Może zabrzmi to dziwnie, ale Tony i Pepper zostają przyjaciółmi.

Nie jest to łatwe dla żadnego z nich i wymaga mnóstwa czasu, niezliczonych rozmów telefonicznych, które w ułamku sekundy mogą stać się niezręczne, przepełnione złością lub ckliwe. A czasami Tony'ego boli to tak bardzo, że ma ochotę krzyczeć na cały głos, ale stopniowo wszystko staje się coraz łatwiejsze. Pepper wciąż jest tą samą osobą, zabójczo inteligentną i przerażająco kompetentną, którą kochał całym swoim sercem, kiedy byli razem. Pewne rzeczy, które w niej uwielbiał, są obecnie dla niego niedostępne (pierdolony Ryan Reynolds, do jasnej cholery), ale po pewnym czasie się do tego przyzwyczaja.

Przez te wszystkie lata, kiedy się znali, nigdy wcześniej nie byli tylko i wyłącznie przyjaciółmi, więc obecny stan rzeczy jest nowy i dziwny, a przyzwyczajenie się do dopiero co na nowo wyznaczonych granic zajmuje trochę czasu. Ale kiedy od ich znajomości oddzieli się biznes i miłość, wciąż szczerze się lubią. A jeśli jej nowemu facetowi się to nie podoba, cóż, pieprzyć go. (Absolutnie mu się to podoba, jak przekonuje się później Tony. Ponieważ Ryan Reynolds naprawdę jest bardzo miłym facetem. Co za dupek.)

W rozmowach nie napomykają za bardzo o swoim rozstaniu, ale (to trochę dziwne) rozmawianie z Pepper o wszystkim innym zawsze daje Tony'emu nowy punkt widzenia. To tak, jakby wreszcie był gotowy usłyszeć te wszystkie rzeczy, które próbowała mu powiedzieć w Miami, kiedy powtarzała, że nie chodzi tylko o niebezpieczeństwo ani o trudny do przewidzenia rozkład dnia. Wcześniej Tony był zbyt zajęty próbami przekonania jej, by zmieniła swoją opinię, zamiast naprawdę jej wysłuchać.

Nigdy nie podobało jej się to, że był Iron Manem, to akurat jasne. Próbowała nauczyć się z tym żyć, ponieważ go kochała, ale Tony w każdej chwili potrafi sobie przypomnieć jakąś setkę sytuacji, w których widać było jej brak akceptacji. Patrząc na to teraz, można stwierdzić, że kiedyś musiało się to popsuć. Tony pamięta, kiedy Pepper po raz pierwszy zobaczyła go w zbroi; to, jak wtedy wyglądała i jak brzmiały jej słowa, kiedy zapytała, czy to dziury po kulach.

Tony dobrze się czuje, będąc Avengerem — nawet w ciągu tych okropnych dni po jej odejściu, w trakcie których nienawidził wszystkiego i wszystkich, wciąż kochał zakładanie zbroi i mierzenie się z przeciwnikami — ale widzi teraz z dokładnością, jaką zazwyczaj daje spojrzenie z dystansu na przeszłość, że zabijało to Pepper kawałek po kawałku.

Przypomina sobie z niemałą dozą rozgoryczenia sposób, w jaki (jak mu się wydawało) przystosowywał się do zupełnie nowego życia — nowego związku, pracy, filozofii życiowej. Wydawało mu się, że wreszcie to rozumie. Ale Pepper była częścią jego starego życia, w którym był Tonym Starkiem, a nie tego nowego jako Iron Man i zauważyła to przed nim. A ponieważ jest nieustraszona i pojętna i zawsze robi to, co trzeba zrobić — szczególnie kiedy Tony tego nie robi — odeszła.

Kiedy nad tym rozmyśla, kiedy myśli o sile i odwadze, jakiej wymagało zostawienie go, Tony — którego nazywano bohaterem więcej razy, niż jest w stanie zliczyć — czuje się całkowicie, zupełnie upokorzony.

Tony nie zdaje sobie sprawy z tego, że zbliża się Święto Dziękczynienia, póki w jakimś sklepie nie zerka na telewizor, na którym leci transmisja parady.

Mgliście przypomina sobie, że Thor zaprosił go na kolację do Jane, praktycznie wibrując przy tym podekscytowaniem na myśl o dniu poświęconym jedzeniu tyle, ile możesz w siebie wepchnąć. Tony odmówił przyjęcia zaproszenia, wymigując się (zmyślonymi) wcześniejszymi planami i postanowił zostawić Darcy i Jane misję uświadomienia boga w kwestii mniej przyjemnych części amerykańskiej historii.

Tony i tak nie jest nawet w stanie przypomnieć sobie, kiedy po raz ostatni jadł prawdziwą kolację w Święto Dziękczynienia. To musiało mieć miejsce, gdy jeszcze mieszkał w szkole z internatem. Po tym, jak skończył naukę, jego rodzice już nie żyli, więc odpuszczenie sobie nudy związanej z wbijaniem się w garnitur i siedzeniem przy odświętnie nakrytym stole, udając przy tym, że nie jest zanudzony na śmierć, było swego rodzaju ulgą. W zeszłym roku poleciał z Pepper na Arubę. Co zdecydowanie nie znajduje się w jej rozkładzie dnia w tym roku. Ani w żadnym innym.

Jarvis potwierdził, że w domu nie ma nikogo poza Tonym, więc ten idzie na górę po coś do jedzenia, ale jakimś cudem kończy w kuchni z dwiema butelkami piwa i absolutnym brakiem jedzenia. Zazwyczaj nie lubi pić piwa, ale ostatecznie mają święto, więc czemu, do jasnej cholery, nie. Przenosi się do salonu w samej koszulce i bokserkach, ciesząc się nietypowym spokojem i ciszą. To zaskakujące, jak wielki wydaje się teraz dom. Ostatecznie Tony rozwala się na kanapie i bawi tabletem, a Jarvis przerzuca kanały telewizji satelitarnej w idealnym tempie — dokładnie raz na trzy sekundy. Tony dowiódł matematycznie, że to najlepszy sposób na oglądanie telewizji.

Po kilku kolejnych piwach na chwilę zasypia. Budzi go odgłos otwierających się frontowych drzwi. Po sekundzie albo pięciu Steve wchodzi do salonu; ma na sobie dres, w których zazwyczaj biega. Wygląda na zdziwionego widokiem Tony'ego, chociaż ten nie ma pojęcia, dlaczego. To ostatecznie jego dom.

— Nie poszedłeś do Jane? — pyta Steve, po czym szarpnięciem zdejmuje bluzę przez głowę. Prawie ściąga przy tym też t-shirt, z którym toczy krótką walkę. Steve zerka na Tony'ego, zauważa, że ten nie jest do końca ubrany, odnotowuje też wszystkie puste butelki po piwie stojące na stoliku do kawy, ale nic nie mówi.

— Nie. — Tony wzrusza ramionami, podnosi tablet i ponownie zaczyna dźgać go palcem. Zauważa smugę na ekranie w miejscu, o które kilka chwil temu opierał głowę. — Gdzie byłeś?

Steve przekrzywia głowę i zerka na Tony'ego, jakby próbował zgadnąć, ile szarych komórek mu ubyło w ostatnim czasie.

— Biegałem.

— To raczej oczywiste — stwierdza Tony, przeciągając układ równań do kosza. Pfff. — Ale gdzie konkretnie?

— Na Coney Island.

To przyciąga uwagę Tony'ego. Podnosi wzrok, oczekując, że zobaczy szczerzącego zęby Steve'a; coś, co powie mu, że to tylko żart. Tak się nie dzieje. Steve nonszalancko zdejmuje swoje trampki.

— Pobiegłeś… do Coney Island… i z powrotem? To jakieś…

— Trzydzieści sześć i pięć dziesiątych mili, proszę pana — informuje go pomocnie Jarvis.

— Trzydzieści sześć i… przebiegłeś maraton i jeszcze trochę? Tak bez powodu? — I nie jest nawet zdyszany. Choć jeśli się uważniej przyjrzeć, naprawdę nieźle się spocił.

— Cóż, nie miałem takiego zamiaru, ale nie czułem zmęczenia, a przynajmniej nie aż do samego końca, więc po prostu biegłem. — Steve wzrusza ramionami, jakby to nie było nic wielkiego. Ponieważ dla niego nie jest. Ale mimo wszystko.

— No to chyba należą ci się gratulacje — stwierdza Tony. Nie ma nawet pojęcia, co powinien zrobić w przypadku tego rodzaju szaleństwa.

— Co robisz? — pyta Steve i znowu zaczyna toczyć walkę ze swoją koszulką, która obecnie postanowiła przykleić mu się do skóry.

— Nie za wiele. Chcesz obejrzeć film? — pyta, ponieważ być może Steve czuje się samotny albo jest smutny, że nie ma już z kim spędzać Święta Dziękczynienia.

— Jasne. — Podnosi buty i podchodzi do drzwi. — Ale najpierw wezmę prysznic. I muszę coś zjeść.

— Zamówię ci coś! — woła za nim Tony. — Trzydzieści sześć mil — mamrocze sam do siebie, przeglądając różne oferty jedzenia na wynos. — Co jest z tobą nie tak, facet, to Święto Dziękczynienia, na litość boską. Narodowy dzień obżarstwa i lenistwa.

Skompletowanie zamówienia to poważna praca. Steve zazwyczaj zjada niemożliwe ilości jedzenia, bo jego metabolizm spala kalorie niczym płomień papierową chusteczkę. A im więcej energii zużyje, tym więcej je. Tony decyduje się na tajskie żarcie i zamawia mnóstwo różnych rzeczy — tyle, że ma wrażenie, iż być może przedobrzył (choć w tym domu nawet resztki nie zagrzewają za długo miejsca w lodówce). Ale, Chryste, trzydzieści sześć mil. Sam zjadłby po czymś takim konia z kopytami.

Kiedy jedzenie jest już w drodze, Tony zaczyna przeglądać opcje filmów do obejrzenia. Próbuje znaleźć coś odpowiedniego, co jest trudniejsze, niż mogłoby się wydawać w przypadku faceta, który przegapił niemalże siedem dekad popkultury. Tony ciągle powtarza, że kiedyś napisze algorytm, żeby nie musieć się nad tym tyle zastanawiać.

Steve lubi filmy ze szczęśliwym zakończeniem, większość tych science fiction i wszystko z oczywistym humorem. Nie lubi takich z podróżami w czasie, nieśmiertelnością czy nazistami. Czerwieni się niczym piwonia na widok nagich ciał i nienawidzi tortur połączonych z seksem i tych filmów, w których ktoś krzywdzi dzieciaki albo zwierzęta. Ma słabość do wszystkich części Toy Story (uważa, że Buzz Astral jest przezabawny) i obejrzy Odlot, jeśli Tony przewinie pierwszy kwadrans. Z jakiegoś ciężkiego do zrozumienia powodu lubi też musicale. A szczególnie kocha filmy, w których dobry facet wygrywa i zdobywa dziewczynę na końcu.

Po tym, jak Tony zdążył rozważyć i odrzucić jakieś osiemdziesiąt siedem opcji, Steve wraca różowy i wilgotny. Ma na sobie parę dresów, które zdają się nie chcieć pozostać na jego biodrach, oraz kolejny za mały t-shirt, tym razem z nadrukiem Hulka. Tony piorunuje go wzrokiem i odnotowuje, żeby zamówić parę ciuchów z Iron Manem i wysłać Steve'owi jak najszybciej się da, bo to nie fair.

Tony decyduje się puścić Obcego, chociaż film jest dość krwawy i pełen przemocy. Ale to ten udawany i kosmiczny rodzaj przemocy, z obecnością którego Steve godzi się o wiele łatwiej niż z takim, jaki jest na przykład w Pulp Fiction. Oglądają pierwszą część, jedząc. Steve'owi się podoba, a Tony'emu podoba się przyglądanie jego reakcjom podczas sceny z Chestbursterem.

Tony wcale nie zamówił za dużo jedzenia. Steve zjada całą swoją porcję, a następnie dojada tę Tony'ego. A do tego wypija jakieś sześć butelek tego przerażającego czerwonego gatorade'a, którego kocha.

Postanawiają nie przerywać wieczoru filmowego i obejrzeć drugą część, która podoba się Steve'owi jeszcze bardziej, a już w szczególności te momenty ze statkiem handlowym. Jeszcze przed końcem filmu wygląda na na wpół zakochanego w Ripley, co zdaniem Tony'ego jest absolutnie zrozumiałe.

Steve zatrzymuje film gdzieś w połowie i idzie do kuchni po ciasteczka i mleko, ponieważ tak naprawdę jest Beaverem Cleaverem. Tony założyłby się o to o głowę. Ciasteczka są tymi potrójnie czekoladowymi, które zrobił Clint, i smakują paskudnie z piwem. Niemniej Tony nie pozwala, żeby powstrzymało go to przed wykradnięciem jednego (czy czterech).

Tony, który rzadko jest w stanie robić jedną rzecz na raz, a prawnie nigdy ta rzecz nie wiąże się z siedzeniem w jednym miejscu, robi jeszcze parę rzeczy na swoim tablecie w czasie filmu. Wyraża zadowolenie projektem nowego budynku Stark Industries, wymienia parę wiadomości z Pepper i Rhodeyem, dodaje kilka piosenek do imprezowej playlisty Thora i próbuje podejść z innej strony samonaprawiającą się nanotechnologię, która po prostu nie chce działać. Kiedy mu to nie wychodzi, poświęca kilka minut na napisanie wreszcie tego algorytmu filmowego dla Steve'a.

Biorąc to wszystko pod uwagę, to naprawdę produktywny dzień nicnierobienia.

Tony spodziewa się, że Steve zdecyduje się iść spać, jak tylko na ekranie pojawią się napisy. Od jakiegoś czasu garbi się coraz bardziej i bardziej na kanapie i obecnie wygląda, jakby mógł zasnąć w każdej sekundzie. Opiera głowę na ręce, powieki widocznie mu ciążą i wciąż trzyma na wpół zjedzone ciastko.

— Wyglądasz na zmęczonego — stwierdza Tony.

Steve prycha niezobowiązująco i nie porusza się.

— Obejrzymy kolejny?

Tony mówi:

— Są tylko dwa.

Steve marszy brwi i mruczy:

— Myślałem, że jest ich więcej.

Na co Tony stwierdza:

— No co ty! — Ostatecznie pamięta, jak skończyło się oglądanie Star Warsów.

Steve wgryza się w ciastko i spogląda na Tony'ego z namacalną podejrzliwością. Nie wydaje się mu wierzyć.

— Hej, a co powiesz na obejrzenie Goonies? — sugeruje Tony w oczywistej próbie rozproszenia przeciwnika. Steve kocha ten film.

— No dobra — stwierdza Steve i otwiera kolejną butelkę gatorade'a. Jego krew składa się obecnie jakoś w siedemdziesięciu pięciu procentach z cukru.

Steve zasypia w połowie filmu. Tony nie wyłącza telewizora i grzebie we wstępnych teoriach neurokinetycznych nanocząstek, które któregoś dnia mogą się okazać przydatne. To tylko zalążek pomysłu, nic, nad czym można by popracować, ale i tak podoba mu się przewidywanie różnych możliwości.

Kiedy kończy, jest już późno. Ciężko uwierzyć, że to oni tak nabałaganili w salonie; stolik jest zaśmiecony opakowaniami po jedzeniu na wynos i pustymi butelkami, połamanymi ciastkami i porzuconymi serwetkami. Zatrudniają ekipę sprzątającą, ale pozostawianie butelek i puszek w pokoju telewizyjnym nigdy nie jest dobrym pomysłem, bo jakimś cudem zawsze kończą na byciu pociskiem rzucanym w głowy innych ludzi, więc Tony stara się je zebrać.

Dziesięć sekund później ma na koszulce olbrzymią plamę czerwonego gatorade'a. Napój rozlał się też na dywaniku i stoliku do kawy, gdzie zbiera się wokół zakrzepniętego tłuszczu z opakowań jedzenia na wynos. Tony przeklina cicho, ściąga przez głowę swoją koszulkę — klejącą się, różową i już naprawdę zimną — i używa jej suchych miejsc, żeby się wytrzeć. Nie jest to zbyt efektywny sposób.

I wtedy właśnie Jarvis oznajmia:

— Ma pan nadchodzące połączenie z obrazem.

Tony zerka na zegarek. Jest po północy, co oznacza, że to nic dobrego.

— Daj mi podgląd — stwierdza Tony, a Jarvis zgodnie z poleceniem pokazuje identyfikator dzwoniącego na ekranie telewizora. — O Boże, tylko nie on po raz kolejny — jęczy Tony. To Namor, Król Napuszonych Dupków z Atlantydy. — Czego on chce, do jasnej cholery?

— Odmawia poinformowania mnie o tym, proszę pana. Twierdzi, że nie prowadzi konwersacji ze sługami.

— Następnym razem, kiedy cię obrazi, Jarvis, masz pozwolenie na sprzedanie wszystkich jego akcji niezależnie od strat.

— Dziękuję, proszę pana. Czy życzy pan sobie odebrać połączenie?

Tony wcale sobie tego nie życzy. Nie lubi Namora. Facet jest wyniosły, arogancki, a do tego egocentryczny i zdecydowanie za wiele gada. Poza tym uważa, że wszyscy pozostali są o wiele od niego gorsi i ma głęboko gdzieś, co inni o nim myślą, co być może jest jedyną cechą charakteru, jaką Tony jest w stanie u niego docenić.

Obecnie leży rozciągnięty omdlewająco na olbrzymim złotym tronie z muszelki. Ma na sobie te śmieszne zielone spodnie z rybich łusek i wygląda, jakby nic go nie obchodziło. Jego nogi są rozłożone o wiele za bardzo, tak, jakby chciał, żeby wszyscy przyjrzeli się jego królewskim klejnotom.

Tony rzuca swoją mokrą koszulkę na stolik do kawy i siada na kanapie ze zdegustowanym westchnieniem.

— Zacznij transmisję… nie, czekaj, najpierw powiększ obraz i wykadruj go przynajmniej do pasa. Jezu Chryste, wiem, że facet jest w połowie syreną czy czymś takim, ale czy ubranie normalnych spodni by go zabiło?

— Rozpoczynam przekaz, proszę pana — informuje go Jarvis po dostosowaniu obrazu.

— Witaj, Stark — stwierdza Namor. Jego głos jest głębszy nawet niż głos Thora, a poza tym zawsze znajduje się w jednym z dwóch nastrojów: znudzonym albo rozwścieczonym. Obecnie wygląda na znudzonego. — Żądam wsparcia Avengersów.

— Bycie tobą naprawdę ssie, ponieważ mamy dzisiaj święto i tylko my dwaj zostaliśmy w domu. — Tony wskazuje na Steve'a, który już śpi pod kocem z Hello Kitty. Ktoś zostawił go tutaj jako żart. (A przynajmniej Tony ma taką nadzieję.)

— Wasze zwyczaje są dla mnie bez znaczenia — stwierdza Namor z obojętnym machnięciem ręką. — Wasza dwójka wystarczy.

— Łaaaał, dzięki. — Tony wyciąga rękę i dźga palcem nogę Steve'a. — Hej, obudź się, Kapitanie. Chcesz iść odwiedzić SpongeBoba?

Steve unosi głowę, mruga z zaspanym wyrazem twarzy i wygląda na nieco zdezorientowanego.

— Iść odwiedzić kogo? — Spogląda na telewizor. — Czy to Namor?

Namor nie raczy udzielić mu odpowiedzi. Wygląda, jakby dwie sekundy dzieliły go od sprawdzenia stanu swoich paznokci.

— Jego Wysokość Król Samozadowolenia żąda naszej obecności — wyjaśnia Tony.

Steve siada na kanapie, odrzuca kocyk, a następnie przeciąga się, drapiąc się po szyi i ziewając.

— Dobrze — stwierdza, ponieważ zawsze się tak cholernie ze wszystkimi zgadza, nawet z takimi dupkami jak Namor.

Tony spogląda z powrotem na ekran telewizora. Zamierza zażądać przynajmniej kilku szczegółów więcej, zanim ruszy na łeb na szyję na Atlantydę w środku nocy, ale Namor przygląda się Steve'owi. Unosi brew, zwraca spojrzenie na Tony'ego i stwierdza:

— Interesujące.

— Co takiego? — pyta Steve, po czym ziewa po raz kolejny.

Tony przygląda się swojemu przyjacielowi, ale tym razem próbuje zobaczyć to, co Namor. Steve ma nietypowo zmierzwione włosy, które starczą dookoła głowy; jego przyciasna koszulka podwinęła się tak, że pokazuje płaski brzuch; za duże spodnie opadają z jednej strony, odsłaniając kość biodrową; usta są miękkie od snu i czerwone od wypitego gatorade'a. Wygląda, jakby ktoś się na niego dosłownie rzucił, a Tony — który siedzi naprzeciwko niego w samej bieliźnie, o czym nagle sobie przypomina — przed chwilą powiedział Namorowi, że są sami w domu.

Naprawdę nie obchodzi go, co myśli Namor, a poza tym sam fakt, że ktoś być może zakłada, że Tony sypia ze Steve'em Rogersem, jest w tym momencie zupełnie bez znaczenia. Ponieważ popęd Tony'ego, który był zakładnikiem jego złamanego serca przez kilka ostatnich miesięcy, wybiera właśnie tę chwilę, żeby ożyć z rykiem niczym idealnie zharmonizowany silnik tylko czekający, aż ktoś przekręci kluczyk w stacyjce. A Tony może myśleć tylko o tym, że chciałby sypiać ze Steve'em Rogersem.

Rzecz jasna nie może się przespać ze Steve'em Rogersem. Po pierwsze facet jest w stu pięćdziesięciu porcentach hetero. Przynajmniej. Poza tym istnieje wiele innych słów do opisania tego, jak bardzo Steve jest poza jego zasięgiem: to współlokator. Członek zespołu. Staromodna, seksualnie uciskana ikona narodowa.

Tony powtarza samemu sobie, że musi o tym zapomnieć, ale nie odnosi to tak naprawdę żadnego skutku.

Próbuje to zignorować, co też nie działa, ponieważ nagle nie może przestać zauważać, jak olśniewająco przystojny jest Steve. I mimo że facet zdaje się uważać wszystko odsłaniające coś więcej niż szyję i kostki za beznadziejnie nieodpowiednie, każdego dnia ma miejsce milion drobnych wydarzeń, przez które mózg Tony'ego zachodzi mgłą pożądania. Koszulka Steve'a się podwija, odsłaniając pasek nagiej skóry szeroki akurat na tyle, żeby przesunąć po nim dwoma palcami; ścięgno jego szyi napina się, kiedy obraca głowę, i ma idealny rozmiar, żeby wbić w nie zęby; kształt bicepsa w miejscu odsłoniętym przez jeden z jego przymałych t-shirtów, który przez cały czas kusi Tony'ego do objęcia rękami jego mięśni.

To rzeczy tak niewinne, a jednocześnie wszechobecne, od których Tony nie może uciec. Czuje się, jakby żył w epoce wiktoriańskiej, a Steve ciągle machał mu przed oczami nagimi łydkami.

Może patrzeć, ale nie wolno mu dotknąć. Przypomina sobie o tym jakieś pięćdziesiąt razy dziennie.

Kiedy Tony dochodzi do wniosku, że jest bliski szaleństwa, zabiera swój świeżo zmartwychwstały popęd seksualny na przejażdżkę po mieście w ramach testu i… ostatecznie nie uprawia z nikim seksu. Jego po-pepperowe standardy są obecnie przygnębiająco wysokie w przypadku kobiet, no i wydaje się, że od tego ostatniego Święta Dziękczynienia faceci podobają mu się trochę bardziej niż tylko w ośmiu procentach.

Nie jest to nic wielkiego, stwierdza. Ostatecznie nigdy nie brakuje facetów, którzy szukają pozbawionego znaczenia seksu. Tyle że jak się okazuje, Tony nie jest już jednym z nich. Ponieważ w ostateczności zawsze kończy się na tym, że większość czasu spędza ze Steve'em niezależnie od tego, jak mocno by sobie nie postanowił, że dziś wieczorem wyjdzie na miasto i znajdzie kogoś przystojnego na tyle, żeby zmiótł z powierzchni Ziemi wspomnienie nagiego brzucha Steve'a. A w każdym razie na tyle, żeby wyssał je z mózgu Tony'ego przez jego fiuta.

Ale coś w Tonym uległo zmianie. Być może nieodwracalnie. Wszędzie widzi piękne twarze i piękne ciała, ale nie podoba mu się to, co mają w środku. Ludzie, którzy pojawili się w jego życiu, zmienili go (być może dlatego, że mają w sobie coś, na co reaguje), choć nawet tego nie zauważył. Coś w Rhodeyu i Pepper, i Stevie, i Nataszy, i wszystkich innych jego znajomych, którzy mają w sobie tyle dobra, tyle talentu i energii; to tego właśnie teraz szuka i szuka, i nigdzie tego nie znajduje.

Przez całe życie czuł się inny od wszystkich otaczających go ludzi, ponieważ był inteligentniejszy, bogatszy, bardziej wygadany. Bardziej zmotywowany, bardziej uprzywilejowany, bardziej arogancki. Ale to się zmieniło. Na całym świecie nie ma nikogo takiego jak on, to prawda, ale są inni, którzy są razem z nim, czegokolwiek by nie zrobił; stoją z nim ramię w ramię, przez co nigdy nie czuje się, jakby musiał naprawiać ich pomyłki czy pomagać im nadążyć za sobą. Jest jedyny w swoim rodzaju, ale nie jest sam.

Podejrzewa, że oznacza to, iż dojrzał jako człowiek. To jedna z tych rzeczy, które według wielu ludzi są niemożliwe w jego przypadku, ale to małe pocieszenie. Dopiero co zaczął wychodzić z dołka spowodowanego tą sprawą z Pepper, dopiero co przestał czuć się, jakby brakowało mu jakiegoś ważnego organu, a teraz znowu pragnie kogoś, kogo nie może mieć.

Tym, czego mu potrzeba, jest czas i dystans — zadziałało w przypadku Pepper — ale nie da się tego uzyskać, bo on i Steve mieszkają i pracują razem. Nie ma wyboru — gdzie tylko może, wydziela sobie przestrzeń tylko i wyłącznie dla siebie samego, powoli odbiera Steve'owi te wszystkie minuty, które mu poświęcał. Zasłania dłońmi niedopałek, obserwuje, jak ten gaśnie z braku tlenu i umiera.

Avengersi prowadzą świąteczny wyścig zabawkowych samochodzików i wszyscy muszą się pokazać w placówce FAO Schwarz na wielkiej imprezie. Ściskają tam ręce, rozdają autografy i robią sobie zdjęcia z wszystkimi na tyle cierpliwymi, żeby stać siedem godzin w zimnie.

Thor jest w siódmym niebie, potrząsa wyciągniętymi w jego stronę rękami tak mocno, że aż zęby ludziom grzechoczą, podnosi ich za ramiona do zdjęć i całuje każde dziecko w zasięgu rażenia. Clint zbiera jakieś sześćdziesiąt numerów telefonów i radośnie podpisuje każdy zabawkowy łuk uroczyście podany mu przez dziecko.

Wielu ludzi zbyt boi się Bruce'a, żeby do niego podejść. Niemniej Tony rozpoznaje księżniczkę Hulk z imprezy halloweenowej, a poza tym jak zawsze pojawiają się idioci, którzy próbują go wkurzyć; to taka nowojorska wersja rodeo. Ale Bruce chyba wziął jakieś prochy, bo ma nieco szkliste spojrzenie. Na wszelki wypadek stoi pomiędzy Nataszą i Steve'em, którzy robią, co mogą, żeby mu pomóc. Kolejka do Nataszy wydaje się być złożona głównie z samotnych facetów oraz rodziców z małymi dziewczynkami noszącymi na nadgarstkach miniaturowe bransoletki Ugryzienie Wdowy. Do Steve'a ustawiają się zarówno dzieci, jak i dorośli, a do Tony'ego głównie kobiety.

Tony i Steve stoją koło siebie, ponieważ Tony nie pomyślał, że powinien zaaranżować to tak, żeby nie stali w ten sposób. To chyba najdłuższy okres czasu, jaki spędzili w swojej obecności w ciągu wielu dni. Nie jest to wroga obecność, ale nie jest też już tak, jak było kiedyś. Tony przypomina sobie, że tego właśnie chce. Chce, żeby było tak, jak wtedy, kiedy Steve dopiero co wprowadził się do rezydencji. Zachowywali się w stosunku do siebie poprawnie, ale nie przyjaźnie.

Kurewsko trudno stać tak obok siebie bez słowa, tak samo jak odgradzać się od Steve'a, kiedy ten ciągle pojawia się w warsztacie z tym swoim pełnym nadziei wyrazem twarzy i czeka, aż Tony znajdzie dla niego trochę czasu. Tony ma nadzieję, że facet całkiem niedługo przestanie się pojawiać na jego piętrze, przestanie pytać, czy zrobią coś razem, żeby nie musiał oglądać zaskoczenia na jego twarzy, gdy po raz kolejny mu odmawia.

Stara się nie myśleć o tym za dużo, stara się nie patrzeć na Steve'a, kiedy zbierają zabawkę po zabawce, całują policzek po policzku i podpisują zdjęcie po zdjęciu. Tony nie może się doczekać, aż to popołudnie się skończy i będzie mógł znaleźć się w jakimś miejscu z dala od rąk nieznajomych i przyjacielskiego uśmiechu Steve'a, który nie jest już przeznaczony dla niego.

Pod koniec dnia okazuje się, że zebrali oszałamiającą liczbę zabawek, a Tony przy okazji dostał mnóstwo numerów telefonów, wszystkie od kobiet. Co jest w porządku, bardzo lubi kobiety, jest przynajmniej w siedemdziesięciu ośmiu procentach hetero.

Tony ma tylko jeden moment słabości i to w dodatku nie ze swojej winy, bo jest pijany. Ponieważ jest naprawdę, naprawdę pijany. (Znowu.)

Thor urządza przyjęcie noworoczne, które byłoby absolutnie niezapomniane, gdyby nie to, że wszyscy są zbyt pijani, żeby pamiętać, co się działo. A dzieje się tak, bo Miriam została zaproszona jako gość honorowy. Przyjeżdża taksówką, do rezydencji podprowadza ją Steve, a Thor i jego znajomkowie witają ją niczym bóstwo. Fandral nawet pada na kolano i całuje jej rękę.

Samo namówienie jej, żeby przyszła, było cholernie trudne do zrobienia. Tony, świadom jej bujnego życia towarzyskiego, zaprosił ją dwa miesiące wcześniej, a i tak Miriam nie sądziła, że znajdzie dla nich czas aż do ostatniej minuty. Jej ostatni romantyczny podbój trafił do szpitala, odpoczywając po założeniu poczwórnych bypassów. I nawet wtedy Tony musiał z nią negocjować, co skończyło się na tym, że obiecał jej najlepszą sypialnię dla gości w całym domu i przysyłanie jej bukietu kwiatów raz na miesiąc przez cały przyszyły rok.

Na całym świecie są jakieś tysiące ludzi, którzy zamordowaliby własne matki, żeby dostać się na imprezę Avengersów. A Miriam? Pojawi się, jeśli nie będzie miała nic lepszego do roboty. Uwielbienie Tony'ego weszło właśnie w najwyższe stadium.

Mówi sobie, że wypije tylko szklankę bimbru, a później przełączy się na coś mniej zabójczego. Kilka godzin później nie jest do końca pewien, ile szklanek wypił, ale ta w jego rękach w magiczny sposób nigdy nie jest pusta, czego by nie próbował. Ale ostatecznie to ta sama szklanka, od której zaczynał, więc nie łamie reguł.

Dochodzi do wniosku, że powinien coś zjeść. To na pewno pomoże. Ale kiedy rzuca okiem na bufet, okazuje się, że Sif zagoniła wyglądającego na przerażonego Happy'ego do kąta niedaleko półmiska z serami i dźga teraz faceta palcem w klatkę piersiową z zaciętym wyrazem twarzy. Tony nie zamierza się zbliżać do serów, nie w tym życiu.

Zamiast tego decyduje się usiąść i w ten sposób przypadkowo znajduje Rhodeya, który leży rozwalony na kanapie twarzą w dół i jęczy w poduszki.

— A więc — zaczyna radośnie Tony, siadając na oparciu kanapy. — Na skali od jednego do „jestem z Asgardu" jak bardzo jesteś pijany?

Rhodey otwiera z trudem oko.

— Obiecasz mnie zabić, jeśli oddam ci zbroję? Nie obchodzi mnie jak, byle żeby było bezboleśnie.

— Nie możesz się teraz poddać — informuje go Tony. — Musisz przekręcić się na drugą stronę i wyjść z tego zwycięsko, inaczej nie dostaniesz przypinki.

— Tym, co mnie przeraża — stwierdza Rhodey — jest to, że prawdopodobnie naprawdę macie przypinki. Nie wierzę, że możesz tak żyć. Wszyscy jesteście szaleni.

— Nie biorę za to odpowiedzialności — odpowiada Tony. — Mieszkam z bogiem pijaństwa, wiń jego. I to nie moja wina, że jesteś na tyle głupi, żeby grać w piwnego ping ponga z facetem, na którego wołają Sokole Oko.

— Ugh, piwo — jęczy Rhodey.

Bruce przechadza się z czymś, co nie ma w sobie za dużo alkoholu. A przynajmniej Tony ma taką nadzieję. Bruce wskazuje na Miriam, która siedzi w rogu i wychyla shoty z Hogunem i facetem w kowbojskim kapeluszu, który pewnie jest gościem Thora. Facet uwielbia kowbojów, od kiedy ktoś zabrał go na rodeo.

— Ona nie wie, kim jesteśmy — stwierdza Bruce ze zdziwieniem, ponieważ jeszcze nie do końca to rozgryzł. — Jakim cudem to możliwe?

— Ogląda tylko stacje z teleturniejami — wyjaśnia Tony. Potem rozprasza go Clint, który staje na rękach na oparciu krzesła, a Natasza staje na rękach na jego stopach. Tony ma wizję tego, jak musiał wyglądać ich seks, i mózg mu puchnie. Tak bardzo, bardzo żałuje, że nigdy nie zobaczy tego na własne oczy.

Potem dzieją się różne rzeczy. Ciężko za tym wszystkim nadążyć. Po jakimś czasie Rhodeya nie ma już na kanapie, ale pojawia się na niej Clint, który rozkłada się na oparciu. W kąciku ust ma błyszczyk. Tony klepie go w ramię, starając się zwrócić na siebie uwagę.

— Daj mi coś powiedzieć, czekaj, no daj mi coś powiedzieć — mówi do niego. Clint stoi tam cierpliwie i czeka. — Rozwali ci to mózg.

— Dobra, dajesz. — Brzmi to jak wyzwanie, ale Tony'ego to nie martwi.

— Ona — wskazuje Miriam — urodziła się w tym samym roku co Steve.

To rzeczywiście rozwala Clintowi mózg. Jedną rzeczą jest wiedzieć, że Steve w praktyce zbliża się do setki, ale zupełnie inną mieć prawdziwe porównanie wprost przed oczami i na własne oczy zobaczyć, jak by wyglądał, gdyby rząd się nim nie zainteresował (rzecz jasna gdyby dożył do tego wieku, co jest, prawdę mówiąc, niesamowicie wątpliwe).

Tony szczerzy zęby ze zrozumieniem, bo sam przez cały czas musi sobie radzić z tym uczuciem rozjebanego mózgu. Podczas wielu godzin spędzonych na za ciasnej kanapie Miriam, kiedy siedzi pomiędzy nimi (dlaczego zawsze siedzę pomiędzy nimi?, zastanawia się z opóźnieniem), czuje się jak w Strefie Zmierzchu.

Thor podchodzi do nich i napełnia szklankę Tony'ego. Teraz przynajmniej wiadomo, kogo należy winić.

Jeszcze przed północą wszyscy są schlani. Natasza uczy Miriam rzucania nożem. Jane i Darcy kłócą się z Thorem i Clintem o coś, a Tony nie ma wątpliwości, że tę walkę wygrają panie. Potem ma miejsce coś, co przegapia, a Bruce się wyhulkowuje i spędza resztę nocy w pokoju telewizyjnym na oglądaniu programów z Paulą Deen.

Steve przez większość czasu obserwuje Miriam niczym nadopiekuńcza niania i promieniuje swoją dezaprobatą na cały dom. Tony przyrzekł sobie, że będzie go unikać, jak tylko się da, ale jakimś cudem kończy się to na tym, że obaj siedzą w kącie pokoju przy kominku.

— Ej, a gdzie twoja koszula? — pyta. Wie, że Steve miał na sobie wcześniej nakrochmaloną na śmierć koszulę w kratkę. A teraz został mu tylko biały podkoszulek.

Steve spuszcza wzrok, jakby wcześniej tego nie zauważył.

— A, no tak, Sif ją wzięła. Powiedziała, że musi z czegoś zrobić opaskę uciskową.

Tony myśli, że powinno go to zmartwić, ale Steve nie wygląda na zaniepokojonego. A poza tym, cóż, to genialny pomysł — zostawi dzisiaj całe to martwienie się Steve'owi. I tak on bardziej lubi to robić niż Tony.

Przykład na potwierdzenie teorii: obecnie rozgląda się, szukając Miriam, i niepokoi się.

— Daj jej spokój — mówi Tony. — Dobrze się bawi.

— Nie powinna tyle pić — stwierdza Steve. Wygląda na naprawdę zmartwionego.

— Ta kobieta — oznajmia Tony, wskazując na Steve'a szklanką. — Ta kobieta ma tolerancję alkoholu jakiegoś brontozaura. Wszystko u niej w porządku. A poza tym poznaje nowych przyjaciół.

He drinks a whiskey drink, he drinks a vodka drink! — wrzeszczą Thor i Volstag, tupiąc przy tym i nosząc Miriam na ramionach.

— Widzisz? — stwierdza Tony tryumfalnie.

Steve nie wygląda wcale na uspokojonego. Odwraca się z powrotem do Tony'ego, pewnie po to, żeby powiedzieć coś nieprzyjemnego. Stoi blisko niego — naprawdę blisko, za blisko — a Tony czuje się przyjacielsko i tkliwie. Nie można go obwiniać za to, co ma miejsce chwilę później.

Tony pochyla się do przodu i wsuwa dłoń pod podkoszulek Steve'a, a następnie przyciska ją do jego brzucha.

— Moje życie byłoby o wiele prostsze, gdybyś miał jakieś koszule w odpowiednim rozmiarze — oznajmia.

Steve kładzie rękę na podkoszulku, na dłoni Tony'ego, i tak ją zostawia. Tony czuje, jak jego klatka piersiowa unosi się i opada przy oddychaniu. Steve ma naprawdę ciepłą skórę.

— A może życie byłoby prostsze, gdybyś tyle nie pił — stwierdza i jakimś cudem udaje mu się sprawić, że te słowa brzmią niczym prośba o przysługę, a nie krytyka.

— No to nie będę — decyduje Tony i rzuca swoją pustą szklankę gdzieś za ramię Steve'a. Ta leci łukiem do przedpokoju, gdzie uderza o podłogę i rozbija się w drobny mak. Thor i jego kumple zaczynają klaskać, po czym Tony słyszy, jak kolejna szklanka się rozbija, a po niej jeszcze następna. Wciąż ma rękę pod podkoszulkiem Steve'a. I on sam ją tam przytrzymuje.

Steve nawet nie odwraca się, żeby zobaczyć, co się dzieje. Na sekundę zamyka oczy i kręci głową.

— Co ty robisz? — pyta Tony'ego. Wygląda, jakby starał się zdecydować, czy jest smutny, czy niesamowicie zirytowany.

— Mówiłem to zupełnie poważnie — stwierdza Tony absolutnie szczerze. — Jeśli nie chcesz, żebym się upijał, to nie będę. — Ani razu tego nie zrobił, kiedy był z Pepper. Nie była to świadoma decyzja, no i mimo wszystko wciąż pił mnóstwo, bo Tony kocha wódę, macie to jak w banku. Ale się nie upijał. Po prostu… nie czuł takiej potrzeby. Ze Steve'em też by jej nie czuł. Wie to.

Steve opiera drugą rękę o ścianę tuż obok ucha Tony'ego i pochyla głowę, tak, że ich oczy znajdują się teraz na jednym poziomie. Nie ma jak uniknąć jego spojrzenia. Zazwyczaj kiedy Tony jest pijany, czuje się bezpieczny, bo znajduje się za ścianą alkoholu, która odgradza go od pozostałych ludzi. Ma wrażenie, że nic nie może go zranić. Jednak nie po raz pierwszy bycie pijanym w obecności Steve'a ma zupełnie przeciwny efekt. Czuje się obnażony i bezradny. Wie, że nie spodoba mu się to, co Steve zaraz powie i sekundę później okazuje się, że miał rację.

— Tony, dlaczego jesteś taki nieszczęśliwy?

Tony nie ma ani pół pojęcia, jak odpowiedzieć na to pytanie, więc nawet nie próbuje. Uśmiecha się szerokim, beztroskim uśmiechem bardzo pijanej osoby.

— A wyglądam ci na nieszczęśliwego?

Steve unosi rękę, jakby zamierzał dotknąć twarzy Tony'ego, ale ostatecznie tego nie robi. Odpycha się od ściany i odchodzi — pewnie po to, żeby posprzątać rozbite szkło. Nie patrzy na Tony'ego. I tak po prostu wraca do tego, kim był pięć minut temu, zanim Tony wiedział, jak to jest wsunąć rękę pod jego podkoszulek i dotknąć ciepłej skóry. Jest tylko kolejną osobą, którą Tony'emu Starkowi udało się od siebie odepchnąć.

Następny ranek jest koszmarny dla wszystkich poza Steve'em, który wstaje o swojej zwykłej (przerażająco wczesnej) porze. Wygląda, jakby był gotowy podbić świat, co jest dobrą rzeczą, ponieważ jeśli trzeba będzie to zrobić, będzie musiał to zrobić sam.

Drugą osobą, która nie ma kaca, jest rzecz jasna Miriam. Siedzi przy stole razem ze Steve'em, popija kawę i je grzankę, kiedy Tony ostatecznie przywleka swoje gnijące szczątki do kuchni.

Tony czuje na sobie spojrzenie Steve'a, gdy krokiem zombie podchodzi do krzesła i dochodzi do wniosku, że będzie udawał, iż poprzedniej nocy nie wydarzyło się nic dziwnego. Zdecydowanie nie obmacywał Kapitana Ameryki na przyjęciu z okazji Nowego Roku. Nie, Wysoki Sądzie, to nie ten facet. Tony siada i załzawionym wzrokiem wpatruje się w stół.

— Dzień dobry — mówi Steve.

— Szczęśliwego Nowego Roku — dodaje Miriam.

— Chciałbym być martwy — informuje ich Tony.

Darcy wchodzi do kuchni, mając na sobie (wyłącznie) koszulkę, która, jak stwierdza Tony, należy do Clinta. Mamrocze coś słodko do wszystkich, po czym zabiera dwie filiżanki kawy i wychodzi.

Steve odsuwa krzesło i podnosi się, podnosząc po drodze filiżankę Miriam.

— Nie powinieneś wyglądać na tak zaskoczonego — mówi Tony'emu. — To nie pierwszy raz. — Gołym okiem widać, że cieszy go, iż wiedział o czymś, o czym Tony nie miał pojęcia.

— Serio? Ile to już trwa? — Jarvis naprawdę nie informuje go ostatnio na bieżąco o plotkach.

Steve napełnia filiżankę Miriam, po czym podchodzi do kredensu i bierze z niego ogromny kubek. Tony ma ogromną nadzieję, że to dla niego.

— Nie jestem do końca pewien, ale w Święta pojechał odwiedzić jej rodzinę, więc wydaje mi się, że dość długo. — Napełnia duży kubek i podaje go Tony'emu, który niemalże płacze z wdzięczności.

Kilka chwil później Tony zapomina o Clincie i Darcy, ponieważ Natasza wchodzi do kuchni. Ma na sobie tylko prześcieradło i wychodzi z trzema filiżankami kawy.

— Aha! — oznajmia Tony, wskazując na Steve'a palcem. — O tym nie wiedziałeś, co? — Nie żeby Tony wiedział (nie ma też pojęcia, kim są ci pozostali ludzie, ale mógłby zgadywać z dużym prawdopodobieństwem trafienia), ale to wciąż liczy się jako wygrana.

— Chyba muszę zrobić więcej kawy — stwierdza Steve, patrząc się w ślad za Nataszą.

Po wyjściu z początkowego szoku Tony czuje, prawdę mówiąc, ulgę, że w rezydencji dzieje się wiele rzeczy, przy których zeszła noc wydaje się nudna od stóp do głów. Istnieją szanse, że nikt nie zauważył, jak molestował Steve'a w kąciku. Poza samym Steve'em, ale Tony jest absolutnie pewien, że ten nikomu o tym nie powie.

Zostaje w kuchni przez dłuższy czas z czystej grzeczności, ponieważ siedzi w niej Miriam, która jest prawdziwą gadułą o poranku. Niesamowicie podobało jej się przyjęcie i pamięta z niego o wiele więcej niż Tony. Według niej wszyscy dobrze się bawili, a poza tym uważa, że Tony i Steve mają bardzo miłych przyjaciół. Jej portmonetka wręcz pęka w szwach od wygranych w pokera, choć Tony ledwo może sobie przypomnieć, że ktoś w ogóle grał w karty w którymś momencie.

Steve jest wystarczająco grzeczny i przyjacielski, ale zdaje się nie patrzeć Tony'emu prosto w oczy, kiedy z nim rozmawia. Po prawdzie Tony nie może sobie przypomnieć, czy zaczęło się to przed zeszłą nocą, czy dopiero po niej. Niemniej pasuje to do jego planu zakładającego zdystansowanie się w stosunku do Steve'a, więc nie zamierza na to narzekać.

Tony wypija swój kubek kawy, a potem następny, po czym zjada grzankę, ponieważ Miriam na to nalega. Wkrótce zaczyna myśleć tylko o wzięciu prysznica i położeniu rąk na danych o symulacjach nanotechnologii, które Jarvis przeprowadził w nocy, kiedy wszyscy się upijali i napalali.

— Gotowa wrócić do domu? — pyta Steve Miriam. Patrzy mniej więcej w kierunku Tony'ego. — Jarvis może nam zawołać taksówkę. Pojadę z nią z powrotem na Brooklyn.

Najwyraźniej Tony nie jest zaproszony, co jest w porządku. Ma dwa postanowienia noworoczne: wynaleźć pięć rzeczy przed swoimi urodzinami i nie błagać Steve'a o to, żeby się z nim przespał. Spędzenie dzisiejszego dnia w warsztacie sprzyja spełnieniu obu.

— Brzmi dobrze — mówi Tony i pochyla się, żeby pocałować Miriam w policzek. Po czym kończy pić kawę i idzie z powrotem na górę obudzić Thora. Jego młot wisi na uchwycie chodzika Miriam.