4.
Pomimo poprawienia traktowania go przez Artura, Merlin rozchorował się dwa dni później, bardzo dramatycznie tracąc przytomność gdy usługiwał rodzinie królewskiej i Gaiusowi w trakcie kolacji. Morgana miała mały napad paniki, jednak Uther i Gaius zachowali zimną krew, wymieniając spojrzenia i zaraz po tym jak medyk zabrał swojego ucznia do ich komnat, król spełnił swoją groźbę, pozbawiając go przywileju służby. Ku wielkiej uciesze Morgany, która nie omieszkała dodać kilku groszy od siebie w temacie wykorzystywania służących.
Artur wrócił do swoich komnat zawstydzony i obrażony na brak sprawiedliwości na świecie. Przecież zaczął traktować Merlina dobrze, a nawet bardzo dobrze. Przestał dawać mu ciężkie obowiązki i jedli razem prawie każdy posiłek. Służący wprawdzie wciąż wyglądał okropnie, jednak wiedział, że nie mógł spodziewać się natychmiastowej poprawy gdy minęły tylko dwa dni. Jednak był pewien, że uniknie rozchorowania się Merlina. A teraz był skazany na brak służby przez niewiadomo jak długo!
Dołożył trochę drwa do ognia płonącego wesoło w kominku i przebrał w koszulę nocną. Miał nadzieję, że Gaius szybko doprowadzi Merlina do stanu używalności.
oOo
Gaius zostawił śpiącego Merlina w jego pokoju i udał się do komnat Uthera. Król już na niego czekał.
- Nic z nim nie będzie? To wyglądało naprawdę okropnie.
- Tak, będzie tylko spał przez kilka godzin i ma obity łokieć i kolano od upadku. – Gaius uśmiechnął się lekko. Zdrowie Merlina nieco się poprawiło przez ostatnie dwa dni, więc musieli sięgnąć po plan awaryjny. Medyk dodał do obiadu chłopaka trochę mieszanki nasennej o powolnym działaniu. Miał nadzieję, że czarodziej upadnie w trakcie kolacji i się nie zawiódł. Jak nie patrzeć był mistrzem w swoim fachu. Teraz tylko będzie musiał przez jakiś czas przetrzymać chłopaka w łóżku, aż ten nie wróci do zdrowia całkowicie, a książę nie nauczy się swojej lekcji.
- Myślisz, że mógłbyś to przeciągnąć tak powiedzmy… do dziesięciu dni? – Uther miał w oczach prawdziwie diabelskie błyski i medyk się wyszczerzył.
- Oczywiście, mój panie.
- Doskonale.
oOo
Pobudka w zimnych komnatach nie należała do najmilszych. Ogień w nocy zgasł bez służącego, który mógłby go dopilnować. Najwyraźniej taka ilość drewna jaką dorzucił wieczorem nie wystarczyła na tyle godzin. Nie dość, że miał w komnatach zimno, to jeszcze wiedział, że będzie musiał sam zejść do kuchni po śniadanie. I po wodę do mycia do wodociągu, ale najpierw ponowne rozpalenie ognia. Wsunął stopy w buty, okręcił się prześcieradłami i podreptał do kominka. Ogień już wkrótce wesoło w nim płonął, jednak wiedział, że trochę czasu minie zanim ogrzeje jego komnaty. Poszedł więc do komody aby ubrać się w coś ciepłego. Zdecydował, że najpierw pójdzie po wodę do mycia, a następnie po śniadanie. Resztę dnia zajmie mu patrol i trening z rycerzami. Zatrzymał się w połowie nakładania tuniki. Jak on miał nałożyć pełną zbroję na trening bez pomocy służącego?
Trening w lekkiej zbroi, którą udało mu się samemu założyć, był straszny. Tak, miał ją na sobie, jednak nie dał rady dobrze dopiąć pasków i przez to ruszała się za bardzo, przeszkadzając w walce, dziurawiąc tunikę i ocierając go w kilku miejscach. Na domiar złego wszyscy wiedzieli, że nie mógł korzystać z pomocy służących i wydawali się być tym bardzo rozbawieni i specjalnie jak na złość robili wszystko, żeby go jak najbardziej ubrudzić. Gdy wrócił do swoich komnat, ogień już dogasał, jednak udało mu się go uratować. Zrzucił z siebie metalowy pancerz, wiedząc, że czekało go jeszcze dziś czyszczenie go z błota i trawy. Westchnął i poszedł po jedzenie do kuchni, przy okazji odnosząc brudne naczynia z rana. Był głodny i obolały – zdecydowanie przydałaby mu się ciepła kąpiel na rozluźnienie mięśni. Och, jak bardzo chciał teraz polecić jakiemuś służącemu by mu ją przygotował. Na samą myśl o tym, że miałby teraz nosić kubły z wodą i ogrzewać ją w kominku… może jednak dziś daruje sobie kąpiel i umyje się bez grzania takich ilości wody.
Zanim zjadł, kubeł wody już się nagrzał i nalał ciepłej wody do miski, by się chociaż trochę obmyć. Oczywiście zachlapał w trakcie obdukcji podłogę, ale przecież to była tylko woda z odrobiną mydlin. Nic się nie stanie jak jej nie wytrze i pozwoli jej wyschnąć. Najedzony i odświeżony, dorzucił jeszcze trochę drewna do kominka i zanurzył się w pościeli i śnie.
Drugi dzień bez Merlina zaczął się tak jak pierwszy, pomijając to, że był bardzo obolały i kawałek podłogi, który wczoraj zachlapał, kleił się mu do butów. Na domiar złego jego buty wczoraj zostawiły okropne błotne ślady przez pół pokoju. To znaczyło, że musiał zrobić coś, czego nigdy w życiu nie robił, ale widział jak robili to służący – musiał umyć podłogę. Nie wydawało się to aż tak trudnym zadaniem. Potrzebne było tylko wiadro wody, szmata i… zmarszczył brwi. Pamiętał, że raz widział Merlina jak ten mył podłogę wodą z mydlinami, a innym razem samą wodą, ale za drugim razem myta podłoga wydawała się być już wcześniej mokra, co sugerowało, że mył ją po raz drugi. Podrapał się po nosie. Skoro woda z mydłem sprawiła, że teraz musiał ją myć, zdecydował, że użyje tylko czystej wody. Zerknął w róg pokoju, gdzie wciąż czekała na niego jego brudna zbroja. Wczoraj zupełnie o niej zapomniał. Na szczęście nie miał dziś treningu, tylko papierkową robotę. Chwycił za kubeł, którego Merlin używał do czyszczenia jego komnat. W środku znalazł szmaty i szczotki, więc wysypał to do kąta gdzie stał kubeł i zabrał go do wodociągu. Służba patrzyła na niego dziwnie, niektórzy ukrywali uśmieszki. Gdy tylko Merlin wróci, da im wszystkim popalić.
Mycie podłogi okazało się być znacznie trudniejsze niż się to na początku wydawało. Nie doszedł nawet do połowy komnaty, gdy był już przemoczony, a woda w wiadrze brudna. Popatrzył na stan swoich ubrań i stwierdził, że jego duma jest zbyt ważna i nie pójdzie w takim stanie po kolejny kubeł czystej wody. Umył resztę podłogi tą samą wodą, chociaż na końcu wyglądało to bardziej jak rozmazywanie nagromadzonego w kuble wczorajszego błota. Kolana go bolały od ciągłego klęczenia na twardych kamieniach, a nad jego głową wisiało widmo wyczyszczenia zbroi. Zbroi, na której było więcej tego okropnego zaschniętego błota. I jego wczorajsze buty też nim były pokryte… Skrzywił się, mając nadzieję, że Merlin wróci już jutro, ponieważ nie wydawało mu się, że wytrzyma długo bez tego upierdliwego idioty.
Trzeciego dnia, po równie okropnym treningu jak pierwszego, Artur doszedł do wniosku, że nie mógł już dłużej odkładać kąpieli, zwłaszcza, jeżeli bez niej następnego dnia miał się obudzić tak okropnie obolały. Zacisnął więc zęby i zaczął znosić do swoich komnat kubły wody, które następnie przelewał do dwóch kociołków do jej podgrzania. Z komnaty bocznej, która normalnie powinna należeć do jego osobistego służącego, ale w której Merlin nie mieszkał, wyciągnął balię i ustawił w miejscu, gdzie zazwyczaj stawiał ją jego służący. Poszedł do kuchni, mając nadzieję, że jak już wróci, woda będzie co najmniej przyjemnie ciepła. Niestety nie chciała się ogrzać tak szybko jak by sobie tego życzył i gdy wrócił z jedzeniem, była jedynie letnia. Zjadł, zauważając, że zapomniał odnieść naczyń nagromadzonych przez cały dzień. Skrzywił się, obiecując sobie, że odniesie je w drodze po śniadanie. Przygotował materiał do wytarcia się po wyjściu z kąpieli, a koszulę nocną przewiesił przez poręcz krzesła stojącego blisko kominka. Pamiętam, że tak robiła jego opiekunka, gdy był jeszcze małym chłopcem, ale Merlin jakoś zawsze zapominał ogrzać mu szatę nocną. Pokręcił głową i, decydując, że woda jest już wystarczająco ciepła, przelał ją do balii, przy okazji parząc się w dłoń. Po prostu świetnie! Zaczął przeklinać siarczyście i wsadził dłoń do kubła z zimną wodą. Popatrzył czy niczego nie zapomniał i, gdy ból w dłoni minął zastąpiony szczypaniem, rozebrał się i wszedł do wody, która chociaż raz miała idealną temperaturę. Aż zajęczał z rozkoszy, czując jak rozkoszne ciepło rozchodzi się po jego ciele. Przynajmniej dopóki nie zanurzył oparzonej dłoni, która ostro zaprotestowała na kontakt z ciepłą wodą. Syknął i znów włożył ją do zimnej. Na szczęście ustawił kubeł z chłodną wodą tuż obok balii.
Cóż, pomyślał, to było całkiem miłym zakończeniem kolejnego okropnego dnia.
Gdy Merlin nie pojawił się u niego z rana dnia czwartego, ani nawet po porze obiadowej, zebrał brudne ubrania i zaniósł je do pralni. Miał nadzieję, że szybko je upiorą, ponieważ została mu już tylko jedna czysta koszula oraz bielizna. W drodze powrotnej zauważył Gaiusa wychodzącego na miasto, więc zdecydował się odwiedzić swojego służącego i dowiedzieć się czy wie kiedy medyk wypuści go z powrotem do pracy. Tylko musiał sformułować to pytanie w taki sposób, żeby sobie idiota nie pomyślał, że mu go brakuje. Bo w ogóle mu go nie brakowało! Tylko przydałaby się mu jakaś dodatkowa para rąk do pomocy od czasu do czasu.
Merlin spał. Ot tak po prostu spał sobie smacznie w swoim pokoju, wyglądając tak, jakby nie miał żadnych zmartwień. Nie był już tak strasznie blady, a jego usta były miło zaczerwienione i rozchylone… stop! Artur otrząsnął się z dziwnego toru, które obrały jego myśli. Może i wolał swoją własną płeć, jednak preferował mężczyzn. Dobrze zbudowanych, silnych – czyli zdecydowanie nie takie chucherka jak Merlin. I nie ważne jak bardzo słodko jego służący w tej chwili wyglądał z tymi roztrzepanymi włosami i odstającymi uszami… nie, książę Artur ponad chłopięcą słodkość zdecydowanie cenił męskość i siłę. Rozejrzał się po niewielkim pomieszczeniu, które wydawało się mieć w sobie coś na kształt artystycznego nieładu. Gdy Merlin wciąż spał kilka minut później, zniecierpliwił się i odchrząknął. Żadnej reakcji.
- Merlin? – powiedział dość głośno, jednak służący tylko coś mruknął pod nosem i dalej spał w najlepsze. Bardzo źle czując się ignorowanym, szturchnął go kilka razy palcem w ramię. – Merlin.
Merlin mruknął coś, co brzmiało podejrzanie jak „palant", a następnie uchylił powieki i popatrzył na niego nieprzytomnie. Zmarszczył brwi i dopiero po chwili zdał się go rozpoznać. Jęknął.
- Nawet we śnie… prześladuje… ciołek. – Artur zrozumiał z seplenienia służącego, zanim tez znowu nie odpłynął w krainę snów. Zamrugał. Najwyraźniej Gaius trzymał go na jakiś środkach odurzających, ale i tak miał wielką ochotę wsadzić idiotę do więzienia albo chociaż w dyby za to co do niego powiedział. Ciołek? Niech no tylko wróci do zdrowia, już on mu da ciołka…!
Artur opuścił kwatery Gaiusa niezauważony i poszedł do kuchni po jakieś owoce. Miał niedługo jakieś zebranie z ojcem i różnymi doradcami. I trzeba było zacząć planować zbliżający się wielki turniej. Planowali go na za trzy miesiące, więc do tego czasu chyba Merlin już do niego wróci i będzie mu pomagał w nałożeniu zbroi.
- Ach, witaj Arturze. – Radosny głos Morgany przerwał jego rozmyślania. Odwrócił się do niej, krzywiąc wewnętrznie. Przez ostatnie dni udało mu się unikać tej harpii, jednak jego szczęście najwyraźniej właśnie się skończyło. Nie zdążył nawet otworzyć ust, gdy dopadła do niego. – I jak tam ci się żyje bez pomocy służby? Wiesz, przechodziłam dziś obok stajni i nie mogłam nie zauważyć, że wyglądają tak, jakby nikt ich od tygodni nie sprzątał. Lub tak, jakby nagle stały się składem gnoju wyrzuconego ze stajni króla i mojej. I może kilku rycerzy…
Książę popatrzył na podopieczną króla z niedowierzaniem. Nie, nie mogła być aż tak okrutna. A jednak była. Najwyraźniej w jakiś sposób przekonała kilku stajennych, by wszystko, co wysprzątają z najbliższych stajni wrzucili do niego i zniszczyli tym ciężką pracę Merlina. I, co gorsza, zmusili Artura w ten sposób do własnoręcznego wyczyszczenia pomieszczenia, w którym przebywały jego konie. I same konie też były w opłakanym stanie. Jęknął, myśląc o tym kiedy będzie miał czas się tym wszystkim zająć. Zebranie będzie trwało jak zwykle do późna, więc to zostawiało mu tylko czas po jutrzejszym porannym treningu. Tak, wtedy mógł się tym zająć najwcześniej. Pojutrze był dzień audiencji, później znowu miał patrole i trening… albo posprząta stajnię jutro, albo dopiero w przyszłym tygodniu jeżeli nie chciał robić tego przy świeczce w nocy. Po raz pierwszy od lat miał ochotę rozpłakać się z frustracji.
Stajnia nie była jedyną złośliwością Morgany. Następnego dnia przypadkiem wylała na niego wino, niszcząc jego ostatnią czystą koszulę i zmuszając do uprania jej własnoręcznie. I spodni. I pelerynę. Na szczęście Gwen się nad nim zlitowała i powiedziała jak ma wino sprać. Niestety zapomniała wspomnieć o tym, że czerwone peleryny farbują i po tym jak wrzucił do moczenia trzy elementy swojej garderoby był zmuszony do chodzenia w różowej koszuli.
Był pewien, że Morgana była też w jakiś sposób winna temu, że zapchał się mu komin i musiał go wyczyścić, co przyczyniło się do pokrycia popiołem wszystkiego w jego kwaterach i całej nocy spędzonej na sprzątaniu tego, co mógł zobaczyć oraz połowy dnia na całą resztę. Musiał myć wszystko po kilka razy i mydlinami i samą wodą żeby się tego paskudztwa pozbyć. Gdy w końcu poradził sobie z tym, ojciec był na niego zły, że nie pojawił się na radzie, którą spędził odsypiając w świeżo zmienionej pościeli, po tym jak już pozbył się sadzy również z siebie.
Po tak okropnym tygodniu zdecydował się na ponowne odwiedzenie Merlina. Jego służący tym razem był w pełni świadomy, jednak wciąż w łóżku i pogrążony w jakiejś opasłej lekturze. Gaiusa jak zwykle nie było i bardzo się z tego cieszył. Jeżeli miał wypaść jak stęskniony idiota, który nie daje sobie rady, to wolał by jedynym świadkiem był jego służący.
- Widzę, że już się lepiej czujesz. – Zaczął trochę skrępowany i Merlin popatrzył na niego zaskoczony, dopiero go zauważając. Przez chwilę wpatrywał się tylko w niego, jakby nie wierząc, że go tu widzi.
- Tak, Gaius mówi, że za kilka dni pozwoli mi wrócić do pracy. – Służący uśmiechnął się lekko i odłożył tomisko na podłogę.
KILKA DNI? ILE TO BYŁO KILKA DNI?
- Więc, erm, potrzebujesz czegoś? Gaius poszedł zanieść lekarstwa na miasto… - Artur z zadowoleniem zauważył, że Merlin wygląda równie zdrowo jak na początku służby u niego. Może nawet w końcu trochę utył.
- Nie, przyszedłem tylko sprawdzić jak się miewasz. – Książę przyznał niechętnie i do uśmiechu na twarzy młodzieńca dołączył też niewielki rumieniec. Tak, może trochę przesadził z tą uczciwością. Jeszcze teraz od tego ego Merlina urośnie jeszcze bardziej i nie będzie mógł już dłużej się zmieścić w drzwi jego komnat razem z tacą. Zapadła niezręczna cisza, po której służący uśmiechnął się z rozbawieniem.
- Gwen powiedziała mi o kominku i w ogóle. Paskudna sprawa – powiedział z przekonaniem i Artur zazgrzytał zębami. Oczywiście, że powiedziała. Pewnie o stajni, różowej koszuli i wielu innych wypadkach również. Zmusił się do przyjęcia neutralnego wyrazu twarzy.
- Nie było tak źle. Popiół i sadza pokryły tylko najbliższe otoczenie kominka, więc nie było tak dużo sprzątania. – Wzruszył ramionami, jednak miał dziwne wrażenie, że Merlin mu nie uwierzył. Patrzył na niego w ten sposób, jakby znał prawdę, ale zgadzał się z jego wersją wydarzeń przez wzgląd na grzeczność. – Niestety ojciec był tym bardzo zaniepokojony i zarządził czyszczenie wszystkich kominów i kominków w zamku. Obawiam się, że służbie się to nie spodobało.
- Cieszę się wobec tego, że Gaius zmusił mnie do zostania w łóżku. – W głosie Merlina słychać było wyraźne współczucie dla pozostałych służących, którzy zajmowali się głównie sprzątaniem.
- Domyślam się. – Artur prychnął i doszedł do wniosku, że powinien już iść. Nie chciał zostać przyłapanym na odwiedzinach przez Gaiusa. – A właśnie – zaczął tak, jakby właśnie sobie o tym przypomniał – miałem ci powiedzieć, że jak tylko wrócisz do pracy, wyruszymy na polowanie. Trochę świeżego powietrza po tylu dniach w zamknięciu dobrze ci zrobi. To do zobaczenia.
Odwrócił się i wyszczerzył, słysząc jęk służącego. W końcu nie mógł pozwolić, by idiota pomyślał sobie, że traktuje go za bardzo przyjacielsko.
