Antonia zatkało. Przez dobre kilka minut tak stał, wpatrując się w Piera, który to zdawał się w ogóle nie dostrzegać, że ktoś jeszcze jest w mieszkaniu. Dopiero, gdy podniósł głowę, a gęste pasma włosów odsłoniły mu oczy, ujrzał przed sobą bruneta. W ciągu kilku pierwszych sekund Hiszpan miał wrażenie, iż tamten się zmieszał, lecz nagle stanął przed nim ten sam Piero, który wczoraj wieczorem zaprosił go do siebie. Zdawał się on teraz wcale nie widzieć zdziwienia na jego twarzy, a także sińców na swojej ręce czy niedużego rozcięcia na skroni, z którego, aż po brodę, stróżką płynęła krew...
- Witaj, mi amigo~ Jak ci minął dzień? - powiedział swoim normalnym tonem głosu Desimone. Zważywszy na obecną sytuację, było to zachowanie co najmniej dziwne.
- Całkiem dobrze... Ale mam lepsze pytanie: co ci się stało?! - Antonio nie potrafił zignorować faktu, że jego jasnowłosy kolega został tak poraniony. Nie potrafił także przyjąć do swojej świadomości tego, iż zdawał się on tym wcale nie przejmować. Zupełnie, jakby to było na porządku dziennym...
- Hm? - Włoch zrobił zdziwioną minę, po czym nagle jakby do niego coś dotarło. - Ach! Mówisz o tym? - tutaj wskazał na rozcięcie, a także na siniaki. - To nic takiego. Zaraz się nałoży plaster i będzie po sprawie! - mówił to tak beztrosko, jakby opowiadał o pogodzie, albo o czymś równie błahym.
- Kiedy to nie jest nic takiego! Kto ci to zrobił? - młody Carriedo był nieustępliwy. Nienawidził przemocy, dlatego zawsze starał się dowieść swoich racji za pomocą dyskusji. Fakt, jako dziecko miewał odruchy rozrabiaki, ale już dawno temu z tego wyrósł i stał się, praktycznie rzecz biorąc, pacyfistą. Siły używał niechętnie i tylko w nagłych przypadkach. Dlatego teraz nie dawał za wygraną, jeśli chodzi o ślady użycia siły na koledze.
Tymczasem Piero wyminął bruneta bez słowa i udał się do kuchni, gdzie wyciągnął z jednej z szafek plaster. Dopiero, gdy sobie go nakleił, a także kiedy nastawił wody na herbatę, zwrócił się do Antonia, który to teraz opierał się o futrynę w przejściu.
- Mi amigo, daj sobie spokój. To naprawdę nic takiego. Ot, nieszczęśliwy wypadek. - wyciągnął z półki dwa kubki. - Kawa? Herbata?
- Jaki znowu nieszczęśliwy wypadek?! Przecież to ewidentne ślady pobicia! - chłopak nie mógł zaakceptować zachowania Włocha. Od kiedy pobicie jest nieszczęśliwym wypadkiem?! - I herbatę poproszę. - dodał po chwili.
Niebieskooki dwudziestosześcioletni artysta nie odpowiedział Hiszpanowi. Zamiast tego zaczął sobie coś nucić pod nosem, a kiedy woda się już zagotowała, zrobił im obojgu herbatę. Wziąwszy napoje, udał się do salonu, gdzie wygodnie rozłożył się na kanapie ku wielkiemu niezadowoleniu Figaro. Kot bowiem upodobał sobie środek kanapy jako miejsce wieczornej drzemki, a ta z kolei została teraz gwałtownie przerwana. Zwierzak ofuknął swojego pana, a potem mrucząc złowieszczo, przeniósł się na oparcie fotela. Tymczasem Antonio podążał za Włochem, chcąc uzyskać od niego jakieś sensowne wyjaśnienie. Dlatego też usiadł obok niego i, popijając herbatę, wpatrywał się z intensywnością w jego profil. Po kilku minutach cisza została przerwana przez przeciągłe westchnienie.
- Nie dasz za wygraną, prawda? - Piero spojrzał na niego z wyraźnym zrezygnowaniem w oczach. Było widać, że nie ma ochoty na zwierzenia.
- Si. Chcę wiedzieć co się stało i pomóc ci. - wrodzona dobroć dwudziestoparolatka dała o sobie teraz wyraźnie znać.
- Eh... - Desimone wziął porządny łyk herbaty, poczym zwrócił się ku niemu. - Zanim odpowiem na dręczące cię pytania, opowiem wpierw co robiłem przez cały dzień, bo jest to związane ze sprawą.
- No skoro musisz, to mów. - nie chciało mu się wysłuchiwać, co Włoch robił będąc poza domem, ale skoro jest to podobno związane z jego obecnym stanem, chyba warto nadstawić uszu...
- A więc słuchaj uważnie, mi amigo. Jako, że miałem do załatwienia kilka spraw na mieście, wybyłem wcześnie, aby je wszystkie pozałatwiać. Potem szwendałem się dobre dwie godziny, przez co poznałem kilka ładnych turystek z Francji i Polski~ - tutaj uśmiechnął się szerzej. - Kiedy nastał wieczór, zacząłem kierować się w stronę domu. Przy okazji wysłuchałem koncertu naszego grajka. Zgaduję, że ty także? Kiedy muzyka zaczęła ustawać, spotkałem wreszcie swojego przyjaciela. Wracał akurat z pracy. Poszedłem z nim do mieszkania, gdzie zaczęliśmy dyskutować. I tak jakoś wyszło, że wychodząc od niego, dostałem w prezencie kilka śladów. - wskazał na rękę i skroń. Antonia tymczasem zatkało.
- Twój przyjaciel tak cię pobił? - gdyby Hiszpan się w porę nie zorientował, jego szczęka miałaby przyjemność spotkać się z podłogą.
- Nie rób takiej miny, bo się dziwnie czuję patrząc na ciebie... - tutaj twarz wykrzywiła mu się w dość dziwnym wyrazie. - W każdym bądź razie, odpowiedź na twoje pytanie brzmi: tak i nie. Tak, ponieważ to jemu zawdzięczam te siniaki i lekkie rozcięcie, a nie, ponieważ... on nie chciał tego zrobić. To było raczej nieumyślne... - Piero spojrzał na drzemiącego Figaro, po czym zabrał się za picie herbaty.
Tymczasem Antonio tępo gapił się na Desimona, a jego twarz wyrażała bezgraniczne zdziwienie. Jak tak można? Własnego przyjaciela pobić?! Przecież to niedopuszczalne jest! Jasne, czasem można tak dla żartów się poszturchać, no ale żeby pięściami walić z całej siły? Takie sińce nie powstają od byle pacnięcia... Nie, on nie mógł tego pojąć. Dlatego też wziął porządny łyk herbaty i kontynuował zadawanie pytań. Musiał wiedzieć, jak do tego doszło - inaczej nie zaśnie w nocy.
- Piero... Coś ty takiego zrobił, że twój przyjaciel cię tak urządził?
- Cóż... Ja nie zrobiłem nic złego, aczkolwiek to dość skomplikowane. Chce ci się wysłuchiwać wyjaśnień? - spojrzał na niego kątem oka, delektując się wciąż napojem.
- Tak. Będę cię męczył tak długo, aż mi wszystkiego nie wyjaśnisz.
- Uparciuch z ciebie... - odłożył kubek na stół. - Więc słuchaj, mi amigo~ - posłał mu promienny uśmiech. - Ja i on to kompletnie różne typy osobowości. Ja jestem z natury spokojny, opanowany, radosny i otwarty na ludzi. Tymczasem jego łatwo wyprowadzić z równowagi, jest skłonny do używania pięści w codziennej rozmowie, zdaje się być wiecznie nachmurzony, a także powiedziałbym, że to typ samotnika. Ale akurat się złożyło, że zostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Jednak on, no cóż... Nawet wobec mnie czasem traci cierpliwość i daje się ponieść emocjom. Przeważnie w takich sytuacjach dostaję w prezencie siniaki i zadrapania. W każdym bądź razie, nie jestem na niego zły za to, że mnie od czasu do czasu bije. Gdybym był na jego miejscu, nie raz i nie dwa dałbym się ponieść złości, którą to wywołuje w sporej mierze moje zachowanie. Bo trzeba ci wiedzieć, że mam dość specyficzny sposób bycia. I to właśnie on tak często irytuje mojego przyjaciela. Poza tym... - tutaj zrobił krótką przerwę, żeby dopić swoją herbatę. W międzyczasie, Figaro się rozbudził i przeniósł z salonu do kuchni. Dało się stamtąd słyszeć charakterystyczne, gburowate mruczenie. - Sam się dzisiaj o tą rankę i siniaki prosiłem.
- To znaczy? - młody Carriedo nie krył swojego zaciekawienia. Dalej nie przyjmował do swojej wiadomości, że przyjaciele mogą się tak traktować, niemniej zainteresowała go wypowiedź niebieskookiego kolegi.
- No wiesz... Dzisiaj go poprosiłem o przysługę, którą to jest przygarnięcie ciebie. Ale ostatnimi czasy dość często go proszę o przeróżne przysługi... Nie dziwię się, że w końcu się zirytował i dał upust swojej złości. - Piero uśmiechnął się zakłopotany. - W końcu, przygarnięcie kompletnie obcej osoby pod swój dach na czas bliżej nieokreślony jest, łagodnie mówiąc, niełatwą do spełnienia prośbą. Ale jako, że jest on moim kochanym przyjacielem, ostatecznie się zgodził~! - chłopak wyszczerzył się do Hiszpana, lecz po chwili zerwał się na równe nogi, bo z kuchni dało się słyszeć dźwięk tłuczonego szkła.
Po paru minutach wrócił z kotem na rękach, ganiąc go ("Figaro, ile razy ci mówiłem, żebyś nie łaził po kredensie!"). Zwierzak oczywiście nic sobie z tego nie robił. Jego jedyną reakcją na to wszystko było ciche ofuknięcie Włocha. Kot chciał się mu wyrwać, ale nie pozwolono mu na to.
- Zostajesz tutaj, Figaro. Nie będziesz mi już więcej tłukł szklanek. A przynajmniej nie dziś. - Jasnowłosy usadowił sobie szarawy kłębek na kolanach, co ten skwitował złowróżbnym mruknięciem.
Tymczasem Antonio niewidzącymi oczami wpatrywał się w ciemną ciesz w swoim kubku. Przez jego głowę przewijało się teraz z tysiąc myśli na sekundę. Może nie powinien był się zgadzać, by Piero prosił przyjaciela o przysługę? Może powinien się wynieść i szukać szczęścia gdzie indziej? Może gdyby go tutaj dzisiaj nie było, Desimone nie zostałby ranny? Większą część jego umysłu zaprzątały właśnie takie pytania. Włoch musiał coś chyba zauważyć, bo przestał głaskać na siłę Figaro i zwrócił swoją uwagę na młodego Carriedo.
- Coś się stało, mi amigo? Wyglądasz jakoś dziwnie...
- E? - głos dwudziestosześcioletniego chłopaka, wyrwał go z zamyśleń. - Nie, to nic takiego. Zastanawiałem się tylko... Może ja nie powinienem mieszkać u twojego przyjaciela? A jak zrobię coś nie tak, on się zdenerwuje i wyżyje na tobie? - Antonio miał tendencję do zachowywania się w sposób co najmniej głupi. Nawet jego siostra o iście anielskiej cierpliwości czasem miała dosyć. A jak to ujął Piero: "jego łatwo wyprowadzić z równowagi". Hiszpan wolał nie myśleć o ewentualnych konsekwencjach swoich niekontrolowanych odruchów i zbyt późnego ogarniania sytuacji...
- Nawet tak nie myśl! Jeśli teraz mu powiem, że się rozmyśliłeś, to nie dość, że się wkurzy, to jeszcze mi się przykro zrobi! - Desimone nadął policzki i po mistrzowsku odegrał ostentacyjnego focha. Brunet nie mógł się powstrzymać i parsknął na to śmiechem. W ślad za nim poszedł sam "pan obrażony". Nawet kot był łaskaw zainteresować się tym, co się dzieje.
Śmiali się tak przez dobre kilka minut, a kiedy już skończyli, głos zabrał Hiszpan. Wciąż szczerzył się od ucha do ucha i lekko trząsł ze śmiechu - na wspomnienie sceny sprzed chwili rzecz jasna.
- Ale mimo wszystko, będę się trochę dziwnie czuł w towarzystwie twojego przyjaciela... Przecież ja go nigdy na oczy nie widziałem! I z tego co mówisz, raczej mnie nie polubi...
- Ach, nie masz się o co martwić, mi amigo! On pracuje od rana do wieczora, sześć dni w tygodniu. Tak więc będziecie się widywać tylko przy kolacji. A jeśli nie będziesz chciał z nim siedzieć w niedziele, zawsze możesz wpaść do mnie~ Więc jak widzisz, nie masz się o co martwić. - Posłał mu jeden ze swoich promiennych uśmiechów i wrócił do głaskania kota. - I dam ci jedną dobrą radę. W czasie, kiedy on jest w pracy, ty też sobie spróbuj jakąś znaleźć. Czas ci szybciej będzie mijał, uwierz na słowo. Czasem mam za dużo wolnego czasu, ale się akurat złożyło, że od jutra czeka mnie masa pracy. Kto to wymyślił zamawiać tyle ilustracji w tak krótkim terminie... I chyba zaraz zacznę przynudzać, dlatego radzę ci się ewakuować z salonu... - ostatnie zdanie Piero wypowiedział bardzo szybko, po czym rozkręcił się na dobre.
Za jego radą, młody Carriedo przeniósł się z salonu do kuchni. W ślad za nim ruszył Figaro. Widać nawet kot nie jest w stanie ignorować monologu zmordowanego artysty... Zanim Desimone skończył rozmawiać z samym sobą, minęło dobre pół godziny. W tym czasie brunet zdołał nakarmić zwierzaka, a także zrobić sobie i koledze kolację. Nie było to danie najwyższych lotów, jednak kojarzyło mu się z rodzinnym domem. Kiedy jeszcze wszyscy mieszkali pod jednym dachem, jego siostra robiła je w każdą środę. Postanowił się kiedyś nauczyć gotować i teraz miał okazję sprawdzić, czy jego Gazpacho zasmakuje komuś innemu, aniżeli jego rodzeństwu. Okazało się, że posmakowało. I to nawet bardzo, co niezmiernie Antonia ucieszyło. Nie był zbyt dobry w gotowaniu, ale umiał na szczęście co nieco przyrządzić.
Po kolacji udał się na sofę celem wypoczynku. Oczywiście nie obyło się bez narzekań szarawego kocura. Kot jak to kot, trzyma się swoich przyzwyczajeń i chodzi własnymi ścieżkami. W nocy, Hiszpan miał okazję się przekonać, że drogi Figaro wiodą po jego brzuchu, klatce piersiowej i lewej połowie twarzy. Niemniej, w końcu udało się zasnąć im obu - zwierzak zwinął się w kłębek pomiędzy oparciem kanapy, a lewym biodrem bruneta, a ten z kolei jakoś się ułożył - lepiej chyba jednak nie wnikać jak... Zielonooki dwudziestoparolatek nie wiedział, co mu się śniło. Jedyne, co udało mu się zapamiętać to to, że w tym śnie słyszał skrzypce...
Nastał ranek, a promienie słoneczne wdarły się do pomieszczenia, w którym spał Antoś. Pierwszą rzeczą, jaka do niego dotarła po przebudzeniu, był brak Figaro na sofie. Stwierdził, że to miła niespodzianka. Natomiast druga rzecz, jaką zanotował po otwarciu i przetarciu zaspanych oczu, był malujący coś Piero. Niby nic niezwykłego, mówił przecież, że ma teraz dużo pracy, jednak coś było nie tak. Mózg Hiszpana zawsze działał z rana z opóźnieniem, więc dobrą chwilę zajęło mu spostrzeżenie, że Piero nie stoi, nie siedzi tylko... Jest jakoś dziwnie wygięty. Ręce od dłoni po łokieć miał oparte o podłoże, a tułów ustawiony niemal do pionu. Natomiast nogi swobodnie zwisały mu przed twarzą, przy czym w jednej ze stóp trzymał ołówek, którym to bazgrał po kartce...
- Eeeeee... - nie był wstanie wysilić się na bardziej kreatywny komentarz.
- O, już wstałeś~ - powitał go zwykłym dla siebie uśmiechem. - Coś nie tak? - zaczął przyglądać mu się badawczo.
- No bo... Ta poza... - na jego twarzy wciąż było wyraźne odmalowane WTF, a mózg wciąż starał się przetwarzać nadsyłane z każdą chwilą informacje.
- Aaaa! - Włoch doznał olśnienia. - Zapominam, że dla kogoś postronnego ta pozycja może się wydawać dziwna... Ćwiczę jogę. Wspomaga w moim przypadku kreatywne myślenie! - znowu posłał mu uśmiech, po czym kontynuował rysowanie stopą.
Hiszpan stwierdził, że jest to na tyle niecodzienny widok, że nie chce go oglądać. Dlatego pospiesznie się ubrał, coś zjadł i wyszedł na miasto. Od razu uderzyło w niego świeże powietrze, a na swojej skórze poczuł delikatne ciepło pochodzące od słońca. Choć miał już okazję zwiedzić większą część zakątków Rzymu, to wciąż pozostało mu kilka pomniejszych obiektów. Z tego też powodu pół dnia spędził na zwiedzaniu. Z kolei drugie pół szukał roboty. Pech chciał, że znowu mu się nie powiodło. Chyba pacnięty w głowę święty powrócił do swych niecnych praktyk...
Zrezygnowany dwudziestoparolatek zaczął szukać najbliższego automatu, a kiedy takowy odnalazł, zadzwonił do siostry. W końcu obiecał się do niej jeszcze odezwać... Rozmowa nie należała do tych najdłuższych, aczkolwiek na pewno można było ją zaliczyć do tych najprzyjemniejszych. Siostra wydawała się co prawda sceptyczna, jeśli chodzi o Piera i jego pomysły, niemniej pogratulowała bratu takiego szczęścia. Przy okazji opowiedziała mu o niedawnym wyczynie jednego z braci, który to przyleciał do niej z Portugalii jakiś czas temu. Ów brat bowiem, wracając wieczorem do domu, pomógł pojmać drobnego złodziejaszka. W nagrodę otrzymał niewielką sumkę. Co prawda nie obyło się bez złamanego zęba i kilku siniaków oraz zadrapań, ale i tak wszyscy byli szczęśliwi z nagrody. Antonio także się niesamowicie ucieszył na tę wiadomość i kazał pozdrowić Aleixo.
Kiedy słońce zaczęło zachodzić, a niebo mienić prawie wszystkimi kolorami tęczy, zielonooki Antoś pożegnał się z siostrą i udał w stronę mieszkania Desimona. Szczęście mu sprzyjało, bowiem zdążył akurat na cowieczorny koncert Feline musicista. Tym razem jego wyobraźnia wykreowała obraz gór. Na zachodzie, wschodzie i północy rozciągały się wysokie pasma górskie, ze szczytami skąpanymi w śniegu. Poniżej szczytów nic nie rosło, aż (idąc cały czas w dół) zaczęła pojawiać się zieleń, która to nabierała coraz cudowniejszej barwy. Natomiast na południu roztaczał się widok na wspaniałą oraz dorodnie jadeitową dolinę. Antonio był w górach tylko raz, ale i tak widok, który widział teraz, był znacznie piękniejszy od tego co sam pamiętał. W jego wspomnieniach góry były niskie, zieleń jakaś taka wyblakła, a niebo pełne szarych chmur. Tymczasem jego oczy patrzył w tej chwili na wysokie, pokryte białą szatą szczyty, niemalże szmaragdowe lasy i piętra alpejskie, a to wszystko pięknie skomponowane z błękitnym niebem. Istna arkadia.
Nagle wszystko zaczęło znikać za czarną mgłą, a on widział już, co to znaczy. Wszystko co dobre kiedyś się kończy, niestety... Kiedy melodia ustała, młody Carriedo stwierdził, że ów tajemniczy grajek musiał bardzo dużo podróżować po świecie. Morze, góry, stolica, wieś... To całkiem sporo, a przynajmniej dla kogoś takiego jak Antoś, który prawie całe dzieciństwo spędził w jednym miejscu.
Wszedłszy po kamiennych schodkach do środka kamienicy, Hiszpan zobaczył Piera stojącego w drzwiach do mieszkania. Nie trudno było się domyślić, że na kogoś czekał. Równie łatwo było zgadnąć, że tym kimś był Antonio.
- No witam! I jak ci minął dzień? - zagadnął go, nie ruszając się ze swojego miejsca.
- Eh, lepiej nie pytaj. - westchnął przeciągle brunet. - Czy w Rzymie naprawdę nie ma wolnych miejsc pracy? No przecież to stolica jest! - dał tutaj upust swojej goryczy, jednak dość szybko się opamiętał. Niemniej, takie wylanie żali rozbawiło Desimona.
- No, czasem tak bywa, mi amigo~ Ale teraz zapomnij o tych niepowodzeniach i staraj się jeszcze bardziej. W końcu znajdziesz pracę, wierzę w ciebie! - uśmiechnął się pokrzepiająco, po czym podszedł do niego i wręczył plecak. Jego plecak dokładniej mówiąc. - A teraz poznasz mojego dozgonnego przyjaciela i zarazem twojego nowego współlokatora. - Mówiąc to, jasnowłosy Włoch udał się schodami na górę, dając jednocześnie ręką znak, by Hiszpan poszedł za nim.
Weszli po schodach na trzecie i zarazem ostatnie piętro kamienicy, a Piero zapukał ostrożnie do drzwi znajdujących się po ich lewej stronie.
- To twój przyjaciel mieszka w tym samym budynku? - zdziwił się Carriedo. - W takim razie dlaczego nie mieszkacie razem? I dlaczego wczoraj mnie do niego nie zaprowadziłeś?
- Odpowiadając kolejno na twoje pytania: tak, mieszkamy w tej samej kamienicy, lecz na różnych piętrach. Nie mieszkamy razem, zważywszy na różnice, które to po części ci wczoraj wymieniłem. I nie zaprowadziłem cię tutaj wcześniej, ponieważ... Powiedzmy, że moja druga wizyta zadziałałaby jak płachta na byka. Był wkurzony, gdy wychodziłem i wolałem cię nie zostawiać na pastwę jego zirytowanej do granic możliwości osoby... Ale nie lękaj się, dziś powinien być w dobrym humorze~
Hiszpan miał ochotę jeszcze coś wtrącić, lecz nie zdążył, bo oto otworzyły się przed nimi drzwi.
- Czego? - odparł przyjaciel Piera. Jego głos wcale nie wskazywał na to, aby był w dobrym humorze.
