JOHN'S STORY, PART I

John poszedł w ślady ojca i obejrzał się za właścicielką ostrego, ale przyjemnie brzmiącego głosu. Spodziewał się ujrzeć Weaver, którą znał z ZEIRA Corp., ze swojej przeszłości, ale ku swemu zdumieniu zobaczył dziewczynę niewiele starszą od niego o długich rudych włosach splecionych w cieniutkie warkoczyki i wesołej, piegowatej, ale nieco bladawej twarzy. Kyle wymienił z nią uścisk dłoni.

- Savannah? – zapytał John, zanim ugryzł się w język. Wciąg popełniał takie same gafy.

Rudowłosa spojrzała na niego nieco zdumiona, po czym przeniosła wzrok czujnych oczu na Reese'a.

- Co to za jeden? – zapytała podejrzliwie. – Nie znam dzieciaka.

- Spotkaliśmy się... kiedyś – wydukał Connor. – Jak byłaś mała...

- A ty wtedy jaki byłeś? – Podeszła do niego, świdrując wzrokiem; byli podobnego wzrostu, ale chłopak nagle poczuł się przy niej dziwnie drobny.

- Nazywa się Connor, John Connor – wtrącił Kyle. – Nowy w moim oddziale. To długa historia.

- Och, nie wątpię. – Zmrużyła podejrzliwie oczy; chłopak przełknął ślinę. – Tutaj wszyscy mówią do mnie Weaver, rozumiemy się, Connor?

- Ja-jasne.

- To świetnie. – Klepnęła go w rękę wyjątkowo mocno. – A teraz spadać i wrócić za godzinę. Bez gadania.

- Że też akurat musieliśmy trafić na ciebie – mruknął Kyle.

- Mnie też miło cię widzieć, Reese – odcięła się. – Allison w jednym kawałku?

- Pewnie. Zapominasz, że twarda z niej sztuka.

- Taa, mam słabą pamięć. – Przez chwilę stała przed mężczyzną; ich twarze były tak blisko, że ich wargi dzieliło tylko kilka centymetrów, ale najwyraźniej żadnemu z nich to nie przeszkadzało. – Do wieczora więc.

- Zaraz, Weaver, umawialiśmy się jakoś czy coś przegapiłem?

- Spotkajmy się w Rdzy i Krwi. Trzeba uczcić bezpieczny powrót do domu. Możesz wziąć oddział, ja wezmę swój, a potem... potem się zobaczy. – Puściła mu oko, uśmiechając się zalotnie. – Odmaszerować, żołnierzu.

Kyle zasalutował i ruszył w stronę wyjścia; John poszedł jego śladem, czując na sobie czyjś wzrok. Nie była to jednak Weaver. Ciemnowłosa kobieta o wyjątkowo szarych oczach odprowadzała go poważnym, chłodnym spojrzeniem. Dogonił ojca.

- Nici z prysznica przed kolacją – mruknął Kyle. – Coś tak wyskoczył z tą Savanną?

- Sam nie wiem – skłamał chłopak. – Coś mi się chyba... przypomniało.

- Skoro tak mówisz. No nic, skoczmy coś przegryźć, a potem wpiszesz się na listę.

- Jaką listę?

- Obecności. Jeśli ktoś się nie wpisze, znaczy, że nie żyje.

Na stołówce dostali po talerzu gorącej, wyjątkowo gęstej zupy z dużymi kawałkami nie zawsze wyglądających smacznie warzyw, ale żaden z nich tego nie skomentował. John czuł przyjemne ciepło w żołądku, nareszcie najadając się do syta. Jego ojciec raz po raz witał się z kimś lub sam był witany. John tylko ściskał niezliczone dłonie, kiedy Kyle przedstawiał go wciąż nowym ludziom; chłopak nawet nie starał się zapamiętywać imion i nazwisk, był zbyt zajęty jedzeniem. Intensywny smak potrawy jeszcze mocniej utwierdził go w przekonaniu, że oto jest tu i teraz, w swojej własnej przyszłości, a otacza go najprawdziwsza wojna. Wojna nierówna, bo z potężnymi maszynami.

- Co sądzisz o Weaver? – Usłyszał nagle. Kyle odstawił swój talerz, sięgając po kromkę chleba.

- Wydaje się... w porządku. – Wzruszył ramionami.

- „W porządku"? – Mężczyzna zaśmiał się krótko. – Jest chyba bardziej niż w porządku. Ma charyzmę.

- A jej oddział? – zapytał, myśląc o szarookiej żołnierce.

- Same babki, jak współczesne Amazonki. Ale przynajmniej sobie piersi nie obcinają, bo byłoby szkoda.

- Czego byłoby szkoda?

Allison dosiadła się do nich, zagryzając dynię. Kyle sięgnął po owoc i ugryzł kawałek, po czym oddał go sanitariuszce.

- Gdybyś do nas nie dołączyła, skarbie.

- Jak się czujesz, John? – zapytała, ignorując Reese'a.

- Dziękuję, nieźle. – Łakomie spojrzał na dynię. Bez słowa mu ją podała.

- Reszta jest twoja. – Oblizała lepkie od soku palce.

- Jak tam w szpitalu? – Reese oparł głowę na łokciu; wyglądał na nieco sennego.

- Dużo pracy. Ale będzie coraz spokojnie, mam nadzieję. Blaszane tyłki też marzną.

- I rdzewieją – dodał mężczyzna. – Idziemy z Johnem wpisać się na listę.

- Ja już byłam. Z Mishą. Chłopaki od Marqueza się jeszcze nie wpisali...

- Mają czas. Jak śnieg?

- Jakieś dziesięć centymetrów. Normalka.

- Weaver zaprosiła nas na kielicha.

Allison wzdrygnęła się, co nie uszło uwadze Johna.

- Dziś wieczór – uściślił Kyle. – Musimy obgadać kilka spraw.

Kobieta westchnęła.

- Jak musimy, to musimy – mruknęła, wstając. – John, wpadniesz później do szpitala?

- Chętnie – odparł, zanim zrozumiał, że użył niezbyt trafnego słowa; jego towarzysze wybuchli śmiechem. – To znaczy... nie mam wyjścia. Zdrowie ważna rzecz.

Allison poklepała go po ramieniu, nadal się śmiejąc.

Kiedy szli przed siebie korytarzem, Kyle dał Johnowi tabliczkę czekolady; papier był mocno sfatygowany i wygnieciony.

- Jest trzy lata po terminie ważności – zauważył chłopak.

- Tylko trzy więc nie narzekaj. Nic ci nie będzie.

John nie odezwał się, chowając czekoladę do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Pomyślał, że żyjący w tych ciężkich czasach ludzie na pewno mają żołądki i wątroby przyzwyczajone do przeterminowanego jedzenia.

Wreszcie znaleźli się w dosyć dużym pomieszczeniu; pod ścianami stały zawalone papierami regały i biurka; John dostrzegł nadpalone książki w dosyć pokaźnej ilości. Dookoła było mnóstwo ludzi, ale Kyle bez problemu przeszedł przez tłum, prowadząc chłopaka. Stanął przed szerokich blatem, za którym siedziała pokaźnych rozmiarów kobieta pod pięćdziesiątkę, ćmiąc papierosa.

- Anette. – Skinął jej lekko głową, uśmiechając się czarująco. – Jak zdrówko?

- Młodszy Reese, no proszę, proszę. – Zgasiła peta w wypełnionej po brzegi popielniczce, a raczej zakrętce od słoika, który pełnił tą funkcję i uśmiechnęła się pod nosem. – U mnie wszystko dobrze, a ty, jak widzę, masz się świetnie. Przystojniejesz z każdym powrotem tutaj.

- A jak Greta i dziewczynki?

- Och, u nich wszystko w porządku, tylko Boba jeszcze nie ma. – Kobieta otwarła leżącą przed nią grubą księgę, a właściwie spory brulion i szybko przerzuciła kilkadziesiąt stron, podsuwając ją Kyle'owi i podając jednocześnie długopis. – Wiesz, co robić, mój drogi.

Mężczyzna odnalazł swoje nazwisko i podpisał się w odpowiedniej rubryczce.

- Kim jest twój towarzysz? – Anette spojrzała na Johna.

- Nazywam się John Connor, ma'am.

Przez chwilę wpatrywała się w niego uważnie małymi oczkami.

- Nie przypominam sobie twojej buźki, synek.

- Jest nowy – wyjaśnił Kyle. – Możliwe, że przywędrował aż ze Wschodniego Wybrzeża.

- Hm. – Zapaliła kolejnego papierosa, podsuwając do siebie księgę. Przekartkowała ją. – Faktycznie nowy. Niech się wpisze. – Przesunęła spis w stronę Johna, wstając. – Założymy ci kartę.

- Kartę? – zapytał szeptem Kyle'a.

- Jak w bibliotece. Tylko że nie wypożyczasz książek. Ciebie wypożyczają – odparł tajemniczo.

Anette wróciła na swoje miejsce z kawałkiem papieru w dłoni; wetknęła papierosa między zęby.

- Connor, John – mruknęła, wpisując jego nazwisko drukowanymi literami na górze kartki. – Data urodzenia?

Chłopak drgnął.

- Ma kłopoty z pamięcią – pośpieszył z pomocą Kyle.

- Taki młody, a już skleroza? – prychnęła nieco rozbawiona. – No dobrze. Wyglądasz mi na jakieś piętnaście, szesnaście lat...

- Siedemnaście – mruknął cicho; usłyszała.

- Niech ci będzie. Grupa krwi?

- A+.

- Też mam A+ - wtrącił Kyle. – Wiesz, że są oddziały, w których dobierają ludzi tylko z jedną grupą? Łatwiej z transfuzją.

- Znaki szczególne?

- Chyba nie mam żadnych.

- Taa, byłoby zbyt prosto. – Wpisała coś jeszcze. – A teraz powiedz mi, co umiesz.

- Co... umiem?

- Dokładnie, synek. Niech ci będzie. Strzelać, tak. – Zaznaczyła odpowiedni kwadracik. – Walczyć wręcz, tak. Posługiwać się nożem, obstawiam, że tak. Prawo jazdy? Na pewno. Pilotujesz coś?

- Nie, ma'am. Ale szybko się uczę.

- Motory, tak. Mam rację? – Niepewnie kiwnął głową; kiedyś mama uczyła go prowadzić starego ścigacza i nawet nieźle mu to szło. – Ładunki wybuchowe? Nie, nie wyglądasz na takiego. Inwigilacja? Drobniutki jesteś, dobry na szpiega. Tak. Radzisz sobie z elektroniką?

- Tak, komputery, prawie każdy sprzęt i termi... Tak, radzę sobie z elektroniką.

- Dobrze. Pływanie, tak. A umiejętności medyczne?

- Z tym bywa różnie – przyznał zgodnie z prawdą. – Opatrzyć, opatrzę, ale operacji nie przeprowadzę.

- A szkoda, synek, szkoda. – Zaznaczyła kilka kratek. – Umiesz jeszcze coś przydatnego?

- To się pewnie jeszcze okaże.

Pokiwała głową, zaciągając się papierosem.

- Jakieś schorzenia? Alergie? Klaustrofobia?

- Nie, nic.

- Całe szczęście. Ktoś nieźle cię odchował, synek. Dostajesz ode mnie mocną piątkę.

- Daj mu czwórkę – wtrącił Kyle. – Chociaż na początek. Musi się zaaklimatyzować. Nie chcę, żeby już jutro ktoś wysłał go na pole walki, Anette.

Kobieta zamknęła na chwilę oczy, wypuszczając dym z ust.

- Niech ci będzie. Czwóra. Jesteś moim dłużnikiem.

- Dziękuję. – Kyle skinął jej lekko głową, a John posłał niepewny uśmiech.