Może kogoś - jeśli ktoś tutaj jeszcze zagląda - zdziwi, że po takim czasie planuję wrócić do tego tekstu, ale ostatnio robiłam porządki na dysku i stwierdziłam dlaczego nie?

Dziękuję bardzo za komentarze. Tekst posiada pewne luki, niedociągnięcia - i nie jest to afektowana skromność, stwierdzam fakty - ale mam do niego sentyment i planuję wkleić wszystko to, co napisałam.

W jednym komentarzu pojawiły się uwagi co do zachowania Malfoya - jego postać ma być z założenia niezrównoważona, chociaż rzeczywiście jego zachowanie w rozdziale o Pansy mogło być dziwne. Tekst się powinien bronić sam, więc jeśli ja muszę coś dopowiadać poza tekstem, to mea culpa - ale ten rozdział nie jest do końca obiektywny. On ma ukazywać świat oczami Pansy i w ogóle nie widać, co się tam dzieje w umyśle Malfoya, ile sobie Parkinson uroiła, a ile nie - ma za sobą traumę i ciągle przeżywa na nowo przeszłość. Jednak zachowanie Draco będzie wyjaśnione.

A teraz zapraszam na rozdział o Notcie i jeśli ktokolwiek pozostawi po sobie ślad, to z pewnością będzie to moja motywacja, żeby zakończyć tę historię.


Theodor Nott otworzył butelkę whisky i wziął z niej dużego łyka. Po chwili odchylił się w tył i położył na łóżku, i zaczął wpatrywać się w obdrapany sufit. Starł z czoła kroplę, która spadła ze szczeliny w suficie, i wziął kolejnego łyka. Mocny smak alkoholu czuł w gardle, w przełyku, a żołądek palił go prawie żywym ogniem. Nic dziwnego, nic jeszcze nie jadł tego dnia. Wczoraj chyba też nie.

Jego ojciec miał zostać pocałowany przez Dementora za cztery godziny i piętnaście minut, dlatego z tej okazji kupił sobie cztery butelki whisky.

Jeszcze jeden łyk. Nie wiedział, czy zwymiotuje już po nim, czy jeszcze weźmie parę, zanim wyląduję z głową w obskurnym sedesie.

Zabrali wszystko. Od ponad roku tutaj mieszkał. Zabrali wszystko. Ledwo wystarczyło mu na obskurny pokój i jakiekolwiek jedzenie. A i pieniądze na to powoli się kończyły.

Żylastymi rękami ściskał butelkę whisky tak, jakby była ostatnią deską ratunku – jednak żadna ilość alkoholu nie była w stanie złagodzić nadchodzących wydarzeń. Kolejny łyk i pieczenie w ustach. Kolejny łyk i problemy stawały się trochę mniej istotne. Kolejny łyk i już prawie czuł smak wymiocin.

A kiedyś przecież taki nie był.

Theodor poczuł, że cały już drży, że jego ciało oblewa się zimnym potem. Poczuł znajomy posmak mdłości i zerwał się z łóżka, i wbiegł prosto do łazienki.

Po wszystkim opłukał twarz zimną wodą i za wszelką cenę starał się nie spojrzeć w swoje odbicie.

Kto by pomyślał, że to właśnie on skończy w taki sposób. Pomyśleć, że Malfoy użalał się nad sobą jak panienka, a miał przynajmniej rodziców, dom i nadal całe mnóstwo pieniędzy. Tak, Malfoyowie zawsze potrafili zabezpieczyć swoje tyłki. A on? Co da jutro właścicielowi budynku? Pustą butelkę?

- Nie myśl o tym – powiedział do siebie. Wrócił do pokoju, usiadł na rozklekotanym łóżku i chwycił za butelkę. Nie miał już nawet ochoty pić, ale czuł, że kiedy przestanie, to będzie musiał pomyśleć o tym, że jego ojciec dzisiaj zmieni się w warzywo, że wszyscy go zostawili, że Daphne zawsze wolała Blaise'a i że jest synem śmierciożercy, że jest synem śmierciożercy...

Wstał i rzucił butelką w ścianę.

- Niezły pokaz.

Theodor podskoczył tak, jakby właśnie zobaczył ducha – i może tak było, bo kiedy się obrócił, zdążył tylko wychrypieć:

- Blaise? – Czy mógł wypić już tak dużo, że miał halucynacje? Jednak w progu pokoju zdawał się stać nie kto inny jak właśnie stary, może nie do końca dobry, Blaise Zabini, który miał wymalowaną pogardę na twarzy – Theodor przypuszczał, że on po prostu musiał urodzić się z tą miną.

- Miło, że poznajesz starych przyjaciół.

- Jak ty... Jak ty się tutaj znalazłeś... Jak mnie znalazłeś?! – Theodor czuł, że język mu się plącze, ale po chwili usiadł z powrotem na łóżku i popatrzył w podłogę. Nie chciał być widziany w takim miejscu, w takim stanie, w takim dniu przez nikogo – a co dopiero przez Blaise'a.

- Cóż, sowa przysłała mi list z powrotem... A waszą starą służącą nietrudno było przekupić.

- Po co przyszedłeś? – burknął Nott i ręką zaczął poszukiwać czegoś na podłodze; kiedy wyczuł kształt butelki, to uniósł ją do ust. Gorzej i tak już być nie mogło.

- Chciałem zorganizować spotkanie Ślizgonów i...

- Kurwa, Blaise, skąd ty się urwałeś? Nie ma już żadnych Ślizgonów.

- Skoro tak twierdzisz.

- Stary, przestałeś odpisywać na moje listy i zniknąłeś na dobre siedem miesięcy.

- A twój ojciec dzisiaj zmienia się w warzywo, a ty siedzisz i tłuczesz butelki z tanią whisky w ściany? O ile to można nazwać ścianami – odpowiedział atakiem na atak Blaise i z obrzydzeniem ominął brudne ubrania na podłodze. Usiadł na krześle i założył nogę na nogę.

- Nie martw się, mam jeszcze parę – parsknął Nott. – Pytam się poważnie, Blaise, czego tutaj szukasz, bo nie jestem w najlepszym humorze.

- Nie możesz mieszkać w takich warunkach.

- A co ciebie to obchodzi?

- Powiedzmy, że jakoś mnie to obchodzi – odparł chłodno Zabini.

- Od kiedy?

- Od kiedy co?

- Od kiedy cokolwiek cię obchodzi?

- Chyba się przyjaźniliśmy – odpowiedział wreszcie Blaise po dłuższej ciszy. – Albo coś w tym stylu – dodał.

Theodor usiadł na łóżku i wbił wzrok w podłogę.


Osiem lat wcześniej

-... mój tata mówi, że Slytherin jest najlepszy. – Głos Malfoya rozbrzmiewał w całym dormitorium już od piętnastu minut. Dwóch rosłych chłopaków przysłuchiwało mu się bez słowa – jeden z nich kurczowo ściskał wielką, pluszową ropuchę. Theodor znał oczywiście Malfoyów z opowieści ojca, który mówił o nich jako o jednym z najszlachetniejszych rodów w czarodziejskim świecie.

- A kogo obchodzi, co mówi twój ojciec? – Nagle wszystkie spojrzenia skierowały się stronę najgłębiej schowanego zakątka pokoju. Czarnoskóry chłopak, który wcześniej nie odzywał się ani słowem, teraz wpatrywał się we wszystkich z dziwną pogardą, która w zestawieniu z jego niewielkim wzrostem mogłaby budzić śmieszność – jednak Nott miał wrażenie, że ten chłopiec ma twarz dorosłego. Theodor bardziej wtulił się w kołdrę i lekko zmrużył oczy, jakby w obawie, co się zaraz może stać.

- Ty... A ty kim jesteś? – spytał Draco i zeskoczył z łóżka. Podszedł na sam środek dormitorium i założył rękę na rękę.

- Blaise Zabini – odparł błyskawicznie chłopak i także wstał. Oboje patrzyli na siebie przez chwilę z niechęcią.

- Nigdy o tobie nie słyszałem – zarzucił mu Malfoy.

- Ja o tobie też nie.

- Słyszeliście go? Nie słyszeć o mnie – odparł kpiąco Draco, ale jednocześnie zrobił krok w tył. Ten chłopak wydawał mu się nieprzyjemny. – Ty o mnie słyszałeś, prawda? – zwrócił się nieoczekiwanie w stronę Theodora, który przekonany, że Malfoy wcale nie mówi do niego, postanowił milczeć. – Jesteś niemową?

- Może nie każdy kłapie bezmyślnie ozorem tak jak ty? – zarzucił mu Blaise.

- Słyszałem – odezwał się nagle Theodor i zganił się w myślach za to, że jego głos zabrzmiał tak piskliwie.

- A o mnie słyszałeś? – spytał Blaise i wpatrywał się w niego wyczekująco. Nott nienawidził tego spojrzenia odkąd zobaczył je po raz pierwszy.

- Mój... Mój tata mówił, że twoja mama jest najpiękniejszą czarownicą w całej Anglii, a może i na świecie – wypowiedział błyskawicznie Theodor i momentalnie się zaczerwienił.

- Och, wspaniale – skomentował cierpko Malfoy i po raz ostatni popatrzył na Blaise'a, po czym wrócił do swojego łóżka.

- Chyba cię polubię – powiedział ledwo słyszalnie Zabini w stronę Theodora, zanim zdecydował się pójść w ślady Malfoya.

Po chwili wszyscy spali – prawie wszyscy, bo Theodor z wrażenia nie zmrużył oka przez całą noc.

Nie przypuszczał wtedy, że wszyscy będą zdolni się zaprzyjaźnić.

Albo coś w tym stylu.

Blaise i Draco nigdy nie stali się najlepszymi przyjaciółmi – jednak po tamtej nocy Theodor przypuszczał, że już zawsze będą sobie rzucać nieprzyjemne docinki i patrzeć na siebie wrogo. Nic podobnego się nie stało – Malfoy i Zabini byli zawsze na siebie cięci, ale w ich rozmowach dało się wyczuć jakąś nić porozumienia.

Slytherin przypominał czasami jakieś chore przedstawienie, podczas którego każdy grał i nikt nie był sobą – Crabbe i Goyle od zawsze tylko kukłami, to było oczywiste. Theodor zawsze wiedział, że nie jest dużo lepszy od nich, że on też się podporządkowuje. Ale kto pociągał za sznurki – tego Nott nie wiedział do samego końca.

Wszyscy powiedzieliby, że Malfoy. Jasne. To on zawsze przechwalał się najgłośniej, to on stał się szukającym w ślizgońskiej drużynie Quidditcha. Zabini stał gdzieś daleko, w cieniu, ale kiedy się już z niego wyłaniał, potrafił publicznie upokorzyć Dracona – nie robił tego zbyt często, to prawda, jednak nawet jedno lekceważące uniesienie brwi Zabiniego sprawiało, że Draco potrafił zamilknąć.

Ale jaki był w ogóle Blaise? Theodor tego nie wiedział. Na drugi dzień, po sytuacji w dormitorium, Zabini usiadł koło Notta na eliksirach.

- Byłeś wczoraj niezły – powiedział, nie patrząc nawet w jego stronę, tak jakby mówił to do kogoś innego. Theodor spiął się lekko.

- Co masz na myśli?

- Pokazałeś mu, że nie jest pępkiem tego świata.

- Nie… Nie chciałem tego.

- Jasne.

Nott wzruszył ramionami. Zabini zawsze taki był – przekonany o swojej racji. Po chwili do lochów wszedł Severus Snape – ojciec Notta wypowiadał się o nim zawsze pochlebnie, ale Theodor czuł jakieś dziwne napięcie na widok tego mężczyzny. Snape zaczął wolno odczytywać listę – zatrzymał się kilka nazwisk po Notcie.

- Ach, tak - powiedział cicho. - Harry Potter. Nasza nowa znakomitość.

Malfoy zaśmiał się głośno. Nott zerknął kątem oka na Zabiniego, którego wyraz twarzy nie zmienił się.


Teraz

- Co robiłeś przez te siedem miesięcy? – odezwał się Theodor. Czuł, że musi przerwać tę koszmarną ciszę, bo inaczej zwariuje do reszty.

- Byłem tu i tam. Trochę podróżowałem. Nic ciekawego – odparł krótko Zabini, jednak odbiegł wzrokiem na bok i to upewniło Theodora w przekonaniu, że coś jednak stać się musiało, bo Blaise należał do ludzi, którzy zawsze patrzyli wszystkim prosto w oczy.

- Na Merlina, twoja ręka... – powiedział Nott, kiedy kawałek szaty odpadł z lewego nadgarstka Zabiniego. Ta ręka wyglądała tak, jakby była pokryta jakąś dziwną skorupą, trudno było na niej odnaleźć kawałek czystej skóry.

- Tak, o ile pamiętam, ta ręka należy do mnie.

- Co ci się stało?

- Dajcie mi wszyscy spokój z tą cholerną ręką – powiedział Blaise. Nie brzmiał, jakby był zły, co najwyżej zmęczony. – Co tam u reszty?

- Z tego co słyszałem... Ale to było w jakimś podrzędnym barze, więc te informacje nie muszą być do końca prawdziwie, to Malfoy był na przesłuchaniu w Ministerstwie. Podobno nie wypadł najlepiej, ale jego ojciec nadal ma tam niezłe plecy, więc...

- Typowe.

- Poza tym Potter zeznawał na jego korzyść.

- Potter?

- Tak, Potter. Parkinson... Chyba była przez jakiś czas w Mungu.

- Najwyższa pora.

- Millicenta siedzi u rodziców. Rodzina Crabbe'ów gdzieś się ukrywa, ojciec Crabbe'a jest poszukiwany przez Ministerstwo. A ja.. Cóż, sam widzisz – zakończył Nott i wyciągnął z szafki kolejną butelkę.

- A Daphne?

Palce Notta zacisnęły się bardziej na szkle.

- Jesteś bezczelny, że o to pytasz.

- Co? – Zabini całkiem szczerze się zdziwił i przejął butelkę z rąk Theodora. Powąchał alkohol i skrzywił się, ale po chwili wzruszył ramionami i wziął łyka.

- Przecież zawsze na ciebie leciała – powiedział jadowicie Nott.

- Stanowczo wystarczy ci alkoholu na dzisiaj.

- Przypomnieć ci?


Cztery lata wcześniej

- Myślisz, że... Myślisz, że Daphne pójdzie ze mną na bal? – spytał Theodor.

- Czy ja ci wyglądam na kącik Miłosnych porad ciotki Gryzeldii? – mruknął pod nosem Blaise, ale Nott wiedział, że to jeszcze nie koniec jego wypowiedzi. Zabini wziął teatralny wdech i po chwili mówił dalej – oceniając twoje wysublimowane poczucie humoru, twoją niesamowitą erudycję, a także fakt, że za każdym razem kiedy odzywasz się do kobiety, prawie nie popuszczasz w majtki z wrażenia, to twoje szanse wynoszą... Jeden do stu? – mruknął, dalej czytając książkę.

- Dzięki, stary. A ty z kim idziesz?

- Jeszcze nie wiem – odparł obojętnie Zabini.

- Może pójdziesz z Millicentą? – odezwał się nagle Malfoy, który siedział obok i rzecz jasna udawał, że wcale ich nie słucha – przynajmniej do tego momentu.

- Odpierdol się od Millicenty, Malfoy – rzucił Zabini. – Przyjaźnimy się.

- Ona o tym wie? – spytał niewinnie Draco.

- Millicenta ma więcej rozumu niż ty i twoja partnerka razem wzięci... Parkinson, prawda? Jakie przewidywalne – mruknął Blaise i z wyuczoną nonszalancją nadal udawał, że czyta książkę – jednak Nott był go w stanie przyłapać go na ukradkowym spojrzeniu posyłanym Malfoyowi. Ale Draco wydawał się dziwnie spokojny – skrzywił się lekko, po czym wyprostował się.

- Nott, jak chcesz, to pogadam z Pansy, żeby Daphne z Toba poszła – odezwał się nieoczekiwanie Draco. Theodor zamrugał kilkukrotnie.

- Dzięki... Byłoby świetnie – odparł po chwili, nie zwracając uwagę na pogardliwe prychnięcie Zabiniego.

- A co ci się stało, Malfoy? – Blaise nadal nie odpuszczał. Zamknął książkę i zaczął uważnie przypatrywać się Draconowi.

- Zrobiłem nowe odznaki z Potter cuchnie i mam zamiar założyć mu fanklub – powiedział beztrosko Draco, rozciągając się na krześle. – Mam nadzieję, że jego porażka na zawsze zapisze się na w historii Hogwartu i będą o niej mówić nawet za sto lat – dodał z niezdrową ekscytacją.

- Przerażasz mnie – mruknął Blaise.

- Sam sobie zasłużył. Cholerny Potter. Zawsze się musi popisać – syknął Malfoy.

- Podobno pierwsza konkurencja ma być ze smokami – powiedział Nott.

- No tak, Wieprzlejowie mają tam swojego tysięcznego krewnego, pewnie dadzą mu jakieś fory – burknął Draco i zamachnął różdżką nad kolejną odznaką, na której pojawił się napis Potterowi śmierdzi z gęby.

- Wysublimowane – skomentował Zabini, po czym leniwie uniósł się z kanapy.

- On tego nie zrozumie – powiedział Malfoy bardziej może do siebie niż do Notta. – Nie jest tacy jak my.

Theodor słyszał słowa Dracona. Wpatrywał się w Zabiniego, który przybliżał się do grupy dziewczyn. Stały tam Parkinson, Daphne i chyba jej siostra, Astoria.

- Nie rozumie, że nie chodzi tylko o domy… - Malfoy nadal mówił coś w tle, ale Nott go już zupełnie nie słuchał. Przez chwilę łudził się, że Zabini zaprosił Astorię, ale rozchichotana Daphne nie pozostawiła żadnej możliwości.

- Nie wierzę w to. Co za dupek – warknął do siebie Nott.

- Prawda? – Malfoy popatrzył na niego z zainteresowaniem. – Zabini taki po prostu jest.


Teraz

- Nadal chodzi ci o ten bal? Ile masz lat? Dwanaście? – prychnął Zabini.

- A po co to zrobiłeś?

- To proste. Wiedziałem, że jeśli ktoś ci nie sprzątnie jej sprzed nosa, to nie będziesz miał motywacji, żeby zrobić cokolwiek.

- Tak, nagle niby zrobiłeś to dla mojego dobra!

- Wytłumaczyłbym ci to wtedy, ale nie odzywałeś się do mnie ponad miesiąc.

- Poszedłem tam z Millicentą, która obmacywała mnie pod stołem. Dziwne, że kiedykolwiek się do ciebie odezwałem.

Zabini próbował powstrzymać uśmiech.

- Tego jeszcze nie słyszałem. Ale czy nie zacząłeś chodzić z Daphne zaraz po balu?

- Jakie to ma znaczenie? Głupoty gadasz, Blaise. Zawsze nami manipulowałeś. Ostatnio… Mam dużo czasu, żeby myśleć.

- Widocznie nie wykorzystujesz go zbyt dobrze.

- Zbyt dobrze? Mój ojciec został skazany na śmierć. Zabrali nam wszystko. Nigdy nie byłem tak bogaty jak wy, ale teraz nie mam nic. Nikt nie chce przyjąć mnie do pracy z takim nazwiskiem. Więc pytasz o Daphne… Zrobiłem jej przysługę, że zniknąłem.


Cztery lata wcześniej

W dzień swojego pierwszego pocałunku z Daphne Theodor zapomniał wziąć plecaka z sali od eliksirów.

Dziewczyna dopiero oddawała Snape'owi fiolkę i Nott odniósł wrażenie, że robi to w spowolnionym tempie.

Kiedy wychodził z sali, zauważył jej wzrok na sobie, więc postanowił iść wolniejszym tempem. Niezmiernie rzadko się zdarzało, żeby Daphne nie była otoczona wianuszkiem koleżanek.

- Zrobiłaś eliksir? – powiedział pierwsze, co mu przyszło do głowy i już po chwili tego pożałował, bo Daphne posłała mu rozbawione spojrzenie, które było doskonale widoczne nawet spod jej przydługiej grzywki.

- Tak, chyba wszyscy zrobili?

- No tak – odparł na to Nott, co poważnie wyczerpało repertuar tematów do rozmowy. Przez chwilę szli w ciszy.

- Pokłóciłeś się z Blaisem? – zapytała nagle Daphne.

- No… Posprzeczaliśmy się trochę.

- Nic dziwnego. Blaise to buc.

- Myślałem, że go lubisz – mruknął Nott, nieudolnie maskując pretensję w głosie.

- Tak było. Ale jak poszłam z nim na bal… Zachowywał się strasznie – powiedziała Daphne.

- Naprawdę? – zapytał Theodor z ekscytacją, ale słysząc podniecenie w swoim głosie, zmieszał się. – To znaczy…

- Spokojnie. Później żałowałam, że nie poszłam z kimś innym, zresztą Blaise mówił mi, że mnie lubisz. Czy to prawda? – zapytała, przystając na chwilę.

Nott przez moment wbił wzrok w podłogęi poczuł, że pocą mu się ręce.

Następną rzeczą, którą poczuł, były wargi Daphne.


Teraz

- Przestałeś się do niej odzywać? – spytał po chwili Zabini, który nagle poczuł się głupio. Nigdy nie pomyślał o tym, że ktoś może nie mieć pieniędzy – no może inaczej, ktoś z nich.

- A co ja mógłbym jej dać?

- Wiesz – mruknął Zabini – rzadko w życiu myślałem o sprawiedliwości. Być może my nie byliśmy sprawiedliwi w tamtych czasach, ale nie zrobiliśmy nic złego. Nie zasługujemy na to, co nas spotyka.

- A ciebie co niby spotkało? Oprócz tej ręki, ale pewnie sam sobie to zrobiłeś na jakiejś imprezie – burknął Nott, ale po chwili popatrzył jeszcze raz na Blaise'a. Zazwyczaj miał minę, jakby go nic nie obchodziło, a teraz – Coś się w tobie zmieniło. Nie wiem co, ale jesteś zupełnie inny niż kiedyś.

- Wydaje ci się – wymamrotał Blaise. – Masz zamiar tutaj siedzieć i chlać? Twój ojciec za... – Zabini zerknął na zegarek – cztery godziny stanie się warzywem.

- Wszyscy będą się tam na nas patrzeć, jeśli tam pójdziemy.

- Nott, jesteśmy Ślizgonami. Nigdy się nie przejmujemy cudzą opinią . A teraz rusz dupę – idziemy! – odparł Zabini i wyprostował kołnierz. Z ciężkim westchnięciem pomógł wstać Nottowi i wyrwał mu butelkę z ręki – wypił z niej resztę alkoholu i z obrzydzeniem rozejrzał się po wnętrzu. – Nie będziesz tutaj mieszkał – wyrzucił wreszcie z siebie.

- To gdzie niby będę mieszkał? – spytał Nott.

- Pożyczę ci trochę kasy.

- Ciekawe z czego ci oddam…

- Oj, nie bądź śmieszny. Ósmy mąż mojej matki kopnął w kalendarz, pieniądze są ostatnią rzeczą, o jaką się martwię.

Nott zmieszał się.

- Blaise… Dziękuję.

- Chodź już. Wiesz, że nie jestem sentymentalny.


Rok wcześniej

Nie wiedział, ile to już trwało. Wszystko wydawało się fikcją.

Leżał na podłodze ze skręcona kostką i ledwo mógł sobie uświadomić, co się właśnie tutaj dzieje. Zostali wyprowadzeni, ale skręcił w korytarz, w końcu kto ich wszystkich by upilnował. Teraz tylko spoglądał w Wielką Salę, w ludzi dookoła niego, jakby byli zupełnie obcy i nie wiedział, po co to wszystko się dzieje.

- Chodź.

Z przemyśleń wyrwał go głos.

- Chodź. – Zabini brzmiał jeszcze bardziej stanowczo niż zazwyczaj. Wyciągnął rękę w kierunku Notta, ale ten nie zareagował na ten gest – jego spojrzenie nadal było skierowane w kierunku Wielkiej Sali.

- Mój ojciec...

- Poradzi sobie, a zaraz tutaj będzie źle.

- Malfoy...

- Gówno mnie obchodzi.

- Nieprawda.

- Jego starzy są w środku, nic mu nie będzie. Chodź.

- Ja...

- Wstawaj i chodź. Przyszedłem specjalnie po ciebie.

Theodor zawahał się przez chwilę – ale po chwili chwycił rękę Zabiniego i podniósł się z podłogi. Blaise z irytacją zarzucił mu rękę na ramię – Nott poczuł, że zaraz upadnie, że noga boli go tak bardzo, że już nie wytrzyma, więc chętnie uwiesił się na barku Blaise'a. Szli w ciszy i dopiero po opuszczeniu Hogwartu, Nott czuł, że może się w ogóle odezwać.

- Może powinniśmy... – powiedział słabo. Powietrze było gorące i aż lepkie – Nottowi wydawało się, że każdy oddech sprawia, że brakuje mu coraz bardziej tchu. – Poczekaj – wysyczał, ściskając Blaise'a za ramię.

- Po czyjej stronie? – spytał cicho Zabini, a Nott już nic nie odpowiedział.

W milczeniu szli dalej i zatrzymali się na wzgórzu - przyglądali się wszystkiemu przez kilka godzin, po których zapanowywała głucha cisza.