Dziękuje za miłe recenzje i słowa otuchy. Dodają mi skrzydeł i ułatwiają pisanie, jednak nie oznacza to, że kolejny rozdzialik pojawi się szybko. Trochę gmatwam życie Severusowi, ale mam nadzieję, że przypadnie wam to do gustu. Jeśli zaś chodzi o długość rozdziału... Cóż mogę powiedzieć wychodzą takie, jakie wychodzą. Nic na to nie poradzę. Nadmierne rozciąganie może zniszczyć nastrój chwili, a tego bym nie chciała.
Nadal poszukuje Bety, więc za błędy z góry przepraszam.
rozdział trzeci
Pojawiłem się w ciemnym zaułku, nieznanego mi miasta. Ale czego się spodziewać po losowo wybranym miejscu. Nie wiedziałem gdzie iść i u kogo szukać pomocy, bo że jej potrzebuje byłem świadom. A w głowie wciąż wirowały mi słowa Poppy. A jeśli to prawda. Jeśli Harry naprawdę odszedł przeze mnie...
Chyba powinienem się przyzwyczaić, że w takich momentach tracę przytomność. Muszę koniecznie znaleźć jakieś schronienie. Poczłapałem do parku, po uprzednim pozbieraniu się z ziemi. Swoją drogą to miasto, nie zwraca uwagi na nic. Mógłbym umierać, a nikt by nie zareagował. Ale nie pora na takie myśli. Przysiadłem parku na ławce, musiałem przeanalizować swoją sytuacje.
Zacznijmy od początku. Jestem rozhisteryzowany, kapryśny i ironiczny. Spodziewam się dziecka, ale żeby mogło się urodzić potrzebuje fachowej pomocy i bezpiecznego schronienia. Dotychczasowe odpada, bo mnie już tam nie lubią. Dziwne że dopiero teraz przestali. Ponadto nie mam pieniędzy, a jeśli ruszę coś z konta, to mnie szybko znajdą i odbiorą dziecko. Powinienem napisać do Harry'ego, że jestem w ciąży, ale nie chce żeby z tego powodu do mnie wracał. Więc oczywiście bez adresu zwrotnego. Ponadto przydało by się coś zjeść. Mam ochotę na placki ziemniaczane z miodem i toffi.
Kilka metrów ode mnie znajdowała się budka telefoniczna. Ciekawe czy piekiełko ma telefon w domu? W całej książce był tylko jeden Ethan McHell. Postanowiłem z nim pogadać, przywykłem do niego i zawsze był dla mnie miły, choć ja dla niego raczej nie. Delikatnie mówiąc.
Dotarcie pod adres z książki do łatwych nie należało. Nie znam miasta, nie mam pieniędzy i boje się korzystać z różdżki. Po drodze udało mi się uniknąć kilku aurorów. Podobno mnie szukają dla mojego dobra. Ta już im wierze, pewnie zamknęli by mnie i pilnowali, żeby maleństwu „nic" się nie stało. Pewnie zabiliby mojego maluszka jeszcze zanim by się urodził.
Domek przed którym się znalazłem, był jednopiętrowy z dużym ogrodem z przodu i jeśli dobrze się orientuje z tyłu też, mieli sporą przestrzeń. Stałem przed drzwiami zastanawiając się, co mam zrobić, niemal już zrezygnowałem z pukania i miałem właśnie odejść, gdy drzwi otworzyła mi drobna i ładna kobieta. Ona także była w ciąży, ale w przeciwieństwie do mnie ten stan jej służył. Wręcz promieniała radością, jak tak można?
- W czym mogę pomóc?- zapytała melodyjnym głosem, z delikatnym uśmiechem.
- Czy jest może piekiełko? Znaczy się doktor McHell?- ale gafa, mentalnie wymierzyłem sobie kopniaka. Ta ciąża chyba przeciąża mi mózg.
- Mojego męża nazywano już gorzej, więc się nie krępuj. Ethan powinien niedługo wrócić, więc jeśli chcesz możesz wejść do środka i ze mną na niego poczekać.
Zaprowadziła mnie do przytulnego saloniku w kolorach beżu i brązu. Ledwie usiedliśmy na kanapie, a na stoliczku pojawiły się różne ciastka i ciasteczka, a także miętowa herbata. Przez dłuższą chwile siedzieliśmy w ciszy. Czułem jak mnie obserwuje, chociaż jej na tym nie przyłapałem. Ale szpieg, nie ważne czy na służbie, czy na emeryturze, zawsze wie kiedy jest obserwowany. właśnie skoro jestem na szpiegowskiej emeryturze to chyba powinni mi wypłacać jakieś środki finansowe. coś takiego słyszałem.
- W którym miesiącu ciąży jesteś?- pytanie tak mnie zaskoczyło, że niemal udławiłem się herbatą.
- Skąd wiesz, że jestem w ciąży?-zapytałem drżącym głosem. rozlewając resztki płynu z filiżanki i patrząc na nią z ODROBINĄ strachu w oczach.
- W tym domu, nie tylko Ethan jest położnikiem, ja także. Jednak przez wzgląd na mój stan mam wolne od pracy. Więc powiesz mi, który to miesiąc.
- Początek piątego lub coś koło tego.
- Nie widać tego po tobie. Sądziłam, że końcówka trzeciego może czwarty. Jesteś trochę za chudy jak na ciąże.-jednak widząc moją minę dodała- przy tobie czuje się jak ciężarówka.
- Nie rozumiem?- naprawdę nie rozumiałem. Zacząłem się gubić. Czy ktoś mi to wyjaśni, ratunku tu jestem. Nie! Wróć tu mnie nie ma...
- Muszę cię podtuczyć. -powiedziała ze śmiechem i wyszła z pokoju.
Ja zaś siedziałem zastanawiając się, o co dokładnie jej chodziło. Może i jestem szczupły, ale to chyba nie zagraża dziecku. Trochę się przestraszyłem, a przez to pojawiły się te cholerne mroczki. Czy to ma być jakiś znak, skądkolwiek. Jakaś przepowiednia. Ale wyłączność na beznadziejne przepowiednie, ma ojciec mojego dziecka, nie maleństwo. Usłyszałem jeszcze jakieś wycie i kobieta znów była przy mnie. Kołysała mnie łagodnie, to było nawet przyjemne i pozwoliło mi się uspokoić, bez zażywania eliksirów, które w tym momencie wmusiłaby we mnie Poppy. może uda mi się wyprosić, żeby tu zostać na dłużej. takie przytulanie jest całkiem przyjemne. Jeszcze przez chwile tuliłem się do tej obcej kobiety, aż postanowiłem wziąć się w garść. Wyprostowałem się i właśnie miałem przeprosić za swoje zachowanie...
- Choć do kuchni. Zjemy coś i porozmawiamy na spokojnie.
Nie było ze mną do końca dobrze, skoro poszedłem za nią jak jakiś grzeczny piesek. Usadziła mnie przy stole, a sama zabrała się za gotowanie. Kultura wymagałaby, żeby jej pomóc, ale czułem się zbyt zmęczony.
- Nie masz skrzata?- wypsnęło mi się. Powinienem się wynieść gdzieś na antypody, albo do jakiegoś buszu. Gdzie do jasnej ciasnej podziała się moja kultura. A tak właściwie z czego ona rży.
- Mam nawet trzy skrzaty, ale gotowanie mnie odpręża. A tak przy okazji mam na imię Deidree. Ale przyjaciele mówią mi Dee. A ty kim jesteś?
- więc jak ja mam się do pani zwracać?
- Dee. Jesteś miły i odrobinę zagubiony, ale zdążyłam ci polubić.
Ja miły, MIŁY! Czy ty się kobieto słyszysz? Ja postrach Hogwartskich lochów, naczelny postrach, tłustowłosy dupek, mistrz eliksirów MIŁY! Czy cię miłość Merlina opuściła?
- Więc jesteś Severus.- bardziej stwierdziła niż zapytała, a mnie zmroziło. Przecież tego jej nie powiedziałem.- Spokojnie, w Hogwarcie wszyscy cię szukają. Mój mąż także. Kilka minut temu dał mi znać przez kominek, że nie wróci na obiad. Najpierw muszą cię znaleźć.
- Nie wrócę tam! Nie zmusisz mnie!
- Spójrz na mnie. A teraz głęboki wdech i powoli wypuść powietrze, i jeszcze raz. Świetnie. A teraz zanim cokolwiek zrobimy w twojej sprawie, porozmawiamy. Szczerze porozmawiamy.
- Żebyś miała co im powiedzieć?
- Tak. Muszę wiedzieć jak wytłumaczyć reszcie, dlaczego jako twój lekarz nie wyrażam zgody, na twój powrót do zamku.
- Co?- byłem tak zaskoczony, że stałem z rozdziawioną gębą. A Dee spokojnie wróciła do mieszania sosu w garnku.
- Najpierw coś zjemy. Musisz mieć siłę żeby donosić ciąże. Tak na oko powinieneś przytyć jakieś 15-20 kilo. Jednak nie będę nic w ciebie wmuszać. I nie denerwuj się, te sprawę też omówimy na spokojnie. Gdzie chcesz zjeść tu czy w jadalni?-końcówkę mówiła z delikatnym uśmiechem,a ja w końcu pozbierałem się na tyle że zamknąłem usta.
- Tutaj?
- Proszę bardzo.
Przede mną wylądował talerz pełen, smacznie pachnącego bulionu. A obok leżały sucharki. To było tak smaczne, że zjadłem dwie dokładki nim się opamiętałem. Nienawidzę hormonów, przez nie nie zachowuje się jak ja. To bardzo irytujące, dobrze że Albus tego nie widzi. W takich sytuacjach jego oczy zawsze dziko błyszczą, a ja mam ochotę je wydrapać. Tylko że on potem wsadził by sobie w dziury dropsy i pewnie jeszcze, by mi podziękował za dodatkową kieszeń. Rozwodził bym się nad tymi kieszeniami dalej, ale Dee zaczęła coś do mnie mówić.
- Przepraszam. Zamyśliłem się, mogłabyś powtórzyć?
- Dobrze. Chciałbym żebyś mi opowiedział swoją historię. Postaram się nie przerywać, chyba że uznam iż brakuje czegoś istotnego. Dobrze?
- Nie będzie to łatwe, ale spróbuje.-ciesze się,że tego nie skomentowała. Pozwoliła mi zebrać się w sobie. A trochę to trwało.- Na początku Harry i ja nienawidziliśmy się. Ja byłem śmieciożrecą i szpiegiem. Przeze mnie zginęli jego rodzice. A on tak bardzo przypomina swojego ojca, i tak jak jego ojciec miał duże przywileje w szkole. Gdyby choć ułamek z tego co robił o zrobiłoby, któreś z moich węży szybko wyleciałoby ze szkoły. A Harry tylko dostawał dropsy i pogadankę. No i oczywiście punkty. A na dodatek, żeby nie stracić zaufania w kręgu rodzin, które popierały Voldemorta musiałem być niesprawiedliwy. Musiałem faworyzować niektórych nieudaczników, a gnębić inne domy niż mój. A jeszcze Albus kazał mi sprawić, żeby dzieciak mnie nienawidził. "tak będzie ci łatwiej kłamać Tomowi"- mówił. A potem kazał mi go uczyć oklumencji. Przez co zaczęliśmy do się do siebie zbliżać. To było niepokojące. Zwłaszcza, że dzieciak nigdy nie nauczył się chronić swojego umysłu. Potem Harry przychodził do mnie pomilczeć, a po jakimś czasie nawet zaczął mnie kokietować, co było na swój sposób urocze. Potem była walka o Hogwart. I znów spędzałem z nim dużo czasu, obaj leżeliśmy w skrzydle szpitalnym. Ciągle szukaliśmy swoich spojrzeń, przelotnych dotyków. Ale był moim uczniem, nie pozwalałem mu nawet na pocałunki. Nie chciałem iść do Azkabanu, a on musiał skończyć szkołę. W końcu zostanie aurorem. Marzył o tym od kiedy dowiedział się, że ten kundel Black nim był. W dzień zakończenia szkoły razem z przyjaciółmi poszedł do Hogsmade. Tam spili się niemiłosiernie. Po powrocie Harry przyszedł do mnie i nie pozwolił sobie przerwać. Zaczęliśmy się całować, ściągał z nas ubranie...
- Te szczegóły możemy ominąć.- lekko wytrąciła mnie z rytmu. Zapomniałem, że jej się zwierzam, a nie tylko wspominam.
- Od kiedy zaczęliśmy sypiać razem, on się ode mnie oddalał. „Nie chce, by ktoś cie skrzywdził." Ta jasne, jak mnie już nie chciał, to mógł mi to powiedzieć, a nie... Wiesz pewnego dnia wróciłem do naszych komnat, a jego nie było. Jego rzeczy też nie. Nie zostawił nawet listu, nic żadnej informacji. Nawet głupiego „fajnie było cie przelecieć". Nic. Po prostu nic. Jedno wielkie nic. Jakoś się z tym uporałem, uczyłem szkodniki, chodziłem na posiłki. Cóż wielkiego apetytu nigdy nie miałem, ale jadłem. A potem ten wypad do piekiełka, wiadomość o ciąży, coś tam o ciśnieniu, wyniszczeniu i takie tam bzdury. Jednak pozwolił mi wrócić do Hogwartu, miejsca które traktowałem jak dom.- tu mój głos się załamał, musiałem wziąć kilka oddechów, żeby się uspokoić. Dee nic nie zrobiła, nie ruszyła się, czekała aż sam się z tym uporam. Byłem jej za to wdzięczny. dzięki temu nie czułem się, aż tak bezsilny.- Potem wszyscy moi dawni znajomi zaczęli się ode mnie odwracać, zaczęli mnie unikać, szeptać za moimi plecami. Czułem się z tym źle. Cholera przez Potter stałem się miękki. Dawniej nie obeszło by mnie to w ogóle, a dziś zabolało jak diabli. Zabolało kiedy Poppy powiedziała, że skrzywdziłem Harry'ego, dlatego uciekł. Dlatego, mimo ich zaproszeń nie przyjeżdżał. Że to ja jestem powodem, jego niepowodzeń na kursie aurorskim. Nawet nie wiedziałem że tam jest... nic...
Dalej były tylko łzy, znowu ryczałem. Choć można to też nazwać MALUTKĄ histerią. Przecież ja tylko trochę szlochałem, przestałem panować nad magią, i takie tam. Na szczęście Dee zachowała zimną krew. I dała mi w pysk. Nawet było przyjemnie. Pozwoliło się skupić na tym, co jest teraz, a nie użalać nad tym co było. Tylko chyba powinienem jej wyremontować kuchnie. Potem zaprowadziła mnie do pokoju gościnnego i kazała spać.
- Nawet nie protestuj, Sev. Dość masz na dziś wrażeń, teraz i ty i dziecko powinniście odpocząć. Więc grzecznie zamknij oczy i spać. Zbudzę cię na kolacje.
- Dziękuje.
- Śpij. Jeszcze będziemy mieli czas na rozmowy.
To powiedziawszy wyszła, a ja leżałem spokojnie. Ostatni raz tak bezpiecznie czułem się przed odejściem Harry'ego. Z moich oczu znów poleciały łzy, ale nie bolało już tak mocno. Niedługo potem spałem spokojnie.
