Kolejny rozdział przed nami, jak zwykle wielkie podziękowania dla bravocado za betę.
IV
Cisza, jaka zapadła w jadalni po jego ostatnich słowach brzęczała w uszach. Scorpio patrzył na rodziców wciąż z tym złośliwym uśmiechem przyklejonym do ust. Na twarzy Astorii odmalowało się nieskończone zdumienie, natomiast z oblicza ojca nie potrafił nic konkretnego wyczytać. A miał nie psuć świątecznej atmosfery. Niestety, na niewiele starczyło jego samozaparcia.
– Ja już chyba podziękuję – powiedział, wstając jednocześnie od stołu.
Nie mówiąc nic więcej, wrócił do salonu, gdzie przy kominku zostawił swoje rzeczy. Zastanawiał się, czy nie zebrać ich i nie wrócić pierwszym pociągiem do Hogwartu. Skoro nie potrafił przez godzinę rozmawiać normalnie z ojcem, to jak zakończy się jego tygodniowy pobyt w domu? Nie był przekonany, czy chce to sprawdzać.
– Coś ty znowu wymyślił? – zapytał Draco, wchodząc za nim do pokoju. Choć bardziej właściwe byłoby stwierdzenie, że wysyczał te słowa, bo jego usta były niemal nienaturalnie zaciśnięte, jakby z trudem powstrzymywał nerwowy grymas.
– Oj, to był zwykły wypadek. Młodszy Potter się napatoczył i trochę go poturbowało – rzucił, wywracając oczami. – Nic mu nie jest. A jeśli tak bardzo martwisz się o jego stan, to z tego co wiem, o własnych siłach wrócił do domu na święta. Wielka mi rzecz, trochę przetrąciłem Gryfona.
– To nie jest błaha sprawa.
Scorpius wzruszył ramionami.
– Wierz mi, że zdarzało mi się robić gorsze rzeczy – rzucił, coraz mniej rozbawiony, coraz bardziej zirytowany. Nawet jego ojciec stawał po stronie Gryfonów. To już był absurd. – Gorsze rzeczy przytrafiały się mnie – dorzucił jadowitym tonem.
Przez jedną, krótką chwilę złość na twarzy Draco została zastąpiona niepokojem, szybko jednak zapanował nad sobą.
– Czyli to była zemsta, tak? Potter ci podpadł, a ty postanowiłeś mu się odpłacić.
Scorpio westchnął ciężko, z trudem tłumiąc irytację.
– Przecież mówię, że to był wypadek. Idiota znalazł się w złym miejscu, w złym czasie. Choć – masz rację, chciałem dopaść dwóch Krukonów, więc tak, to była zemsta.
Scorpio podszedł bliżej, unosząc głowę tak wysoko jak tylko zdołał. Mimo to, ojciec nadal górował nad nim wzrostem. Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami, a potem chłopak odezwał się głosem pełnym złości.
– To chciałeś usłyszeć, prawda? Więc pozwól, że potwierdzę: tak, twój syn jest złośliwą, mściwą, ślizgońską gnidą. Dokładnie taką samą, jaką ty byłeś w przeszłości.
Scorpius aż zatoczył się do tyłu, kiedy ojciec uderzył go w twarz. Mimo to, nie pozwolił sobie ani na łzy bólu, ani tym bardziej wściekłości. Spojrzał na Dracona z zupełnie już niekrytym gniewem.
– Dosyć! – warknął ojciec. – Wrócimy do tego, kiedy zapanujesz nad sobą.
Scorpio zaśmiał się niemal histerycznie, choć całkowicie było to pozbawione radości.
– Dobre sobie – parsknął, gdy odzyskał oddech. – Wbrew temu co myślisz, ja doskonale panuję nad sobą. Po prostu rzygam już waszą hipokryzją. Całe życie karmiliście mnie swoimi bajeczkami, a teraz zachowujecie się, jakbyście nie dostrzegali, w jakim bagnie jestem. Nie widzisz tego, ojcze?! – ostatnie słowa niemal wykrzyczał, a widząc, że Draco nie zamierza odpowiedzieć, ciągnął dalej. – Naprawdę jesteś taki ślepy czy może głupi, że nie rozumiesz, jak bardzo twoje życie, twoje cholerne błędy, odciskają piętno na mnie?! Nic nie potrafiłeś zrobić dobrze. Nie miałeś dość odwagi, by zabić dyrektora Hogwartu, nie starczyło ci jej także by stanąć przeciwko Czarnemu Panu. Zawsze podkulasz ogon pod siebie, nawet teraz. Nie masz odwagi, by mierzyć się z moim gniewem, wolisz się wycofać, póki ten nie zelżeje. Przykro mi, ale wyprowadzę cię z tego błędu, nie zelżał od dwóch lat, więc możesz się nie doczekać. Co więcej – utwardził mnie. Nie jestem taki jak ty, nie uciekam nawet przed silniejszymi ode siebie. Stawiam im czoła i czasami pobrudzę sobie przy tym ręce.
Gdzieś z tyłu, za Draconem, zobaczył matkę, ale nawet jej załzawione oczy i zbolała mina nie były w stanie ostudzić gniewu, jaki go rozsadzał. Tak jakby cała frustracja, która kumulowała się od początku trzeciego roku nauki, teraz znalazła ujście i wylała się ogromną falą na ojca.
Ten stał przed nim, wciąż wyprostowany, wciąż z tym zaciętym wyrazem twarzy. Przez długą chwilę milczał, jakby analizując jego słowa, a w końcu pokręcił nieznacznie głową.
– Jako dziecko byłem głupi. Wielka szkoda, że tę cechę też po mnie odziedziczyłeś – rzucił, po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł z salonu.
Wściekłość Scorpiusa osiągnęła apogeum. Bez zastanowienia chwycił kubek stojący na kominku i cisnął nim w stronę drzwi. Ten roztrzaskał się, uderzając we framugę, raptem kilkanaście centymetrów od głowy jego matki. Dopiero świadomość, jak bliski był skrzywdzenia jej, zdołała go nieco pohamować.
Żeby nie zrobić niczego, czego potem bardzo by żałował, chwycił buty i pelerynę, po czym wybiegł na zewnątrz.
Przez dłuższy moment, brodząc po kostki w śniegu, szedł przez cichy, nieco zapuszczony ogród. Nie zastanawiał się gdzie idzie, ale w końcu dotarł niewielkiej, teraz kompletnie zamarzniętej sadzawki. Wzdłuż jej brzegów rozrzucone było kilka sporych głazów i właśnie nad jednym z nich usiadł, zupełnie nie przejmując się faktem, że był lodowato zimny i pokryty śniegiem.
Po prawdzie, to nie wiedział czy bardziej chce mu się śmiać, czy płakać. Tak sprzeczne emocje kłębiły się w jego umyśle, że nie potrafił nad tym zapanować. Przetarł twarz ręką i palcami przeczesał jasne włosy. Czasami naprawdę żałował, że nawet z wyglądu tak bardzo przypominał ojca.
Wydawało mu się, że ten etap miał już za sobą. Że cała ta złość już wcześniej straciła na sile, tymczasem kilka niewinnie wypowiedzianych zdań, kompletnie wyprowadziło go z równowagi. Czy oni naprawdę nie wiedzą, co teraz dzieje się w Hogwarcie? Czy nie rozumieją, że te wszystkie oceny, egzaminy i sprawdziany nie mają żadnego znaczenia? Wciąż mówią o tym, jakby to było ważne, jakby rzeczywiście mogło decydować o jego przyszłości. Może tak było w ich czasach. Choć potem przyszedł Voldemort i na co zdała im się cała zdobyta wiedza? Sami są najlepszym przykładem, że ich edukacja była jedynie stratą czasu. Czegokolwiek by nie umieli, inni i tak będą nimi gardzić.
Jeśli sądzą, że dobrze zdane Sumy uczynią z niego lepszego człowieka, to są naprawdę głupi.
Złapał się z głowę i jęknął z frustracją. Chciałby, żeby to było takie proste. Inni Ślizgoni jakoś potrafili przejść nad tym do porządku dziennego. Trzymali się w swoich grupach, nie prowokowali zaczepek, udawali, że nie słyszą złośliwych słów, nie widzą pogardliwych spojrzeń. Zdawali się pogodzeni z rzeczywistością, z sytuacją ją zgotowali im rodzice, wujkowie i ciotki, wszyscy ci głupcy wspierający Czarnego Pana, którzy pociągnęli za sobą cały Slytherin.
On tak nie potrafił. Miał zbyt dobry wzrok i słuch, i stanowczo za mało cierpliwości. Zwłaszcza na drugim roku, kiedy już całkowicie rozwiały się jego dziecięce mrzonki, te którymi za młodu karmili go rodzice. Bardzo często pakował się w tarapaty. Już wtedy miał cięty język i nie obawiał się bólu, a na każdy atak odpowiadał atakiem. Nie był w stanie powiedzieć, ile razy wracał z podbitym okiem lub rozwaloną wargą. Szybko jednak przekonał się, że nawet nauczyciele bywali stronniczy i, jeśli w ogóle interweniowali, to wina i tak spadała na niego.
Teraz już tak łatwo nie dawał się sprowokować, choć czasami naprawdę miał ochotę zmieszać kogoś z błotem. Co by nie mówić, choć wysłanie Pottera do Skrzydła Szpitalnego nie było jego intencją, to czuł sporą satysfakcję ze stanu do jakiego doprowadził Krukonów. Mimo, że z całą pewnością, to nie powinien być dla niego powód do dumy. Z drugiej jednak strony, czy ktoś z czystym sumieniem mógłby powiedzieć, że sobie na to nie zasłużyli? Zapewne nie był jedynym, który ucieszył się z tego powodu, choć większość zabrakło odwagi, by przyznać to otwarcie.
Wspomnienie zemsty na Krukonach nieco poprawiło mu humor, ale niestety tylko na krótką chwilę. Później znów dopadły go ponure myśli. Przez wiele minut siedział na zimnym kamieniu, próbując zapanować na gniewem i wyciszyć umysł. Tak, jak przypuszczał, nikt nie pofatygował się, żeby przyjść do niego. Matka zapewne wypłakiwała sobie oczy gdzieś w kącie, a ojciec... kogo on obchodził?
Ostatecznie to mróz zagonił go z powrotem do dworu. Przemarznięty do szpiku kości, wszedł do środka i ruszył w stronę salonu, licząc, że ogrzeje się przy kominku. Miał szczerą nadzieję, że ojciec zamknął się w gabinecie, by tam przeczekać burzę, ale ta została szybko rozwiana, kiedy zobaczył, że Draco czeka na niego w pokoju.
Wciąż miał ten nieprzyjemny, zacięty wyraz twarzy, ale w oczach nie płonął już aż taki gniew. Widać on też nieco ochłonął i teraz na spokojnie zaplanował kontratak.
– Siadaj – rozkazał, wskazując głową na jeden z foteli.
– Nie będę...
– Silencio!
Różdżka Draco przecięła powietrze i naraz słowa Scorpio obróciły się w całkowitą ciszę.
– Dość dziś powiedziałeś. Siadaj. – Ojciec nawet nie podniósł głosu, ale coś w jego tonie sprawiło, że nagle Scorpiusowi zabrakło odwagi na dalszy sprzeciw. Zrozumiał, że to co zinterpretował jako uspokojenie, było raczej wyższą formą skrywanej furii.
Nie zamierzał dalej testować swojego szczęścia. Dobrze wiedział, że Draco w arsenale posiada dużo mniej przyjemne czary, niż zaklęcie zmuszające do milczenia. Posłusznie podszedł do kominka i usiadł w fotelu. Ani przez chwilę nie spuszczał wzroku z ojca, który wciąż stał przy oknie.
– Pierwsze, co zrobisz, kiedy odzyskasz głos, to pójdziesz przeprosić matkę i sprzątniesz kubek, który potłukłeś – zaczął głosem, tyleż spokojnym, co przerażającym.
Scorpio nigdy dotychczas nie widział go takim.
– Tymczasem, posłuchasz mnie bardzo uważnie – kontynuował. – Jutro przyjadą twoi dziadkowie i przez cały ich pobyt będziesz zachowywał się przyzwoicie. Nie chcę od ciebie usłyszeć ani jednego złego słowa tak na temat Hogwartu, jak nauczycieli czy uczących się tam dzieci. Nie dowiedzą się też o wszystkim tym, co miało dziś miejsce. Będziesz szczęśliwym, przykładnym wnukiem, nawet jeśli miałbyś im kłamać w żywe oczy. To zresztą, jak zauważyłem, masz już dość dobrze opanowane.
Scorpiusa coraz bardziej uwierało zaklęcie milczenia, bo bardzo chętnie dałby ojcu do zrozumienia, co o tym wszystkim myśli. Najwyraźniej Draco zamierzał ciągnąć tę hipokryzję szczęśliwej rodziny, przynajmniej na potrzeby krewnych. Choć po prawdzie, jakaś część Scorpio wątpiła, by w tym momencie znalazł dość odwagi na polemikę z ojcem.
– Natomiast, zaraz po Nowym Roku pojedziesz do szkoły i naprawisz popełnione przez siebie błędy. Nie obchodzi mnie jak to zrobisz, ale masz doprowadzić do sytuacji, w której nie będę musiał się za ciebie wstydzić.
Słysząc te słowa, Scorpius zerwał się z fotela. Co prawda nie mógł nic powiedzieć, ale całym sobą próbował pokazać, jak bardzo nie zgadza się z poleceniem ojca.
Dracon widząc to zmarszczył brwi, postąpił kilka kroków i zatrzymał się tuż przed nim, mierząc go twardym spojrzeniem.
– Żebyśmy mieli jasność. To nie jest prośba. Jeśli tego nie zrobisz, równie dobrze możesz tu więcej nie wracać.
Scorpio spojrzał na ojca szeroko otwartymi oczami, a cała wcześniejsza złość uleciała w jednej chwili. Wszystkiego mógł się spodziewać, ale nie podobnych słów. Zaklęcie nie było już potrzebne, bo zwyczajnie odebrało mu mowę.
Draco jeszcze przez chwilę patrzył na syna, a potem odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.
– Finite incantatem– mruknął na odchodne, usuwając tym wcześniejszy czar.
Scorpius jeszcze przez długą chwilę patrzył w jego stronę, nawet gdy ten już dawno zniknął w korytarzu. Ostatnie słowa ojca naprawdę nim wstrząsnęły i minęło sporo czasu, nim zdołał odzyskać nieco panowania nad sobą. Dopiero wtedy zaczął poważniej rozważać, czy nie pójść za nim i nie powiedzieć mu, co myśli o tym całym pomyśle. Szybko jednak zdał sobie sprawę, że za bardzo trzęsą mu się nogi.
Dlatego jedyne co zrobił, to zebrał z podłogi fragmenty potłuczonego kubka, a potem już całkowicie zrezygnowany i moralnie pokonany, ruszył na poszukiwanie matki.
Następne cztery dni były jednym, wielkim teatrem. Scorpio przywitał dziadków z radosnym uśmiechem przyklejonym do twarzy i słowami pełnymi miłości, choć zarazem i żalu, że tak rzadko może cieszyć się ich obecnością. Musiał wypaść bardzo przekonująco, bo babcia, Augusta Greengrass, objęła go czule i zapewniała, że w wakacje nadrobią stracony czas.
Cała świąteczna kolacja wypełniona była przeróżnymi opowieściami, tak z Hogwartu, jak i z Banku Gringotta, a także z południowej Walii, gdzie znajdował się rodzinny dom Astorii. Dziadek rozśmieszał wszystkich kolejnymi historiami dotyczącymi jego wieloletniego zatargu z sąsiadem, podstarzałym, chorującym na demencję czarodziejem, który ubzdurał sobie, że konie Greengrasów niszczą mu jabłonki. Matka przedstawiała im przeróżne absurdy związane z pracą wśród goblinów i dziwaczne sytuacje, które mogą się wydarzyć, zwłaszcza jeśli próg Banku przekroczy ktoś, kto uważa się za cwańszego od innych.
Natomiast Scorpius zabawiał rodzinę coraz to bardziej zwariowanymi historyjkami na temat jego kolegów, z czego większość nigdy nie miała miejsca, albo w rzeczywistości jej przebieg był zupełnie inny. Nic sobie jednak z tego nie robiąc, popuszczał wodzę fantazji, ku uciesze dwójki starszych czarodziejów.
Jedyną osobą, która nie udzielała się towarzysko w czasie kolacji, był jego ojciec. I to zapewne nie dlatego, że nie zamierzał opowiadać o swojej pracy wśród mugoli, lecz raczej dlatego, że jego czujne spojrzenie niemal bez przerwy śledziło każdy ruch syna. Tak, Scorpio czuł się obserwowany i miał pełną świadomość, że jeden fałszywy krok może sprowadzić na niego diabelski gniew ojca, a po ich ostatniej rozmowie jedno wiedział na pewno – nie chciał mieć z nim nic do czynienia.
Oczywiście, duma nie pozwoliłaby mu się do tego otwarcie przyznać, ale nigdy wcześniej aż tak nie przestraszył się własnego ojca. Na co dzień zupełnie nie było tego widać, ale teraz w pełni pojął, że ma do czynienia z potężnym czarnoksiężnikiem, który w życiu nie raz ubrudził sobie ręce, a którego cierpliwość do niepokornego syna właśnie została wyczerpana. I po prawdzie, Scorpius nie zamierzał sprawdzać, co znajduje się za tą cienką granicą, której przekroczenia był tak bliski.
Pozostałe dwa dni wizyty Greengrassów minęły w równie absurdalnej farsie, a do tego zostały okraszone niezwykle łzawym i ckliwymi pożegnaniem, zwłaszcza w wykonaniu babki. Na tę chwilę, Scorpio był jej jedynym wnukiem, gdyż ciotka Daphne, siostra Astorii, wyjechała do Europy Wschodniej i tam oddawała się beztroskiemu życiu utrzymanki kolejnych bogatych mężczyzn. Nie trudno zgadnąć, jakie zdanie na ten temat mieli pozostali członkowie jej rodziny, więc przez całe święta nikt nie wspomniał o niej nawet słowem. Będąc zatem jedynym prawowitym wnukiem (choć nie wykluczał posiadania jakiegoś ciotecznego rodzeństwa z nieprawego łoża), automatycznie był ulubieńcem babci, w skutek czego przelewała na niego całą swoją czułość, opiekuńczość i dumę, a na którą w rzeczywistości w ogóle nie zasługiwał. Zgodnie jednak z nakazem ojca, robił dobrą minę do złej gry i nie śmiał wyprowadzać Augusty z tego błędu.
Jeśli jednak trzydniowa wizyta dziadków ociekała wręcz hipokryzją, to następne pięć dni, jakie dzieliły go od Nowego Roku, były zwyczajnie przygnębiające. Scorpio snuł się po posiadłości, nie mogąc znaleźć sobie zajęcia. Wszystko, co w przeszłości sprawiało mu radość, teraz wydawało się albo skrajnie nudne, albo bezsensowne. Nie miał nawet ochoty odwiedzić znajomych z okolicznej wioski, z którymi przecież spędził tyle lat dzieciństwa.
Ojciec w ogóle z nim nie rozmawiał, zresztą wychodził z domu wczesnym rankiem i wracał późnym wieczorem. Matka również była kiepskim towarzystwem, bo choć starała się zachowywać normalnie, to widział jak momentami oczy świecą jej się niebezpiecznie. Dlatego, koniec końców, większość czasu przesiadywał w bibliotece i z braku lepszych zajęć, odrabiał, zadane na ferie, prace domowe. Nie żeby widział w tym jakiś większy sens, ale skupienie się na czymś konkretnym powodowało, że czas płynął nieco szybciej, a Scorpio zdał sobie sprawę, że coraz bardziej wyczekuje chwili, gdy będzie mógł wrócić do Hogwartu. Nie czuł się dobrze w szkole, ale obecnie atmosfera w domu była jeszcze trudniejsza do zniesienia.
Właśnie w czasie jednego z jego pobytów w bibliotece, gdzieś koło południa, do środka weszła matka i postawiwszy na stoliku talerz z kanapkami, niespodziewanie usiadła na krześle naprzeciwko syna. Uniósł wzrok znad podręcznika do Historii Magii i zobaczył, że uśmiecha się do niego łagodnie.
– Nie potrzebujesz pomocy? – zapytała tym swoim zwykłym, przyjemnym dla ucha tonem.
– Myślę, że podołam samodzielnie wyzwaniu, jakim jest rozprawka na temat buntów goblinów w siedemnastowiecznej Europie – odparł i mimo wszystko, odwzajemnił uśmiech.
Nie potrafił długo gniewać się na matkę. Oczywiście, w pewnej mierze czuł do niej żal, że go okłamywała, że pozwoliła, by dorastał w błogiej nieświadomość tego, co czeka go w przyszłości. Wiedział jednak, że robiła to, aby go chronić, aby zapewnić mu szczęśliwe dzieciństwo. Poza tym, to nie ona odpowiadała za ciążące na nim piętno.
Czasami naprawdę zastanawiał się, co motywowało Astorię, że zdecydowała się związać z ojcem, wiedząc o jego przeszłości i mając świadomość, jak to wpłynie także na jej życie. Czy aż tak go kochała? Jeśli nawet, to nigdy tego nie dostrzegał, zwłaszcza, że oboje jego rodzice byli bardzo skryci, jeśli chodziło o okazywanie uczuć. Zarazem jednak, nigdy też nie widział, by się kłócili, a jedyne łzy, które matka wylewała, płynęły niestety z jego powodu.
– Nie powinieneś rozstawać się z ojcem w gniewie – powiedziała po chwili i niemal natychmiast zrozumiał, że to było prawdziwą intencją jej przyjścia tutaj.
Spochmurniał i wzruszył ramionami.
– Trochę trudno byłoby mi się z nim pogodzić, kiedy nie chce nawet ze mną rozmawiać. Zresztą i tak nie zamierzam. Dał mi jasno do zrozumienia, co o mnie myśli.
– Martwi się o ciebie.
Scorpius prychnął z udawanym rozbawieniem.
– Może nie okazuje tego we właściwy sposób, ale tak właśnie jest – kontynuowała Astoria wciąż cichym, łagodnym głosem. – Musisz zrozumieć, że Draco ma świadomość błędów jakie popełnił w życiu i wierz mi, że zapłacił za nie ogromną cenę. Dlatego boli go i przeraża, kiedy widzi, że ty robisz dokładnie to samo.
– Bez przesady – mruknął niechętnie, odwracając wzrok. – To, że czasem odegram się na kimś, kto mi podpadnie, jeszcze nie czyni ze mnie śmierciożercy.
– On też nie został nim od razu. Wiem, jakim był dzieckiem, bo znałam go już w czasach Hogwartu i choć rzeczywiście nie jesteście identyczni, to wiele was łączy. Draco był arogancki, przesadnie przekonany o swojej wyższości, mający w pogardzie wszystko i wszystkich. Czy to ostatnie doskonale nie opisuje ciebie, Scorpio?
Chłopak spojrzał na matkę, a zdziwienie na chwilę przytłumiło rosnącą frustrację.
– To raczej wszyscy mają w pogardzie mnie.
– Ale czy nie jest tak, że odpychasz od siebie wszystkich, na wypadek, by ci nie mogli cię zranić? Ilu masz przyjaciół?
Scorpio niechętnie wzruszył ramionami. Było kilka osób, których towarzystwo mu odpowiadało, ale z pewnością nie byli jego przyjaciółmi. Przyjaciel, to ktoś, komu możesz powierzyć swoje sekrety, a te Scorpius zachowywał dla siebie.
Jego przedłużające się milczenie matka zinterpretowała poprawnie.
– To niestety też was łączy. – Astoria odwróciła wzrok, jakby pogrążyła się we własnych wspomnieniach z przeszłości. – Zresztą, to chyba jedna z cech dość charakterystycznych dla wybrańców Slytherinu. Nie potrafimy zaufać, a to konieczne by powstała przyjaźń. Jednak jest to transakcja obustronna. Trzeba także odsłonić się przed drugą osobą, by ona mogła zaufać nam, a to nie leży w naszej naturze. To naraża nas na atak, stajemy się bezbronni, zdani na łaskę i niełaskę drugiej strony.
Nie mógł się z nią nie zgodzić. Sam doskonale wiedział po sobie, że nie potrafił z nikim otwarcie rozmawiać, jakby podskórnie czując, iż jeśli powie zbyt wiele, to włoży tej osobie broń do ręki. Nie mógł przed nikim w szkole przyznać, jak bardzo boli go przyrównywanie do śmierciożerców, jak wielką czuje niesprawiedliwość, kiedy znowu obrywa za nie swoje przewinienia. Przez to ukazałby się jako słaby i podatny na zranienie, a tego chciał uniknąć ponad wszystko. Wolał już być sam ze swoimi problemami, niż wystawiać się na takie niebezpieczeństwo.
– Znacznie łatwiej jest nienawidzić – mówiła dalej matka. – To uczucie jest nam bliższe i niestety, bardzo łatwo potrafi zawładnąć całym życiem. Tak było z twoim ojcem. Draco przez wiele lat szczerze nienawidził Pottera, bo uważał go za kiepskiego czarodzieja, który stał się bohaterem tylko dzięki niesamowitemu szczęściu. Ich spór zaogniał się z każdym rokiem, aż w końcu byli gotowi się pozabijać.
Niespodziewanie Astoria zamilkła i nie mógł odeprzeć wrażenia, że się zawahała. Zrozumiał, że chce mu powiedzieć coś, czego najwyraźniej nie powinna. Wydarzenia czasów wojny zawsze były tematem tabu w ich rodzinie. Ojciec nigdy nie opowiadał o tym okresie, nigdy nie zdradzał, co skłoniło go do takich, a nie innych działań. Scorpio wiedział jedynie, że w całość wmieszana była jego babka Narcyza i ówczesny dyrektor Hogwartu – Severus Snape, ale nigdy nie poznał bliższych szczegółów.
– Wiesz dlaczego twój ojciec wycofał się z walki tuż przed, wydawałoby się, nieuniknionym zwycięstwem Czarnego Pana? – zapytała w końcu matka.
Cisnęła mu się na usta standardowa odpowiedź, że był tchórzem, ale domyślał się, że kryło się za tym coś więcej, więc jedynie pokręcił głową.
– Bo jego najbardziej zatwardziały wróg, ten którego przez tyle lat szczerze nienawidził, uratował mu życie.
– Chcesz powiedzieć, że...
Astoria pokiwała głową.
– Tak, tamtego dnia, w trakcie ataku na Hogwart, Harry Potter ocalił mu życie, choć miał wszelkie prawo i możliwość, by zostawić go na pewną śmierć. To wstrząsnęło twoim ojcem i nie potrafił stanąć po stronie Voldemorta. Nie mógł jednak zostać też wśród obrońców szkoły, bo za jego zdradę zapłaciliby twoi dziadkowie. Wiem, że łatwo jest oceniać to jako tchórzostwo, ale Malfoyowie opuścili pole bitwy, bo to było jedyne słuszne rozwiązanie. Choć tak naprawdę, w tamtej chwili, żadne nie było dobre. Gdyby Voldemort zwyciężył, zapewne prędzej czy później i tak by ich dopadł, a w chwili zwycięstwa obrońców szkoły, tylko wstawiennictwo Pottera, ocaliło ich przed Azkabanem.
Scorpio w skupieniu słuchał słów matki. Nie chciał wyciągać pochopnych wniosków, ale niektóre same się nasuwały.
– To dlatego tak się wściekł, kiedy usłyszał o tym incydencie z młodym Potterem – bardziej stwierdził niż zapytał.
– Draco ma wobec niego dług, którego prawdopodobnie nigdy nie spłaci. Poza tym, zapewne bardzo nie chciałby stanąć w sytuacji, kiedy musiałby go przepraszać za twoje zachowanie. Ja też wolałabym, żebyś oszczędził mu kolejnego upokorzenia.
Scorpius westchnął ciężko. Teraz, kiedy myślał o tym na spokojnie, doskonale dostrzegał własne błędy. Niestety, wściekłość zbyt łatwo przejmowała nad nim kontrolę, a wtedy zdrowy rozsądek szedł w odstawkę. Wątpił, by obecnie był w stanie rozmawiać z ojcem bez emocji. Obaj byli stanowczo zbyt nerwowi.
– Niczego nie obiecuję, ale spróbuję jako odkręcić tę sytuację – mruknął w końcu niechętnie, po czym uśmiechnął się nieco złośliwie. – I możesz przekazać ojcu, że zrobię to, ponieważ mnie o to poprosiłaś, a nie dlatego, że zagroził, iż wyrzuci mnie z domu.
Astoria pokręciła nieznacznie głową, ale również uśmiechnęła się lekko.
Trzy dni później Scoprio opuścił rodzinną posiadłość, żegnany czule przez matkę i bardzo chłodno przez ojca. Do końca pobytu nie zamienili ani słowa, ale mimo to, chłopak był przekonany, że jego ostatnie oświadczenie, dotarło do uszu Dracona. Przyjeżdżając na święta do domu, miał nadzieję trochę odpocząć od hogwarckich problemów, tymczasem wracał do szkoły z jeszcze cięższą głową. Po prawdzie, nie miał pojęcia, jak miałby rozwiązać zaistniałą sytuację i szczerze obawiał się, że cokolwiek by nie zrobił, efekt pozostanie zawsze taki sam – będzie tylko gorzej.
