Oświadczenie: J. K. Rowling nadal odmawia wymiany jej praw autorskich do Harry'ego Pottera na moją kolekcję naklejek z Kubusiem Puchatkiem + trzy nieużywane bilety autobusowe oraz paczkę żelków z Biedronki. Może następnym razem.

Uwaga: W tym rozdziale będą zmiany w oryginalnym tekście HP

Spowiedź(mam nadzieję, że nie ostatnia) autorki: Umm...przepraszam, że tak długo przeciągnęłam...miałam mały wypadek w rodzinie, brat odciął sobie palce u ręki i jakoś nie miałam głowy żeby pisać...więc, tego, sorry...

ROZDZIAŁ TRZECI

SOWY KONIEC NIEFORTUNNY

Za ucieczkę brazylijskiego boa dusiciela Harry zarobił najdłuższą jak dotąd karę. [- Spokojnie. – Harry od razu spacyfikował gniewnych słuchaczy. – Ten czas poświęciłem na naukę. Nic się nie zmarnowało. Poza tym już od dawna potrafiłem otwierać drzwi od mojej komórki, więc głód mi nie zagrażał. – Wyjaśnił z objęć Lily, James'a oraz Marvolo, który nie puścił go ani na sekundę. Wyraźnie było widać, że chłopak szybko przywiązał się do jedynej osoby, która bezwarunkowo stała po jego stronie. Nie żeby Harry'emu przeszkadzał fakt, iż całkiem przystojny młodzieniec wtulał się w jego ciało. Co to, to nie.] Kiedy pozwolono mu wreszcie wyjść z komórki, zaczęły się już letnie wakacje [- A urodziny Dudleya to kiedy są? – Spytał „niewinnie" Syriusz. Harry uśmiechnął się tak samo „niewinnie", lecz nic nie powiedział. Syriusz westchnął ciężko i odpuścił. Na razie.], a Dudley zdążył zepsuć swoją nową kamerę wideo, rozbić swój zdalnie sterowany samolot i podczas swojej pierwszej przejażdżki rowerem wyścigowym wpaść na starą panią Figg, która o kulach przechodziła właśnie przez Privet Drive. Harry cieszył się, że nie musi już chodzić do szkoły i udawać, że jest głupszy od Dudleya, ale nie uchroniło go to od „napaści" jego bandy, która codziennie odwiedzała jego dom. Piers, Dennis, Malcolm i Gordon byli wielcy i głupi, ale Dudley, największy i najgłupszy z nich, był ich przywódcą. [- Ta zasada chyba nie aplikuje się do Malfoya Juniora, Harry. – Stwierdził z „poważną" miną Fred.][- Zgadzam się, bracie mój. Co masz na swoją obronę, Harry? – Dodał zaraz George, spoglądając „oskarżycielsko" na Harry'ego.][- Bo widzicie, w przypadku Malfoya została zastosowana zasada: „Kiedy mój ojciec się o tym dowie, to…", więc Malfoy Junior nie musi być najgłupszy i największy, żeby latała za nim banda oprychów i nastoletnich terrorystów. – Odparł spokojnie Harry. Ułamek sekundy później cała Wielka Sala rozbrzmiała śmiechem, i ponad całą tą wesołością można usłyszeć było dystyngowany głos czerwonego z gniewu i zażenowania Draco Malfoya – Przestańcie natychmiast! Jak tylko mój ojciec się dowie, … - ale zaraz przerwał mu jeszcze większy wybuch śmiechu. Chwilę to potrwało, zanim wszyscy się uspokoili i wrócili do słuchania.] Pozostali członkowie bandy z rozkoszą przyłączali się do ulubionej dyscypliny sportowej Dudleya: polowania na Harry'ego. [- Ludzie! Nic się takie nie działo. Zwłaszcza po tym jak zacząłem trenować. – Harry wrzasnął, zirytowany zachowaniem słuchaczy.][- Ale Harry… - wyjęczeli razem bliźniacy, patrząc na chłopaka żałośnie. Harry tylko potrząsnął głową i dał znak. Bezcielesny głos ponownie zaczął czytać, jakby mu nic nie przerwało.] Harry starał się więc spędzać jak najwięcej czasu poza domem, wałęsając się po okolicy i czekając na coroczne zaproszenie na obóz treningowy.

Kiedy sześć lat temu Dursley'owie wysłali go na jego pierwszy obóz, żeby tylko pozbyć się go i nie brać go ze sobą na wakacje [Wielka Sala ponownie wypełniła się wściekłymi warkotami. Harry, rozdrażniony już powtarzającym się zachowaniem, odpowiedział własnym. Odpowiedzialni za „wywołanie wilka z lasu" natychmiast „położyli po sobie uszy".], Harry nie myślał, że dwa lata później zostanie wybrany, aby dołączyć do elity agentów brytyjskich Służb Bezpieczeństwa [Harry zignorował zszokowane spojrzenia.]. Oczywiście, zanim by mógł być zaliczany do tejże „elity", najpierw musiałby przejść rygorystyczny trening pod okiem najlepszych z najlepszych. Ale Harry nie narzekał, pomimo piekła, jakim były w rzeczywistości obozy, na które jeździł co wakacje, po raz pierwszy w życiu miał miejsce, gdzie chciał wracać i gdzie był Harry'm, a nie „chłopcem", wybrykiem natury, czy niewdzięcznym bachorem. [Dursleyowie nie wzięli przykładu z Harry'ego i nie zignorowali wściekłych spojrzeń posłanych im z tłumu. Nie mogli jednak nic zrobić, bo nadal byli uciszeni i unieruchomieni.]

W końcu nadszedł pierwszy lipiec. Zaraz po śniadaniu, które musiał przygotować, ale nie miał szansy zjeść, wuj Vernon zapakował Harry'ego i jego łataną torbę podróżną do samochodu i zawiózł go na miejsce „zbiórki", skąd miał go odebrać jeden z agentów, McDonald, udający opiekuna obozu dla trudnej młodzieży. Wuj Vernon, jak zwykle w dniu wyjazdu Harry'ego, zmusił się do wyjścia z samochodu i podejścia do „opiekuna obozu", aby dać mu kilka wskazówek traktowania Harry'ego. Za każdym razem McDonald musiał zaciskać dłonie w pięści, aby nie obić opasłego mężczyzny [- Za każdym razem, kiedy McDonald wracał z tej „zbiórki", zajmował dla siebie jedną z tych mniejszych sal gimnastycznych i trenował do upadłego. Czasami nawet wrzeszczał coś o cholernych wielorybach. – dało się słyszeć cichy głos jednego z królewskich ochroniarzy.]. W ciągu ostatnich czterech obozów treningowych cały zespół odpowiedzialny za szkolenie młodych agentów zdołał się przywiązać do cichego, nieśmiałego i uprzejmego zielonookiego chłopca [- To już taki urok naszego Harry'ego! – zawołali jednym głosem bliźniacy. Harry tylko wzruszył ramionami.]. Nawet ich dowódca, Scott, który w całej agencji miał opinię kamiennej statuy: niczym niewzruszona postawa, dokładnie wyliczone ruchy ciała, monotonny głos niczym u robota. Pierwsze rysy na tej masce opanowania pojawiły się już po pierwszym obozie Harry'ego, kiedy w dniu powrotu do domu, chłopiec zebrał całą swoją odwagę i znienacka objął niewzruszonego dowódcę, pomimo, że ten przez cały obóz nie robił nic innego, tylko przyciskał Harry'ego do granic możliwości jego młodego jeszcze ciała oraz magii.

W następne wakacje Harry trenował już pod czujnym okiem dowódcy. Reszta obozu, i dzieci i ich opiekunowie, współczuła chłopcu, jednak Harry nic sobie z tego nie robił; wydawałoby się, że przez cały trening nosił permanentny uśmiech na twarzy. Pod koniec tego obozu dowódca Scott, podszedł do chłopca i poklepał go po plecach. Harry, z początku zszokowany na tak jawny przejaw dumy i zadowolenia swojego trenera i dowódcy, rozświetlił całą okolicę najszerszym, jak do tej pory, z uśmiechów. Kiedy agent Scott odwrócił się plecami, aby odmaszerować do swoich kwater, nieliczni opiekunowie młodych agentów mogliby przysiąc, że widzieli na jego twarzy cień uśmiechu, jednak ten zaraz zniknął, jakby go nigdy nie było, pozostawiając zwykłą maskę opanowania. Tak zaczęła się wśród obozowiczów i agentów legenda Harry'ego Pottera, Chłopca, Który Sprawił, Że Na Twarzy Agenta Robota Pojawił Się Uśmiech. Kiedy Harry usłyszał swój nowy tytuł wcale nie było mu do śmiechu. Kiedy usłyszał to agent Scott, do śmiechu nie było dowcipnisiom, którzy to wymyślili. Jednak legenda przetrwała gniew dowódcy, opowiadana wzdłuż i wszerz całej Wielkiej Brytanii. Oczywiście tylko wtedy, gdy Harry i dowódca Scott nie byli w zasięgu słuchu. [W tym momencie Harry nie wytrzymał i zaczął mruczeń pod nosem przekleństwa, udając, że wcale nie dostrzega ani nie słyszy żadnych komentarzy na ten temat. Z drugiej jednak strony odczuwał niejakie zadowolenie, ponieważ Marvolo wtulony w jego ramiona, schował swoją piękną twarz w jego szyi i zaczął cicho chichotać. No cóż, jeśli zrobienie z siebie bohaterem jakiejś głupiej, dziecinnej legendy ma moc wywołania takiej wesołości, to kim on jest, żeby temu zaprzeczać.]

Pod koniec każdego obozu Harry wracał do Dursleyów o rok starszy, dzięki specjalnemu urządzeniu, stojącemu na środku obozu, które rozwlekało czas siedmiokrotnie na terenie o powierzchni około trzydziestu kilometrów kwadratowych. Czyli jeden dzień równał się tam siedmiu. Cały obóz podzielony był na dwie frakcje: nie-magicznych i magicznych, pochodzenia nie-magicznego. Wszyscy wracali do domów po upływie pięćdziesięciu dwóch dni, jednak ci pierwsi, obozując poza zasięgiem rozciągacza czasu, kończyli trening po upływie „normalnych" pięćdziesięciu dwóch dni, bogatsi w wiedzę o nie-magicznym MI5. Magiczni zaś, w tym oczywiście Harry, mając do dyspozycji całe pięćdziesiąt dwa tygodnie, czyli calutki rok, trenowali, bogacili się w wiedzę o obu stronach MI5 – magicznej i nie-magicznej – oraz uczyli się o świecie czarodziejów: kulturze, obyczajach, wierzeniach, historii. No i oczywiście o magii!

Przez cztery lata Harry trenował ciało, umysł i magię pod okiem agenta Scotta, do mistrzostwa opanowując materiał z zakresu działań agencji MI5 oraz pierwsze cztery lata nauki Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Pod koniec tego obozu miał usiąść do SUM-ów, czyli egzaminów ze Standardowych Umiejętności Magicznych, zdawanych w Hogwarcie zazwyczaj pod koniec piątego roku [- Panie Potter, czy może mi pan w takim razie wyjaśnić te oceny, które pan dostaje? – poleciało pytanie zadane srogim głosem profesor McGonagall. Kobieta patrzyła na niego twardym wzrokiem, domagając się odpowiedzi.][Harry spojrzał jej prosto w oczy i odparł szczerze: - Kiedy „powróciłem" do czarodziejskiego świata, wszyscy spodziewali się kogoś, o kim czytali w książkach. Kogoś, kto bez wahania ruszy na śpiącego smoka z patykiem w ręku, żeby tylko go rozdrażnić i pokonać. Kogoś, kto wygląda jak mała kopia Jamesa Pottera(sorry, tato), tak samo kochająca tworzyć z niczego chaos i anarchię. Żeby dać im taki image nie mogłem wpaść do Hogwartu z encyklopedyczną wiedzą z zakresu programu z pierwszych pięciu lat i jedenastoma SUM-ami zdanymi na Wybitny, większość z plusem. Poza tym dostałem wyraźne rozkazy, co do mojej głównej misji i pierwszym punktem na liście było: „Nie zwracać na siebie zbytniej uwagi". Trochę by mi było wykonać ten rozkaz, gdybym zdołał przeskoczyć kilka klas za jednym zamachem. No i Hermiona by mnie zabiła. – To ostatnie dodał żartobliwym tonem, za co dostał od wspomnianej dziewczyny książką po nodze, bo tylko tam, na szczęście, mogła dosięgnąć.] . W te same wakacje miał przyjść do niego list z Hogwartu, na który nie mógł się już doczekać; w końcu znajdzie się w miejscu, do którego chodzili jego rodzice! Miło by było dowiedzieć się o nich coś więcej niż suche fakty zebrane przez agencję.

Harry był właśnie w trakcie siedemnastego okrążenia wokół obozu [- Tak z ciekawości, jak długie było jedno okrążenie? – zapytał Remus, patrząc bursztynowymi, ciekawskimi oczyma na czarnowłosego nastolatka(?), który raz za razem zaskakiwał wszystkich swoją niezwykłą historią.][- Coś między piętnastoma a dwudziestoma kilometrami. – odparł nonszalancko Harry. Wielka Sala ponownie zagapiła się na niego z szeroko otwartymi ustami i oczami. Szczerze powiedziawszy Harry'emu zaczynało się to powoli nudzić, a nawet jeszcze nie dotarli do części z Hogwartem. Smutne, naprawdę smutne.] , kiedy kątem oka dostrzegł szybko poruszający się w jego kierunku niezidentyfikowany obiekt latający. Od razu załączył się u niego długo i wytrwale ćwiczony odruch i po chwili na ziemię, w odległości około dwóch metrów od jego pozycji, spadła brązowo-szara sowa, trafiona śmiertelnie jednym z jego ulubionych noży do rzucania, które dostał w prezencie na trzynaste urodziny od całego zespołu [- Harry! – dało się słyszeć z różnych części pomieszczenia. Harry schował twarz we włosach Marvolo, który do tej pory ani na moment nie wypuścił go ze swoich objęć.]. Przez chwilę gapił się szeroko otwartymi oczyma na dogorywającą sowę, po czym wziął ją delikatnie w dłonie i, ignorując resztę nakazanych mu okrążeni(które będzie musiał odrobić później i to pewnie z nawiązką), zaniósł ją do swojego dowódcy, po drodze odwiązując od sowiej nogi list z Hogwartu adresowany do niego i raz po raz mrucząc przeprosiny do biednego, martwego zwierzęcia.

Kiedy w końcu dotarł do kwatery, w której mieściło się biuro dowódcy Scotta, ten akurat wychodził. Harry przyśpieszył kroku i zawołał do mężczyzny:

- Dowódco Scott!

Scott zatrzymał się w miejscu, słysząc głos swojego ulubionego ucznia. Nie żeby ktokolwiek o tym wiedział, oczywiście. Przez większość czasu nie przyznawał się o tym nawet sobie. Odwrócił się w stronę, z której usłyszał wołanie i zamarł na pół sekundy. Tuż przed nim stał Harry Potter, w dłoniach trzymając wyraźnie martwą sowę pocztową. Mina młodego agenta jakimś cudem ukazywała jednocześnie zawstydzenie i przerażenie.

- Tak, Potter? – A co! Nie będzie mu przecież tego ułatwiał, na Merlina!

- Melduję, że w trakcie treningu zauważyłem NOL(Niezidentyfikowany Obiekt Latający=UFO= Unidentified Flying Object= gwoli wyjaśnienia), zmierzający w moją stronę. Zareagowałem, rzucając w niego nożem, unieszkodliwiając go. Po bliższej inspekcji zidentyfikowałem obiekt jako sowę pocztową, dostarczającą list z Hogwartu. – Odpowiedział Harry, jednocześnie stojąc prawie na baczność. „Prawie", ponieważ poprawną postawę uniemożliwiła mu martwa sowa, którą nadal trzymał w ręku.

Agent Scott, słysząc meldunek siedemnastolatka, o mało nie pękł z dumy ze swojego ucznia. Tak, sowa nie żyje, jednak, jeśli to nie byłaby sowa, tylko coś innego, coś zagrażającego życiu Pottera, chłopak by przeżył. I tylko to się liczyło, bo kiedy nie żyjesz, to przegrywasz. Żyjesz – grasz dalej. A tego przecież tutaj uczą, jak przeżyć. Drugą najważniejszą zasadą wśród agentów na całym świecie jest zasada mówiąca: „Zabij zanim to ciebie zabiją". Pierwszą oczywiście jest: „Nie daj się złapać". [- Och, panie Potter. Tak nie da się żyć, cały czas patrząc przez ramię i czekając na atak. – stwierdziła McGonagall miękkim głosem, patrząc na Harry'ego wzrokiem pełnym politowania.][- Nie pani profesor, tutaj właśnie się pani myli. W moim świecie w ten sposób się przeżywa. – odparł spokojnie Harry.]

- Mam przez to rozumieć, że przerwałeś trening? – zadał pytanie swoim zwykłym głosem, nie niosącym ze sobą żadnych emocji, które mogłyby być użyte przeciwko niemu. Jak na przykład z trudem hamowana wesołość i duma.

Harry wyprostował się jeszcze bardziej i odparł, bez wahania patrząc swojemu dowódcy i trenerowi w oczy:

- Tak jest, sir.

- Czyli jesteś świadom, że nie ujdzie ci to na sucho?

- Tak jest, sir.

Scott patrzył przez dłuższą chwilę w oczy niewzruszonego Harry'ego i w końcu kiwnął głową. Chłopak ma kręgosłup, to dobrze. [- To jest właśnie różnica, panie profesorze, między zadufaniem w sobie i brakiem respektu a pewnością siebie i ufaniem we własne umiejętności. – powiedział Harry, zwracając się do milczącego jak dotąd Snape'a. Nietoperz z Lochów nic na to nie odpowiedział i tak mając już za dużo na głowie.]Dzięki temu, przyszłość jaka już teraz się dla niego maluje będzie trochę jaśniejsza.

- Zadysponuj obiektem wedle własnego uznania. Wróć do treningu, dodając jeszcze karne sto okrążeni. List możesz przeczytać jak skończysz. Wykonać! – nakazał szorstkim głosem i, nie czekając na odpowiedź, ruszył w swoją stronę.

Harry nie tracił czasu i szybkim truchtem ruszył w kierunku lasów otaczających obóz. Znalazł małą polankę, na której lubił czytać w wolnej chwili i, po krótkiej chwili zastanawiania się, wybrał miejsce pod jednym z jego ulubionych dębów, idealnych do wspinania się i leniuchowania na grubych, szerokich gałęziach. Delikatnie położył martwą sowę na ziemi, wyczarował sobie poręczny szpadel i zaczął kopać w ziemi pomiędzy korzeniami majestatycznego drzewa. tak, to tylko sowa. Jednak Harry czuł, że jako sprawca jej śmierci powinien zapewnić jej godny spoczynek. Poza tym, odrobina pracy fizycznej jeszcze nikogo nie zabiła, co nie? Kiedy już wykopał wystarczający dół, zniknął szpadel, ponownie ujął ciało sowy w swoje dłonie pokryte odciskami powstałymi po latach treningu i ciężkiej pracy u Dursleyów i ułożył ciemnopiórego ptaka w dole. Pogłaskał ostatni raz delikatne pióra na łepku, wymruczał ostatnie podziękowanie za list i przeprosiny za spowodowanie śmierci i ponownie przywołał szpadel, tym razem przysypując smutne, samotne zwłoki ziemią. Po skończeniu zadania postał jeszcze przez chwilkę, lecz przypomniał sobie o niedokończonym treningu oraz dodatkowych okrążeniach, więc czym prędzej ruszył wykonać rozkaz. Hogwarcki list został wciśnięty w jedną z wielu kieszeni Harry'ego i na obecną chwilę zapomniany, wyparty z jego głowy nadciągającymi zakwasami i resztą treningowych uciech.

- Proszę, czy możemy kontynuować? – poprosił żałośnie Harry, widząc miny pełne pytań. Po chwili wahania wszyscy niechętnie i z oporem się zgodzili, jednak Harry zauważył, że kilka osób, w tym także Hermiona, wyciągnęło czyste pergaminy, pióra i atrament, aby zapisać wszystkie nurtujące pytania. Harry westchnął tylko ciężko i dał znak na podjęcie czytania.