TREŚĆ TEGO ROZDZIAŁU MOŻE ZOSTAĆ W KAŻDEJ CHWILI ZUPEŁNIE ZMIENIONA NA NOWĄ WERSJĘ

Wilgoć, mokro…
Obudził mnie liść, który upadł na moją twarz, niesiony nagłym porywem jesiennego wiatru. Ledwo otwierając oczy, uniosłam się na łokciu i prawie natychmiast poczułam potworny ból na całej prawej stronie mojego ciała, bo spałam akurat na tym boku. Gorsza była jednak wilgoć, która przeniknęła z mokrych liści na część ubrania i teraz tkwiła tam w postaci ciemnej plamy na dzwonach i czarnej kurtce, a tu i ówdzie podoklejały się zeschłe liście i inne elementy leśnego poszycia.
Wstałam z cichym jękiem i zaczęłam się rozglądać. Zauważyłam, że drzewo pod którym spałam to młoda brzózka i że jest na tej polanie ich pełno, choć rosły w pewnej odległości od siebie. Niebo nad ich koronami miało szary, przygnębiający kolor, toczyły się po nim ołowiane, deszczowe chmury. Gdzieś spomiędzy ich pni i gałęzi majaczyła kamienna, wiejska droga, którą tu przyszłam. Powlekłam się w jej kierunku i po chwili stałam już na skraju wioski, która wyglądała naprawdę porządnie, więc ruszyłam wyłożoną kamieniami drogą, z zamiarem kupienia czegoś do jedzenia. Miałam cichą nadzieję, że nie wyglądam jak rasowy menel.
Nagle spostrzegłam coś, czego na pewno nie widziałam w nocy: przystanek autobusowy.
Zapomniałam kompletnie o jedzeniu, ruszyłam natomiast w stronę tabliczki z rozkładem jazdy. Na kartce widniała nazwa Shakespeare Settlement − tak nazywało się moje osiedle.
A więc z tej wioski jest połączenie do mojego osiedla, to dobrze. Już się bałam, że będę musiała pokonywać trasę z dzisiejszej nocy jeszcze raz, co byłoby niewątpliwie trudne, bo kompletnie jej nie pamiętałam. Zerknęłam na zegarek, była za pięć dwunasta, a autobus do mojego osiedla odjeżdżał o dwunastej piętnaście. Stanęłam więc pod jednym z drzew, czekając i rozmyślając nad tym wszystkim.
To, co się dzisiaj wydarzyło, przewróciło moje życie o kilka stopni. Rodzice będą musieli mi dużo wyjaśnić! Najpierw ukrywają przede mną jakieś listy, w dodatku zaadresowane do mnie, potem każą uciekać przed jakimiś wariatami… Już nie wspomnę o tych dziwnych przeprowadzkach z przeszłości. Wieczne sekrety, wciąż niewyjaśniane…
Chwileczkę! Przecież tata powiedział do mnie, że z tymi ludźmi da się dogadać, ale dlaczego kazali mi uciekać? Tata pytał mamy, czy ważniejsza jest praca, czy życie, ale wtedy nie wiedział, że słucham…
I nagle uformowała się w mojej głowie straszliwa myśl, burząca wszelki spokój. A może tata powiedział tak specjalnie, by mnie uchronić, choć wiedział, że jest w niebezpieczeństwie, a ja, jak ta głupia, poleciałam do lasu?
Uderzyłam się w czoło, przerażona do ostatnich granic, i zaklęłam. Jak mogłam być taka głupia?! Jak mogłam wierzyć w to kłamstwo, dać się nabrać na taki kit? Przecież ci ludzie muszą być naprawdę niebezpieczni! Pozostało mi teraz jedynie czekać biernie na pojazd i mieć nadzieję, że rodzice sobie poradzili. Na myśl o ich śmierci przeszły mnie ciarki.
Tymczasem na przystanku zaczęli się gromadzić ludzie. Niedaleko mnie stał jakiś łysy dziadziuś ze staroświecką siatką w ręku, trochę dalej dwie kobiety, jedna miała około czterdziestki, druga była gdzieś po sześćdziesiątce. Stała jeszcze tu starowinka z chustą na głowie. Wszyscy stali w pewnej odległości od siebie, prócz tych dwóch kobiet, które rozmawiały z przejęciem, a w ciszy, która tu panowała, słychać było każde słowo:
− No i wtedy, no wiesz, powiedział mi, że nie spełniam warunków i tak dalej… Mam nadzieję, że nie wie jeszcze o tym dyplomie z sześćdziesiątego piątego, straciłabym moją ostatnią broń… No i co ty myślisz, Eleanor?
− Hmm, myślę, że powinnaś rzucić ten etat, bo sobie zaszkodzisz, Marie… O, twój autobus!
Podjechał pojazd, niestety, nie ten, na który czekałam. Pani pod sześćdziesiątkę i starowinka wsiadły do niego, a kilka osób wysiadło i natychmiast ruszyło w stronę wsi. Na przystanku zostałam tylko ja, dziadek ze staroświecką torbą i Eleanor. Zaległo milczenie, a staruszek po kilkunastu sekundach wyciągnął z siatki gazetę i zaczął czegoś szukać po kieszeniach, zapewne okularów.
− O! − zagadnęła przyjaźnie kobieta o imieniu Eleanor. − Ma pan dzisiejszą gazetę?
− Ano tak… − Dziadziuś uśmiechnął się, jakby był wdzięczny, że ktoś coś do niego nareszcie powiedział. − Może pani poczytać mi na głos? Okulary chyba zostawiłem w domu…
− Oczywiście, dopiero co wracam z mojej pracy, jeszcze nie zdążyłam kupić, też chętnie zerknę…
Podeszła do dziadka i wspólnie uchwycili zbiór szarego papieru, komentując poszczególne artykuły
− Hmm, uważam, że podniesienie pensji pracownikom supermarketów to doskonały pomysł, a pan jak myśli? Nareszcie się zmotywują do konstruktywnego działania…
− Droga pani, kto chodzi w dzisiejszych czasach do tych wielgachnych sklepów? Chyba tylko jakieś snoby…
− Ma pan trochę racji, osobiście wolę małe, staroświeckie sklepiki… A co pan sądzi o tym sportowcu, Carterze? Mógł lepiej pobiec na tym maratonie, cud, że zajął to trzecie miejsce…
− Przykro mi, droga pani, ale ja nie interesuję się sportem… Och, co za katastrofa, niech pani spojrzy…
Oboje zawiesili wzrok na jakimś artykule, dziadek z mocno zmrużonymi oczami.
− Och, co za tragedia… − mruknęła Eleanor. − Cała rodzina… To był wypadek, tak?
− Wydaje się, że nie… − westchnął dziadek. – Tu jest napisane, że… eee… Policja twierdzi ponoć, że to było celowe podpalenie, ale nie wiadomo, kto to zrobił. Dobrze widzę?... Biedna rodzina, mieszkała na takim porządnym osiedlu, Shakespeare Settlement, tam się nigdy nie zdarzały takie wypadki…
Eleanor zaczęła czytać artykuł na głos:
− „Dom spłonął doszczętnie dopiero po czwartej rano, dokładna godzina podpalenia nie jest znana…". Dobrze, że ktoś tam się obudził i zawiadomił straż, bo mogłoby się skończyć na kilku domach, nie tylko jednym. I co, wygrzebali już truchła tych biednych ludzi?
− Ponoć tak… A więc dziś w nocy, kiedy ja wylegiwałem się, ktoś tak potwornie cierpiał… Ironia losu… Stary człowiek żyje, młodzi odchodzą, oj tak…
Posmutniałam. To okropne, kiedy ktoś niewinny umiera w tak straszliwy sposób. I gdzie tu sprawiedliwość?
− Niech pani przeczyta mi ten podpis pod zdjęciem, za mały druk dla mnie…
− „Pan Kinnley, najbliższy sąsiad, pokazuje ruiny domu".
Zdrętwiałam. Kinnley mieszkał obok nas. Czyżby wspomnianą rodziną byli mieszkający w następnym domostwie Lovejoyowie? A może…
− „Mówi naszym dziennikarzom: Bardzo ich lubiłem, byli moimi przyjaciółmi, chociaż mieszkali tu krótko, zapraszaliśmy się na grilla, pożyczaliśmy sobie wiele rzeczy… Nie mogę uwierzyć, że Brownowie i ich adoptowana córka już nigdy nie zjedzą ze mną pieczonej kiełbasy…. Odnalezione zostały jak do tej pory dwa ciała dorosłych ludzi, trzecie, należące do ich córki, bez większego powodzenia jest nadal poszukiwane. Policja podjęła już odpowiednie kroki w celu odnalezienia zabójców Brownów". Co za okropności wypisują w tych gazetach…
Dziadek i Eleanor zajęli się dyskusją na ten temat, ale nie mogli wiedzieć, co dzieje się ze mną, jaki ciężar formuje się właśnie w moim wnętrzu, jak osuwam się w otchłań chłodnego niedowierzania, wisząc zaledwie na włosku nadziei, że to co usłyszałam to nieprawda… Tak, to nieprawda, w naszym domu był czujnik antypożarowy, straż przyjechałaby natychmiast…
− Chwileczkę! − powiedziałam głośno, a tamci się odwrócili w moją stronę. − Przepraszam, że podsłuchałam rozmowę, ale słyszałam że na Shakespeare Settlement w każdym domu jest specjalny czujnik i gdyby wybuchł pożar, straż przyjechałaby natychmiast…
− Jak panienka nie wierzy, może panienka sama zerknąć na zdjęcie tej ruiny, to nie może być sztuczne… − mruknął smutno dziadek, a ja podeszłam do trzymanej gazety. Na zdjęciu zobaczyłam dymiące, zwęglone ruiny ładnego domku, obok tkwił kikut czegoś, co kiedyś musiało być pięknym, dorodnym orzechem włoskim… Zauważyłam mój ukochany basen, szopkę na narzędzia taty, żółtą, spaloną trawę w miejscu, gdzie kiedyś mama zasadziła tak długo wyczekiwane wilce…
Ten obrazek spowodował, że to wreszcie do mnie dotarło. Cały ciężar świata runął na mnie, zalewając falą nieznanej dotąd straszliwej głębi rozpaczy, chęci zemsty. Przed oczami zrobiło mi się czarno. Moi rodzice nie żyją, nie żyją… Jestem sierotą, to niemożliwe…
Zaczęłam płakać, tak, jak jeszcze nigdy dotąd, nie zważając na towarzystwo, na nic. Ciszę rozdarł mój jęk rozpaczy, po policzkach popłynął strumyczek łez.
− Spokojnie − zaczęła mnie pocieszać zakłopotana Eleanor.- Teraz na pewno są już w lepszym miejscu, wszyscy troje… Znałaś ich, dziecko?
− Taaak! – załkałam.
− Podjechał autobus, pani Eleanor, jest już dziesięć po − mruknął zmieszany dziadek.
Nie do końca wiedząc, co robię, wsiadłam za nimi do autobusu, kupując szybko bilet na całą trasę i starając się ukryć łzy. Usiadłam na samym końcu, podkulając nogi pod brodę i wpatrując się w szybę, pokrytą teraz obficie kroplami deszczu…
Zasnęłam, znużona wszystkim, co mi się przytrafiło, czując jedynie tępą pustkę.
− Proszę się obudzić, to już koniec! − Ktoś mnie szturchał, otworzyłam oczy.
Nade mną stał kierowca i z przerażeniem wpatrywał się w moją bladą twarz. Kiedy go minęłam, kierując kroki w stronę drzwi, mruknął coś o ciężkim problemie. Wysiadłam z autobusu, stwierdzając, że jestem na głównej ulicy jakiegoś gigantycznego miasta, a był nim Londyn. Rozpacz pulsowała we mnie, nie widziałam już sensu w tej głupiej wyprawie, byłam głodna, zmarznięta i niepewna jutra. Gdzie mam teraz się udać? Dokąd zmierzać? Co robią ludzie, którzy nie mają domu? Co robią sieroty w moim wieku, jeśli raptownie straciły rodziców? Powinnam zgłosić się na policję?
Ruszyłam zatłoczoną, ruchliwą ulicą, nie bardzo wiedząc, gdzie idę. Szłam tak tą nieznaną trasą, nie widząc jej końca, wciąż przeżuwając na nowo tą samą rozpacz i trudne pytania. Wsiadłam do jakiegoś autobusu, znów kupując bilet do końca. Trasa miała ostatni przystanek gdzieś pod Londynem. Nie wiedziałam, czy dobrze robię, wydając ostatnie oszczędności na transport, ale bardzo chciałam dostać się na przedmieścia stolicy, tam na pewno będzie można coś zrobić, cokolwiek, może nawet poprosić o pomoc babcię, której zawsze się trochę bałam, mimo, że miała dobre serce…
Zachodziło słońce, gdy wylądowałam na przedmieściach Londynu, na jakiejś wsi, która wyglądała, w przeciwieństwie do tej z rana, na bardzo zaniedbaną. Zerknęłam na zegarek, dochodziła szósta. Jak we śnie, koszmarze na jawie, przejechałam dziś dość dużo i padałam już z nóg, a dodatku nie miałam pieniędzy na jedzenie. Głód ssał mnie niemiłosiernie, ale to nie było tak straszne, jak poczucie straty rodziców.
Co mam teraz robić?
Usiadłam na zwalonym drzewku i zaczęłam się zastanawiać nad dalszym rozwojem drogi. Postanowiłam przespać noc w lesie, a potem może dojdę jakoś na pieszo do mojej babci, bo nie mam kasy na transport. Może to nie jest aż tak daleko. Ale co z jedzeniem i piciem?
Łzy popłynęły po moim policzku, zanim zdążyłam je powstrzymać. Dlaczego ja? Dlaczego akurat po mnie przyszli? Dlaczego zależało im akurat na mojej rodzinie? Przez to, że mój ojciec był biznesmenem? Jakoś w to nie wierzyłam. Skoro chcieli mnie porwać i żądać okupu, to czemu podpalili nasz dom w jakimś chorym akcie okrucieństwa? A teraz mogę także narazić babcię! Może lepiej do niej nie iść?
Tak bardzo kochałam moich rodziców… Kto się teraz mną zaopiekuje, gdybym zdecydowała się nie narażać babci? A może powinnam iść do domu dziecka i ktoś mnie zaadoptuje? Adopcja… Z początku nie wiedziałam, co mnie zatrzymało przy ty słowie. „Brownowie i ich adoptowana córka…".
Kinnley chyba coś pomylił. Na pewno. Że niby ja byłam adoptowana? To niemożliwe, ale ciekawe, dlaczego tak powiedział… Był najlepszym przyjacielem moich rodziców, więc czemu gadał takie bzdury? Po co to zrobił?
Przyjaciołom powierza się najskrytsze sekrety, wiedziałam o tym, chociaż nigdy ich chyba nie miałam. Gdyby był jakimś losowym sąsiadem, mógłby coś mylić, kręcić, ale był ich przyjacielem. Czyżby wiedział coś, czego ja nie wiedziałam? No, skoro rodzice nic mi nie mówili o tych listach, to mogli mi też nie powiedzieć o mojej adopcji… Ale to niemożliwe! Przecież ja nie pamiętam, żebym miała innych rodziców!
Spróbowałam sięgnąć pamięcią do najwcześniejszego dzieciństwa. Nic. Nigdy nie pamiętałam nic z wczesnego dzieciństwa, co wydawało mi się zawsze dziwne, nienaturalne. Moje najwcześniejsze wspomnienie było związane z dostaniem rowerka na szóste urodziny.
Wyciągnęłam portfel z lewej kieszeni spodni, przyglądając się trzem małym, legitymacyjnym zdjęciom wewnątrz. Na widok zdjęć moich rodziców wezbrała we mnie rozpacz i łzy, ale nie po nie sięgnęłam do portfela, lecz po to trzecie. Wyjęłam je i przyjrzałam się dokładnie.
Miałam na nim cztery lata, było to moje najwcześniejsze zdjęcie, jakie posiadała moja rodzina. Ponieważ miałam na nim niemożliwie śmieszną, buńczuczną minę, lubiłam je nosić w portfelu i podśmiewywać się z niego w gorszych chwilach, skutecznie niwelowało smutek i zły humor. Mała, skrzywiona ja i te nielubiane kędzierzawe, rudo-czarne włoski… Czyżby było możliwe, że dał mi je ktoś obcy? Zawsze zastanawiałam się nad tą odmiennością…
Wybuchnęłam niepohamowanym płaczem, portfel sfrunął na martwe liście.
− Czy coś ci jest? − Usłyszałam ochrypły głos, gdzieś z naprzeciwka, i podniosłam głowę. Przede mną stał oparty o młode drzewko chłopak w jakichś łachmanach i przyglądał mi się z najwyższym zainteresowaniem.
− Nie! – warknęłam. − Potrzebuję spokoju!
− Hmm, wyglądasz raczej na zmęczoną, głodną i zziębniętą. Nie jesteś stąd…
I wyciągnął jabłko, wytarł o spodnie i smakowicie odgryzł. Wytrzeszczyłam oczy na widok jabłka, czując się tak pierwotnie głodna, że i tym chłopakiem bym nie pogardziła.
− Dokąd zmierzasz? − spytał po chwili namysłu.
− A co cię to obchodzi?
− Może naprawdę mógłbym ci pomóc? Wyglądasz na trzy ćwierci od śmierci, dziewczyno!
Zlustrowałam go wzrokiem. Był w nieoczywisty sposób uroczy i ładny, miał brązowe włosy i oczy, połatane, lecz czyste ubranie, na oko tyle lat, co ja. Podszedł i usiadł obok mnie na drzewku. Łzy popłynęły po moim bladym policzku, ale z najwyższą godnością odsunęłam się od niego.
− Powiedzmy, że nie mam już dachu nad głową − mruknęłam niechętnie, gdyż wwiercał się we mnie wzrokiem z ciekawością.
− Ojej, to chyba niezbyt dobrze… Ale możesz pójść do mnie na jakiś czas! − ucieszył się chłopak. − Moi rodzice chętnie ci pomogą, a w domu jest dużo miejsca.
− Ale ty… − Zmierzyłam wzrokiem jego łachmany, a on się zaśmiał, zauważając to:
− Nie jestem taki znowu biedny, nie przejmuj się! Idziemy? Twoja decyzja!
Zamyśliłam się. Do domu zaprasza mnie ewidentny biedak, z nie wiadomo jakimi zamiarami, ale ja jestem bardzo zdesperowana, oj tak… Już mi było wszystko jedno.
− Okej – mruknęłam niechętnie i podniosłam się , a on zrobił to samo i ruszył w głąb lasu.
− A nie do wioski? – spytałam z lekkim popłochem.
−Mieszkam w lesie. – Odwrócił się przez ramię na chwilę.
Nabrałam podejrzeń. Dobra, jakby co, to się obronię glanami…
− Dlaczego tak bardzo chcesz mi pomóc? – zagadnęłam po chwili.
− Bo widzę, że takiej pomocy potrzebujesz…
Liście szurały pod naszymi butami, gdy zagłębialiśmy się w las.
− Jak się nazywasz? – Gdy zadał to pytanie, poczułam, że już dawno powinno z którejś strony paść, ale jakoś tak nie wyszło… Dzisiaj wszystko było takie, że nie wychodziło.
− Meg Brown, a…
− Oto mój domek… − rzekł nagle, gdy zeszliśmy z kolejnej łagodnej skarpy…