Pasujemy do siebie. Dobry żart, Thomas, naprawdę.
Wszyscy trybuci zostali zgromadzeni w ogromnej sali treningowej, w której znajdowały się osobne sektory tematyczne - z przeróżnymi broniami, w większości takimi, których nigdy nie widziałem i dziwnymi surwiwalowymi treningami, których jeszcze nie byłem w stanie zidentyfikować. Ledwie zająłem miejsce na samym końcu grupy i miała zacząć się przemowa koordynatorki, Francis ostentacyjnie przeszedł przez całą długość szeregu i stanął obok mnie.
- Co ty robisz? - syknąłem z niezadowoleniem, bo teraz już wszyscy zaczęli się na nas gapić. Francis uśmiechnął się półgębkiem i położył sobie palec na ustach, uciszając mnie.
Kobieta o wyjątkowo ponurej minie mopsa rozpoczęła swą mowę, z której wynikało mniej więcej tyle, że i tak wszyscy umrzemy, więc równie dobrze przed tym możemy się czegoś nowego nauczyć. Kilkoro trybutów miało ewidentnie oburzone wyrazy twarzy przez jej słowa, ale ja pomyślałem, że przynajmniej nikt w końcu nie próbuje nam wmawiać, że przyjechaliśmy tutaj dla zabawy.
Po jej przemowie większość rozeszła się do upatrzonych sektorów. Zauważyłem trybuta Niemiec, który od razu zajął całe stanowisko z ciężką bronią białą, najwidoczniej ważąc w dłoniach, który miecz będzie najbardziej niebezpieczny. W kącie sali kilku próbowało wspinaczki po ściance, z drugiej strony zaś kątem oka dostrzegłem Polskę (który chyba w końcu był chłopakiem, chociaż nadal nie byłem pewien), ze śmiechem unikającego ciosów zaprogramowanych do walki wręcz manekinów. Hm, może przy tym nie szłoby mi tak źle; bo póki co byłem przekonany, że nie nadam się tu do kompletnie niczego.
Odwróciłem się w prawo po raz pierwszy odkąd Francis do mnie podszedł, pewny, że też już gdzieś zdążył sobie pójść. Ale nie, stał spokojnie tak jak i wcześniej, obserwując pozostałych ze zmrużonymi oczami. Gdy zwróciłem się do niego, zamrugał i uśmiechnął się do mnie.
- Przejdziemy się? - spytał, ofiarując mi ramię. Tak jakbym miał zamiar się go chwycić!
- Tak, ja się przejdę. - prychnąłem. - Nie wiem, co masz zamiar robić ty.
- O, no popatrz, a ja akurat przypadkiem będę szedł obok. Chodź.
Ruszyliśmy wzdłuż sektorów. Było to może lepsze niż stanie w miejscu i ewidentne gapienie się na innych, bo przynajmniej mogłem udawać, że zastanawiam się za co się zabrać, ale z drugiej strony wolałbym już robić cokolwiek niż łazić z tym Francuzem. Nie chciałem, żeby inni myśleli o nas jako o drużynie.
Francis na szczęście nie odzywał się do mnie zbyt wiele, wciąż pilnie obserwując każdego mijanego przez nas trybuta, jak gdyby chciał zapamiętać nawet najdrobniejszy ich ruch. W końcu to ja przerwałem ciszę.
- To nic nie da - mruknąłem. - Na pewno każdy z nich usłyszał to samo od mentorów - że mają się nie wychylać.
- Och, tak uważasz? - Francis wskazał ruchem brody na obserwowanego przeze mnie wcześniej Niemcy i sektor obok niego, gdzie trybutka Białorusi zaciekle siekała nożami manekiny dookoła siebie. Przełknąłem ślinę.
- Nie mówiłem o zawodowcach - dodałem cicho.
- A ja właśnie jak najbardziej o nich. Dobrze poznać i zapamiętać możliwości każdego, ich w szczególności, skoro już sami się podkładają.
Zerknąłem na niego sceptycznie, zastanawiając się czy były to jego słowa, czy podpowiedziała mu je jego mentorka. Tak czy siak, miał rację, ale wcale nie chciałem mu tego przyznać.
Odwróciłem wzrok, a Francis pochylił się nade mną.
- No, a co mi pokaże mój mały sojusznik? - zapytał, i mógłbym przysiąc, że wpatrywał się w moje usta.
Spłonąłem rumieńcem i tylko przypomnienie sobie słów koordynatorki, że bójki są zakazane, powstrzymało mnie od dania mu w twarz.
- Niczego ci nie pokażę, o-odwal się ode mnie ty zboczony-...
- Howdy, Artie!
Głos zamarł mi w gardle w połowie wyrzutów. Odwróciłem się gwałtownie.
Za mną, uwieszony do góry nogami za podwieszane obręcze jak gdyby była to dla niego najwygodniejsza pozycja na świecie, wisiał Alfred. Podtrzymywał sobie dłonią okulary i szczerzył się do mnie jednym z tych uśmiechów, które tak dobrze zapamiętałem.
W pierwszej chwili odruchowo chciałem podbiec pod te obręcze, zaczekać aż Alfred zeskoczy, po czym rzucić mu się na szyję. Zaraz jednak przypomniało mi się, co mówił Thomas o zawieraniu z nim sojuszu. Nie mówiąc o tym, jak idiotycznie by to wyglądało. Powstrzymałem się.
- Cz-cześć. - wydukałem. Wiedziałem, że nasze treningi nie są transmitowane, ale i tak w duchu modliłem się, żeby Alfred nie zaczął paplać o wojsku. Organizatorzy i tak wiedzieli swoje, ale wolałem ich niepotrzebnie nie denerwować, kiedy w grę wchodzić mogło życie moich braci.
Alfred zgrabnie zeskoczył z obręczy, cały czas podtrzymując sobie okulary. Podszedł do mnie sprężystym krokiem, przeczesując palcami zmierzwione włosy koloru słomy.
- Siemka. - rzucił w kierunku Francisa, po czym znowu zwrócił się do mnie. - Trochę beznadzieja, że tu się spotykamy, c'nie? Ale nic się nie poradzi. Za co się zabierasz?
Machnął ręką w stronę stanowisk, a ja miałem okazję zerknąć także na zegar wiszący na przeciwnej ścianie. Mieliśmy kilka godzin na dzisiejsze ćwiczenia, a ja zmarnowałem już prawie 15 minut. Przełknąłem nerwowo ślinę.
- Sam jeszcze nie wiem... - to prawda. Nie miałem pojęcia czy ćwiczyć coś, co już trochę umiem i od razu odsłaniać swoje najlepsze karty, czy też spróbować nauczyć się czegoś nowego i wyjść na kompletną łamagę. Sam nie wiedziałem, co uczyni mnie ciekawszym celem dla innych. Żałowałem, że nie spytałem wcześniej Thomasa, co powinienem tutaj robić.
- Szliśmy właśnie na stanowisko surwiwalowe. Przypomnimy sobie jak się rozpala ogień i takie tam. - Francis bezceremonialnie objął mnie ramieniem, spod którego natychmiast się wyrwałem. Alfred nie skomentował tego niczym poza lekkim zmarszczeniem brwi.
Musiałem jednak przyznać, że Francis miał całkiem niegłupi pomysł. Zapewne nikt z trybutów nie wie zbyt wiele o przeżyciu w dziczy, a w ten sposób nie zdradzę niczego o swoich umiejętnościach.
- Uhm, właśnie tak. - mruknąłem, po czym zanim zdążyłem pomyśleć, wypaplałem - Może do nas dołączysz?
Francis zgromił mnie wzrokiem, ale udałem, że tego nie widzę.
- W sumie, czemu nie. - uśmiechnął się Alfred. - Przyda się znać trochę tego szajsu, jeśli wyląduję na arenie sam.
Poszliśmy więc w trójkę do sektora udającego fragment lasu, gdzie przez dobrą godzinę rozpalaliśmy ogień i ustawialiśmy pułapki. Cały ten czas gawędziłem wesoło z Alfredem, zwinnie omijając tematy związane z naszą przeszłością. Wiedziałem, że organizatorzy nas obserwują, ale uznałem, że skoro jest z nami Francis, nic złego nie może się stać.
Nie zamierzałem zawierać sojuszu z Alfredem. Przynajmniej nie od razu.
Rzeczywiście, jeśli od pierwszych chwil na arenie rzucilibyśmy się ku sobie, mogłoby się to wydać podejrzane. Ale kiedy szeregi trybutów przerzedzą się, wystarczy, że "przypadkiem" na niego trafię...
To mi wyglądało na całkiem niezły plan, do tego wymagało jedynie schowania się i przeżycia na uboczu pierwszego dnia czy dwóch. I oznaczało, że nie musiałbym tworzyć drużyny z tym zbokiem z Francji.
Francis cały ten czas nie odzywał się, obserwował nadal resztę trybutów. Zdawało mi się jednak, że chociaż wzrok ma wbity w dziewczynę z Węgier, która ćwiczyła zadawanie ciosów narzędziem podobnym do patelni, uważnie słucha tego, co mówię.
Kiedy wieczorem wróciłem do swojego apartamentu, nie zastałem tam nikogo prócz awoksów. Przede wszystkim była to dla mnie ulga, że nie będę musiał słuchać Jaydena.
Natychmiast usiadłem przed telewizorem w pokoju i zacząłem przeszukiwać nagrania, które Thomas dał mi jeszcze w pociągu, z kilkoma poprzednimi igrzyskami (zupełnie niepotrzebnie, bo pamiętałem je dość dobrze) i z losowaniem wszystkich tegorocznych trybutów. Szybko wybrałem to podpisane "USA" i włączyłem.
Raz po raz przewijałem, żeby zobaczyć moment, w którym Alfred zostaje wylosowany. Kamery uchwyciły zdziwienie na jego twarzy, szybko zastąpione wściekłą determinacją, kiedy szedł do podestu. Kiedy wręczono mu mikrofon, powiedział coś o zaszczycie kompletnie zmienionym głosem, więc od razu zorientowałem się, że przy tym nagraniu też musieli coś zmieniać. Co też takiego mógł powiedzieć...
- Miło ci się marnuje czas?
Odwróciłem się i odruchowo wyłączyłem telewizor.
- Thomas! - warknąłem. - Chcesz, żebym umarł na zawał?!
Usiadł koło mnie na kanapie, wyciągając nogi na stół.
- Obejrzałbyś chociaż też pozostałe.
- Po co. Przecież to tylko losowanie.
- Po to, że możesz się po nich zorientować, kto jest zawodowcem. Niektórzy starają się to ukryć na treningach.
Przypomniały mi się moje dzisiejsze rozterki na treningu.
- Thomas, słuchaj, co ja mam robić na tych wspólnych treningach? - mruknąłem. - Mam się nie popisywać, okej, ale boję się trochę udawania, że niczego nie umiem, wtedy od razu wszyscy się na mnie rzucą.
Thomas prychnął krótkim śmiechem.
- Po co mieliby się nie na ciebie rzucać? Nie wygrywa przecież ten, kto zbierze najwięcej skalpów. Właśnie jeśli będziesz się zbytnio popisywać, to bardziej prawdopodobne, że jakaś drużyna zawodowców się za tobą pofatyguje. Pamiętasz Edith, Francuzkę sprzed dwóch lat? - zdawało mi się, że Thomas lekko się zarumienił.
- Pamiętam. Czy to nie mentorka Francisa?
- A pamiętasz, jaką ocenę jej wystawili?
- Nie bardzo, szczerze mówiąc.
- Bo dali jej 4. Najniżej ze wszystkich. Rozmawiałem z nią potem, powiedziała, że pewnie, mogła się postarać i wyciągnąć te 7, ale po co, sponsorzy którzy polegają na ocenach i tak wyślą prezenty tym z 9 czy 10. A tak reszta trybutów kompletnie ją zbagatelizowała, i o to chodziło. Sponsorzy po kilku dniach i tak zorientowali się, że musiała udawać.
To miało trochę sensu, ale nie wiedziałem, czy trybuci daliby się drugi raz nabrać na tę samą sztuczkę. Przypomniałem sobie o swoim planie przyłączenia się do Alfreda, postanowiłem jednak nie mówić o nim Thomasowi.
Jakoś wątpiłem, żeby mu się spodobał.
Wziąłem sobie jednak do serca uwagi Thomasa i Francisa o obserwowaniu innych i gdy tylko mój mentor sobie poszedł, zabrałem się za oglądanie wszystkich kaset po kolei, omijając tylko moją. Większość z nich cofałem albo wręcz oglądałem po parę razy, usiłując wychwycić jak najwięcej szczegółów. Po takich zabiegach zaczynało mi się wydawać, że prawie każda była w jakiś sposób sklejana, by przedstawić zupełnie inny obraz dożynek, ale żadna transmisja nie była aż tak zedytowana jak moja czy Alfreda. Zrobiło mi się zimno, gdy o tym pomyślałem.
Gdzieś pomiędzy nagraniem z trybutką Ukrainy (które było dość dziwne; dziewczyna wyglądała na dość nieporadną, z tym swoim wielkim biustem i miną, jak gdyby zaraz miała się rozpłakać, ale w momencie, gdy ją wybrali, na jej twarzy malowała się prawdziwa radość), a Francisem (on z kolei nie stracił rezonu ani na chwilę, nawet po wejściu na podest, gdy większość trybutów po prostu się przedstawia, zdołał wygłosić krótką mowę absurdalnym, obniżonym głosem, co wywołało westchnienia i zachwyt u publiczności, a u mnie przemożną potrzebę przewrócenia oczami) nagle urwał mi się film i zasnąłem ciężkim snem.
Sądziłem, że skoro następnego dnia czeka mnie trening indywidualny, Thomas nie każde mi się zrywać z samego rana, ale najwyraźniej byłem w błędzie. Równo ze świtem wparował do mojego apartamentu Jayden w szlafroku - widok, którego mógłbym sobie oszczędzić - i zaczął biadolić o fatalnych skutkach nieprzespanych nocy, albo co gorsza - nocy spędzonych na kanapie. Nie udało mi się go wyrzucić żadnym sposobem, więc po prostu zatrzasnąłem się w łazience i od razu wszedłem pod prysznic, by go nie słyszeć.
Thomas poganiał mnie przy ubieraniu się i śniadaniu, więc tym bardziej byłem zły, gdy idąc do przeznaczonej dla nas sali treningowej nagle oświadczył, że zostawi mnie teraz samego.
- Co takiego? - zmarszczyłem brwi. - A to niby dlaczego?
- Bo nie sądzę, żebym był tu teraz szczególnie potrzebny.
- Nie, no coś ty. O ile się nie mylę, to miał być dzień mojego treningu z mentorem?
Thomas westchnął i wzniósł oczy ku niebu.
- Nie, to jest dzień treningu indywidualnego, nie muszę przy tobie ślęczeć. - skinął na awoksa, który przyłożył kartę do zamka i otworzył przed nami drzwi do sali. - Teraz masz okazję potrenować to, co już potrafisz, czyli to, czego nie wolno ci na grupowym.
- Mhm, świetnie. - mruknąłem. - A ty?
- A, ja mam co robić, o mnie się nie martw. Miłego wyładowywania złości na swojego mentora.
Zatrzasnął za mną drzwi, a ja prychnąłem cicho. Też coś, tego jeszcze mi brakowało, by pod koniec mojego życia jakiś siedemnastolatek mną pomiatał. Ale to bardzo dobrze, nie potrzebuję jego docinków, poćwiczę sobie w spokoju.
Sala przypominała wyglądem tę, w której odbywały się ćwiczenia grupowe, ale była dużo mniejsza i wyposażona tylko w broń. Nie chcąc marnować czasu, podszedłem do stanowiska z długodystansowymi i po chwili namysłu wziąłem do ręki metalową kuszę. Była nadspodziewanie lekka; wyciągnąłem ją przed siebie i wyprostowałem się, celując do tarcz w kształcie ludzi. To było dziwne uczucie, strzelać z czegoś takiego - nie szło mi nawet źle, ale momentalnie zatęskniłem za tak dobrze mi znaną bronią palną.
Po jakimś czasie wymieniłem kuszę - w końcu nie była ona zbyt wymagającą bronią i byle kto potrafiłby ją obsługiwać, więc nie powinienem się na niej skupiać - na łuk, z którym szło mi niestety dużo gorzej. Natrudziłem się przez ponad godzinę, co wydawało mi się wiecznością, ale i tak tylko raz udało mi się trafić w środek tarczy. To Al był zdolnym łucznikiem, nie ja. Teraz zaczynałem żałować, że traktowałem lekcje łucznictwa, które czasem mi proponował jako coś gorszego, bo przecież miałem swój karabin. Tyle, że po wojnie broń palna została całkowicie zakazana, a Alowi też pewnie odebraliby jego łuk, gdyby nie ukrył go pod podłogą naszego domu.
Zrezygnowany usiadłem naprzeciw najmniejszych tarcz i od niechcenia rzucałem do nich małymi, ostrymi nożykami, których całą kolekcję zgarnąłem ze stołu. Przemęczone ręce już mi porządnie drżały i każde z ostrzy chybiło. Westchnąłem, zadowolony jednak, że Thomas mnie teraz nie widzi, i położyłem się wprost na podłodze, decydując się na chwilę przerwy.
