Śmierć i zmartwychwstanie języka angielskiego. Część druga
Sherlock nieco przeprasza się z językiem następnego dnia. Świętuje życie i śmierć angielskiego, mówiąc Johnowi „Dzień dobry", czego celowo nigdy wcześniej nie robił. Według niego ten zwrot nie ma sensu, bo skąd można wiedzieć, czy dzień będzie dobry? John patrzy na niego jak na pacjenta psychiatryka, co jest w porządku. Po prostu nie będzie się tym dłużej przejmował.
I kontynuuje pracę, którą kocha, którą poślubił. John czuje się lepiej, więc mu towarzyszy. Stojąc obok Sherlocka, widzi wszystko, morderstwa i kradzieże, i miłości, i zemsty, i grubą warstwę chciwości, która oblepia świat. Próbują powstrzymać ludzi przed czynieniem zła.
Niekończące się zadanie.
Więc jest co robić.
Są więc sprawy i są wspaniałe.
Jest John i jest wspaniały.
Są chwile między kolejnymi zbrodniami i one nie są wspaniałe.
Ale John pozostaje nawet, gdy nie ma zbrodni, a to już coś.
Skoro angielski dla niego umarł, Sherlock nie czuje się winny, gdy w końcu wspomina przy Johnie, że go kocha. Rzuca te słowa między nich niczym niedopałek papierosa. Wydusza je z siebie najbardziej znudzonym, obojętnym tonem, jaki ma w zanadrzu, bo John znów marudzi coś o humanitaryzmie. To go wkurza. Tak go irytuje, że John chce, by przejmował się nieznajomymi ofiarami. To nie ma sensu. Przejmuje się już jedną osobą i zdecydowanie wystarczy. Nie chce czuć tego samego w stosunku do innych ludzi, wykończyłoby go to. Więc mówi „kocham" tak, jakby mówił „idiota" i świetnie o tym wie. Nic go to nie obchodzi. John milknie i pogrąża się w myślach, więc może detektyw popełnił błąd, ale nie martwi się zbytnio, bo John przekrzywia głowę i teraz lepiej widać dołeczek w jego brodzie. Zresztą John sam się o to prosił. Żeby dopraszać się tych słów podczas ostatniego z Niewymawialnych Dni! (Sherlock starannie usuwa wszystkie detale dotyczące tych dni. Poza nazwą.)
I tego się trzymają. Paskudnych zbrodni, risotta pochłanianego o trzeciej w nocy, kuchennych eksperymentów i głodnego seksu.
„A więc nie potrzebuję angielskiego" - myśli Sherlock triumfalnie.
A potem następuje całych sześć dni nudy.
Nic się nie dzieje, nic, co się wydarzyło, nie ma znaczenia, nic się nigdy nie wydarzy. Znikają wszystkie kolory, absolutnie wszystkie, wróciła biel i jest jeszcze gorsza niż była. Sherlock wyobraża sobie, że ta biel go kiedyś zabije. Przez nią nic nie widzi. Nie widzi ciemnego fioletu swojej ulubionej koszuli, nie widzi, czy curry będzie smaczne, nie widzi, ile razy przechodzień prał ubrania, nie widzi, czy coś jest różowe czy łososiowe, nie widzi lakieru na skrzypcach i nie widzi włosów Johna. Utracenie kolorów pomyj jest kroplą przelewającą kielich goryczy. W końcu, desperacko pragnąc, by coś się wydarzyło; coś co przepędzi całą biel i go wybudzi, bo spada w najgłębszą otchłań, gdzie, jak wie, panuje nieustanny wrzask; Sherlock pisze na Sztuce Dedukcji:
Do wszystkich autorów żałosnych anonimowych gróźb: jeśli macie choć odrobinę jaj, teraz jest dobry czas na działanie, bo nie mam co robić.
Następnych kilka dni jest cholernie cudowne.
Sherlock dwa razy niemal zostaje otruty, raz w obecności Johna. Zdąża odepchnąć ravioli doktora. Strzelają do niego trzy razy i za każdym razem John odpowiada strzałami. Aresztują każdego, kto odważy się ich zaatakować, aresztują elegancko i bezwzględnie, i Sherlock jaśnieje jak choinka w Boże Narodzenie. Niemal przejeżdża go samochód, ale udaje mu się odturlać na bok, a John strzela w oponę. Do tego w plakat punkowego koncertu, wiszący na ścianie, o którą opiera się Sherlock, wbija się najprawdziwsza zatruta rzutka. Sprawa kończy się spektakularnym pościgiem po ulicy Embankment aż do doków na Tamizie.
Gdy wszystko się odrobinę uspokaja, John robi się podejrzliwy. Ma to miejsce w piątkowy wieczór, gdy słońce właśnie zachodzi, a oni siedzą w mieszkaniu.
- Ciężko mi uwierzyć, że tylu ludzi zupełnie niezależnie od siebie nagle zapragnęło cię zabić – zauważa doktor.
Sherlock ledwo go słucha. Biel odeszła, a on znakomicie sobie radzi. Pisze właśnie artykuł o tym, jak odgadywać cudze hasła. Może i publikowanie go nie jest najrozsądniejsze, ale przynajmniej uwzględnił w nim wskazówki, jak stworzyć hasło naprawdę nierozszyfrowalne, a zarazem łatwe do zapamiętania. John siedzi na kanapie z laptopem na kolanach i też stuka w klawiaturę.
- Sherlock?
Sherlock rejestruje, że coś zostało powiedziane.
- Chyba cię nie zaskakuje, że ludzie chcą mnie zabić, prawda? - Uśmiecha się krzywo.
- Nie – przyznaje John. - Zaskakują mnie okresy posuchy i nagły zalew spraw.
- Może ma to coś wspólnego z tymi siłami, których nie rozumiem. Z fazami księżyca, na przykład – sugeruje Sherlock niewinnie. Pisze: „...daty urodzin słynnych postaci historycznych połączone ze słowem, które przywołuje barwny obraz w głowie, są przypadkowe, a zarazem nietrudno je zapamiętać..."
- Mógłbyś zrozumieć fazy księżyca, gdybyś spróbował. I nie, nie sądzę, żeby ci twoi mordercy byli wilkołakami.
Dziesięć minut później John gwałtownie zatrzaskuje klapę sherlockowego laptopa.
Detektyw jest tak zaskoczony, że nie jest w stanie wykrztusić słowa. John stoi tuż obok jego skrzyżowanych nóg i trzyma swój własny komputer, który świeci Sherlockowi w twarz. Na ekranie, oczywiście, otwarta jest Sztuka Dedukcji. I wyzwanie, które rzucił bandytom. John jest tak wściekły, że wygląda na spokojnego, tak jak wtedy, gdy trzyma pistolet. Jaki to dokładnie poziom wściekłości? Sherlock przez moment próbuje to obliczyć, ale przyjaciel udaremnia mu ten zamiar.
- Co ty, do kurwy nędzy, wyrabiasz? - warczy.
- Przestań – ostrzega go Sherlock ostro. - Potrzebowałem tego. Musiałem się ruszyć, żeby myśleć.
- Zaprosiłeś na wojnę gang kryminalistów żeby myśleć, a za pole walki wybrałeś sobie Westminster? Sherlock, czyś ty, kurwa, zwariował?
- Nie przesadzaj, nie chciałem...
- Ależ oczywiście, że nie chciałeś, by cokolwiek źle poszło, nie planowałeś niczego złego, nawet o tym nie pomyślałeś. No nie mogę... Jasne. Więc tyle znaczy dla ciebie cudze życie. Właśnie tyle. Dla ciebie to jak gra w szachy. Moje życie, życie innych ludzi. Tak, wiem, że oni są dla ciebie osobną kategorią, kategorią małych, drewnianych pionków, ty cholerny, pieprzony dupku. Ja bywam nieco bardziej absorbującym kawałkiem drewna, a wszyscy inni to po prostu pionki. No i twoje życie – może hetman? - ale nadal figurka do gry. Oczywiście, że nie dbasz o nie jak normalni ludzie. A ja biorę udział w tych wszystkich pojedynkach... Czym jestem? Skoczkiem? Gońcem? No dalej, powiedz. No i co, Sherlock? Mam czytać takie rzeczy i się nie wściekać? To chore, to chore, o ilu rzeczach nie pomyślałeś przed opublikowaniem tego. Czy kiedyś przyszło ci do głowy, że otwarty sezon na Sherlocka Holmesa może się skończyć twoją śmiercią?
Sherlock zamyka oczy. Nie może odpowiedzieć, to się źle skończy, bo tak – przyszło mu to do głowy.
- Boże. Jesteś pieprzonym obłąkańcem – wzdycha John.
- A ty zupełnym idiotą – warczy Sherlock. - Wiesz, że taki jestem, po prostu nigdy nie pomyślałeś, że mogę być taki [i]zawsze[/i]. A będę.
- To po to, żeby sobie udowodnić, że jesteś inteligentny? Tylko po to? Spoko, jesteś najinteligentniejszym człowiekiem na ziemi, zadowolony? Napiszę to na blogu. Już w porządku? Chodzi o inteligencję?
- Czasami – szepcze.
- O odwagę?
- Nie.
- A więc o ryzyko. I o inteligencję.
- Chodzi o nudę.
- A reszta świata może iść się jebać.
- Mniej więcej. Nie. Nie chciałem, by ktoś ucierpiał, i się udało
- Jakimś cudem.
- Jeśli naprawdę tak myślisz, jesteś tak głupi jak wszyscy – wścieka się Sherlock. - Jesteś? Bo do tej pory myślałem, że jednak jesteś nieco mądrzejszy. Dokładnie pięciu ludzi nie ucierpiało i to żaden cud, to nie ma nic wspólnego z cudem.
John przesuwa językiem po dolnej wardze. Nadal trzęsie się ze złości. Sherlock ma wrażenie, że ogląda National Geographic. Małe, puchate i miękkie stworzonko, które nagle okazuje się mieć bardzo ostre zęby.
- Jasne. Więc tak już będzie. Takie rzeczy będą się zdarzać.
- Pewnie tak.
- Sherlock, czy ty chcesz, żeby zabił mnie jakiś świr, którego dziesięć lat temu, na studiach, posłałeś do pierdla?
- Umarłbym pierwszy.
- Chcesz umrzeć?
- Nie w tej chwili.
John gwałtownie wciąga powietrze.
- Sherlock – mówi – czy ty nie możesz być szczęśliwy bez jakiejś masakry przez głupie sześć dni? Chcesz, żebym patrzył, jak umierasz?
„A to" - myśli Sherlock - „byłoby bardzo ciekawe."
- Gdybym umierał, chciałbym, żebyś przy tym był. Ale nie chodzi mi o to, co tobie – odpowiada Sherlock. - Przestań mnie męczyć, to bez sensu, nie zrozumiesz tego. Angielski nie działa, to okropne.
- Okropne jest to, że wolisz, żebym dalej się wściekał, niż zmarnować odrobinę energii, żeby pomóc mi zrozumieć.
- To nie będzie miało dla ciebie żadnego sensu.
- Nie, to tobie się nie chce.
- Nie zrozumiesz tego.
- A moje niezrozumienie będzie gorsze niż twoja śmierć?
- Tak – syczy Sherlock, wypadając przez drzwi i zbiegając ze schodów.
Spaceruje całe wieki, a przynajmniej tak mu się wydaje. Zapomniał płaszcza, ale wieczór nie jest bardzo chłodny, powietrze się nagrzało w ciągu dnia, a zresztą Sherlock nie odczuwa zimna tak jak normalni ludzie. Podobnie jak niczego innego. Idzie na północ, poprzez most York i do Regents Park. Ponad nim, na drzewach, pojawiają się pączki, a róże nie są już gołymi, smutnymi krzaczkami. Idzie brzegiem jeziora z łódkami, mija tłumy szarych ptaków i szarych pomników. Nie zatrzymuje się. Znajduje ławeczkę pod wielką wierzbą płaczącą. Może to ławeczka znajduje jego, bo on na pewno jej nie szukał. Siada, zastanawiając się, czy cała ta sprawa z komunikacją mogłaby być jeszcze bardziej męcząca. Kilkanaście metrów od niego staruszka karmi gołębie popcornem, a Sherlock myśli, czy ptakom taki posiłek służy. Pewnie nie.
W jego głowie jest cicho, ale to tylko chwilowe. Więc zastanawia się, co powinien przynieść Johnowi, by przeprosić za to, kim jest. Przynajmniej ma coś do roboty.
Rozważył i odrzucił już kwiaty, jedzenie, komórkę nienależącą wcześniej do siostry Johna i nowy sweter, dzięki któremu John wyglądałby jak weteran wojenny z piękną blizną na lewym ramieniu, a nie wielka kluska, gdy nagle John siada obok niego. A raczej wślizguje się pod jego ramię. Ewidentnie musiał go śledzić. Sherlock zastanawia się nad tym... oczywiście, odkąd przebiegł przez Baker Street. Nie zarejestrował tego wcześniej, bo John nie stanowi zagrożenia.
- W porządku? - pyta John.
Sherlock nie może się zmusić do odpowiedzi, mimo że to tylko sposób na zaczęcie rozmowy.
- Źle to rozegrałem – mówi doktor przepraszająco.
Detektyw przełyka ślinę i zaciska dłoń na ławce. To prawda, ale pewnie nie powinien się zgodzić.
- Możesz przytaknąć, wiesz? Nie jestem aż tak podły.
Sherlock lekko kiwa głową. John ma rację. I nie ma racji.
- Chodzi o to, że nie zadałem właściwego pytania. Chciałbym to naprawić. Jesteś gotowy?
- Na twoje jedno właściwe pytanie?
- Tak.
- No, skończmy z tym już – jęczy Sherlock dramatycznie.
- Co się dzieje w twojej głowie, kiedy jest tak źle, że robisz takie rzeczy? Co tam masz?
Sherlock potrząsa głową i czuje, jak w gorzkim uśmiechu unosi mu się jeden kącik ust.
- Nie chcesz tego wiedzieć.
John splata dłonie. Też nie ma na sobie płaszcza i przysuwa się jeszcze bliżej. Jego włosy nie są w kolorze blond i nie są brązowe, i to jest cudowne. John ma grupę krwi A-. John śpi zwinięty w kłębek, jak kot, dopóki w jego głowie nie pojawi się burza piaskowa. John pachnie jak każda ciepła rzecz, którą Sherlock napotkał w swoim życiu, każda dobra rzecz, ale przede wszystkim jak korzenna herbata. Zwłaszcza tam, gdzie można mu wyczuć puls. John jest niezastąpiony. John jest zbyt ciekawski.
- Spróbujmy – sugeruje John.
- Nie cierpię wielkich słów, ale to, co proponujesz, przeraża mnie na śmierć.
- Nie boisz się niczego.
- Nie? Jak na lekarza masz beznadziejny zmysł obserwacji, a nawet najlepsi lekarze są kiepskimi obserwatorami. Nie da rady. Nie mówisz moim językiem.
- Dobra. Jeśli ci powiem, co cię przeraża, spróbujesz?
- Ależ ja wiem, co zaraz powiesz – mówi Sherlock niechętnie. - Oszczędzę ci kłopotu i cię wyręczę: twoim zdaniem, boję się, że jeśli zrozumiesz, o co chodzi, przestraszysz się mnie i odejdziesz. Bzdura.
- Jasne. Tylko idiota mógłby wpaść na coś takiego. Myślę, że jeśli spróbujesz to wytłumaczyć, po raz pierwszy w życiu, i to mnie, a ja nie zrozumiem, załamiesz się.
Sherlock odwraca głowę i patrzy w dół, na Johna. Oczy Johna nie są niebieskie i nie są zielone, i nie są piwne. W tej chwili marszczy brwi i ma sto siedemdziesiąt cztery centymetry wzrostu, a to zagłębienie pod jego nosem smakuje bardziej jak on niż cokolwiek innego, i to wszystko Sherlocka w tej chwili przeraża. Bo John ma rację.
- No dalej – mówi John cicho. - Umiem wiele zrozumieć. To mój talent, tak jak odróżnianie dobra i zła. Przepraszam, że cię tak zjechałem wcześniej, że nie byłem bardziej cierpliwy, ale trudno z tobą wytrzymać. Czasem chcę cię udusić. Jesteś chodzącym paradoksem. Pomóż mi zrozumieć. Jesteś geniuszem, więc na pewno umiesz to zrobić.
Sherlock lekko otwiera usta.
- Przestań robić taką minę, zastanów się tylko, okej? Po prostu... odetchnij, a potem mi powiedz.
Więc Sherlock zastanawia się, jak się wysłowić, obserwując staruszkę trującą gołębie kukurydzą. Detektyw wie, że porażka jest nieuchronna, ale równie dobrze może ułożyć plan bitwy.
Mikrofalówki doprowadzają mnie do szału.
Znikają wszystkie kolory, zostaje tylko biel i nie widzę wtedy twoich włosów.
Wszystko na świecie oprócz ciebie mogłoby się spalić na proch.
Jestem niezwykły i jeśli nie jestem niezwykły nieustannie, to jestem tylko socjopatą, który lubi myśleć o umieraniu.
To chińska tortura wodna.
To czytanie mapy po serbsku, kiedy znasz tylko angielski.
To nieustanna bitwa.
Czasem jestem taki zmęczony, ale nigdy tego nie pokazuję, bo to nie jest takie zwykłe zmęczenie, po prostu nigdy nie wiem, co jest właściwe.
I nagle wie, jak to przekazać. Ta koncepcja nie ma nic wspólnego z mikrofalówkami, za to bardzo dużo z Johnem Watsonem.
- Nie spodoba ci się to, co zrobię, ale muszę trochę cię... skrzywdzić, jeśli chcesz mnie zrozumieć – wzdycha Sherlock. - Nigdy tego nie planowałem, odpuściłbym, ale ty tego chcesz, prawda? Jesteś pewny?
John nawet nie mruga.
- Absolutnie. Nie żałuj sobie.
- Jesteś szalony, wiesz? - pyta Sherlock zimno. Kładzie dłoń na skroni Johna, opierając łokieć na oparciu ławki. - Wadliwie zaprogramowany.
- I kto to mówi.
- Dobrze, więc... i jestem tu cały czas, tuż obok, przerwij, jeśli nie będziesz mógł tego znieść. - Sherlock chce zamknąć oczy, ale tego nie robi. Będzie patrzył na Johna, upewni się, że nic mu nie jest, i że słucha. - Wyobraź sobie ostrzał w Afganistanie. Jesteś w samym środku, John, latają kule, czołgi obrywają z moździerzy, ludzie krzyczą. Głuche, okropne dźwięki. Tylu ludzi krzyczy, niektórzy są wściekli, inni przerażeni, a jeszcze inni umierają. Niektórzy są ranni, inni zabijają. Dorośli, kobiety, dzieci, wszyscy cierpią, a ty nie rozumiesz ani słowa, bo mówią w dari albo w paszto. Wrzaski odbijają ci się echem w uszach. Wszędzie dookoła eksplozje, jest ich tyle, że nie wiesz, kiedy kończy się jedna, a zaczyna druga. Gorąc jest do zniesienia, dzwoni ci w uszach. Gdyby krzyki się urwały, nadal słyszałbyś pisk. Ale krzyki się nie urywają, ogień jest coraz bliżej, a ty nie możesz się ruszyć. Jesteś uwięziony, w samym środku. Możesz to zobaczyć? Widzisz to, naprawdę to widzisz?
- Tak – mówi John miękko. Jego oczy są szeroko otwarte, a ręce bardzo stabilne.
- Więc chowasz się w swojej głowie, tak? Głęboko w środku, gdzie jest cicho? Jesteś tam teraz, tylko dlatego, że to opisałem, prawda?
John kiwa głową. Jego włosy ocierają się o palce Sherlocka. Detektyw zaciska mocno oczy z bardzo prostego powodu. Nie jest w stanie utrzymać ich otwartych.
- A co, jeśli w twojej głowie byłoby gorzej niż na zewnątrz?
Nie jest w stanie otworzyć oczu, nie umie spojrzeć na Johna i zobaczyć, jak przyjaciel nie rozumie. Nie może. Ignorancja Johna go zniszczy, w chwili, w której John zapyta „A próbowałeś litu?" Sherlock poczuje bardzo silną potrzebę rozłożenia ramion i skoczenia z czubka Eye of London. Więc nie patrzy. Czuje twarz Johna pod palcami. Jak dotąd, jest nieruchoma. Bardzo nieruchoma. Na razie jest skupiony. Na razie.
- A co, jeśli nigdzie nie byłoby cicho? I co, gdybyś wcale nie był tobą... co, jeśli byłbyś inteligentny, bardzo inteligentny, gdybyś był najinteligentniejszym człowiekiem, jakiego możesz sobie wyobrazić i czuł to wszystko aż do kości, gdybyś nie mógł przestać być inteligentnym albo nie mógł znaleźć ciszy... Co, gdybyś musiał zostać tam, gdzie krzyki, już na zawsze?
- Oszalałbym – mówi John.
- No więc tak właśnie to wygląda.
- Cały czas?
- Nie. Czasami. Gdy się nudzę. Chociaż... nuda nie jest w takim momencie najlepszym słowem.
Zapada cisza. Sherlock ledwie jest w stanie oddychać.
- Na miłość boską, spójrz na mnie, ty obłąkańcu – żąda John.
Sherlock otwiera oczy. John wcale nie wygląda na zagubionego. Nie uśmiecha się, tak jak wtedy gdy czegoś nie rozumie i się tego wstydzi. Nie zamiera, tak jak wtedy, gdy nie rozumie czegoś ważniejszego i nie przejmuje się wstydem. Wygląda tak, jak wtedy, gdy coś dokładnie rozumie. Jego cienkie brwi są uniesione, usta zaciśnięte, cały jest cichy i spokojny.
- Byłeś nieznośnym chamem, w związku z czym jak zachowałem się raczej obrzydliwie. - zauważa John. - Ale... Po prostu... Gdy nie możesz mi czegoś powiedzieć, czy nie możesz powiedzieć, że nie możesz powiedzieć? I wtedy jakoś to wyciągnę?
Sherlock zastanawia się. Czuje taką ulgę, że to podziałało, że ma wrażenie, iż łaskocze go skóra. Tak jakby jeszcze przed chwilą była naciągnięta za mocno, a teraz idealnie pasowała.
- Myślę, że mogę spróbować.
- I wtedy – kontynuuje John. - kiedy będziesz się tak czuł, możemy spróbować... jakichś alternatyw wobec twojego zwykłego pragnienia śmierci?
- Jakich alternatyw?
- No nie wiem. Strzelnica.
- Nuda.
- Eksperymenty?
- Nie zawsze wystarczają.
- Irytowanie twojego brata.
- Niezłe.
- Lekcje latania.
- A po co?
- No to seks.
- Jak mam uprawiać z tobą seks, jeśli cię nie widzę? Nie mogę nic zobaczyć, gdy to się dzieje, nawet ty blakniesz. To właśnie próbowałem odzyskać.
- Twoje libido ma dużo wspólnego ze wzrokiem, co?
- Jestem mężczyzną. Nie jestem biologicznym dziwadłem. Skup się.
- Pieprzyć to – mówi John, wzruszając ramionami. - Więc będziemy ryzykować życie i udowadniać, że jesteśmy mądrzy. Pasowało to nam, jak dotąd.
Kobieta rujnująca gołębie żołądki zerka w ich stronę, gdy Sherlock pochyla się i całuje Johna, jakby ten był antidotum na truciznę. O ile pamięta, nigdy nie całował nikogo w parku. Nie, żeby nie chciał, raczej dlatego, że oni nie chcieli. Zwłaszcza Seb, z tym swoim snobistycznym podejściem jestem-homo-dopóki-mam-ochotę i aspiracją do wyrwania kobiety z wyższych sfer. Taka postawa nie tylko odrzucała Sherlocka, lecz także raniła jego uczucia. Które ma. Uczucia, znaczy się. Sherlock jest żywą legendą, jest chodzącym cudem, ludzie powinni chcieć się z nim całować publicznie. Powinni go zachęcać do takich czynności. Wybaczył Sebowi bycie biseksualistą, ale nie mógł przymknąć oka na hipokryzję. Więc nie ma nic przeciwko, o nie, boże, nie, jest w porządku, bardzo, bardzo w porządku, nigdy nie widział nic niestosownego we wsuwaniu języka pomiędzy czyjeś zęby tuż obok jeziorka z łódkami. I John też uznał, że to w porządku, Dzięki Bogu.
Ale najbardziej cudowne jest to, że John ewidentnie wskrzesił całkowicie martwy język. Sherlock nie przestaje go całować, jego usta są zbyt ciepłe, ale uśmiecha się do jego warg. I nagle czuje jeszcze większą wesołość i zaczyna się cicho śmiać.
- Czego się znowu chichrasz? - dopytuje się John. Jedna jego ręka leży na udzie Sherlocka, a druga na bladym karku.
- Niczego. Jesteś bardzo dobrym lekarzem. Bardzo, bardzo dobrym, lepszym niż myślisz. Nie przesłuchuj mnie, teraz się całujemy.
- Nie przesłuchuję cię, a zresztą... Droczę się z tobą z czystej sympatii. Ale jeśli dasz się zabić, zamorduję cię. Możesz być pewien. Jasne?
- Idealnie – wzdycha Sherlock. - Boże, to idealnie, a ty nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy. Ty jesteś idealny. Teraz się zamknij. Nigdy wcześniej nie całowałem się z nikim w Regents Park.
Więc całują się, dopóki nie dochodzą do wniosku, że im wystarczy. Sherlockowi zabiera to dużo czasu. Słońce prawie już zaszło, a policjanci zaczynają patrzeć na nich podejrzliwie. Jest nieco dekadencko i publicznie, i w związku z tym - niezwykle.
I zdaje się, że Johnowi to w ogóle nie przeszkadza.
xxx
Po dokładnie dwóch tygodniach Sherlock popełnia poważny błąd.
John jest z ekipą z Yardu na parterze stodoły. Jest z Detektywem Inspektorem Geoffem Lestrade'em, którego Sherlock lubi coraz bardziej, z Andersonem, cholernym bucem, i z Donovan, do której Sherlock ostatnio puszcza oko. Nigdy nie odpowiedziała mu tym samym, ani razu, tylko stale przewraca oczami. Ale on wie, że ta kobieta nie życzy mu źle. I że uśmiecha się, gdy na nią nie patrzy, widzi to w lusterkach samochodowych i podejrzewa, że ona zdaje sobie z tego sprawę. To już coś. No i nie zawiodła Johna, prawda? Wszyscy ci ludzie – oraz większość potencjalnych przestępców – znajdują się na dole. Sherlock, jak zwykle o kilka kroków przed resztą, jest na piętrze. Stoi przed mężczyzną, którego naprawdę szukają, liderem gangu zbirów. Facet wygląda jak istna definicja przestępcy, ze złotymi zębami i imieniem, które brzmi jak przekleństwo. Kratides. I nagle dzieje się coś bardzo, ekscytującego, bardzo interesującego i niezbyt szczęśliwego.
Facet o imieniu Kratides, winny zmuszania do niewolnictwa seksualnego na wybrzeżu Tamizy, jakimś cudem ma maczetę. I jej używa.
Nóż przecina udo Sherlocka jakby ciął trawę. A on upada.
Zupełnie jak ścinana trawa.
„Widziałem kiedyś, jak ścinali zboże na wsi i to dokładnie tak wyglądało. Ale nie było tak czerwone. I, nawet pomijając czerwień, siano nie tworzy takich kałuż." - myśli.
Wszystko odrobinę zamazuje mu się przed oczami.
Beton jest niewiarygodnie zimny. Sherlock usiłuje krzyczeć o pomoc, ale stwierdza, że nie jest w tym zbyt dobry, bo nie ma żadnego doświadczenia. Nigdy nie wołał o pomoc. Nigdy. Zawsze przypuszczał, że jest ponad to. Więc zmuszenie głosu do współpracy, gdy ból przenika ciało, a przed oczami wybuchają iskry, jest raczej trudne. Sherlock zastanawia się, co lekarze mają na myśli, gdy mówią „wykrwawiać się", i czy właśnie to, co się z nim dzieje. Bardzo trudno jest wydać z siebie dźwięk, gdy rozpruto ci udo, a może nawet podbrzusze, ale jeśli naprawdę się wykrwawia, John pewnie chciałby wiedzieć. Ostatecznie, jest lekarzem.
Naprawdę powinien spróbować krzyknąć. To cięcie może mieć coś wspólnego z tętnicą udową. Próbuje, ale już nie jest w stanie.
Telefon ma w kieszeni po nieuszkodzonej stronie. Świetnie. Trzęsie się, szybko traci siłę w palcach, ale udaje mu się wystukać właściwą wiadomość. Wszystko, co najważniejsze. Wszystko, co chce, by wiedziano o człowieku, którym się stał przez kilka ostatnich miesięcy.
Pierwsze piętro, mordowany.
Byłeś najlepszym, co mnie spotkało.
SH
xxx
Sherlock budzi się w szpitalu.
Okazuje się, że boli go wiele różnych części ciała. Bardzo boli. A ewidentnie jest pod wpływem środków przeciwbólowych.
Na przykład noga. Zdaje się, że jest z nią naprawdę kiepsko. Głowa na drugim miejscu, ale dzielnie ubiega się o pierwszeństwo. Detektyw ma wrażenie, że mózg wypełnia mu pajęczyna.
Sunday morning yellow lorry any jobber magic feeling.
Nie, to nie tak. Próbuje jeszcze raz.
One sweet dream once there was a way came true today to get back homeward.
O matko, nie. Co za bzdury.
Nic nie działa tak, jak powinno. A gdy się porusza...
Och.
Sherlock spogląda w dół i dostrzega szpitalną piżamę. I grubą warstwę bandaży wokół swojego uda.
Po co mi to?
W sali nie ma nikogo poza nim. Jest malutka, a jednak dziwnie pusta. Ściany w kolorze nudnego beżu. Zapytałby Mycrofta, czy tę prywatność zawdzięcza jemu, ale, oczywiście, nie ma pojęcia, gdzie się podziała jego komórka. Bardzo niepokojące. To tak, jakby go zakneblowano. W sali znajduje się jedno okno z zaciągniętymi roletami. Koło łóżka stoi parawan, ale Sherlock i tak widzi drzwi. Jedynki są drogie, a więc to faktycznie robota Mycrofta. Sherlock jest zadowolony z tej dedukcji. Jeszcze chwila i, sądząc po tej dziwnej ciszy, uznałby, że jest jedynym człowiekiem na świecie.
Czuje też niezwykłą suchość w gardle. To niewłaściwe, przecież do ramienia ma podłączoną kroplówkę. Po czym zerka na nią, na torebki wiszące na wieszaku i uświadamia sobie dwie rzeczy. Po pierwsze, ma niesamowitego farta, że żyje. Po drugie, stracił masę krwi i właśnie jest poddawany transfuzji. No jasne, dlatego wysiadły mu ślinianki. Igła wbita w ramię jest czymś bardzo znajomym, ale nie zastanawia się nad tym. Nie daje rady. Tkwi w otchłani, na poziomie piekła.
Już za późno. Wbija wzrok w metal w swoim ramieniu. Otrząsa się.
Bardzo próbuje nie myśleć o tym, jakie to wszystko jest obrzydliwe. Może znieść unieruchomienie, ale nie własną słabość. Może znieść rany, ale teraz jest inaczej. Nie może się nawet poruszyć. I, oczywiście, może znieść leczenie w szpitalu, to zdarzyło się więcej razy niż umie policzyć („Piętnaście, łącznie z tym" - poprawia się. Stanowcze nie dla niedopowiedzeń.). Co jest obrzydliwe, to idea, że kawałki jego ciała należą teraz całkowicie do obcej osoby, że to, co ma pod skórą, jest obce. Jego serce bije jak szalone, to ohydne.
Gdy otwierają się drzwi, Sherlock zmusza się, by uchylić powieki.
Najpierw zauważa, że John coś mówi. Worki pod jego oczami znów podwoiły swoją wielkość i jest bledszy niż zwykle, ale bardzo spokojny, i ewidentnie tłumaczy, co się stało, i to naprawdę smutne, że Sherlock znów utracił swój angielski, już całkiem nieźle się nim porozumiewali. John marszczy brwi. Jest tak zmęczony, że nawet dołek w jego podbródku wygląda na głębszy. Ma na sobie szpitalne spodnie i biały, bawełniany t-shirt. Sięga do nadgarstka Sherlocka i kładzie palce, by zbadać puls, jednocześnie zerkając na zegarek.
Wtedy Sherlock zauważa, że do lewego ramienia Johna przyklejony jest plaster.
To niemożliwe.
Może jednak?
Ludzie tacy jak on nie zasługują na takie rzeczy. Marzenie stało się rzeczywistością.
- Dobra. Jest nieźle – mówi John. To pierwsza rzecz, którą Sherlock naprawdę zarejestrował. - Twój puls jest mocniejszy. Dzięki Bogu.
Sherlock zerka na torebkę od transfuzji, a potem na ramię Johna.
- Był masakryczny karambol na M4 – wyjaśnia John. - Cysterna wywaliła się na autostradzie. Coś strasznego, oczywiście nie miało nic wspólnego z nami. Ale skończyła im się cała krew A-.
Sherlock unosi brew w niemym pytaniu.
- Prawie półtora litra, ale dali mi wystarczająco dużo osocza, żeby... czy ty masz pojęcie, jakim jesteś kretynem? Możesz już mówić? Świetnie. Zamknij się. Prawie odsze... myślałem, że odszedłeś. Jezu, Sherlock, to była najgorsza rzecz, jaką mogłeś mi zrobić... i maczeta? Na litość boską, teraz co, jebany rapier? I do tego sam? Nie mogłeś poczekać dwóch cholernych minut, żeby... i jeszcze sms. Nie przyszło ci do głowy, żeby krzyknąć? Jak na geniusza, przysięgam, jesteś największym debilem na świecie. Mam dość. Naprawdę. Po prostu... wystarczy. Najprawdopodobniej będziesz chodził bez problemów, miałeś masę szczęścia i świetnego chirurga, znam go trochę, ale... Sherlock, wybacz, ale dlaczego, do diabła, uśmiechasz się jak kompletny wariat? Nie mam na to siły.
- Przepraszam – szepcze Sherlock. - Ale to taki wspaniały dzień. Jak Boże Narodzenie, jak... najlepszy na świecie.
Łagodna twarz Johna zaczyna przypominać pomięty kawałek papieru i to najbardziej zdumiewająca rzecz, jaką Sherlock widział w życiu. Doktor wzdycha i próbuje coś zrozumieć. Nie jest mu łatwo, utknął w ślepej uliczce, a Sherlock go za to nie wini. Ale nie umie przestać się uśmiechać. Wszystko jest zbyt cudowne. John wygląda na coraz bardziej zdenerwowanego, i wtedy dostrzega, na co patrzy Sherlock – na jego ramię.
- Jesteś... o Boże.
Jeden z kącików ust Sherlocka unosi się jeszcze wyżej.
- Zachwycony z powodu transfuzji?
Sherlock kiwa głową. To zupełnie niesamowite. Jak to się mogło stać? Nigdy nie przypuszczał, ze jego życie może się tak doskonale ułożyć. Wszystkie fragmenty układanki pasują.
John przejeżdża dłonią po twarzy i siada na brzegu łóżka, uważając na ranę po maczecie. Sięga po szklankę wody, a Sherlock posłusznie bierze z niej łyk. Przypuszcza, że nadal się uśmiecha, bo John wygląda, jakby chciał nim potrząsnąć. Ale nic na to nie można poradzić.
- Podsumujmy. Prawie umarłeś. Prawie umierając, wysłałeś mi SMS. Był niemal słodki. Niemal wzruszający. Ale niezupełnie. W każdym razie mam namacalny dowód. A teraz oddałem ci krew, a ty masz radochę jak dzieciak w wesołym miasteczku.
Sherlock wzrusza ramionami i znów szczerzy zęby.
- Weź trochę mojej.
- Co?
- Możesz sobie zabrać moją krew w ramach rewanżu.
- Sherlock, to przeczyłoby całej idei transfuzji.
- No i co, John. Co z tego? To prezent.
John odgarnia kosmyk czarnych włosów, który wyraźnie zasłaniał mu wyraz twarzy Sherlocka.
- Pozwól, że ci coś wyjaśnię. Moja krew, którą długo i namiętnie produkowałem, jest w moich żyłach. I w twoich. Z kolei twoja krew została na podłodze w stodole. I to twoja wina. Rozlałeś się na beton, rozumiesz. Ty absolutnie nieznośny dupku. Straciłeś tyle krwi, przeraziłeś mnie na śmierć.
- Wiem. Przepraszam, weź sobie mojej.
John mruga, walcząc z uśmiechem.
- Jesteś zupełnie naćpany, prawda?
Sherlock zastanawia się nad tym pytaniem i nie może się z nim zgodzić. Potrzebuje dużo więcej dragów, żeby się naćpać. Ale jeśli mówi coś idiotycznego albo Nie W Porządku – a przypuszcza, że właśnie to robi – bycie naćpanym stanowi niezłą wymówkę.
- Tak, ale to bez znaczenia, myślałem o tym od wieków i byłoby idealnie. Dam ci trochę.
- Nie.
- Odrobinę.
- Dzięki bardzo, nie chcę nawet kropli zmorfinizowanej, wampirycznej krwi.
- Nie jestem wampirem – mówi Sherlock, zanim orientuje się, że John żartuje. Wargi doktora nadal drgają od z trudem powstrzymywanego uśmiechu. - Dobra, w porządku, jestem wampirem, więc po prostu... zregeneruję się, prawda? Nie można mnie zabić w ten sposób. Więc weź sobie trochę.
- Potrzebujesz swojej krwi.
- Tylko tyle, ile wejdzie do strzykawki. Weź. Nie rozumiesz, jaki to wspaniały dzień? - śmieje się Sherlock.
- Ty... - mówi John bardzo ostrożnie i czule, a jego cienkie wargi przyciskają się do szerokich ust Sherlocka. - ...właśnie zostałeś zdiagnozowany jako niepoczytalny. Przez profesjonalistę. I przestań chichotać, jesteśmy w szpitalu.
Sherlock przestaje, ale tylko dlatego, że John go całuje. Myśl, że John całuje Sherlocka, w którego ciele w tym samym momencie płynie krew Johna jest po prostu magiczna. Przypuszcza, że nie wydarzy się nigdy nic lepszego, nie śmiałby nawet o tym marzyć. Nic nie może być wspanialsze niż posiadanie krwi Johna, podczas gdy John go całuje. Ale John jest przecież nieprzewidywalny, a wiodą niebezpieczne życie. Może kiedyś coś pobije na głowę nawet ten moment. Sherlock nie oczekiwał niczego, więc rozsądnie jest założyć, że nie przewidzi też następnego niesamowitego wydarzenia.
Jak wspaniale.
- Tylko malutki zastrzyk. Powiedz, że to przemyślisz.
- Przemyślę, przemyślę, gdy nie będziesz tak naćpany. - John całuje teraz jego powieki i jest tak spokojnie. W końcu wszystko jest ciche i ciepłe. - Chociaż będzie to pozbawione jakiegokolwiek medycznego sensu. To twoja idea romantyzmu?
- To rozsądna hipoteza – zgadza się Sherlock.
- No jasne. Powinienem był to przewidzieć. Twój romantyzm jest nieco przerażający.
- Dobrze sobie radzisz ze stresem. Dobrze sobie radzisz teraz.
- Dzięki. Chcesz mi zdradzić coś więcej, skoro już jesteś na pochodnych opium?
- Piosenka nie chciała przestać grać, próbowałem ją zmiażdżyć, a ty sprawiłeś, że zniknęła.
John mruga i poprawia prześcieradło.
- Nie ma za co.
- Angielski się popsuł, ale go naprawiłeś.
- To niemożliwe. I nonsensowne. To niemożliwy nonsens, ale – i jakoś mnie to nie dziwi – myślę, że rozumiem.
- Jeszcze będziesz chciał mojej krwi, zobaczysz. - Oczy Sherlocka same się zamykają. Jest bardzo szczęśliwy i bardzo, bardzo zmęczony. - A przynajmniej odrobiny. Jestem niesamowity, spójrz no na mnie.
- No, to ci muszę przyznać, jesteś niesamowity. I zazwyczaj bardzo piękny. Ale teraz wyglądasz jak miejsce zbrodni, serio.
„Nic nie szkodzi. Kochasz miejsca zbrodni" - myśli Sherlock.
Już się nie martwi, czy to przypadkiem nie jest myślenie życzeniowe. Na ramieniu Johna Watsona jest blizna, która wygląda jak mapa jakiegoś miejsca i Sherlock Holmes kiedyś wymyśli, jakiego. John Watson wygląda na młodszego o dziesięć lat, gdy się uśmiecha. John Watson strzela z pistoletu, jakby ten wyrastał mu z ramienia. John Watson wie, co jest dobre, i to on podarował detektywowi krew, więc to musi być w porządku. Wszystko jest w porządku. To niemal tak, jakby ktoś go rozumiał. Albo i lepiej – jakby ktoś wreszcie próbował. „Gdyby John Watson był trochę większy" - myśli Sherlock mętnie. - „byłby proporcjonalnie lepszy i cieplejszy, to fakt naukowy. Wtedy nikt by do niego nigdy nie strzelił, bo rozpoznałby go z daleka i nie mógłby tego zrobić. Dzięki bogu, że jest tak mały. I że nie trafili. Inaczej mógłby nie przyjechać do Londynu."
- Kochasz miejsca zbrodni. – Uśmiecha się Sherlock. Gdy zasypia, czuje dotyk palców na twarzy.
- Boże, tak – słyszy ostatkiem świadomości. - Oczywiście, że kocham.
