Notka autora:

Serdeczne podziękowania dla mojej bety - Joreth, która użera się z każdym kolejny rozdziałem :)

Kolejne części postaram sie wrzucać w miarę regularnie. Przynajmniej raz na tydzień.

Zapraszam do czytania i komentowania. :)


Na następny dzień do niego i Ginny przyleciały sowy, od McGonagall. W jej liście było wezwanie na natychmiastową naradę w kwestii bezpieczeństwa szkoły. Jego list wyjawiał niepokój o losy dyrektora. Kobieta pisała mu, że zniknął. Jednak z jej tonu Harry jasno odczytał, że spodziewała się, że on nie żyje. Przez chwilę przypominając sobie Lily, Harry miał nadzieję, że to prawda. Ale potem uświadomił sobie, że to zraniłoby ją za bardzo. Podejrzewał, że bydlak zaszył się gdzieś i liże rany jakie zadała mu utrata magii. Rozumiał teraz całe jego absurdalne zachowanie, ale wciąż nie mógł wybaczyć jak potraktował kobietę, którą podobno obaj kochali.

Jako że Malfoy najwyraźniej jeszcze spał, zostawili mu notkę, że Ginny została wezwana do szkoły i że skontaktują się z nim później. Życzyli mu udanej imprezy i prosili , by nie zdemolował pokoju gdyby się nudził.

Harry chciał pognać z narzeczoną na zebranie i wyjaśnić wszystkim co się stało. Jednak musiałby zdradzić, że Snape jest gdzieś tam bezsilny, a to nawet w jego ocenie nie zabrzmiało zbyt rozsądnie. Posłał więc swoją kobietę do szkoły, tłumacząc, że cokolwiek by tam nie usłyszała, ma się tym nie przejmować, i że wszystko na pewno będzie dobrze. Przeklął się w myśli, że przez tego dupka, kolejny raz oszukuje bliskich. Musiał jednak wrócić sam do domu, zobaczyć czy Snape nie skrzywdził jego matki, bardziej niż dotychczas.

##

#

Przez następne kilka dni mężczyzna się jednak nie zjawił. Nie dał też znaku życia. Jego matka przeleżała ten czas w łóżku. Nie wychodziła. Mówiła, że źle się czuje. Wymiotowała i słaniała się na nogach. Odmawiała wszelkiego jedzenia i pomocy. Nie odzywała się też do Harrego.

Na szczęście Harry miał teraz przerwę w treningach. Nie wyobrażał sobie, że mógłby ją zostawić w takim stanie. Ale do końca stycznia jego drużyna quiditcha miała wolne, więc mógł się nią zająć bez wzbudzania sensacji.

Próbował w tym czasie wysyłać sowy do Severusa, ale nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Wymiana korespondencji z Mcgonagall utwierdziła go tylko w przekonaniu, że zaszył się gdzieś przed wzrokiem innych, bo nie odpisywał też na jej listy i nie pojawił się w pracy(tutaj zamiast słowa 'zaszył' można by użyć 'ukrył', zwrot 'zaszyć się przed czyimś wzrokiem niezbyt pasuje). Minerwa nie potrafiła go znaleźć. Jakby zapadł się pod ziemię. Po kilku dniach Harry zaczął się niepokoić, że być może stara kocica miała rację i Snape nie żyje. Harremu zasychało w ustach gdy zaczynał o tym myśleć. Nie dopuszczał nawet do siebie myśli, że pewnego dnia będzie musiał powiedzieć Lily, że on już nie wróci.

Kiedy chciał zapytać matki, gdzie Severus mógł się ukryć, dostrzegł, że kobieta schowała głowę pod kołdrę. Usiadł na jej łóżku, usłyszał szloch.

- Mamo, nie płacz. Musisz mi powiedzieć gdzie znaleźć Severusa. Nikt go nie widział od tego dnia gdy stąd wyszedł.

- Może być gdziekolwiek. – usłyszał cichy szept.

- Musimy go znaleźć. Ja, poszukam go z Syriuszem … ty zostaniesz tu ze Stworkiem.

- Poradzę sobie sama. – powiedziała wystawiając głowę spod kołdry. Oczy miała zapuchnięte, a powieki podkrążone.

- Mamo… - zaczął Harry znów. Pokręciła tylko głową by go uciszyć.

- Powiedz mu, jak go spotkasz, że ja nie chcę tej cholernej magii. Nie potrzebuję jej. Chcę żeby już wrócił. Powiedz.. proszę… - szepnęła i znów opadła na poduszki.

Harry westchnął ciężko i postanowił wykorzystać ostatnią rzecz jaka przyszła mu do głowy.

##

#

Lucjusz wrócił właśnie z ministerstwa. Zaczynało się robić gorąco, ponieważ ktoś z Proroka Codziennego odkrył drugiego pana Weasley'a. Nie miał pojęcia kiedy i kto mógł się tego doszukać, ale wiedział, że musi ukręcić sprawie łeb zanim to wyjdzie na światło dzienne.

Po świętach nie miał czasu zobaczyć się z Severusem, a ten nie odpisywał na jego pocztę. Zaczynało go to drażnić. Uznał, że pewnie zajął się jak trzeba tą swoją Lily… jak na osobę pozbawioną magii, wydawała mu się dość znośna. Nie mógł się nadziwić samemu sobie, że był w stanie polubić kogoś kto nie posługiwał się czarami. Ale chciał dać jej szansę. Wiedział ile ona znaczyła dla Snape'a i choć było to absurdalne i wydawało mu się brudne, nie chciał z tym walczyć. Gdzieś na dnie jego świadomości kołatała się myśl, że i tak by nie wygrał.

Postanowił dać przyjacielowi jeszcze kilka dni na zabawy erotyczne z nowo nabytą kobietą, ale potem Severus musi stanąć na nogi i pomóc mu kombinować. Sam nie da sobie rady, jeśli rozpęta się piekło prasowe w związku z przeklętymi bliźniakami. Wiedział od początku, że sprowadzanie tego pomylonego bachora na ten świat z powrotem przyniesie tylko kłopoty. Jak prasa się rozszaleje, to ani jemu, ani nawet Potterowi nie pomogą zasługi dla czarodziejskiego świata. Już widział te nagłówki: – Byli śmierciożercy wciągają Wybrańca w czarno-magiczne eksperymenty! Żywe trupy na Pokątnej! Mistrz Eliksirów bezwzględnym nekromantą… a po nitce do kłębka, w końcu dojdą też do niego. Lucjusz potrząsnął głową… nie. Narcyza nigdy nie może się dowiedzieć tej historii.

I wtedy przyleciała sowa od Pottera, z prośbą o spotkanie.

##

#

Był zmarznięty. Dom był nieogrzewany, a on nie miał cholernej magii, by coś na to zaradzić. Przypomniał sobie, jak matka kiedyś rozpalała tu ogień bez pomocy magii. Gdy ojciec był w pobliżu, nie chciała go denerwować. Wziął ze skrytki mugolskie pieniądze i wyszedł na dwór zmierzając w stronę jakiegoś sklepu, gdzie będzie mógł kupić cokolwiek co nadawałoby się na opał. Musiał też kupić alkohol. Zawartość jego barku, skurczy się szybko, bez pomocy magii. Tego był pewny.

Kolejne dni zlały się w jakąś rozedrganą, zamgloną masę. Budził się, tego był pewny, z parszywym bólem głowy. Nawet gdyby miał jakiekolwiek eliksiry, już dawno by się skończyły. Jedynym lekarstwem na pojawiającego się z rana kaca, była kolejna dawka alkoholu. Ona sprawiała, że dłonie przestawały mu drżeć. Sufit stawał się znów stałym punktem odniesienia i przestawał wirować. Kilka razy jego brzuch próbował się buntować i wyrzucić z siebie alkohol.

Ale nie po to był śmierciożercą tyle lat. O nie! Jakiś głupi, pusty żołądek nie będzie mu mówił co ma robić! Było mu zimno, wypił więc kolejną dawkę tego gorzkiego mugolskiego świństwa, które oni śmieli nazywać whisky. Już sam zapach odrzucał go, jakby stado myszy zeszczało się do szklanki. Ale dobrze wiedział, że gdy tylko zbawienne procenty rozejdą się po jego żyłach, będzie mu znów ciepło. Skrzywił się więc, próbując nie myśleć o tym, że zamiast magii wolałby stracić węch. I smak. I … to by było na tyle.

Lekki uśmiech wykwitł na jego wargach, gdy poczuł jak powieki robią się cięższe, a myśli odpływają gdzieś. Nie zastanawiał się nawet dokąd znikają. Było mu znów ciepło. Nie pamiętał, żeby mógł chcieć czegoś więcej. Nie chciał pamiętać.