańczy i śpiewa!
Squall z Seiferem z osłupieniem słuchali tych modowych wynurzeń.
- Teraz mogę wrócić do swojej pracy, o ile mnie z niej jeszcze nie wylali - mruknęła kobieta. - Ale może szef kupi tekst o opętaniu.
- A gdzie pani pracuje? - zapytał oszołomiony Squall. - Czy to ma coś wspólnego z sierocińcem? - zaryzykował ponownie zgadywankę.
A nuż się sprawdzi. I Edea chyba go nie kopnie za nietrafiony strzał, uznał z ponurym humorem.
- Hmm, w pewnym sensie - była przeciwniczka spojrzała na niego z zaciekawieniem. - Skąd o tym wiesz, chłopcze?
- Ej, trochę szacunku, paniusiu! - uznał wreszcie za stosowne wtrącić się do rozmowy urażony Seifer. - To jest dowódca Ogrodu Balamb i SeeD i nie jest żadnym twoim chłopcem!
- O, a ciebie to skądś kojarzę - przyjrzała się blondynowi uważnie Edea.
Squallowi bardzo nie spodobało się to spojrzenie. "A może tak tylko ściemnia, i nadal jest opętana?" Kopnął kolegę w kostkę i syknął niemal bezgłośnie:
- Seif, siedź cicho i nie rzucaj się w oczy. Na wszelki wypadek.
- Pamiętam! - uśmiechnęła się Edea. - Jak ta tandeciara siedziała we mnie, to słyszałam niektóre jej myśli. Gdzieś cię wcześniej zobaczyła i bardzo na ciebie leciała - zaśmiała się nieco złośliwie, patrząc na speszonego Seifera. - Miała ochotę cię...
- Wystarczy tego! - uciął Squall. - Może wróćmy do tematu. Mówiła pani, że gdzie pracuje? - było mu obojętne, o czym będą rozmawiać, byle nie o Ultimecji i o tym, co zamierzała zrobić Seiferowi. Nie mógł tego słuchać.
- Jestem architektem - oznajmiła Edea. - Ale trafiłeś z tymi sierocińcami. To moja specjalność - wyjaśniła. - Choć teraz przerzucam się na inne projekty.
- Zaraz... - uświadomił sobie nagle Squall. - Skoro już nie jest pani opętana... to gdzie podziała się Ultimecja?
- Pewnie szuka sobie odpowiedniej ofiary na kolejne wcielenie - wzruszyła ramionami Edea.
- Cooo?
W tym momencie usłyszeli głuchy łomot i obejrzeli się w kierunku hałasu. Trepe upadła na podłogę bez przytomności.
- Ot i macie odpowiedź, gdzie jest teraz Ultimecja - oznajmiła beznamiętnie Edea, poprawiając sobie fałdy sukni.
Squall zamrugał niepewnie. "Ale się pokopało". Zbliżył się w kierunku leżącej Quistis i podejrzliwie łypnął okiem na Edeę.
- Jak to działa? - zapytał. - Długo trwa to wcielanie? I co potem się dzieje?
- To zależy od siły woli ofiary - oznajmiła Edea. - Ultimecja potrzebuje trochę czasu pomiędzy kolejnymi opętaniami. Kustomizuje sobie ofiarę, tak jakby. A potem ocknie się w nowym ciele i cała kołomyja od początku.
- A po czym poznamy, że Trepe jest skustomizowana? - zapytał bezradnie Squall, odczuwając dziwność całej rozmowy. "Kto wie, czy Ultimecja zdoła kiedykolwiek ją opętać", naszła go złośliwa myśl. "Nie zdziwiłbym się, gdyby wymiękła w starciu z Trepe".
- Pewnie dostanie jakichś piór - zadrwiła Edea. - Na mur beton tak będzie. Nie wierzę, że Ulce zmienią się upodobania estetyczne. A ty, chłopcze, uważaj - rzuciła w kierunku Seifera. - Ona nadal chce cię mieć.
- Tak się nie stanie! - zawołał porywczo Squall. - Nie pozwolę na to.
Edea spojrzała na niego ironicznie.
- Na siebie też uważaj. W rankingu Ulki niczym nie ustępujesz swojemu koledze. W Deling miała niezłą zagwozdkę, jak pojawiliście się obaj naraz!
Seifer ze Squallem poczuli się bardzo niewyraźnie. Perspektywa bycia obiektem pożądania jakiejś pokręconej psychopatki była mało zachęcająca.
- Ale teraz mamy chyba chwilę spokoju, nie? - z nadzieją spytał Squall. - Skoro ...Ulka dopiero kustomizuje sobie Trepe, to na razie nie będzie żadnej wrogiej działalności?
- Muszę cię zmartwić, chłopcze ...znaczy, chciałam powiedzieć, komendancie Leonhart - poprawiła się szybko Edea, słysząc złowieszczy pomruk Seifera - Ulka opętała sobie kogo innego, niejako w zastępstwie. Nie była bardzo zadowolona z takiego tymczasowego "rycerza", ale ktoś musiał dla niej odwalać czarną robotę. Ten koleś pewnie teraz realizuje jej plany.
- Dziwne, że jakoś go do tej pory nie spotkaliśmy - sceptycznie mruknął Squall.
- Bo Ulka uznała, że jest za mało reprezentacyjny, żeby się z nią pokazywać - poinformowała go Edea. - Jak opęta twojego groźnego przyjaciela - komendancie Leonhart - powiedziała złośliwie - to dopiero wtedy będzie się z nim afiszowała.
- Nie opęta go! - rozzłościł się ponownie Squall.
- Dobra, dobra, ja tylko ostrzegam - kobieta uniosła ręce w geście rezygnacji.
