Piętnaście minut. Dokładnie tyle czasu na unormowanie zachowania daje mi Molly Hooper. Jej głos, jednocześnie spodziewany i odrywający mnie od mojego zamyślenia, jest niczym chłodna stal skalpela penetrująca zewnętrzne powłoki ludzkiego ciała.
Zazwyczaj patolodzy nie działają jednak na żywych tkankach.
-To... Od dłuższego czasu nie widziałam twoich ataków. Wiesz, ostatni z nich miał miejsce jeszcze przed...
Chwilowe zawahanie. Doskonale wiem, co chcesz powiedzieć, Molly. Wykorzystaj swój głos.
-...pierwszym spotkaniem z Johnem-kończę jej zdanie wbrew własnej woli. Nie w pełni świadoma reakcja. Tym razem to ja wykonuję nacięcie.
Wszystko jest jednak dopiero przedsmakiem, preludium dla tej melodii. Melodia skalpela. Świadomość takiego zachowania sprawia, że czasami chciałbym zamilknąć. Nie ingerować w dalszą zawartość niedokończonych zdań, nie przeprowadzać głośnych analiz, nie zatracać się w wypowiadanych słowach, nie napędzać tej zabójczej machiny... nie rozcinać więcej ludzkiej skóry. Nie tworzyć drobnych, mało widocznych, ale niedających o sobie zapomnieć skaleczeń.
Gdybym tylko potrafił to powstrzymać.
No co jest, Holmes? Zaniemówiłeś z powodu kilku drobnych kuksańców?
Mały milczący skurwiel.
Znowu to czuję. To nadchodzi. Muszę mówić, aby nie powróciło całkowicie.
Muszę mówić.
-Przepraszam, Molly.
-Za co chcesz mnie przepraszać?
-Nie powinnaś tego widzieć. Znowu.
Hooper spogląda na mnie. Jej oczy emanują wewnętrznym spokojem. Widzę w nich zrozumienie, akceptację, świadomość sytuacji. Wybaczenie.
-On jest bardzo do ciebie podobny. Bardzo podobny, Sherlock. Zewnętrznie skryty ze swoimi uczuciami, wewnętrznie wrażliwy na ich wpływ...
-Skąd możesz wiedzieć, co czuję?
Brak odpowiedzi. Krótkie spojrzenia, sygnały prostych analiz. Obliczanie ilości drobnych, wirtualnych nacięć.
Mam nieodparte wrażenie, że ostrze łaskocze skórę mojej szyi, okrąża przestrzeń wokół jabłka Adama, niebezpiecznie zbliża się do okolic, których tkanki osłaniają naczynia krwionośne. Czekam na ostateczne pchnięcie.
-Postaraj się o niego. Dla jego dobra.
Skalpel odsuwa się gwałtownie od powierzchni naskórka. Melodia wewnątrz mojego umysłu zostaje przerwana w połowie brzmienia kolejnej dramatycznie przedłużonej nuty. Jestem zaskoczony. Wybawiony z objęć własnego szaleństwa.
-Masz rację. Jesteśmy podobni. A ja nie umiem dłużej tego ukrywać.
Podnoszę głowę, a świadomość nieuniknionego oświetla ciemność, w której do tej pory szukałem schronienia. Dopijam kawę, wstaję, odkładam kubek na czyste, uporządkowane biurko.
Kiedy dotykam już chłodnej klamki wyjściowych drzwi, odwracam się na pożegnanie w jej kierunku.
-Choć możesz mieć wrażenie, że jest inaczej, to zawsze liczyłaś się w tym wszystkim. Tak, zawsze mogłem liczyć na twoją pomoc. Ufać ci. Dopiero teraz to dostrzegłem... Dziękuję.
-Do widzenia, Sherlock.
-Do widzenia, Molly Hooper.
