Nastawał
świt i niebo nad drzewami w ciemnym lesie zaczęło nabierać
błękitnego koloru. Gwyn jechała bez wytchnienia, ale nie była
zmęczona. Raczej podniecona i przerażona tym co zrobiła. Nie
spodziewała się, że kiedykolwiek to zrobi i co najdziwniejsze- że
pójdzie jej tak łatwo.
Teraz jednak zaczęła rozmyślać
o tym w co się wpakowała i wszystko nabrało o wiele czarniejszych
barw. Ucieczka nie była zaplanowana. Nie miała więc ze sobą ani
ubrań, ani jedzenia. W dodatku nawet nie zjadła nic przed wyjściem.
Pieniędzy też nie miała, a za coś musiała kupić jedzenie.
Kradzież od razu wykluczyła- co innego obrabować bogaczy by dać
biednym, ale żeby robić to przez własną głupotę? No, ale teraz
ona też była biedna...
Gwyn postanowiła, że jeśli jej się
uda to zarobi trochę uczciwą pracą... Zresztą na razie musi
znaleźć się na miejscu i dowiedzieć co stało się z Rose.
Dopiero wtedy będzie zastanawiać się jak długo tam zostanie i w
jaki sposób uratuje siostrę.
Tak rozmyślając
przemierzała powoli lasy Sherwood, zbliżając się coraz bardziej
do Nottingham.
Z każdej strony otaczały ją drzewa, na
niektórych siedziały ptaszki śpiewając radośnie.
Tymczasem w oddali, zza krzaków, obserwowała ją jakaś
postać ubrana cała na zielono, z twarzą zasłoniętą kapturem. Po
dłuższym zastanowieniu osoba ta podążyła za dziewczyną.
Po
jakimś czasie Gwyn usłyszała w pobliżu plusk strumyka i pojechała
tam chcąc zaspokoić pragnienie. Konia przywiązała na wzgórzu,
a sama zeszła nieco w dolinkę strumienia. Nie zdążyła nawet
uklęknąć by nabrać wody na ręce, kiedy ktoś zwalił się na nią
i razem przewałkowali się po ziemi. Po krótkiej szamotaninie
Gwyn leżała rozpłaszczona na ziemi, podczas gdy jej przeciwnik
siedział na niej przytrzymując za ręce. Spojrzała na niego z
wyzwaniem w oczach. Podczas szamotaniny z głowy spadł mu kaptur i
teraz widziała dokładnie jego młodą twarz. Miał brązowe włosy
opadające na czoło i brązowe oczy. W pewnym momencie wydał jej
się nawet znajomy...
Mężczyzna przyjrzał się jej i zdziwiony
wstał pociągając ją za sobą i stawiając na nogi.
-Najmocniej
przepraszam. Nie widziałem, że jesteś dziewczyną...- powiedział
zmieszany. Gwyn wściekła otrzepała się z trawy.
-Ach tak.
-No, nie poznałem w pierwszej chwili, jesteś ubrana jak
chłopak.- próbował się tłumaczyć, ale to ją jeszcze
bardziej zezłościło.
-A innych to już można atakować?
-To
bardzo niebezpieczne miejsce, nie powinnaś podróżować
sama.- Odparł tylko.
-Taa, jasne. Nie mam teraz czasu na takie
gadanie. Jeśli rezygnujesz z ograbienia mnie, co zresztą fortuny i
tak by ci nie przysporzyło, to jadę dalej- warknęła i skierowała
się w stronę konia. Kiedy wsiadła na niego zobaczyła, że chłopak
poszedł za nią.
-Dokąd jedziesz, jeśli można spytać?
-Do
Nottingham.- Powiedziała dziewczyna zawracając wierzchowca na
drogę.
-To może się tam spotkamy.- krzyknął za nią, ale nie
zdążyła spytać się dlaczego.
Była godzina dziewiąta,
kiedy na drodze do Nottingham natrafiła na wioskę. Zmęczenie i
głód zaczęło powoli dawać o sobie znać. Zostawiła konia
na skraju miasta i poszła na targ aby się rozejrzeć- w końcu
nigdy tu nie była. Rozglądała się ciekawie dookoła, patrząc na
życie mieszkańców, chłopki kłócące się o coś
zażarcie i dzieci biegające między kupującymi. W pewnym momencie
zauważyła jakiegoś szlachcica kupującego warzywa. Tak naprawdę
to on tylko chodził rozglądając się po targu napuszony jak paw i
pokazywał sługom, co chce kupić. Mieli już oni ze sobą kilka
wypchanych skórzanych toreb, ale nie one najbardziej rzucały
się w oczy. Tym na co ludzie zwracali uwagę był bogaty- jaskrawo
czerwony strój szlachcica.
Jakieś małe wymizerowane
dzieci również zwróciły na niego uwagę. Musiały być
naprawdę zdesperowane, bo wsadziły rączki do torby jednego ze sług
próbując wyciągnąć coś do jedzenia. Możnowładca to
zobaczył i pochwycił chłopca krzycząc:
-Złodziej! Pójdziesz
za to siedzieć w lochach!
Gwyn, która sama była głodna,
nie mogła na to patrzeć i znowu, nawet się nie zastanawiając
zaczęła działać.
Podeszła do szlachcica i popchnęła go,
uwalniając małego chłopca, który natychmiast skorzystał ze
sposobności i uciekł.
-Zostaw go, to tylko głodne dziecko.
-To
złodziej, który powinien zostać ukarany!- Wrzasnął na nią,
a potem zwrócił się do swoich sług:
-Łapcie, go!
-Nie!
Przecież nic nie zabrał. Twoja żona jest magnatką, a ciebie nie
obchodzi los tych dzieci! Chciałeś złodzieja? To go masz!-
krzyknęła jednocześnie wyrywając słudze magnata torby i
uciekając. Biegła najszybciej jak tylko mogła wymijając po drodze
ludzi. Za sobą słyszała kroki goniących ją strażników.
W
pewnym momencie wypadła z jednej z bram i prawie zderzyła się z
Frodrickiem, który stał tam ze swoim koniem.
-Gwyn, co
ty...
-Nie teraz- zdążyła tylko rzucić i skryła się za
załomem muru. Ale już po chwili błądząc uliczkami powróciła
do osłupiałego mnicha. Wsiadając na jego konia, powiedziała.
-Mój
koń jest przywiązany za miastem, weź go. Spotkamy się za północną
bramą.
Popędziła na złamanie karku, ale w końcu zdobyła
przewagę nad goniącymi ją pieszo strażnikami i udało jej się
ich zgubić.
Dla pewności odczekała trochę czasu ukryta w
kapliczce, po czym udała się na spotkanie. Po drodze rzuciła jedną
z toreb głodnym dzieciom, a kiedy odjeżdżała zdołała usłyszeć
jak za nią wołają:
-Robin Hood! Robin Hood!
Gdy dotarła do
północnej bramy i zobaczyła Frodricka, zeskoczyła z konia i
rzuciła mu się na szyję. Pocałowała go w policzek i ruszyli w
stronę lasu. Tam usiedli na jakiejś polance i posilali się tym co
Gwyn ukradła.
-Cieszę się, że za mną przyjechałeś-
powiedziała Gwyn z pełną buzią.
-Naprawdę?- spytał
mnich.
-Naprawdę. Przecież sama nie poradziłabym sobie w
uwolnieniu siostry.
-To nie oznacza, że masz kraść. Nie
powinnaś była tego robić.
-Sumienie ci wraca, kiedy masz pełny
brzuch?- zaśmiała się dziewczyna w myśli nadal słysząc krzyk
uszczęśliwionych dzieci. Uznały ją za Robina, jej ojca. Więc
jest do niego chociaż trochę podobna.
-Poza tym to podatki
Księcia Jana powodują, że ludzie nie mają możliwości nakarmić
własnych dzieci. To on jest złodziejem, nie oni czy ja.
-Naprawdę
się cieszysz, że za tobą pojechałem?- spytał po raz kolejny
chłopak, a gdy dziewczyna to usłyszała zaczęła się krztusić
chlebem. Odchrząknęła i wstała.
-Naprawdę. A teraz ruszajmy,
aby dostać się do Nottingham przed południem.
Wyruszyli dość
prędko, nie chcieli bowiem kusić losu i spotkać jakichś ludzi z
wioski. Dzięki temu dostali się do miasta bardzo szybko.
