Dziękuję bardzo za komentarze :)

Filigranka – niestety, parę dłużyzn w tym opowiadaniu występuje. Niczego jednak nie chcę usuwać z zakończonego tekstu, więc tak już to musi zostać. Obiecuję jednak, że dalej robi się ciekawiej ;)

DancingOnRainbow – Czarna Umbarska jest dość specyficzna. Zupełnie jak Saruman. A seria o Nazgulach niedługo powinna doczekać się kolejnej aktualizacji – i tym razem będzie prawie w całości o Sarumanie i Grimie :)

Ilustracja: tinyurl kropka com / cayw76b

Gríma po raz kolejny tego dnia wspinał się po niezliczonych stopniach Orthanku. W duchu przeklinał na czym świat stoi innowacje budownicze ludzi z Westernesse. Aby w tak ogromnej wieży zbudować równie niewygodne stopnie, trzeba się było naprawdę bardzo postarać. Zaskakująco wąskie i kręte, a do tego strome, wzbudzały uzasadniony niepokój, że w razie potknięcia zleci się z nich co najmniej do poziomu najbliższego zakrętu, a kto wie, czy nie na sam dół. Na domiar złego występowały w przytłaczającej wręcz ilości.

Kondycja już nie ta, co kiedyś, pomyślał Gríma, przystając na chwilę na podeście pomiędzy trzecim a czwartym piętrem, by złapać dech. Tak po prawdzie to nigdy nie miał okazji przyzwyczaić się do uprawiania tej wysokoschodowej wspinaczki; nieczęsto miał okazję gościć w Orthanku, a w przeciągu ostatnich kilku lat bywał tutaj jeszcze rzadziej niż niegdyś, zajęty wiadomymi sprawami w Edoras. Z pewną dozą nostalgii wspominał przez moment Złoty Dwór i jego komnaty, umieszczone na jednym poziomie... W Orthanku, jakby dla kontrastu, wszystko poszło w górę...

Gríma pokonał ostatnie piętro i, unikając pułapki osiemdziesiątego piątego stopnia, znalazł się wreszcie na wysokości komnat Czarodzieja. Nie zwlekając dłużej wszedł do środka.

— Widziałeś? — zapytał go Saruman bez żadnego wstępu. Biały Czarodziej stał tuż przy otwartych drzwiach prowadzących na balkon i z tej pozycji spoglądał na panoramę Isengardu; wyraz twarzy miał nieodgadniony i Gríma nie mógł żadnym sposobem wyczytać z jego oblicza jak się sprawy mają.

— Czy co widziałem? — zapytał Gríma nieufnie.

— Wyjrzyj na zewnątrz.

Gríma wyjrzał.

— Nie do wiary — powiedział sługa Czarodzieja ze zdumieniem.

— Właśnie — rzekł z satysfakcją Saruman. — Woda opadła.

— Tak bez niczego, sama z siebie? Wydaje mi się to mocno podejrzane. — Gríma przejawiał nad wyraz umiarkowany entuzjazmem.

— Ten twój wieczny sceptycyzm! W tej chwili nie jest ważne jak to się stało. W końcu nie mam tutaj jakiegoś przeklętego jeziora! — Saruman był najwyraźniej bardzo zadowolony.

Gríma osobiście uważał, że nie ma się z czego cieszyć. Brak wody uwidaczniał tylko bardziej rozmiar zniszczeń.

— I co dalej, mój panie? — zapytał, zerkając na Czarodzieja.

Saruman zdawał się go nie słyszeć; dalej spoglądał na krąg Isengardu, tak jakby to był najpiękniejszy widok na świecie. Kontemplował go przez dłuższą chwilę, aż do czasu, gdy najwyraźniej dotarły do niego pewne subtelne oznaki, że widok krajobrazu wolnego od wody bynajmniej nie zwiastuje samoczynnej poprawy sytuacji. Czarodziej zmarszczył brwi i spojrzał z ukosa na Grimę.

Czyżby on miał rację? Coś z tym trzeba zrobić, pomyślał Saruman. Co dalej... Dobre pytanie... Nie masz wody w Isengardzie, ruina kompletna się jeno ostała... (wszystko przez Gandalfa!). A może... może ten gad mógłby się chociaż raz do czegoś przydać..? Tak. To jest rozwiązanie...

W obliczu doniosłości przedsięwzięcia, które należało dopiero wymyślić, a po wymyśleniu wcielić w życie, Saruman postanowił spróbować czegoś, co określano mianem „łagodnej dyplomacji", bowiem coś mu się kołatało po głowie, że dobrowolna współpraca daje lepsze efekty niż typowe podejście „pan i sługa". Biały Czarodziej, nawykły do wydawania rozkazów i przyzwyczajony do tego, że są one natychmiast wykonywane, nie bez zainteresowania postanowił wypróbować tę metodę, skoro tylko nadarzyła się stosowna ku temu okazja.

Z tą myślą Saruman odwrócił się do Grímy i rzekł do niego łagodnym, przesadnie słodkim głosem:

— Gríma, mój wierny sługo...

Gríma spojrzał na Czarodzieja podejrzliwie. Nad wyraz rzadko zwracał się on do niego tym tonem. Jeżeli by się dobrze zastanowić, to chyba tylko jeden jedyny raz, gdy tak nim zakręcił, że Gríma bez zastanowienia zgodził się dla niego pracować i podpisał kontrakt.

— Kogoś tak utalentowanego jak ty nie spotyka się często — ciągnął dalej Czarodziej.

Naprawdę, Saruman musiał chcieć od niego czegoś potężnego...

— Nie myślałeś nigdy, że marnujesz się wśród tych zakurzonych papierów i nędznych dworskich intryg?

Gríma spojrzał na niego z zaskoczeniem.

— Nie — odparł.

Czarodziej posłał mu chmurne spojrzenie spod ściągniętych brwi. Nie takiej odpowiedzi oczekiwał. Przeszedł powoli przez całą długość komnaty i zatrzymał się dopiero przy swoim tronie. Oparł dłoń na jego poręczy i obrócił się ku Grímie, by przypuścić kolejny atak.

— Nie pragnąłeś nigdy żadnej ambitniejszej misji?

— Nie.

Saruman stracił cierpliwość i porzucił dyplomację. Jakiś głupi to wymyślił...

— A chcesz od zaraz zabrać się do szorowania wszystkich schodów i posadzek w Orthanku, a potem przenieść się z wieży na stałe do koszarów Uruk-hai?

— Nie! — odparł natychmiast Gríma z przestrachem. Nie wiadomo, która perspektywa bardziej go przeraziła.

— To słuchaj, co mówię.

Saruman zasiadł na swoim tronie, z zadowoleniem myśląc, że tylko odpowiednia doza terroru przynosi satysfakcjonujące rezultaty. Oparł łokcie na lśniących poręczach, splótł przed sobą długie, smukłe palce i rzekł:

— Isengard obecnie znajduje się w sytuacji dość... kryzysowej. Zaszła konieczność pewnych zmian.

Gríma jęknął w duchu. Już on wiedział jak wyglądają te „zmiany" u Czarodzieja...


Jakiś czas temu, tak parę dobrych lat wstecz, Saruman stwierdził konieczność zmian. Z jakiegoś powodu uznał, że porządek rzeczy, który trwał w Isengardzie przez ostatnie kilka stuleci, przestał mu odpowiadać. Wiatr szumiący wśród gałęzi wiekowych drzew zaczął go drażnić, podobnie jak radośnie ćwierkające ptaki i temu podobne, przyziemne rzeczy. Oczywiście Czarodziej już od dość dawna wprowadzał pewne ulepszenia w Isengardzie, fortyfikował go, zamieniając w niezdobytą twierdzę, ale jakoś nigdy nie posunął się do zbyt drastycznych przeróbek; na tle tego, co miało dopiero nadejść, wszystkie te innowacje wyglądały jak naprawdę nic nie znaczące drobiazgi.

— Trzeba to zmienić! — oświadczył Saruman znienacka pewnego dnia, nieco dramatycznie, bowiem rzekł to otwierając gwałtownie drzwi i wchodząc do komnaty.

Ponieważ w środku znajdował się tylko Gríma, to do niego była skierowana wypowiedź. Wejście Czarodzieja nieco go spłoszyło. Z wrażenia przebił na wylot piórem pergamin, który akurat zapisywał i dopiero po chwili zdołał wykrztusić pytanie:

— Zmienić, ale co?

— Wszystko! — Jakby dla potwierdzenia tych słów Saruman machnięciem różdżki przewrócił świecznik.

Po dokonaniu tego obwieszczenia zamknął się w swoich komnatach i przestał się pokazywać na oczy. Zaczął dumać. Odciął się od wszystkiego i wszystkich, nikogo nie przyjmował i tylko pił herbatę litrami. Spędzał jednak dużo czasu nad dziwną kulą, którą znalazł onegdaj w starej skrzyni z różnościami przy okazji wiosennych porządków.

Gdy po dwóch dniach od owego obwieszczenia Czarodzieja Gríma wyruszał w podróż powrotną do Edoras, ów stan rzeczy trwał. Jedyną zmianą stało się zwyczajowe rozluźnienie atmosfery, które ogarnęło wszystkich poddanych Sarumana jeszcze szybciej niż plotki, dotyczącego osobliwego zachowania Czarodzieja, które rozeszły się po całym Isengardzie w mgnieniu oka. Jednak nie uznawano tego za coś szczególnie niezwykłego. Wszyscy, którzy służyli Sarumanowi, dobrze znali jego zmienne nastroje i doskonale wiedzieli, że ma niekiedy w zwyczaju popadać w stan stagnacji (poprzez uproszczenie orkowie uznali, że jest to określenie równoważne z czasem poświęcanym na zbyt długie rozmyślanie, czyli takie, które zajmuje więcej niż trzy do pięciu minut), trwający zazwyczaj kilka dni, po którym przychodził czas podwyższonej aktywności, zwiastujący zazwyczaj nawał roboty. Póki co wszyscy korzystali ze względnego luzu. Oczywiście z wyjątkiem Grímy, który pracował niejako na dwóch etatach, a już na pewno działał na dwóch frontach.

Wkrótce potem spadły deszcze, plony urosły tam, gdzie urosnąć (przynajmniej z założenia) powinny, a Gríma, zajęty machinacjami na Złotym Dworze, miał w Edoras pełno roboty i ani myślał o podróżach do Orthanku. Skutkiem tego wieści dotyczące wydarzeń w twierdzy Sarumana docierały do niego tylko w postaci plotek i skąpych informacji, których dostarczali isengardcy łącznicy, z rzadka i w tajemnicy pojawiający się w okolicach Edoras.

Ponoć Saruman kazał wykarczować wszystkie drzewa. Tak się rozpędził, że z ową działalnością dotarł niemal do Fangornu. Do tego rozkazał kopać; i to tak intensywnie, jakby w Nan Curunír spodziewał się znaleźć co najmniej żyłę mithrilu (co było oczywistą bzdurą, bo Isengard leżał na starej platformie). Z różnych stron dochodziły jeszcze inne, dość niepokojące wiadomości. Gríma dość ostrożnie podchodził do tych wszystkich rewelacji. Jak powszechnie wiadomo, wieści z trzeciej ręki dość często bywają, delikatnie mówiąc, nieco wyolbrzymione.

Aczkolwiek i w samym Isengardzie panowała konsternacja. Nikt nie miał pojęcia do czego właściwie zmierza Saruman (zapewne z nim samym włącznie). Opinie co do jego działalności były podzielone, chociaż większość orków zgadzała się co do tego, że Czarodziejowi znacznie zwiększyły się ambicje. Chodziły słuchy, że prowadził rozmowy dyplomatyczne z „jakimś ważnym gościem ze wschodu"; kilka razy widziano w Isengardzie jego wysłanników — wysokich, ponurych osobników w czerni, o budzącym niepokój braku oblicza. Nieco mniej dyplomatycznie wyglądały stosunki z pobliskim Rohanem. W tych dniach sąsiedztwo Sarumana dało się dobrze we znaki mieszkańcom stepów.

Aby zmieścić się ze wszystkimi zaplanowanymi zadaniami w terminie, Czarodziej potrzebował znacznie więcej siły roboczej. Aby temu podołać ściągał na swoją służbę szeregi nowych podwładnych, każdemu wiele przy tym obiecując. Głos Sarumana miał dużą siłę przekonywania, więc chętnych nie brakowało.

Jednak samo jego postępowanie tłumaczono różnie.

Nastroje w Isengardzie, panujące w tym czasie, najlepiej określa przytoczona poniżej rozmowa dwóch orków:

— Może Sharkey szuka skarbu?

— E tam, skarbu. Zwyczajnie zwariował. Wiek już nie ten.

— Staremu przydałby się urlop nad morzem.

— Raczej za morzem.

Tekst ten został natychmiast podchwycony przez innych i powtarzano go sobie przy każdej okazji przez wiele kolejnych dni (oczywiście wtedy, gdy Czarodziej nie słyszał).

Podobno sieć naturalnych jaskiń pod Nan Curunír została zagospodarowana i gdzieniegdzie nawet pogłębiona. Grímie ciężko było uwierzyć w to, że równie ogromne przedsięwzięcie zostało przeprowadzone w tak krótkim czasie. Wkrótce jednak przekonał się o tym naocznie. Gdy po dłuższym okresie nieobecności pojawił się u bram Isengardu, miał przez chwilę wrażenie, że pomylił adres. Znalazł się przed prawdziwą twierdzą. Co prawda Angrenost nigdy nie wyglądał jak prowincjonalna strażnica otoczona rozsypującym się murkiem wzniesionym z polnych kamieni, ale po zmianach robił wręcz przytłaczające wrażenie.

Rozpoczęły się przygotowania do wojny.


— Isengard przestał być samowystarczalny — zaczął Saruman. — Ściśle mówiąc, nigdy nie był, ale póki byliśmy zaopatrzeni na czas wojny, można się było skupić na przygotowaniach do... starcia ostatecznego. Niestety. Okazało się, że i jedno, i drugie szlag trafił definitywnie. W dodatku nasze działania na terytorium wroga... — tutaj Czarodziej urwał na moment, a potem wypowiedział coś niezrozumiale.

— Słucham? — zdziwił się Gríma.

— Helmowy Jar. Porażka. Klęska — warknął Saruman.

— Ależ... czy to znaczy, że przegraliśmy?

— Owszem.

— Przecież tę twierdzę szturmowało dziesięć tysięcy Uruk-hai! Liczebnie obrońcy nie mieli szans.

— Może i nie mieli, ale oczywiście pojawił się Gandalf, co nieco zmieniło sytuację...

— A cóż takiego zrobił?

— Poświecił moim Uruk-hai po oczach światłem odbitym. No i koniec. Nic więcej nie wiem, palantír pokazywał dziś wszystko bardzo niewyraźnie... Chmury zakłócają odbiór i w ogóle strasznie szybko się rozładowuje, ale gwarancja na to badziewie wygasła co najmniej tysiąc lat temu i nawet zareklamować nie można. Zresztą i tak nie ma u kogo. Twórcy należałoby szukać w salach Mandosa, ale tam to nawet moje wpływy nie sięgają. Przepadło. Całe szczęście, że nie ja za niego musiałem płacić...

— A może wystarczy go tylko wyczyścić? — zasugerował Gríma.

Saruman spojrzał na niego z namysłem.

— Doskonały pomysł. Zrobisz to później.

— To ja może lepiej pójdę od razu... — Gríma, wykorzystując nadarzającą się okazję, spróbował wycofać się z sali.

Saruman zmarszczył brwi. Nie spuszczając oka ze sługi, pstryknął palcami i w tym samym momencie wszystkie drzwi, prowadzące do komnaty, zatrzasnęły się z hukiem. Gríma nerwowo drgnął.

— Teraz — podjął na nowo Czarodziej, kiedy już echo, wywołane trzaśnięciem drzwi, umilkło — możemy powrócić do zasadniczego tematu. Nikt nam nie przeszkodzi, kiedy będziemy rozmyślać nad nowym sposobem zagospodarowania terenu. Liczę na twoją inwencję. A więc, słucham, co proponujesz?

Gríma zaczął myśleć. Jednak nic mu z tego myślenia nie przychodziło i Saruman zaczął się niecierpliwić.

— Mówże coś! Musisz mieć jakieś pomysły!

Muszę? Dlaczego zawsze ja? — pomyślał Gríma z rozpaczą. Coraz mniej się to wszystko podobało.

— No to może by to tak wszystko... sprzedać? — rzucił pierwszą myśl.

— Wykluczone! I dokąd pójdziemy? Na jakąś wiochę? Może do Shire'u, co?

— A zatem ta opcja odpada... No to może... drzewka znów zasadzić...?

Jakby trzasnął grom z jasnego nieba.

Saruman tak na niego spojrzał, że Gríma zaraz pożałował wypowiedzianych słów. W dodatku Czarodziej wyglądał tak, jakby chciał się na niego rzucić i co najmniej udusić. Nawet uciekać za bardzo nie było gdzie, obecność ściany za plecami, o zamkniętych drzwiach nie wspominając, wybitnie ograniczała możliwości usunięcia się z zasięgu rozgniewanego Istari.

— Kpisz sobie ze mnie? — zagrzmiał Saruman, podrywając się z tronu gwałtownym ruchem.

Gríma poniewczasie przypomniał sobie jak bardzo Czarodziej nie znosił drzew, które pyliły, rzucały cień w nieodpowiedniej porze dnia, zasłaniając słońce, i specjalnie wyciągały swoje korzenie tak, aby Saruman się o nie potknął, spacerując po ogrodzie; Czarodziej utrzymywał również, że od nadmiaru zieloności w okolicy bolą go oczy. To były jedne z argumentów, które miały uzasadnić gwałtowne obniżenie stopnia lesistości Isengardu i okolicy do zera.

— Drzewa? Czy ja mam sobie tutaj rezerwat przyrody założyć?! Zdaje się, że to właśnie przez drzewa wszystko wygląda tak, jak wygląda! I ta powódź! To znaczy teraz nie ma już powodzi, ale... — Saruman krążył po komnacie, coraz bardziej zdenerwowany. — Musisz mi o tym przypominać?

— Nie, nie, gdzież bym śmiał... Miałem tylko na myśli, że... — Gríma urwał.

— Tak? Słucham, słucham, podziel się ze mną swoim genialnym pomysłem! Jak już zacząłeś, to dokończ!

— Wykorzystując obecną sytuację... Można by spróbować wykorzystać obszar Isengardu... w sposób... nieco inny niż dotychczas...

— Przejdźże do rzeczy! Jak wykorzystać?

— No... tak... Rolniczo? W końcu tyle mamy tutaj wody.

— Owszem, wody mamy aż nadto w ostatnim czasie. I co z tego?

— Ryż rośnie w wodzie — powiedział Gríma bez zastanowienia, wykazując się tym samym niezwykłą wprost lekkomyślnością.

Saruman zatrzymał się i spojrzał na niego z zaskoczeniem.

— Ja tylko tak sobie myślałem na głos... — zaczął Gríma, ale Saruman już go nie słuchał.

— Rolnictwo? — rzekł w zadumie Czarodziej, gładząc się po brodzie. — Nawet kiedyś tego próbowaliśmy... ale... To się nie przyjęło. A teraz twierdzisz, żeby spróbować z ryżem?

Gríma na wszelki wypadek wolał już nic nie twierdzić. Uświadomił sobie, że palnął koszmarną głupotę, ale najgorsze było to, że Saruman najwyraźniej w to wszystko uwierzył. Kto by pomyślał, że wszechstronnie wykształcony Istari może do tego stopnia nie mieć pojęcia o roślinach uprawnych... A może zwariował? Biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, miałby pełne prawo...

Z szaleńcami trzeba ostrożnie, pomyślał Gríma poniewczasie i przezornie odsunął się na bok jeszcze o parę kroków. Zerknął na wciąż zamknięte drzwi do komnaty. Gdyby nie ten drobny szczegół to już by go dawno tutaj nie było i pal licho, jakie by to wywarło wrażenie. Miał niejasne przeczucie, że pomysł z ryżem był samobójczy. Ale raz wypowiedzianych słów nie dało się już cofnąć.

Tymczasem Czarodziej zdążył się namyślić i rzekł do sługi:

— Twój pomysł jest całkiem niezły — zawyrokował. — Możesz się zająć jego realizacją.

— Co takiego? — zapytał Gríma z niedowierzaniem, czując, że jego złe przeczucia się sprawdzają.

— To, co słyszałeś — odparł Saruman, lekko zniecierpliwiony. — Lepiej zacznij obmyślać poprawki do planu zagospodarowania terenu! Masz godzinę.

— Ależ! Godzina? Przecież?!

— Tak, tak, wiem, to aż nadto. Twoje wybitne zdolności organizacyjne sprawiają, że z pewnością nie potrzebujesz tyle czasu na przygotowania... Zatem za pół godziny chcę mieć gotowy projekt — oświadczył Biały Czarodziej.

Gríma wpadł bez mała w panikę. Z góry darował sobie uświadamianie Czarodziejowi, że ryż nie ma tutaj żadnej przyszłości. Jeżeli Saruman się czegoś uczepił, to żadna siła nie była go w stanie od tego odwieść. Sprawa już na samym początku stała się beznadziejną.

— Na co jeszcze czekasz? — zapytał go Czarodziej. — Na górę, ale już! Plan zagospodarowania terenu jest w bibliotece. Radzę ci się z nim zapoznać.

Gríma chciał coś jeszcze niepotrzebnego powiedzieć, ale gdy natrafił na ostre spojrzenie Sarumana, utwierdził się w przekonaniu, że nie powinien tego robić. Ukłonił się bez słowa i wycofał z sali. Nim dotarł do biblioteki, zdołał, jakimś cudem, zebrać siły zarówno umysłowe i fizyczne; te pierwsze przysłużyły się do odnalezienia na półkach „Encyklopedii roślin uprawnych Śródziemia" (mimochodem zdążył się zastanowić co ona robi, u licha, w miejscu, gdzie winny się znajdować tylko traktaty o strategii wojskowej), natomiast drugie przydały się przy transportowaniu owej księgi na stół.

Szybko odnalazł rozdział o ryżu. Chociaż owa roślina na rycinie wyglądała całkiem niewinnie, Gríma z miejsca zaczął żywić do niej instynktowną niechęć. Ale cóż, za głupie pomysły się płaci, przy czym za swoje własne zazwyczaj podwójnie. Gríma szybko przebiegł wzrokiem tekst. Ryż ... rodzaj zbóż z rodziny traw... występuje w strefach klimatów gorących... odmiany... ryż suchy... ryż mokry... terasy... Treść dość jednoznacznie ukazywała, że rokowanie nadziei w ewentualnej hodowli tego zboża w Isengardzie należy z miejsca porzucić. Jeżeli chodziło o rejon występowania to najbliżej należało szukać ryżu na południu, w Haradzie... Chociaż nie, w oko wpadła mu także wzmianka, że ryż uprawiano również w delcie Anduiny...

To chyba za czasów ekspansji Gondoru, ale gdzie Anduina, a gdzie Isengard, pomyślał Gríma z rozpaczą. A z Iseny to teraz nie uzbierasz wody wystarczającej na plantację kaktusów, czy jak tam się to, co na pustyniach w Haradzie rośnie, nazywa... Całą meliorację szlag trafił... Że też się muszę takimi rzeczami zajmować... Na litość, kształciłem się na skrybę, nie na rolnika!

Kiedy Gríma dokładniej zapoznał się z wysokimi wymaganiami ryżu, z koniecznością starannego nawadniania i utrzymywania odpowiedniego poziomu wody, z budzącą grozę sugestią, dając dość wyraźnie do zrozumienia, że bez terasów sprawa wygląda raczej kiepsko, był już do owej rośliny zupełnie uprzedzony.

Nigdy nie wezmę ryżu do ust, pomyślał z niechęcią, która zdążyła się w nim już głęboko zakorzenić.

Plan zagospodarowania terenu leżał na środku stołu, niczym wyrzut sumienia. Gríma ledwie na niego spojrzał. Po destrukcyjnej działalności entów był kompletnie zdezaktualizowany, więc zastosowanie w praktyce miał raczej miernie; sam jego widok jakoś nie dostarczał inspiracji.

Wyznaczony na przygotowania czas minął szybko. Saruman zajrzał do biblioteki i zastał Grímę siedzącego nad nieszczęsną „Encyklopedią...". Sługa Czarodzieja miał minę dość zgnębioną, ale Saruman albo udał, że tego nie dostrzega, albo w istocie niczego nie zaważył i rzekł głosem bardziej doniosłym niż dało się słyszeć ostatnio:

— No i jak?

Gríma zerknął na pusty pergamin, który docelowo powinien być zapełniony notatkami dotyczącymi planu, rzucił okiem na Czarodzieja i na wszelki wypadek nieznacznym ruchem usunął papier z zasięgu jego wzroku.

— Tak szczerze mówiąc...

— Doskonale! Wszystko wyjaśnisz na dole.

— Wyjaśnię? Komu?

— Robotnikom fizycznym oczywiście.

Toż to będzie improwizacja całkowita, pomyślał Gríma z rozpaczą. Zebrał swoje papiery i powoli ruszył za Czarodziejem, który już zaczął schodzić na dół.

Jak się okazało, Saruman nie tracił czasu; szybko zdołał zebrać kilkudziesięciu Uruk-hai i taką samą ilość orków. Wszyscy stawili się przy schodach prowadzących do wieży i teraz czekali na rozkazy, nie wiedząc, co właściwie będą robić. Jeżeli chodziło o to ostatnie, to Gríma też jeszcze nie wiedział.

Nie schodził na sam dół. Zatrzymał się w połowie wysokości schodów, aby stać się lepiej widocznym. Saruman czaił się gdzieś za nim i bynajmniej nie była to krzepiąca myśl. Gríma czynił wszystko, by zasłonić sobą pustą kartkę. Nie miał pojęcia, o czym właściwie mówić i zwlekał nieco, niby to przeglądając swoje papiery i licząc na nagłe olśnienie. Grono potencjalnych słuchaczy zaczęło się powoli niecierpliwić i rychło wśród obecnych dały się słyszeć szmery niezadowolenia.

Gríma w końcu podniósł wzrok znad pergaminów i jeszcze raz powiódł wzrokiem po krajobrazie wewnętrznego kręgu Isengardu, całkiem dobrze widocznym z wysokości, na jakiej się znajdował.

I nagle już wiedział, co mówić.

— Proszę o uwagę... Pierwszym punktem nowego programu działań jest zreorganizowanie struktury przestrzennej kręgu Isengardu, połączone z przygotowaniem powierzchni pod zużytkowanie zgodne z aktualnie planowanym przeznaczeniem.

Gríma zerknął na Sarumana, by zbadać jego reakcję. Zgodnie z przewidywaniami Czarodziejowi się spodobało, a orkom wprost przeciwnie.

— Jak on czasem coś powie, to jest tak, że ja każde słowo z osobna rozumiem, ale razem to dla mnie nijakiego sensu nie ma — mruknął pod nosem jeden z nich, Nikhâz, służbowo starszy inżynier. Drugi, w tej samej randze, stojący obok niego Zirgil, kiwnął twierdząco głową.

Opinii Uruk-hai w ogóle nie należało brać pod uwagę, bo oni byli jeszcze przy pierwszym zdaniu.

Gríma odczekał chwilę, by mogli nadążyć i kontynuował:

— Może rozwinę myśl, by niektórzy z nas nie czuli się zagubieni...

Uruk-hai mieli dość mało inteligentne miny. Wśród orków rozległy się pogardliwe śmiechy.

— Waszym pierwszym zadaniem jest uporządkowanie terenu. Zaczniemy od zachodniej części wewnętrznego kręgu. Jakieś pytania?

Orkowie nie mieli żadnych.

Uruk-hai przeciwnie.

— A gdzie jest zachód?

Gríma spojrzał na nich z niedowierzaniem, jednocześnie starając się ignorować orków, szczerzących kły w pogardliwych uśmiechach.

— Jak to: „gdzie jest zachód"? Jeżeli nie rozróżniacie stron świata, to jak, dajmy na to, będąc w Rohanie, trafilibyście z powrotem do Orthanku?

— Smoczy Język taki mądry, a nie wie — warknął jeden z Uruków. — Jak słońce wschodzi, to wiadomo, że tam wschód, jak zachodzi, to wiadomo, że tam zachód. Ale jak to rozpoznać przez resztę dnia, kiedy świeci pośrodku? Trzeba czekać do wschodu, albo do zachodu.

I w tym momencie Gríma na dobre pojął, że sposób rozumowania Uruk-hai jest mu kompletnie obcy.

c.d.n.