Nigdy nie byłam osobą, która wymuszała w jakikolwiek sposób komentarze na czytelnikach, ale nie ukrywam, że nie jest to zbyt motywujące, kiedy jednemu rozdziałowi poświęca się co najmniej 10 godzin swojego życia, a w konsekwencji jakiś ślad po sobie zostawia tak mało osób, podczas gdy liczba czytelników oscyluje w okolicach tysiąca. Nie ukrywam, że był to jeden z powodów, dlaczego na ten rozdział trzeba było czekać tak długo. Został przetłumaczony już bardzo dawno temu, ale po prostu nie byłam w stanie się zebrać, by przeczytać go jeszcze kilka razy i wprowadzić wszelakie poprawki, bo nie wiedziałam, czy komuś tak naprawdę na tym zależy. Oczywiście są osoby, które komentują każdy chap i uwierzcie mi, jestem wam za to bardzo, bardzo wdzięczna, bo uśmiech pojawia się na mojej twarzy za każdym razem, kiedy je czytam. Nic nie daje mi większego kopa energii i motywacji do dalszej pracy niż wszystkie miłe słowa i wrażenia po przeczytaniu, które po sobie zostawiacie. Jesteście kochani. Jednak przykro mi jest, że jest was tak mało. Miło byłoby zarówno mi, jak i autorce tego opowiadania, która komentarze te czyta, jeśli więcej osób zdecydowałoby się je zostawiać, bo obie wkładamy nasze serca w to, co robimy. Dlatego naprawdę fajnie byłoby wiedzieć, że ktoś tam gdzieś tam to w jakiś sposób docenia. Napisanie zwykłego „dziękuję" albo „wow, ten rozdział był świetny" nie zajmuje wiele czasu, a znaczy bardzo wiele. Możecie to zrobić nawet nie posiadając konta. Wystarczy kliknąć na znajdujące się pod tekstem słowa „review this chapter".


TEN FF NIE JEST MOJEGO AUTORSTWA. JEGO AUTORKĄ JEST troublefollows1017.

Link do oryginału: fanfiction(kropka)net /s/6453369/1/Fridays_at_Noon

Link do profilu troublefollows1017: fanfiction(kropka)net /u/2118282/troublefollows1017

ZGODA na tłumaczenie: JEST.


piątek, 9 lipca, południe

Dotarłam do Eclipse, nim zaczęła się moja zmiana. Miałam nadzieję, że Rosalie będzie w dobrym humorze. Jasper zachęcił mnie, abym z nią porozmawiała i wytłumaczyła się z porażki, którą okazała się ta feralna randka. Mówił, że jego siostra to zrozumie, ale i tak miałam stracha przez cały tydzień. Jasper zagroził, że sam do niej zadzwoni, ale wybłagałam, by tego nie robił, bo Rosalie pewnie ukarałaby mnie za to, że go w to wmieszałam.

W lokalu było bardzo spokojnie, ale kiedy dotarłam do drzwi, usłyszałam dziwne głosy dochodzące z jej gabinetu. Szybko zorientowałam się, co to były za dźwięki.

- Tak! Właśnie tak! Boże, tak! – wykrzykiwała. – Tak, Emmett! Kurwa, tak! Właśnie tam, o, Boże!

- Rosie, uch!

Oddaliłam się, aby mnie nie przyłapano. Rosalie i Emmett – a to ciekawe. Jasper zawsze był pewien, że jego siostra nigdy sobie nikogo nie znajdzie, bo za dużo pracuje. Chyba już udało jej się pogodzić ze sobą te dwie rzeczy. Wyszłam na dwór i krążyłam tam przez dwadzieścia minut, na próżno usiłując wymazać z umysłu obrazy, które pojawiły się w mojej głowie, gdy usłyszałam ich jęki. Kiedy wróciłam do środka, Emmett był pierwszą osobą, którą zauważyłam. Na jego twarzy malował się wielki, mówiący „właśnie zaliczyłem" uśmiech.

- Hej, Bells.

- Em – odezwałam się, nie podnosząc głowy. Nie potrafiłabym spojrzeć mu w oczy. Zresztą miałam nadzieję, że zadowolił Rosalie, dzięki czemu może zechciałaby mnie wysłuchać.

Zapukałam do na wpół otwartych drzwi. Rosalie mnie zauważyła i machnęła, bym weszła do środka. Ku mojemu nieszczęściu, nie wyglądała na zbyt szczęśliwą. Wyglądała na niezwykle ogarniętą. Jej włosy były idealnie ułożone, a ona nie dawała po sobie poznać, że przed kilkoma minuty jej świat został wstrząśnięty przez delikatnego, pracującego w Eclipse wielkoluda.

- Mogłabym pomówić z tobą przez chwilę przed zmianą?

- Już mówisz, więc wydaje mi się, że tak – rzuciła.

Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam swój wywód.

- Nie mogę obsługiwać dzisiaj pana Masena, jeśli się tutaj zjawi, bo tydzień temu zaprosił mnie na randkę, myśląc, że interesuje mnie tylko przelotny seks, a to nieprawda, więc zostawiłam go w restauracji, przez co sytuacja może być naprawdę niezręczna, ale mimo to mam nadzieję, że z powodu tego, co się stało, nie odwoła dzisiejszej rezerwacji, a Jasper powiedział, że to zrozumiesz i nie każesz mi spotkać się z mężczyzną, który tak źle o mnie myślał i uważał, że odpłacę się seksem za kolację, chociaż to ja miałam za nią zapłacić, bo on nagrodził mnie zbyt hojnym napiwkiem, więc to jest trochę mylące, ale wszystko, co jest z nim związane, jest mylące, więc mnie to w sumie nie dziwi.

- Cholera, kobieto, oddychaj! – Rosalie patrzyła na mnie, jakby z mojej głowa wychodziła kolejna szyja.

- Przepraszam – mruknęłam.

- Potok słów? Zgubiłam się już na „nie mogę"... Potem miałam wrażenie, że słucham jednego z bohaterów jakiejś kreskówki. Ła, ła, ła. – Ruszała ręką jak pacynką, otwierając i zamykając palce, jakby to one wydawały dźwięki. – Znowu chodzi o Masena? Co piątek, Bello, tak łatwo cię przewidzieć. Nie obchodzi mnie, jaki masz problem. Jeśli chce, abyś to ty go obsługiwała, obsłużysz. Wydaje u nas kupę pieniędzy i wolę, żeby tak zostało.

- Ale...

- Żadnych „ale". Skończyłyśmy.

- Wiem o tobie i Emmecie – w odwecie te słowa wyszły z moich ust. Z chwilą, gdy zobaczyłam jej zaczerwienioną od złości twarz, od razu ich pożałowałam.

- Wiesz o mnie i Emmecie? – powtórzyła wyzywającym tonem.

- Wiem o was. Wiem, co robiliście za zamkniętymi drzwiami – pisnęłam.

Zaczęła się śmiać. – Próbujesz zaszantażować mnie, żebym nie zmusiła cię do pracy?

Sam fakt, że śmiała się ze mnie, sprawił, że to, o czym rozmawiałyśmy, wcale nie wyglądało jak szantaż.

- Komu o tym powiesz? Mojemu bratu? Innym kelnerom?

- Nikomu. Po prostu bardzo zależy mi na tym, żeby nie obsługiwać prywatnej sali, kiedy będzie w niej pan Masen. Błagam.

Rosalie przez moment o tym pomyślała, po czym wstała zza biurka. – Posłuchaj, co mam zamiar zrobić, Bello. Pominę fakt, że dałam ci tę pracę tylko i wyłącznie dlatego, że jesteś przyjaciółką mojego brata i on mnie o to prosił, chociaż nie miałaś żadnego doświadczenia. Zapomnę też o tym, że sprawiałaś mi kłopoty niejednokrotnie i przed chwilą próbowałaś mnie zaszantażować. Więc zamiast zwolnić cię w trybie natychmiastowym, udam, że ta rozmowa nigdy nie miała miejsca, a ty przygotujesz teraz prywatną salę i kiedy ci powiem, że będziesz ją obsługiwać, uśmiechniesz się i zrobisz to z przyjemnością. Rozumiesz?

Przytaknęłam i bez słowa opuściłam jej biuro. Już nigdy więcej nie spróbuję nikogo zaszantażować. Moje życie na przekór prawa zostało oficjalnie zakończone.

Gdy wybiło południe, nie musiała niczego mówić. Kiedy szłam, by sprawdzić zamówienie, wskazała na schody. Część mnie nie mogła uwierzyć, że przyszedł po tym, co wydarzyło się w zeszłym tygodniu. Kolejna część wiedziała, że zrobił to tylko po to, by mnie gnębić. Ruszyłam na górę niczym więzień skazany na śmierć na krześle elektrycznym, który wykonywał spacer śmierci. Starałam skupić się na faktach. On nie miał nade mną kontroli. Był frajerem, na którego się nadziałam. To on powinien się denerwować, nie ja.

Otworzyłam drzwi i byłam zaskoczona widokiem blond seksbomby, która prawie siedziała na jego kolanach, śmiejąc się i mierzwiąc palcami włosy tuż nad jego uchem.

Co, u licha?

- Nie ma mowy, żeby czas spędzony z tobą podczas lunchu mi wystarczył – wymruczała, dotykając jego warg swoimi pomalowanymi paznokciami.

Figlarnie przygryzł jej palec zębami, a ona radośnie zachichotała, odsuwając rękę.

- Jedną z zalet bycia własnym szefem jest to, że sam ustalam sobie, jak długą chcę mieć przerwę na lunch.

Choć chciało mi się wymiotować, chrząknęłam, aby zwrócić na siebie ich uwagę. – Witam w Eclipse. Mam na imię Isabella. Czy mogę przynieść państwu coś do picia, nim przejdę do omawiania dań dnia?

Blondynka wróciła na swoje miejsce, a Edward zwrócił na mnie swoje chłodne spojrzenie. Dziś jego oczy były ciemne, ciemne i zmęczone. Miał na sobie ciemnogranatowy garnitur i wyglądał jak zawsze przystojnie, jednak widziałam pod jego oczami zarys cieni. Nie rozumiałam, dlaczego ciekawił mnie powód jego zmęczenia, skoro szaleńczo go nienawidziłam. On ponownie skupił swoją uwagę na towarzyszącej mu podczas lunchu ladacznicy. To znaczy, na swojej towarzyszce.

- Co chcesz, kotku? Może zamówimy szampana?

- Och, uwielbiam szampana! – zagruchała.

- Mogłabyś nam jakiegoś polecić, Isabello? Cena oczywiście nie gra roli – obniósł się arogancko.

- Mamy Bollingera z 1988 roku, który jest bardzo smaczny – zasugerowałam, z przyjemnością podwyższając kwotę, jaką przyjdzie mu u nas zapłacić. Im więcej wyda na swoją lunchową zdzirę, to znaczy, towarzyszkę, tym lepiej dla mnie.

- Świetnie. Zatem o niego prosimy. I o całą paletę kawiorów. Lauren wprost przepada za drogim kawiorem, a wiem, że w Eclipse to jedna z popisowych potraw.

- Oczywiście – przytaknęłam grzecznie. Nie chciałam pokazać mu, że ta popieprzona sytuacja miała dla mnie znaczenie.

Zamknęłam za sobą drzwi, jednak wciąż musiałam znosić wysłuchiwanie Lauren, jego lunchowej dziewuchy, to znaczy, towarzyszki, która chichotała, kiedy schodziłam ze schodów.

Wzięłam od Erica butelkę szampana i złożyłam zamówienie na kawior. Już zgarnął rachunek na ponad dwa tysiące, choć danie główne nie zostało jeszcze zamówione. Gdyby dał mi standardowy napiwek, teraz spoglądałabym na czterysta dolarów, lecz niewątpliwie mógłby mnie nie uhonorować wcale po tym, jak wykiwałam go w zeszłym tygodniu. Kiedy w grę wchodził Edward Masen, wszystko było możliwe.

Gdy wróciłam, ta dwójka pocierała się nawzajem nosami. Było to żenujące i niestosowne, ale nie obchodziło mnie, co on wyprawiał z tą małą lunchową dziwką, to znaczy, towarzyszką. To wcale nie miało dla mnie znaczenia.

Odkorkowałam butelkę, a Lauren zapiszczała, słysząc towarzyszący temu odgłos. Była niewiarygodna, lecz bez wątpienia atrakcyjna, jeśli komuś podobały się piękne, niebieskookie blondynki o perfekcyjnym ciele. Pewnie miała sztuczne cycki i brakowało jej wnętrza, Każdy znajdzie coś miłego dla siebie. Nalałam wina i wyszłam, aby odebrać kawior, nim złożą dalsze zamówienie.

- Wszystko w porządku? – zapytał Emmett, gdy opuszczałam kuchnię z obrzydliwą ikrą.

- Tak, dlaczego pytasz?

- Wyglądasz, jakbyś chciała zrobić komuś krzywdę.

- Nic mi nie jest – zaprotestowałam groźnie. – Nie chcę nikomu zrobić krzywdy. Czuję się dobrze. Czemu, do diabła, miałabym chcieć zrobić komuś krzywdę? Czuję się wyśmienicie.

- Spokojnie. Nic ci nie jest, zupełnie nic. Przepraszam, że w ogóle o to zapytałem – powiedział Emmett, unosząc ręce w akcie obrony.

Nic mi nie było do chwili, kiedy wkroczyłam do prywatnej sali, gdzie Edward i Lauren, jego lunchowa przybłęda, to znaczy, towarzyszka, pili szampana ze splecionymi rękoma.

Jaja sobie robił? Kto, do jasnej cholery, się tak zachowywał? Na pewno nie człowiek o zdrowych zmysłach.

Niezbyt delikatnie postawiłam kawior naprzeciw nich, wysypując trochę na biały obrus. Edward spojrzał na mnie, przekrzywiając swoją idealną brew. Jedyne, czego mi brakowało, to żeby spytał tak jak Emmett, czy wszystko ze mną w porządku. Sprowokowałam go do tego swoim spojrzeniem, ale on wolał nie otwierać swojej perfekcyjnej buźki.

Jesteście państwo gotowi, aby złożyć zamówienie, czy dać wam jeszcze minutkę? – starałam się zachować radosny i niewzruszony ton głosu.

Edward ponownie spojrzał na swoją lunchową lalunię, to znaczy, towarzyszkę. – Jesteśmy gotowi.

- Zawsze jestem gotowa, skarbie – zamruczała sugestywnie Lauren, wkładając rękę pod stół, gdzie złapała Edwarda za nogę.

- Tylko dla mnie, prawda? – odparł, gładząc kciukiem jej dolną wargę. Chyba przy tym doszła, bo ciężki jęk opuścił jej błyszczące, czerwone usta.

Robiło m się niedobrze.

- Co mogę podać? – niemalże ryknęłam.

Edward skupił swoją uwagę na mnie, a żałosny, łobuzerski uśmiech zagościł na jego twarzy.

- Weźmiemy na spółkę chef's collection, bo Lauren ma jutro sesję zdjęciową. Te modelki... Zawsze liczą każdą kalorię, chociaż i tak są zabójczo piękne. – Uniósł jej rękę i pocałował zewnętrzną stronę jej dłoni, wprawiając ją ponownie w chichot.

Zmusiłam się, by nie przewrócić oczyma dookoła głowy. – Super, za chwilę to państwu dostarczę.

Chciałam odejść, jednak on zawołał mnie po imieniu. – Isabello, mogłabyś przed wyjściem napełnić nasze kieliszki? – Uniósł swój pusty kieliszek w górę, potrząsając nim, jakby zachęcał w ten sposób psa do przyjścia.

Odwróciłam się z fałszywym uśmiechem na ustach i podeszłam do ich stolika. Od razu zrozumiałam, dlaczego mnie o to poprosił. Jego ręka bezwstydnie znajdowała się pod jej spódnicą. Nalałam szampana i dokonałam gwałtownego odwrotu.

Czy próbował mi przez to pokazać, jak kobiety zazwyczaj zachowują się w jego otoczeniu? Chciał, żebym uczyła się od Lauren, jego dziwki, to znaczy, towarzyszki? Od Lauren, która pozwoliła mu dojść do trzeciej bazy w prywatnej sali bardzo eleganckiej restauracji na oczach kelnerki? Może tylko starał się mnie wkurzyć. Nie udało mu się. Byłam twarda. Jak skała. Nie uda mu się zajść mi za skórę.

Przyniosłam im lunch i sprawdziłam, co robią, tylko raz. Nie umiałam przetrawić widoku karmiących się nawzajem dorosłych osób. Kiedy skończyli, powróciłam z rachunkiem, zastając Lauren, jego lunchową nierządnicę, to znaczy, towarzyszkę, kojąco nieobecną.

- Jedzenie smakowało? – spytałam go, chociaż ani trochę nie interesowało mnie, jak smakował jego lunch.

- Wszystko było wyśmienite – zachwalił.

- Upewnię się, żeby przekazać to szefowi kuchni – oznajmiłam, obracając się na pięcie do wyjścia. On mnie powstrzymał.

- Isabello, mogę prosić o przysługę?

Powoli się obróciłam w obawie, co takiego miałabym dla niego zrobić. – Oczywiście – odpowiedziałam mało entuzjastycznie.

- Jeśli Lauren nie wróci w ciągu minuty, mogłabyś pójść do toalety? Możesz mi wierzyć lub nie, ale istnieją na tym świecie kobiety, które mówią partnerom, że idą do łazienki, a w rzeczywistości uciekają bez słowa. – Ton jego głosu zmienił się z ostrożnego poprzez kontrolowany do mrocznego i uszczypliwego. – Lekceważą w ten sposób ich uczucia, nie wspominając już o stracie ich czasu. Nie martwią się o to, że ich towarzyszom mogło się coś stać, albo że czuli się upokorzeni, kiedy kelner wrócił z resztą pieniędzy za rachunek i z przeprosinami, bo pani poprosiła o pięć minut zwłoki, by mogła w tym czasie opuścić lokal. Przerażające, wiem, ale takie rzeczy mają miejsce.

Miał prawo być na mnie wściekły, ale ja byłam równie, jak nie bardziej, zniesmaczona jego zachowaniem.

- Wyszłam, bo jesteś świnią! – wykrzyczałam, wyładowując na nim swój gniew. – Wyszłam, bo nikt nigdy nie obraził mnie bardziej niż ty! Wydawało mi się, że byliśmy na prawdziwej pierwszej randce, ale szybko uświadomiłeś mi, że się myliłam i byłam naiwna.

- Czego ode mnie chcesz, Isabello? Myślałaś, że co by miało z tego wyjść? – spytał, wskazując między siebie i mnie.

- Nie wiem, co sobie myślałam, bo jesteś najbardziej irytującym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkałam!

- To samo mogę powiedzieć o tobie, mała! – krzyknął w odpowiedzi, wstając i obchodząc stół, zmierzając w moim kierunku.

Kiedy się zbliżył, zrobiłam krok w tył, kopiąc jedno z krzeseł, jednak złapałam je, zanim upadło na ziemię.

- Najwyraźniej masz rozdwojenie jaźni. Masz wahania nastrojów jak nastolatka, której buzują hormony. W jednej chwili jesteś uroczy i w dobrym humorze, a w następnej stajesz się całkowicie inną osobą, tym przebrzydłym, niewychowanym, aroganckim... potworem! – oskarżyłam go.

- No to czemu zgodziłaś się ze mną umówić, skoro jestem taki podły? – zapytał, nadal mając nade mną przewagę.

- Nie wiem. Może myślałam, że ten miły gość to prawdziwy „ty", a ten zły był tylko przykrywką, żeby odstraszać ludzi. Ale nie martw się, jasno dałeś mi do zrozumienia, że to miłe wcielenie to tylko gra, abyś mógł zdobyć to, czego chcesz. Brzydzę się tobą.

Za każdym razem, gdy się do mnie zbliżał, stawiałam krok w tył. Moje ciało drżało, ale ja czułam się dobrze, krzycząc na niego i mówiąc mu, co o nim myślę.

- Za kogo ty się uważasz? – gorączkował się. – Nikt tak do mnie nie mówi. Nikt mnie w ten sposób nie wystawia. Większość kobiet od razu by tego pożałowała, wstawiając kogoś takiego jak ja.

- Niczego nie żałuję – zapewniłam. – Nie wiem, co sobie o mnie myślałeś, ale nie interesuje mnie bycie z kimś dla pieniędzy czy wyszukanych ubrań. To nie jest dla mnie tak ważne jak ludzka osobowość. Pana pieniądze i bogactwo mi nie imponują, panie Masen.

- Co w takim razie ci imponuje, Isabello? Co? Oświeć mnie – zachęcał.

- Nie ty – odparłam pewnie. – Z zewnątrz możesz być piękny, ale twoje wnętrze jest poważnie wybrakowane. Mi imponuje życzliwość i przyzwoitość, pokora i dobro. To, że chciałeś zaciągnąć mnie do łóżka przez danie nadzwyczaj dużego napiwku było okropnie obraźliwe... Nawet nie potrafię ci powiedzieć jak bardzo! Nie jestem jak twoja przyjaciółka, którą tu dzisiaj zaciągnąłeś. Nie przyjmuję szampana i kawioru w zamian za pozwolenie na wślizgnięcie ręki pod moją spódnicę. Jeśli ona jest typem kobiety, która gra, jak jej zagrasz, nie powinieneś był zapraszać mnie na randkę, bo nawet gdybym się starała, nigdy nie zachowywałabym się tak jak ona.

Próbowałam zachować spokój, by nie pęknąć i nie rozpłakać się jak idiotka, jednak stawało się to coraz cięższe. Bycie osądzoną jako dziwka właśnie do tego doprowadzało. Dwukrotnie okrążyliśmy stół, a on wciąż poruszał się w moim kierunku.

- Jesteś anomalią, właśnie tak. Nie przypominasz nikogo, kogo znam – stwierdził, zaskakując mnie niesłychanie. – A może myślałem, że nie jesteś jak każda kobieta, jak Lauren, która łasząc się, próbowała wpakować się z butami w moje życie dzięki rozchyleniu przede mną swoich nóg, sądząc, że właśnie tego chcę? Może miałem nadzieję, że jesteś kobietą, która pomoże mi być facetem, który nie potrzebuje przybierać maski? Może postąpiłem tak a nie inaczej, bo musiałem się upewnić?

Nie tego się spodziewałam, ani trochę.

- Przestań przede mą uciekać, do jasnej cholery! – Odsunął krzesło i przewrócił je na podłogę, blokując mi drogę, którą bym przemierzyła, gdybyśmy kontynuowali. To było jednak bez znaczenia, bo natychmiast się zatrzymałam. Śmiertelnie mnie przeraził.

Edward stał centralnie naprzeciw mnie, a moje ciało śpiewało z radości z powodu naszej bliskości. Uczucie to było zarazem przerażające i ekscytujące. Uniósł rękę i dotknął nią mojego policzka. Zamknęłam oczy w odpowiedzi na jego delikatny dotyk, który był tak sprzeczny ze słowami, jakie wypowiedział jedynie sekundę wcześniej.

- Nie przepraszam. Nigdy – oświadczył bez skrupułów, choć jego oczy były przepełnione smutkiem, który widziałam w restauracji chwilę przed tym, jak powiedział mi, że niczego nie kocha. – Ale w zeszłym tygodniu nie miałem racji. Popełniłem błąd, przypuszczając najgorsze. Popełniłem błąd, traktując cię tak okrutnie. Za to jest mi przykro. Jesteś dobrą osobą, Isabello, a ja powinienem zostawić cię w spokoju, bo nie jestem pewien, jaki ja jestem.

W tym czaiła się odrobina wrażliwości, wychylająca się spośród sterty innych uczuć, które starał się zamaskować. Palcem pogładził mnie po policzku.

- Z drugiej strony nie wątpię, że jestem egoistyczną kreaturą. I chociaż wiem, że powinienem zostawić cię w spokoju, to wszystko, o czym myślałem od chwili, kiedy rzuciłaś te pieprzone pięciocentówki na moje biurko...

Naparł wargami na moje usta, trzymając moją twarz w dłoniach. Były takie miękkie, a on sam smakował jak jabłka z jego deseru. W tej krótkiej chwili poczułam, że wszystko znalazło się na właściwym miejscu. Nasza kłótnia wydawała się nieważna, jak i to że on był szaleńcem, który przyprowadził Lauren, swoją lunchową flądrę, to znaczy towarzyszkę, do Eclipse, wiedząc, że to ja będę jego kelnerką. Ważne było jedynie to, że uważał mnie za dobrą osobą i może, po prostu może, mogłabym pomóc także jemu stać się dobrym. Dodatkowo niesamowicie całował. Naprawdę, naprawdę niesamowicie.

Odsunął się i przycisnął swoje czoło do mojego. Oddychaliśmy nierówno.

- Przyjdź dzisiaj wieczorem do mojego domu na kolację. Bez żadnych pretensji. Bez żadnych oczekiwań na coś innego niż kolację i rozmowę. Daj mi jeszcze jedną szansę, by ci zaimponować, nawet jeśli wiem, że na to nie zasługuję.

Zamknęłam oczy i w myślach powiedziałam sobie „nie". Wcale nie miałam na to ochoty. W głowie nieustannie odmawiałam, mając nadzieję, że dzięki temu wypowiedzenie tych trzech liter stanie się łatwiejsze.

- Tak – wyszeptałam.

Nie te trzy litery planowałam powiedzieć.

- Mój kierowca przyjedzie po ciebie o szóstej – oznajmił, nawet nie pytając mnie o zgodę.

- Nie. – Tym razem moja odpowiedź była bardziej stanowcza. – Chcę sama do ciebie przyjechać, żebym mogła wyjść, kiedy tylko będę tego chciała. Obiecuję, że wcześniej cię o tym uprzedzę.

Zastanowił się nad tym, zwężając oczy.

- W porządku – ustąpił, oddalając się ode mnie o mały krok. Poczułam, że napięcie między nami ustało. – Wyślę ci mój adres SMSem. Bądź na miejscu o wpół do siódmej.

- Dobrze – zgodziłam się.

Lauren wróciła, wyglądając, jakby cały spędzony w łazience czas poświęciła na poprawianie makijażu i układanie włosów.

- Wszystko w porządku? – Przeniosła wzrok ze stojących zbyt blisko siebie mnie i Edwarda na krzesło, które leżało na podłodze, a potem znów na nas.

- Tak. Gotowa, żeby iść? – Edward bez problemu zlekceważył jej pytanie.

- Um, tak – odparła ostrożnie.

- Zaczekaj w samochodzie. Ureguluję rachunek, a potem powiem Brady'emu, żeby po podrzuceniu mnie do biura, odwiózł cię do domu - powiedział lekceważąco.

- Och, dobrze – mruknęła Lauren, która niewątpliwie była skołowana nagłą oschłością Edwarda. Wyszła z pomieszczenia, a mi prawie zrobiło się jej żal. Użył jej, żeby zrobić mi na złość. Zadziałało. A ja nie czułam się z tym zbyt dobrze.

Edward do mnie podszedł i wyciągnął zwitek pieniędzy, a dokładnie trzydzieści banknotów studolarowych. Wręczył mi pieniądze i pocałował raz jeszcze, pozbawiając mnie tchu.

- Reszta dla ciebie. Do zobaczenia wieczorem.

Wyszedł po tych słowach, zostawiając mnie z wartym osiemset dolarów napiwkiem, drugą randką i kupą wyjaśnień, jakie będę musiała złożyć współlokatorowi, który sądził, że wieczorem będziemy jeść pizzę i oglądać filmy.


Siedziałam na kanapie, po raz milionowy opuszkami palców muskając usta. Nie potrafiłam pojąć tego, co wydarzyło się w Eclipse. Mogłam jedynie stwierdzić, że byłam żałośnie oczarowania tym, co Edward Masen potrafił zrobić swoimi wargami i językiem. Mimo to przyrzekłam sobie, że będzie potrzebował czegoś więcej niż pocałunku, by mnie zdobyć. Musiał pokazać mi, ze stać go na coś więcej.

Mój telefon rozbrzmiał na blacie kuchennym. Zeskoczyłam z kanapy i go podniosłam, jak idiotka licząc na to, że to Edward. Numer rozmówcy pokazał mi, że był to jednak Jasper.

- Hej – odezwałam się nerwowo.

- Film przygodowy czy odstraszająca komedia dla nastolatków z dużą ilością nagości? Powiedz cycki, powiedz cycki, powiedz cycki – cicho skandował. Była to prośba, by wybrać jego wersję.

- Nie złość się.

Jasper westchnął do słuchawki. – Dobra, może być film przygodowy, ale poszukam takiego, który na tyle okładki będzie ostrzegał o posiadaniu przynajmniej jednej sceny seksu.

- Nie, nie złość się, bo nie mogę zjeść dzisiaj z tobą pizzy i oglądnąć filmu. – Zacisnęłam wargi świadoma, że zapyta mnie o powód.

- Czemu? Jakiś inny przerażający miliarder zaprosił cię dzisiaj na randkę?

- Nie, to ten sam przerażający miliarder, co w zeszłym tygodniu – przyznałam, chowając twarz w jednej z dłoni.

- Bello! Co ty wprawiasz? Zapomniałaś, co ci powiedział? Co zrobił?

- Nie zapomniałam, poza tym on za to przeprosił. A wydaje mi się, że nigdy nikogo nie przeprasza.

- Tak samo jak nigdy nikogo nie kocha? – Jasper uderzył poniżej pasa, przypominając mi o najstraszniejszym powodzie, dlaczego był to zły pomysł.

- Poprosił o drugą szansę. Kim ja jestem, żeby mu jej nie dać?

- Bello, podaj mi jedną wartą odkupienia cechę, jaką posiada ten koleś, która sprawia, że nie postrzegasz go za taką osobę, jaką jest? – mój przyjaciel i obrońca sapnął we frustracji.

Kolejny raz dotknęłam palcami ust, tańcząc nimi po skórze, której on dotknął. – Nie wiem. Po prostu mam takie przeczucie.

- Jak w ogóle udało mu się z tobą skontaktować? Myślałem, że wyjaśnisz Rosalie, że nie chcesz go więcej widzieć?

- Wyjaśniłam, ale dla niej to było bez znaczenia. – Doszłam do wniosku, że nie powiem mu o próbie szantażu, która się nie powiodła, bo wtedy musiałabym opowiedzieć mu też o tym, że jego siostra uprawiała seks w swoim biurze, a tego pewnością nie chciałby wiedzieć.

- Czemu nie zadzwoniłaś do mnie? Wtedy ja bym z nią porozmawiał.

- Jasper, nie możesz cały czas wszystkiego za mnie załatwiać.

- Nie lubię, kiedy nie walczysz o swoje, Bells. Pozwalasz Rose i Masenowi, żeby robili z tobą, co im się żywnie podoba. Przyrzeknij, że nie będziesz się już na to zgadzała, to wybaczę cię, że mnie wystawiłaś.

Opuściłam głowę na znajdujący się naprzeciw mnie blat. – Przyrzekam – odparłam bez większego przekonania.

- No to w takim razie wybieram American Pie. Niedługo wrócę. – Rozłączył się, a moje poczucie winy zmalało jedynie o ociupinkę.


Podjechałam pod bramę rezydencji Edwarda punktualnie. Ręcznie otworzyłam okno, bo automatyczny system otwierania nie został wynaleziony w 1953 roku, kiedy to moja furgonetka została skonstruowana. Ciekawa, kto odbierze słuchawkę, zadzwoniłam do domofonu.

- Słucham? – przemówił głęboki, gburowaty głos. Zdecydowanie nienależący do Edwarda.

- Przyjechałam, aby zobaczyć się z panem Masenem. Oczekuje mnie – oznajmiłam niepewnie. Nie lubiłam rozmawiać przez domofon. Nie lubiłam nie wiedzieć, do kogo mówię.

- Imię?

- Bella Swan.

- Isabella Swan? – upewniał się.

- Tak, to ja. – Pokręciłam głową. Zapomniałam, że Edward zwracał się do mnie per Isabello.

- Mogłaby pani pokazać do kamery znajdującej się po lewej stronie dokument, który potwierdziłby pani tożsamość?

- Oczywiście. – Zaczęłam przeszukiwać torebkę w poszukiwaniu portfela. Nie byłam wcześniej na randce, na której potrzebny był mi dowód. Wyciągnęłam więc swoje prawo jazdy i pokazałam je do kamery.

- Dziękuję. Proszę jechać ścieżką prowadzącą do głównego budynku i zaparkować na jednym z miejsc od strony wschodniej.

- Dobrze, dziękuję.

Brama otworzyła się automatycznie, a ja przez nią przejechałam. Od strony ulicy nie można było dostrzec domu, co wzbudziło moją ciekawość. Myślałam, że będzie wielki. Jaki szanujący się multimiliarder nie mieszkał w kolosalnej rezydencji? Oczywiście moja wyobraźnia nie okazała się wystarczająca. Miałam wrażenie, że przyjechałam do luksusowego hotelu. Z zewnątrz budynek był udekorowany kamieniem. Okrągłe balkony otoczone były kutymi, żelaznymi barierkami, tylko jeden z nich, ten nad głównym wejściem, był prostokątny. Z przodu znajdowały się rzeźbione krzewy, a wśród reszty otaczającej dom bujnej zieleni znajdowały się kwiaty jednoroczne i byliny. Na ścianach było tak wiele okien, że mogłam sobie jedynie wyobrazić, ile pomieszczeń wchodziło w skład budynku.

Zatrzasnęłam drzwi do furgonetki i stałam przed nią przez chwilę, oglądając dom. To nie był mój świat. Tyler otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz. Podeszłam do niego ostrożnie, bo nie byłam pewna, jak odebrał mój mały, zeszłotygodniowy wybryk w stylu Houdiniego. Podczas drogi powrotnej Edward pewnie nie był zbyt szczęśliwy, a wszyscy doskonale wiedzieliśmy, jak to jest, kiedy szef się dąsa.

- Cześć, Tyler – odezwałam się i pomachałam mu, podchodząc bliżej.

- Panno Swan – przywitał mnie, kiwając głową. – Pan Masen prowadzi bardzo ważną rozmowę telefoniczną w swoim biurze, ale pragnie, aby rozgościła się pani w pokoju rodzinnym. Moim zadaniem jest tam panią zaprowadzić.

- Dobrze – odpowiedziałam nerwowo. Ostatni rozmowa telefoniczna Edwarda trochę trwała i nie wpłynęła zbyt dobrze na dalszy tok naszej randki.

Przypomniałam sobie, że przyjechałam tu na własną rękę i będę mogła wyjść, kiedy mi się żywnie spodoba. Nikt nie zmusi mnie, bym tu została – z wyjątkiem jego wielkich ochroniarzy takich jak Tyler. On pewnie umiałby mnie do tego zmusić. To chore. Edward mnie nie porwie. Ludzie wiedzą, że tu jestem. Szukaliby mnie, gdybym zaginęła. To miejsce jest tak ogromne, że znalezienie mnie mogłoby im zająć kilka dni, ale prędzej czy później dopięliby swego.

- Tędy. – Tyler wskazał lewą stronę kiwnięciem głowy.

Wnętrze robiło jeszcze większe wrażenie. Wszystko było starannie zaprojektowane. Gdy szliśmy wzdłuż korytarza marmurowe podłogi zmieniały się w drewniane. Tyler poprowadził mnie do pokoju, który był udekorowany w odcieniach złota i brązowej czekolady. Przy tylnej ścianie stał kominek, a po jego obu stronach regały z książkami. Płaski telewizor rozmiarem dwukrotnie przewyższający telewizor Jaspera wisiał nad zapalonym kominkiem. Naprzeciwko regałów z książkami wisiały lustra, dzięki którym pokój wyglądał, jakby odbijał się w nieskończoność. Dwie kanapy w kształcie litery L zajmowały miejsce na środku pokoju wraz z obitym skórą stolikiem.

- Pan Masen niedługo skończy – oznajmił Tyler i zostawił mnie samą.

Miałam wrażenie, że nie mogłam niczego dotknąć. Samo siedzenie na kanapie wydawało mi się złe. Rozejrzałam się dookoła. Zdziwiłam się, gdy ujrzałam wielką kolekcję płyt CD, którą pokryta była cała ściana. Przestrzeń od podłogi do sufitu przeznaczona była na największą ilość muzyki, jaką dane było mi zobaczyć.

- Panno Swan. – Moje imię zostało wypowiedziane kobiecym głosem. Odwróciłam się i zobaczyłam starszą, ubraną na czarno kobietę. – Mam na imię Charlotte. Jestem kucharką i gospodynią pana Masena. Napijesz się czegoś, kochaniutka?

- Nie, dziękuję. – Nie byłam przyzwyczajona do służby, pracowników ochrony ani do domów, które wyglądają jak muzea. – Albo jednak poproszę o kieliszek białego wina. – Zmieniłam zdanie. Przydałoby mi się coś na rozluźnienie, oby tylko było bez koloru, bo gdybym coś tutaj wylała, Edward by mnie zabił.

- Pan Masen ma szeroki zasób win. Masz jakieś konkretne preferencje? Pinot Grigio? A może Chardonnay?

Oczywiście, musiał mieć szeroki zasób. Piwnica, w której trzyma wina, była pewnie większa od tej w Eclipse.

- Poproszę cokolwiek, co posmakuje także panu Masenowi.

- Pan Masen przepada za Riesling – odparła, czekając, aż zaaprobuję ten wybór.

- Może być. – Przytaknęłam, nie wiedząc, co to za wino. A zatem musiało ono być kosztowne i niesprzedawane hurtowo.

Charlotte się uśmiechnęła i powróciła do tajemniczego miejsca, z którego przybyła. Ciekawe, czy znajdowały się tu sekretne pasaże albo ściany, które obracały się i prowadziły do ukrytych pokoi. Oby nie. Gdyby jednak zechciał mnie porwać, Jasper potrzebowałby cholernie dużo czasu, żeby mnie znaleźć.

Podeszłam do stojącego po lewej stronie kominka regału, na którym stało kilka fotografii. Na jednym ze zdjęć był Edward z dziewczyną o krótkich, sterczących, czarnych włosach i zaraźliwym uśmiechu. Obejmował ją ramieniem, a ona trzymała swoje ręce wokół jego w talii. Na kolejnym Edward stał z prezydentem Stanów Zjednoczonych. Nie każdy ma na to szansę.

- Isabella. – Edward przestraszył mnie swoim melodycznym głosem.

- Cześć – obróciłam się, by go zobaczyć. Czułam się, jakbym zostałam przyłapana na podsłuchiwaniu.

Sądziłam, że skoro to normalne spotkanie w jego domu, obowiązującym strojem były dżinsy i schludny T-shirt, ale Edward miał na sobie garnitur, jego krawat był nieznacznie poluzowany, a górny guzik białej koszuli rozpięty.

- Zakładam, że nie miałaś żadnych problemów z dotarciem na miejsce?

Pokręciłam głową. – Nie, twoje wskazówki były świetne.

- Jedyną rzeczą, która nie jest świetna, jest ten antyczny pojazd stojący na zewnątrz, któremu według ciebie można zaufać na tyle, by się nim poruszać – zauważył, wskazując kciukiem przez ramię.

Próbowałam powstrzymać uśmiech. – Hej, nie obrażaj mojej furgonetki.

- Nie obrażam jej, ona zasługuje na to, żeby znaleźć się w muzeum, aby ludzie mogli podziwiać, czym jeździli ich pra, pra, pradziadkowie – zażartował, powoli się do mnie przybliżając.

- Nie mogę jedynie znieść myśli, że jeździsz nocą sama po dwupasmówkach w czymś, co może odmówić posłuszeństwa, jeśli ktoś krzywo na to spojrzy.

Jego troska byłaby miła, gdybym mogła skupić się na czymś innym niż tym, że właśnie stał przede mną, a jego zielone oczy przyspieszały bicie mojego serca. Pachniał drzewem sandałowym i szkocką.

- Może powinienem zatrzymać cię tu na cały weekend i powiedzieć Brady'emu, żeby w poniedziałek odwiózł cię razem ze mną do miasta – wyszeptał mi do ucha. Dreszcz przeszedł wzdłuż mojego kręgosłupa. Kiedy muskał wargami linię mojej szczęki, ten cały plan porwania nie wydawał się taki zły.

Uniósł wzrok i uwolnił palcem moją wargę, którą uwięziłam między zębami. – Nie rób tego.

Zanim zdążyłam mu powiedzieć, żeby nie był taki władczy, jego usta znalazły się na moich wargach, a jego język je rozdzielał. Czułam smak alkoholu, który pił przed przyjściem do mnie. Palcami mierzwił włosy na moim karku, delikatnie namawiając mnie na pogłębienie pocałunku.

Chociaż łatwo było dać się złapać w jego pułapkę, nie mogłam sobie na to pozwolić. Odepchnęłam go obiema rękoma. Zrobił krok w tył, posyłając mi niepohamowany uśmiech.

- Obiecałeś mi kolację i rozmowę. Zgodziłam się tylko na te dwie rzeczy – przypomniałam mu stanowczo.

- Skłamałbym, mówiąc, że nie myślałem o tym od dzisiejszego popołudnia – powiedział beznamiętnie, podchodząc do stolika, na którym stała kryształowa karafka i kilka kieliszków. Odetkał naczynie i napełnił jeden z nich. – Jeśli liczysz na przeprosiny, nie doczekasz się. Jak już mówiłem, ja nie przepraszam.

Nie przeprasza, ani nie kocha. Dzięki temu niekoniecznie podlega kryteriom idealnego mężczyzny, choć całuje cudownie. Rzeczywistość ściągnęła mnie na ziemię z chmurki, na której latałam po pocałunku.

- Co się stało? – spytał z troską w głosie. Patrzył na mnie uważnie, jakby próbował odciągnąć ode mnie wszystkie złe myśli.

Potrząsnęłam głową i na szczęście uniknęłam jego intensywnego spojrzenia, gdy Charlotte wkroczyła do pokoju z moim kieliszkiem wina.

- Dziękuję – powiedziałam, biorąc od niej kieliszek. Wzięłam szybki łyk, mając nadzieję, że trunek niedługo zadziała.

- Kolacja będzie gotowa na siódmą, tak jak pan sobie życzył – poinformowała Charlotte, ruszając w stronę drzwi.

- Dziękuję, Char – powiedział, nareszcie odrywając ode mnie wzrok.

Ponownie skupiłam uwagę na regale wypełnionym płytami.

- Masz tyle płyt… Ciekawa kombinacja. Widzę wśród nich muzykę klasyczną, rocka, motown, a nawet jazz. Chyba nie masz ulubionego gatunku?

- Moje preferencje muzyczne są zazwyczaj zależne od nastroju, a jak to elokwentnie ujęłaś podczas lunchu, zmienia się on dosyć często – powiedział, stając za moimi plecami.

Był panem „Rozdwojenie Jaźni". Niepokój, w kogo przemieni się dzisiaj, mnie nie opuszczał. Kiedy przyłożył rękę do moich pleców, walczyłam z chęcią ucieczki. W kółko powtarzałam sobie, że nie pozwolę, aby jego wygląd zaważył na moich decyzjach, jednak póki co żałośnie mu ulegałam. Był w dobrym nastroju, a ja nie chciałam tego psuć, ale nie potrafiłam myśleć racjonalnie, gdy mnie dotykał. Zrobiłam krok w bok, a on się już do mnie nie przybliżył. Wzięłam kolejny łyk wina, myśląc, że może trochę mnie to uspokoi.

- A co masz teraz w odtwarzaczu? – spytałam przez ramię.

Zaśmiał się z rozbawieniem. – Nie mam odtwarzacza. Każda z tych płyt została pobrana na komputer, który jest podłączony do głośników znajdujących się w całym domu.

Podszedł do kanapy i podniósł z niej ogromnego pilota, który wyglądał jak coś, czego mogłoby użyć NASA do wystrzelenia rakiet w kosmos. Po naciśnięciu kilku guzików w pomieszczeniu rozbrzmiała końcówka „Just the way you are" w wykonaniu Bruno Marsa.

- Chyba musiałem o tobie myśleć, zanim tu przyjechałaś. – Posłał mi szeroki uśmiech.

Chociaż nie chciałam, by ze mną pogrywał, byłam pod urokiem wszystkiego, co mówił. Byłam pewnie czerwona jak burak, więc potrząsnęłam głową, aby przestać myśleć o jego komentarzu.

- Nie wierzysz mi? – Przechylił głowę. – Nawet stworzyłem playlistę zatytułowaną „Isabella", aby uczcić w ten sposób naszą drugą randkę. Nie żartuję – zapewnił mnie, kiedy posłałam mu pełne zwątpienia spojrzenie.

Rozpoznałam następną piosenkę, było to „Be somebody" w wykonaniu Kings of Leon. Interesujący wybór jak na playlistę, która dotyczyła mnie. Edward odłożył gigantycznego pilota i podszedł do mnie. Pijąc wino ze swojego kieliszka, cały czas patrzył mi w oczy. Bity w piosence wydawały się wybijać ten sam rytm, co moje serce.

- Uwielbiam Kings of Leon – przyznałam, a moje nerwy wciąż górowały nad wrażeniem ciepła, jakie wywołało w moim organizmie wino.

- Znam ich, braci Followillów. Mogę cię im przedstawić – zaoferował, podchodząc coraz bliżej.

To oczywiste, że ich znał. Znał nawet prezydenta. Pewnie też wielu innych, bardzo popularnych ludzi. Stanął przede mną zadowolony z mojej reakcji, jaką wywoływał wraz z piosenką. Czy próbował mi w ten sposób coś przekazać? Czy może była to jego kolejna gierka?

Given a chance, I wanna be somebody. If for one dance, I wanna be somebody. Open the door, it's gonna make you love me.*

Nie kochał niczego, więc czemu miał sprawiać, że będą go kochać inni?

- Doceniam tę szansę, Isabello. Mam nadzieję, że mi wierzysz – wyznał cicho, zabierając ode mnie prawie już pusty kieliszek.

Postawił nasze kieliszki na końcu stołu, chwycił moją dłoń i przyciągnął mnie do siebie, jakbyśmy mieli zacząć tańczyć. Był to koszmarny pomysł. Zawsze mącił mi w głowie. Chciałam go znowu pocałować, choć powinnam chcieć czegoś zupełnie innego. Powinnam chcieć, aby udowodnił mi, że jest kimś więcej. Kimś więcej niż tylko ładną buźką, kimś, kto sprawia, że serce zaczyna mi szybciej bić, kimś więcej niż facetem, który tydzień temu powiedział mi, że chodzi mu tylko o seks.

Zaczął delikatnie kołysać nami na boki, a potem okręcił mnie dookoła.

- Co się dzieje? – spytał. Jego oczy były jasne i łagodne.

- Nic – odpowiedziałam, kręcąc głową.

Spojrzał na mnie chytrze. – Ciężko cię przejrzeć, Bello, ale widzę, kiedy się czegoś boisz. Co cię tak przeraża?

Zaśmiałam się przez nos. Co mnie nie przerażało? Tak zadane pytanie brzmiałoby o wiele lepiej.

- Ty – przyznałam, kiedy ponownie zaczął nami kołysać.

Piosenka leciała nadal, a on nie powiedział ani słowa. Wzrok skupiał wyłącznie na mnie. Musiał wiedzieć, że jest przerażający albo przynajmniej straszny.

- Nie chcę, żebyś się mnie bała – odpowiedział ze szczerością w głosie, tak melancholicznie, że przyprawiło mnie to o ból serca.

Wypuścił mnie z objęć i zrobił krok w tył. – Obiecałem ci kolację i rozmowę. Zatem powinniśmy zjeść.

Wyłączył muzykę i zaoferował mi ramię, by zaprowadzić mnie do jadalni, która była prawie tak wielka jak prywatna sala w Eclipse. Stół był w stanie zgromadzić przy sobie dziesięć osób, a przy ścianie naprzeciw drzwi znajdował się kominek. Nad cudownym stolikiem z drewna wiśniowego wisiał nisko bardzo nowoczesny, prostokątny żyrandol, a na jego środku stało wąskie pudełko wypełnione pączkami bladych róż. Ściany miały odcienie jasnych szarości, a sufit pokryty był kasetonami.

Edward wysunął krzesło, bym mogła usiąść, po czym sam zajął główne, znajdujące się obok mnie miejsce przy stole. W tej samej chwili do pomieszczenia weszła Charlotte i nalała nam do kieliszków wina. Następnie przyniosła sałatki, przez co czułam się, jakbym przebywała w eleganckiej restauracji.

- Miałem wyrzuty sumienia, że ostatnio nie zjadłaś kolacji w Il Bistro, więc poprosiłem Charlotte, aby przygotowała ravioli z grzybami. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko – zwrócił się do mnie Edward, gdy rozkładał serwetkę i kładł ją na kolana.

Nie mogłam uwierzyć, że pamiętał, co wtedy zamówiłam.

- Nie mam. – Chwyciłam swoją serwetkę, a potem kieliszek z winem. Stuknęliśmy się nimi chyba po to, abym się zrelaksowała. Taką miałam nadzieję.

- Po kolacji pokażę ci resztę domu. Resztę budynków zostawimy na inny dzień.

Zachłysnęłam się winem. – Resztę budynków?

- Basen, stajnię, dom gościnny i kino.

- Kino?

- Nie musze chodzić na filmy, to one przychodzą do mnie – wyjaśnił, brzmiąc niemal jak snob.

Jakież on wiódł dziwne życie. Nie umiałam wyobrazić sobie nadmiaru wszystkich rzeczy, jakie posiadał na co dzień. Nie wiem, co zrobiłabym z taką ilością pieniędzy.

Reszta kolacji minęła na zadawaniu mi pytań. Dzisiaj chciał wiedzieć, dlaczego zdecydowałam się na bycie nauczycielką. Pochlebiało mi, że chciał coś o mnie wiedzieć, ale przez to nie mogłam dowiedzieć się niczego o nim.

Charlotte nie tylko była lepszą kelnerką niż ja, ale także przewyższała moje zdolności w dziedzinie gotowania.

Jej ravioli z grzybami było zabójcze. Jedliśmy, póki nie czuliśmy się pełni, a potem Edward zaoferował, że oprowadzi mnie po domu. Na moment zatrzymałam się w jednej z czterech znajdujących się na parterze łazienek, gdzie wysłałam Jasperowi SMSa, w którym napisałam, że wszystko jest okej, a ja za chwilę odbędę osobiste zwiedzanie pałacu Masena.

- Kiedy tu przyszłaś, byłaś w salonie, do którego prowadził przedpokój. Widziałaś pokój rodzinny. Na końcu korytarza jest pokój zabaw i mój gabinet. A tam kuchnia – powiedział, okręcając mnie i korzystając z okazji, położył rękę na moich plecach. – Koło kuchni znajduje się winiarnia, a na drugim końcu domu jest sala balowa, z której korzystam podczas większych uroczystości, co nie dzieje się zbyt często.

Jego dom był niesamowity. Kominki, tony okien, piękne meble i urocze cuda architektury znajdowały się w każdym z pomieszczeń. W niektórych z pokoi Edward mówił o arcydziełach sztuki i tym, skąd one pochodzą. W pokoju zabaw miał wiele fajnych rzeczy. Graliśmy w Wii Tennis, grę w której całkiem poważnie skopał mi tyłek. Jednak warto było przegrać, żeby zobaczyć, jak się odpręża i zachowuje jak normalny facet.

- Ile tu jest sypialni? – spytałam, gdy szliśmy po schodach.

- Interesują cię moje sypialnie, co, panno Swan? – zapytał, unosząc brwi.

Moje policzki zapłonęły, a ja szturchnęłam go figlarnie. – Ten budynek jest wielkości hotelu. Nie potrafię sobie wyobrazić, ile może mieć pomieszczeń.

- Jest siedem sypialni i sześć łazienek. Siłownia jest na tym piętrze, a trzecie drzwi prowadzą do biblioteki i solarium. Są też pomieszczenia dla personelu.

- Rany, a co jest w piwnicy? - Tor do kręgli? Kryty basen dla profesjonalnych pływaków? Przerażający seks pokój z masą batów i kajdanek? – Mam nadzieję, że nie masz tam lochów ani komnat przeznaczonych do tortur – zażartowałam, starając przekonać samą siebie, że nie wszystkich miliarderów musi ciągnąć do BDSMu.

Edward spochmurniał i zatrzymał się gwałtownie na środku korytarza. Ręce miał zaciśnięte w pięści.

- Tu nie ma piwnicy – oznajmił cicho. Resztę drogi na górę pokonaliśmy nie odzywając się do siebie więcej niż jednym lub dwoma słowami.

To najbardziej nie dawało mi spokoju, niewiedza, co tak diametralnie zmieniło jego nastrój. Nie mogłam temu zapobiec, bo nie wiedziałam, w czym tkwił problem. Najpierw żartował sobie ze mnie, bo spytałam, ile ma sypialni, a potem złościł się i milczał. Nie mówiłam niczego, bo bałam się, że zaraz zacznie krzyczeć.

Gdybym nie wypiła trzech kieliszków wina, w tej chwili wskakiwałabym właśnie do swojej furgonetki. Nie pozbawialiśmy się złudzeń i nie wmawialiśmy mi, że właśnie takiego rodzaju relacji oczekiwałam.

Mój telefon zapipczał, sygnalizując, że dostałam wiadomość. Mimo to nie wyciągnęłam to, bo sprawdzanie teraz wiadomości wydawało mi się niegrzeczne. Niestety ignorowanie go sprawiło, że zapipczał ponownie.

- Sprawdź kto to, Isabello, żeby już nam więcej nie przeszkadzał – nakazał Edward, prawie wywołując tym u mnie śmiech. W czym ktoś nam tak naprawdę przeszkadzał?

Wyciągnęłam telefon i zobaczyłam, że dostałam jedną wiadomość od Jaspera.

Bill Gates ma w swojej rezydencji pokój-trampolinę. Masen ma go czym przebić?

Pokręciłam głową i wsunęłam telefon z powrotem do tylnej kieszeni. Edward i ja powróciliśmy do zwiedzania w milczeniu. Po dwóch minutach, mój telefon ponownie zapipczał. Edward westchnął z nieukrywaną frustracją.

- Czy ja cię przed czymś powstrzymuję? – jęknął głośno.

Raz jeszcze wyciągnęłam telefon. Miałam ochotę zabić Jaspera za posiadanie najgorszego na świecie wyczucia czasu.

Gates ma na ścianach telewizory plazmowe, które pokazują twoje ulubione dzieła sztuki, jeśli masz przy sobie odpowiedni mikrochip. Nie pozwól, aby Masen ci go zaaplikował. Przynajmniej nie na drugiej randce. ;)

Ktoś się nudził i spędzał zbyt wiele czasu na wyszukiwaniu w Internecie błahych informacji. Szybko odpisałam mu, żeby nie „przeszkadzał" mi podczas randki. Zatrzasnęłam telefon i schowałam go do kieszeni.

Edward patrzył na mnie i czekał, aż powiem mu, co ważnego się wydarzyło.

- To Jasper. Wyłączyłam telefon, żeby cię nie irytował – powiedziałam z naciskiem na „cię".

- Wysyłanie komuś smsów ze świadomością, że ta osoba ma randkę, jest niegrzeczne. Powinien nauczyć się jakichś manier – rzekł złośliwie Edward.

To mnie rozdrażniło. – Dla twojej informacji miałam spędzić z nim dzisiejszy wieczór, ale z tego zrezygnowałam, żeby móc tu przyjść. Jeśli ktoś powinien czuć się z tego powodu źle to właśnie ja. Jasper siedzi teraz w domu i sam radzi sobie z rozstaniem z dziewczyną, bo jego najlepsza przyjaciółka wystawiła go dla kolesia, przez którego tydzień temu wypłakiwała się w jego rękaw. – Edward spojrzał na mnie, był zaskoczony tym, do czego się przed chwilą przyznałam. – Stara się być śmieszny, bo pewnie się o mnie martwi. Pewnie nawet nie ma pojęcia, że przerywa tym naszą bardzo żywą rozmowę – kontynuowałam z przekąsem.

Edward potarł ręką swoją szczękę, przeszywając mnie przy tym wzrokiem. Wino zdecydowanie wzięło nade mną górę. Nie wiedziałam, skąd wziął się ten przypływ odwagi. Przygotowałam się na możliwość, że zaraz wybuchnie.

- Przepraszam – powiedział, idąc w stronę drzwi prowadzących na drugie piętro.

Mężczyzna, który nigdy nie przepraszał, zrobił to już dwa razy.

- Co takiego ci powiedział? – spytał przez ramię, gdy szliśmy po schodach. – Żeby być śmiesznym?

Postanowiłam mu odpowiedzieć, skoro próbował zagaić rozmowę. – Wiedziałeś, że Bill Gates ma w domu pokój-trampolinę?

- Nie – przyznał, kręcąc przecząco głową. Na jego ustach pojawił się uśmiech. – Co to, do cholery, jest ten pokój-trampolina?

Oboje się zaśmialiśmy, a napięcie między nami zmalało dziesięciokrotnie. Wzruszyłam ramionami, bo sama nie do końca wiedziałam, co to mogło oznaczać.

- Cała podłoga pokryta jest trampoliną czy trampolina stoi na środku pokoju o wysoko zawieszonym suficie? – dociekał, kiedy dotarliśmy na piętro.

Znowu wzruszyłam ramionami i zachichotałam.

- Czemu twój nowoosinglowany przyjaciel pisze ci, co Bill Gates ma w swoim domu? – Spodobał mi się sposób, w jak wrzucił do tego zdania nowy status matrymonialny Jaspera.

- Zanim tu przyszłam, próbowaliśmy sobie wyobrazić, jak wy żyjecie.

- My? – na jego czole, między brwiami, pojawiła się zmarszczka.

- Dobrze usytuowani programiści komputerowi, którzy kierują wartymi miliardy dolarów przedsiębiorstwami i żyją w stanie Waszyngton. Zdziwiło nas, że jest was tylko dwoje.

Kąciki jego ust uniosły się w rozbawieniu. – Co sobie dokładnie wyobrażaliście?

- Stwierdziłam, że pewnie żyjesz w zamku – oznajmiłam, chociaż było to dosyć żenujące. Miałam w planach pominąć to, że Jasper odnosił się do Edwarda per wcale-nie-taki-uroczy książę.

- W zamku? Z wieżyczkami, lochami i fosą?

- Bez fosy.

Pokręcił głową i przewrócił oczyma. – Bez fosy.

Drugie piętro było najlepsze. Znajdowała się na nim biblioteka wypełniona tysiącami książek stojących na ogromnych regałach, które stały przy trzech ścianach. Na kopule sufitu namalowany był dziwaczny fresk. Dwa wielgachne krzesła stały w jednym z kątów, gdzie zamontowany był kolejny kominek. Na środku pomieszczenia stał cudowny, czarny fortepian.

Biblioteka prowadziła do zachwycającego, oszklonego tarasu. Dach i trzy zewnętrzne ściany pokryte były oknami i zestawem francuskich drzwi, które wiodły na znajdujące się na dachu patio. Na dworze było jeszcze widno, ale zachodzące słońce rzucało na pokój długie cienie. Staliśmy w bibliotece. Wyobrażałam sobie, jak można było spędzać w niej czas. Czułam się jak we śnie.

- To moje ulubione pomieszczenia – wyznał nieśmiało Edward.

Delikatnie przebiegłam palcami po grzbietach stojących w rzędzie książek. Pewnie miał wszystkie klasyki literatury. Niektóre egzemplarze wyglądały na tak stare, jakby należały do tej rodziny od wieków.

- Moje chyba też. – Uśmiechnęłam się w jego kierunku. Stał przy fortepianie i obserwował, co robię. – Przeczytał pan wszystkie te książki, panie Masen?

Zaśmiał się. – Nie, ale jest to na mojej liście rzeczy do zrobienia.

- Masz taką listę? – Moja ciekawość wzrosła. – Co jeszcze na niej jest?

- To dosyć osobiste pytanie, nie sądzisz?

- Och, tak, więc ty możesz wypytywać mnie o wszystkie szczegóły mojej egzystencji, a ja nie mogę się niczego o tobie dowiedzieć?

- Ty jesteś o wiele bardziej interesująca – odpowiedział, palcami przebiegając po klawiszach fortepianu.

- Poprosiłeś, żebym dała ci kolejną szansę, by się przekonać, że w twoim wnętrzu kryje się ktoś, kogo warto poznać. Musisz mi trochę w tym pomóc.

Ostrożnie zbliżył się do mnie. Chwycił moją dłoń i przeprowadził mnie przez werandę aż na znajdujące się na dachu patio. Stamtąd wszystko było dobrze widać. Dwa konie wypasały się na ogrodzonej przestrzeni obok czegoś, co zapewne było stajnią.

- Nigdy nie przyprowadziłem tu nikogo, z kim byłem na randce – przyznał, patrząc na mnie spod wachlarza niewiarygodne długich rzęs. Jego oczy sprawiały, że się rozpływałam. – Nie pozwalam ludziom wkraczać, w tę część mojego życia. Jestem skomplikowanym człowiekiem, Isabello. Nie zaprzeczam – oznajmił, obracając się tyłem do krajobrazu, i patrząc na moje stopy, oparł plecy o barierkę. Zerknął na moją twarz. Uśmiechnęłam się życzliwie, bo widziałam, że naprawdę starał się być szczerzy, a nie przychodziło mu to z łatwością. Jego dyskomfort był łatwy do zauważenia, ale gnębiło go coś jeszcze.

- Panie Masen, jest pan o wiele trudniejszy do przejrzenia niż reszta świata, ale widzę, kiedy się pan czegoś boi. Co pana tak przeraża? – spytałam, obracając jego własnego słowa przeciw niemu.

- Ty – wyszeptał, a moje serce przestało bić. – Mam swoje sekrety i mam tez swoje demony. Czynniki, te sprawiają, że nie zawsze jestem kimś, kogo się lubi, ale z jakiegoś powodu zależy mi na tym, abyś ty mnie lubiła.

Edward Masen, jeden z najbogatszych ludzi i odnoszących największe na świecie biznesmenów, bał się mnie i chciał, żebym go lubiła. To było zupełnie niewiarygodne.

Wzięłam głęboki oddech i się nad tym zastanowiłam. – Lubię twój dom. I naprawdę lubię twoją kucharkę. – Zacisnął wargi, powstrzymując się przed uśmiechem. – Kocham twoją bibliotekę. – Przytaknął, ale nie powiedział ani słowa. – Nie jestem fanką wahania nastrojów, ale ta randka jest milion razy lepsza od tej z zeszłego tygodnia.

- A zatem przewidujesz, że w przyszłości będziesz w stanie mnie polubić? – zapytał, posyłając mi łobuzerski uśmiech.

Przewidywałam, że ten związek potoczy się na wiele różnych sposobów, zarówno dobrych jak i złych. Te złe śmiertelnie mnie przerażały, a dobre sprawiały, że chciałam zaryzykować.

- Może o tym pomyślę, jeśli następnym razem pozwolisz mi wygrać na Wii.

Zaśmiał się jak beztroski chłopiec, odchylając przy tym głowę. – Wiesz, że jesteś do bani, a ja stanowię bardzo zaciętego przeciwnika.

Wzruszyłam ramionami. – Chcesz, żebym cię polubiła…

Przestał się śmiać, a jego zielone oczy zmarszczyły się w kącikach. Czułam, jak moje serce zaczynało szybciej bić. Też chciałam, żeby mnie lubił. Może i niczego nie kocha, ale przynajmniej jest zdolny do sympatii.

- Chcę tego, Isabello. Chcę.

W tej samej chwili jest usta naparły na moje wargi, przypominając mi o tym, o czym zapomniałam – jak wielką fanką jego pocałunków byłam.


* Dostałem szansę, więc stanę się kimś. Choćby tylko na jeden taniec, stanę się kimś. Otwórz drzwi, a zobaczysz, że mnie pokochasz.