Kamień Małżeństw

Rozdział. 4/81 Poważne rozmowy

Harry nie miał najmniejszej ochoty iść do Wielkiej Sali. Próbował odwlec w czasie ten moment, jednak nie mógł tego odkładać w nieskończoność, nawet gdyby chciał. Decyzje, które podjął tej nocy, były zbyt ważne. Krótko mówiąc, stanowiły o losie wszystkich. Jakkolwiek nie przepadał za tym, jaką władał mocą, to naprawdę był szczęśliwy, że wyrmy go posłuchały i obudziły mugoli. Nie wiedział dokładnie jak, ale przypuszczał, że użyły do tego linii. To było jedyne rozsądne wytłumaczenie.

Teraz musiał powziąć kolejne kroki, jeśli chodzi o Toma. Może i czarnoksiężnik jeszcze spał, odzyskując siły, ale to „coś", z czym zawiązał przymierze, z całą pewnością nie.

Zło nie potrzebowało odpoczynku. On niestety tak.

Czuł na sobie wzrok Severusa, gdy jadł. Mistrz eliksirów przewiercał go na wylot i niewiele brakowało, a powiedziałby mu o wszystkim. O tym, co mówiły kruki. O przeczuciach, które miał, gdy demon chciał go ukarać za wtrącanie się w działania jego pana.

Pana?

Harry nie chciał się zastanawiać, czy naprawdę Voldemort był w stanie władać tak nieokiełznaną i nieprzewidywalną istotą, ani co się stanie, gdy straci połączenie ze swoimi zwolennikami, a co za tym idzie i moc, która przyzwała zło. Obawiał się chwili, kiedy złudne, pozorne poczucie kontroli czarnoksiężnika nad przedwieczną istotą przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie. Sam doświadczył części tego, co takie jak ona potrafiłą uczynić.

Całe szczęście wcześniejsze działania małżonka uchroniły go przed tą karą. Nie nosił w sobie całości „wspomnienia" bóstwa, a w efekcie zło nie mogło mu nic zrobić. Chwilowa utrata przytomności to mała cena. Prawdę mówiąc, był potem wyczerpany i trochę przesadził, wracając do Hogwartu, ale mały wybuch złości chyba mu się w końcu należy? Nie zrobił przecież nikomu krzywdy. Wtedy przywołanie silnych emocji przydało mu się do zrealizowania kolejnego pomysłu.

Teraz jest wypoczęty i nie ma zamiaru korzystać więcej z królewskiego nakazu. Chyba, że zajdzie taka potrzeba. Coś czuł, że taka nastąpi. I niestety całkiem niebawem.

Odetchnął głęboko, choć sam zauważył, że zabrzmiało to raczej jak westchnięcie, przepełnione zrezygnowaniem i odłożył sztućce na talerz.

― Coś cię niepokoi? ― Severus musiałby być ślepy, by tego nie dostrzec.

― Nie. Może tylko wataha dziennikarzy czyhająca za drzwiami.

― Potem musisz jeszcze wytrwać parę innych swoich obowiązków.

― Jakich obowiązków? ― przeraził się nie na żarty, nie pamiętając o niczym szczególnym.

― Dyrektor coś na pewno wymyśli.

Harry spojrzał na Severusa i zmarszczył brwi, potrząsając głową. Miał dość problemów na głowie.

― Nie mamy na to czasu. Muszę porozmawiać z Hermioną o Mrocznych Znakach. Przetłumaczyć Księgi Światła, bo na pewno będą nam potrzebne.

― A nauka?

Głos Snape'a był cichy i mistrz eliksirów sprawiał wrażenie nieco rozbawionego całkowitą dezorientacją i zdumieniem, malującym się na twarzy młodego czarodzieja. Po dłuższej chwili Harry zdołał wykrztusić:

― To dzisiaj są lekcje? Przy tych wszystkich mugolach? I chaosie, jaki panuje?

― Wcale bym się nie zdziwił, gdyby dyrektor zaprosił rodziców na takie zajęcia, skoro oni i tak już tu są. Dobry sposób na rozluźnienie panującej sytuacji, a także przywrócenie szkolnej rutyny.

― Tylko nie to! ― załamał się Harry, chowając twarz w dłoniach. ― Wszyscy będą się na mnie gapić jak na wybryk natury. Mogę dzisiaj nie iść? Proszę, Severusie? ― błagał.

Mężczyzna westchnął ciężko, doskonale rozumiejąc te obawy. Z największą przyjemnością zatrzymałby Gryfona tylko dla siebie, ale konsekwencje tego działania byłyby niepomierne do przyjemności. Niestety musiał małżonkowi odmówić. Jednocześnie postarał się mu w miarę łagodnie wytłumaczyć, dlaczego to robi.

― To byłoby jeszcze gorsze. Natychmiast zaczęłyby się najprzeróżniejsze spekulacje. Dlaczego cię nie ma? Czy jesteś chory? A może to ja wraz z dyrektorem pozwalamy ci opuszczać zajęcia dla twoich własnych zachcianek? Nie byłoby spokoju ani minuty. Nawet tutaj, w lochach.

Potter skrzywił się i zasłonił uszy, nie chcąc słuchać dalszego tłumaczenia. Za dobrze wiedział, że Severus ma rację.

― Wystarczy. Dosyć. Rozumiem. Pójdę.

― To tylko dwa dni. W weekend powinno wszystko wrócić do normy. Jeżeli chcesz możemy dziś wieczorem trochę poćwiczyć, jeśli nie czujesz się za bardzo zmęczony tym, co się dzieje. Tam nikt nam nie będzie przeszkadzał.

Harry natychmiast uniósł głowę.

― Szermierkę? Oczywiście, że chcę!

Prawdę mówiąc bardziej dotarło do niego, że następny dzień to piątek. A w piątek Severus obiecał mu…

Kochał lekcje białej broni z mężem, ale to było coś nowego, ekscytującego, romantycznego. Chciał dowiedzieć się, jak Severus rozumie romantyczność. Nie wiedząc czemu, natychmiast skojarzyło mu się to z krwistoczerwonymi płatkami róż na czarnej, aksamitnej pościeli. Spacery przy świetle księżyca. Pocałunki w mroku.

Westchnął rozmarzony i zaraz potem natychmiast odsunął te myśli.

Stop!

Musiał się zgromić za takie myśli. Znów odetchnął, ale rumieńców na twarzy nie potrafił tak szybko odegnać, jak szalonych myśli.

Skrzat w międzyczasie sprzątnął stolik po posiłku, przynosząc ciastka i dzbanek soku. W innej sytuacji Harry pewnie by skorzystał, ale dziś nie miał ochoty. Wolał siedzieć i cieszyć się z ciszy, którą jeszcze miał.

Severus chyba to rozumiał, bo wrócił do biurka skończyć wcześniej zaczętą pracę.

Harry przymknął oczy i wsłuchiwał się w trzask drwa w kominku. Cisza i spokój spowodowały, że zaczął drzemać. I choć przez noc koszmary dały mu spokój, teraz musiały o sobie dać znać.

Jakby nie pozwalały mu zapomnieć o dotychczasowych ofiarach. Teraz jeszcze widział tych, których nie zdołał na czas obudzić. Miał przed oczami ich rozkładające się ciała na ulicach miast, gdzieś na bezdrożach. Mnóstwo ciał. Chciał się za wszelką cenę obudzić, ale schwytany w przerażającą pułapkę zwyczajnie nie mógł.

OOOOO

Severus nienawidził chwil, gdy słyszał krzyk Harry'ego. Zwłaszcza ten. Przepełniony bólem oraz przerażeniem. I bezsilnością.

Wiedział, że koszmary małżonka kiedyś naprawdę mogą się źle skończyć. Nadejdzie chwila, w której ten się załamie. A jeśli to nastąpi, to nie tylko cała czarodziejska populacja będzie stracona.

Sam Severus nie wiedziałby, co zrobiłby, gdyby nagle zabrakło Harry'ego. Nie potrafił sobie nawet wyobrazić pustki, jaka zapanowałaby nie tylko w komnatach, ale i w jego sercu.

Gdy ten krzyk zmroził mu krew w żyłach, zerwał się z miejsca i natychmiast znalazł się przy Potterze.

― Harry, obudź się.

Dotknął tylko jego ramienia, a młody mężczyzna zerwał się do siadu tak szybko, że omal nie podbił mu czołem szczęki.

Przerażenie w tych zielonych oczach było straszne. Powoli jednak zanikało, gdy rozpoznawał miejsce, rozglądając się po nim. Odetchnął głęboko i, przymykając oczy, szepnął:

― Żyjesz…

To jedno słowo uświadomiło mu, że małżonek znów śnił o jednym. O śmierci.

Usiadł obok niego i przyciągnął do piersi. Drobniejsze ciało wciąż drżało.

― Żyję. Nic mi nie jest. ― Wsunął dłoń w rozczochrane okropnym snem włosy. Ten dotyk pomagał Harry'emu powoli odzyskać spokój. Jednak dla pewności Snape zapytał: ― Chcesz eliksir uspokajający?

― Nie. Postaram się pobić własny rekord i wytrwać dobę bez żadnych mikstur.

― Wielkie postanowienie Harry'ego Pottera ― zażartował, słysząc prychnięcie małżonka.

― Staram się dotrzymywać swoich obietnic ― obruszył się urażony.

― Jakich na przykład?

Potter zmarszczył brwi, próbując sobie przypomnieć, ale jakoś nic mu nie przyszło do głowy.

― Eee… Cóż… W tej chwili nie pamiętam ― mruknął zrezygnowany.

― Przypuszczam, że wśród nich było nie łamanie ciszy nocnej, omijanie Działu Ksiąg Zakazanych, korytarza na trzecim piętrze. Mam wymieniać dalej?

― Możesz. Hermiona na pewno ma gdzieś spis chronologiczny, więc można byłoby sprawdzić.

Snape łagodnie odsunął małżonka i przypominając sobie coś, mruknął:

― A właśnie. Panna Granger. Jeśli mógłbyś, przekaż jej, że chciałbym z nią porozmawiać na przykład dziś wieczorem przed ciszą nocną.

― Dobrze.

Harry zadrżał na nagłe wspomnienie snu, a zaraz potem odetchnął. Severus był taki ciepły, jego powolny dotyk uspokajał lepiej niż eliksir.

― Wkrótce musimy wyjść. Tam i tak pewnie rozgrywa się bitwa o najlepsze miejsca. Dobrze byłoby…

Jeszcze nim Snape zaczął, Harry go powstrzymał, błyskawicznie domyślając się, o co ten chce prosić.

― Siedzę z resztą Gryfonów.

― Jeden dzień.

― Nie ― uparł się.

Zbliżając się do Wielkiej Sali, zrozumiał, że Snape miał rację. Bitwa o miejsca w Wielkiej Sali musiała trwać już od wczesnych godzin porannych. Może nawet wcześniej niż Harry wstał. W zatłoczonym holu dostrzegł kilka przypalonych ścian, jakby naprawdę walczono.

Każda wolna przestrzeń była teraz zajęta. Niektórzy w ogóle nie przyszli na śniadanie, lecz tylko po to, by zobaczyć króla.

Wikingowie z łatwością torowali im przejście, gdy tylko wyszli z lochów. O dziwo, tam nikt na nich nie czekał.

Harry już zapomniał, jaką wywołuje reakcję, gdy się pojawia. W Wielkiej Sali powstała fala niczym na meczu quidditcha. Rozchodziła się od drzwi i stopniowo, lecz bardzo szybko przechodziła ku podium.

Zatrzymał się i czekał. Uczniowie już znali jego zdanie i natychmiast usiedli. Dorośli nie bardzo wiedzieli, co mają zrobić. Potter ich zignorował. Musnął dłoń Severusa i westchnąwszy cicho, skierował się do swego stołu. Natychmiast dostrzegł koło Hermiony swoją ciotkę. Jednak jego wuja i kuzyna nie było.

Cały czas jego przejściu towarzyszyła cisza. Gdyby teraz wleciała pojedyncza sowa, pewnie słychać byłoby ją tak wyraźnie, jakby było to co najmniej całe stado.

Usiadł pomiędzy przyjaciółmi i cisza został przerwana. Nagły szum głosów był tak przykry dla ucha, że Harry się szarpnął.

― Przyzwyczajaj się. Teraz to będzie codzienność. ― Zaśmiał się Malfoy z jego reakcji, siedząc po drugiej stronie stołu obok swego męża. ― Szkoda, że nie nałożyłeś tej swojej zbroi co ostatnio, byłby…

― Draco… ― odezwał się spokojnie Harry, przerywając mu.

― Tak?

― Bądź cicho. I bez ciebie można tu ogłuchnąć. Przypuszczam, że ubrać potrafię się sam, w ostateczności zawsze mogę zapytać własnego małżonka o zdanie. Chyba nie wypada, żeby zamężny mężczyzna zajmował się garderobą innego zamężnego mężczyzny.

Malfoy otworzył usta raz, potem drugi. Za trzecim sięgnął po sok dyniowy. Ron zaśmiał się na tę reakcję, ale zaraz ucichł spiorunowany przez Hermionę. Harry kątem oka obserwował Petunię, ale ta tylko jadła. Nie rozglądała się, nie rozmawiała z nikim. Po prostu jadła, próbując po trochu każdej potrawy.

― Jak czuje się wuj i Dudley? ― Nagłe pytanie skierowane w jej stronę zdziwiło chyba oboje.

Harry miał zamiar rozmawiać z nią dopiero w lochach. Pytanie jakoś samo mu się wyrwało.

― Dobrze. Nie chcieli jeść tutaj, za dużo ludzi.

― Rozumiem. Postaram się załatwić wam osobny pokój, dopóki nie wrócicie do domu.

― Dziękuję.

Potter zamarł, a potem spojrzał na Granger.

― Rozmawiałaś z moją ciotką, Hermiono? Wystarczy „tak" lub „nie".

― Tak ― odparła spokojnie, jakby nic wielkiego się nie stało. ― Dla jej bezpieczeństwa. Potem ci wszystko opowiem.

― Rozumiem. ― Przypomniał sobie jednocześnie prośbę męża. ― Severus prosił, byś przyszła dziś wieczorem, jeśli będziesz mogła. Chce porozmawiać…

― Panie Potter! Jak udało się panu obudzić wszystkich mugoli?! ― Wołanie jakiegoś mężczyzny kilka kroków od Harry'ego przerwało dotychczasowy spokój posiłku.

― Zaczyna się ― mruknął Ron, przysuwając się. ― Nawet zjeść nie dadzą.

― Dlatego zjadłem wcześniej ― stwierdził Harry, a kolejne pytania zaczęły się zlewać w szum, podobny do tego powodowanego przez wyrmy.

Potter spojrzał pytająco w stronę Dumbledore'a, którego najwyraźniej bawiła ta sytuacja. Nikomu nie działa się krzywda, a ciekawość ludzka po prostu czasem bywa irytująca. Po dwóch czy trzech minutach jednak powstał i zaklaskał, zwracając na siebie uwagę. Trochę przycichło i można było usłyszeć jego głos.

― Drodzy państwo, proszę zachować spokój. Pan Harry Potter z całą pewnością odpowie na wszystkie pytania. Zapraszam dziennikarzy do sali naprzeciwko, aby tam zaczekali. Rodziców proszę natomiast o wyrozumiałość, także wyjaśnimy wszystko. Dzieci naprawdę nic nie wiedzą o sposobie obudzenia. Tylko pan Potter może udzielić nam na to odpo…

W tej chwili Harry wstał i ruszył ku wyjściu. Chciał to załatwić jak najszybciej i może przynajmniej uczniowie będą mogli zjeść w spokoju.

― Poproszę prasę i zainteresowanych do sali obok ― rzucił w drzwiach.

Czterech wikingów natychmiast stanęło po jego bokach. Nikt nie starał się nawet zbliżyć. Przejście zrobiło się samo, gdy ci, którzy czekali w holu, rozsunęli się na boki. Coś czarnego przemknęło pomiędzy stołami i do Harry'ego dołączyli Huncwoci, przemieniając się tuż obok ze swoich animagicznych postaci. Parę osób pisnęło i wszystko wróciło do normy. Jeśli to można nazwać normalnością, gdy tłum ludzi przepycha się za jednym, nastoletnim chłopakiem.

Harry ruszył do drugiej sali. Tej samej, w której Firenzo nauczał ich wróżbiarstwa. Teraz była całkowicie pusta. Potter zatrzymał się przy jednym z okien i czekał, aż wszyscy zainteresowani wejdą. Czuł ich spojrzenia na swoich plecach. W takich chwilach tęsknił za Privet Drive i tamtejszym ignorowaniem jego osoby.

W szybie mignęła mu jaskrawa szata dyrektora i odwrócił się do wszystkich. Magiczne pióra wisiały w powietrzu, czekając na polecenie notowanie każdego słowa. Tyle, że Harry nie bardzo wiedział, jak to ubrać w słowa, chciał to szybko załatwić, ale nie przemyślał, co ma powiedzieć.

― W czymś problem, Harry? ― zapytał Remus po przedłużającym się milczeniu.

Pokiwał przecząco i wystąpił krok do przodu. Wziął głęboki oddech i po prostu powiedział, to co miał do przekazania:

― Witam wszystkich. Od razu wyjaśnię jak obudziłem mugoli. Pomogły mi przy tym wyrmy z Winter Land, niestety szczegółów nie mogę podać, bo ich nie znam. Po prośbie o pomoc zostałem odesłany, a one wszystkim zajęły się same.

― Czy wyrmy zażądały jakiś korzyści dla siebie za udzielenie pomocy? ― usłyszał pierwsze pytanie.

― Nie, żadnej.

― Gdzie odbyła się rozmowa z wyrmami? Jakiś czas wcześniej widziano jak pan opuszcza szkołę w uzbrojonej eskorcie.

― Na Winter Land. Tam je po raz pierwszy spotkałem i uznałem, że będzie to idealne miejsce do rozmów. Rodzina towarzyszyła mi ze względu na grendlingi, które są bardzo niebezpieczne.

Nie miał zamiaru jednak podawać wszystkich szczegółów tego przedsięwzięcia. Lepiej dla Avalonu, by nikt się o nim niepożądany nie dowiedział.
― Czy Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać może użyć tego zaklęcia ponownie?

― Tak ― potwierdził zgodnie z prawdą. ― Ale nie w najbliższym czasie ― dodał, gdy zaczęto szeptać niespokojnie. ― Powziąłem także odpowiednie kroki, by jednak nie mógł tego dokonać.

― Co mianowicie?

― To na razie nie jest dla osób postronnych istotne. Nawet jeśli uda mi się zatrzymać jeden sposób atakowania, Voldemort wykorzysta kolejny. Będzie to trwało tak długo, aż któraś ze stron nie poniesie klęski. A ja nie mam zamiaru być po takiej stronie ― rzekł poważnie.

Zapadła cisza. Zebrani czekali, czy jeszcze coś doda, ale Harry milczał. Dziennikarze jakby wahali się zadawać kolejne pytania.

― Co z mugolami? Jak zostanie im wytłumaczone zajście z zaśnięciem całego świata?

― Proszę to pytanie skierować do Lucjusza Malfoya.

― Czy wie pan, jakie rozwiązanie wymyślono?

― Tak, ale je przemilczę. Jeszcze może ulec zmianie, by dopasować wszystko do panujących warunków.

― Czy będzie pan ingerował w działania Wizengamotu?

― Nie i nigdy nie miałem takiego zamiaru. Poproszono mnie o zadziałanie podczas kryzysu. Zareagowałem tak, jak uważałem za słuszne. Decyzje, co do władzy, pozostawię innym.

Harry naprawdę miał dość tego typu pytań. Nie pchał się do władzy.

― Na kogo będzie pan głosował?

― To moja prywatna sprawa, ale jeśli pani Bones nadal zechce być ministrem, to z całą pewnością może być pewna mojego głosu.

W tej chwili każdy na sali podjął przypuszczalnie tę samą decyzję. Notowania kobiety wzrosły.

Zaraz potem padło pytanie, którego Potter nie chciał usłyszeć, a wręcz nawet marzył, by takowe nie padło.

― Jakie podejmie pan środki bezpieczeństwa, jeśli chodzi o pojedynki z pańskim mężem?

A jednak padło. Ścisnął dłonie w pięści i pohamował się ostatkiem sił, by tym razem nie użyć nakazu.

― Nie podobają mi się te ataki, które mają za zadanie spowodowanie wyeliminowanie mojego małżonka. Nie będę jednak ingerować w jego sprawy honorowe. Severus jest potężnym czarodziejem i bardzo uzdolnionym, jeżeli chodzi o broń białą. Nie uważam, by ktokolwiek zdołał go pokonać, jeżeli tylko będzie walczył uczciwie. Ostatni pokaz określał aż nazbyt, ile uczciwości było w tych pojedynkach, dlatego się wtrąciłem. Będę to robił za każdym razem, jeżeli uznam, że są łamane prawa honoru mojego męża.

Nie miał zamiaru robić żadnych aluzji, że kogoś ukarze, chociaż miał na to naprawdę wielką ochotę. Wierzył jednak w umiejętności Snape'a, a także miał nadzieję, że po jego ostatnich dokonaniach te ataki ustaną.

Wszyscy milczeli i Albus stanął przy jego boku.

― Czy ktoś z państwa ma jeszcze jakieś pytanie, bo jeżeli nie, to zabieram pana Pottera. ― Uśmiechnął się pobłażliwie Dumbledore, kładąc dłoń na ramieniu Harry'ego. ― Jak przed chwilą przekazywałem uczniom, czas wrócić do nauki. Pociąg wkrótce zacznie kursować i odwiezie wszystkich dorosłych. Do tego czasu rodzice mogą uczestniczyć w lekcjach swoich dzieci. Życie w Hogwarcie powinno zacząć wracać do normalności.

Potter ruszył za Dumbledorem, rozmyślając nad proroctwami Severusa. Doskonale znał Albusa i jego szalone pomysły.

Syriusz i Remus szli po jego bokach. Mugole obserwowali jak opuszcza salę niczym fani jakiejś wielkiej, sławnej gwiazdy. Sam mógłby iść o zakład, że naprawdę nieliczni wiedzą kim jest. Rodzice uczniów oczywiście od dzieci. Jednak rodziny, starające się ukryć do jakiej szkoły chodzi ich magicznie uzdolnione dziecko, musiały tłumaczyć tym, którzy nic o nim nie wiedziały. Potter nawet nie chciał wiedzieć, jakie niestworzone plotki przy tym powstawały. Całe szczęście dla niego, że lochy były wolne od tej widowni. Huncwoci zostawili go z dyrektorem i eskortą pod drzwiami i zawrócili w stronę wyjścia z lochów.

Zaprosił go do salonu i przywołał skrzata, by zamówić herbatę.

― O czym chciałeś porozmawiać, Harry? ― zapytał Albus, gdy otrzymał już swoją filiżankę.

― Czekam jeszcze na jedną osobę i wtedy zacznę. Proszę chwilę poczekać, dyrektorze.

W tej samej chwili drzwi się otworzyły i wszedł Severus w towarzystwie Petunii. Harry odetchnął z ulgą. Snape obiecał mu, że będzie przy tej rozmowie, ale zawsze mogło się coś wydarzyć i okazałoby się, że nie może przyjść. Nie wiedział, co mogłoby się stać, ale nigdy nic nie wiadomo.

― Usiądź tutaj, ciociu. ― Wskazał Petunii fotel po przeciwnej stronie stolika.

Nie przypuszczał, by ciotka zaczęła czymś rzucać w dyrektora. Mogłaby jednak przypadkowo sie zamachnąć i podbić oko jednemu z najsilniejszych czarodziei. Albus lubił fiolet, ale chyba nie aż tak.

Severus stanął przy szafce z filiżanką w dłoni, wręczoną przez Zgredka, który ponownie bez wezwania usługiwał. Harry wolał pozostać przy kominku. Chrząknął, gdy głos odmówił mu nagle posłuszeństwa.

― Dyrektorze ― zaczął. ― Proszę wytłumaczyć mojej ciotce, dlaczego miała na sobie pańską klątwę. Nie wiem, co powodowała, ale sygnatura należy do pana.

Głośne stuknięcie filiżanki o talerzyk był pierwszą reakcją Petunii Dursley. Wzrok, zimny i okrutny, spoczął na starszym czarodzieju.

― Severus ci powiedział? ― zapytał spokojnie starszy czarodziej.

― Nie, sam zauważyłem. Wręcz emanowała pańską magia, gdy ją spotkałem tuż przed wybudzeniem mugoli. Zdjąłem z niej klątwę. Pan zdejmie z wuja i Dudleya.

― To była ich kara ― zauważył Albus bez cienia skruchy.

― Nie pamiętam, bym kiedykolwiek prosił, aby zostali ukarani…

― Chwileczkę! ― Krzyk Petunii przerwał Harry'emu, choć on tylko na ten wybuch czekał. ― Chcecie mi powiedzieć, że to wszystko, co nas spotkało odkąd Potter wrócił do szkoły, to wina magii? Że nie czuliśmy smaku potraw? Mieliśmy klaustrofobie nawet w dużych przestrzeniach? To wszystko wasza sprawka?

― Tak ― potwierdził siostrzeniec. ― Nie wiem, co dokładnie zrobił Dumbledore, ale nic o tym nie wiedziałem. Gdy zobaczyłem ciocię w korytarzu od razu zrozumiałem, że coś jest nie tak.

― Dlaczego nam to zrobiono?

― Jeszcze się pytasz? ― Tym razem Severus nie wytrzymał. ― Trzymanie dziecka w komórce to przecież całkiem normalne wychowywanie wśród mugoli. Czy swojego tłustego syna także tak zamykałaś?

Harry spojrzał na Severusa i ten umilkł. W oczach współmałżonka nie było nagany za wtrącenie się, tylko mignęło w nich coś niespokojnego.

Petunia milczała. Początkowo.

Harry już znał te oznaki. Przełykanie, ściskanie szczęki, pięści. Wszystko to wskazywało na nieuchronny wybuch. Dumbledore patrzył tylko na kobietę, jakby właśnie na tę eksplozje czekał. Był poważny.

― Przepraszam.

Padło tylko jedno słowo z ust ciotki, a Harry musiał usiąść. Spodziewał się wszystkiego innego, ale na pewno nie tego, nie przeprosin. Rozejrzał się po wszystkich. Snape zamarł z uniesioną jedną brwią. Natomiast Albus uśmiechał się pobłażliwie.

― Bałam się ciebie. Już tego wieczora, gdy cię znaleźliśmy pod drzwiami wiedziałam, że jesteś taki jak Lily. Potem zacząłeś to udowadniać każdego mijającego dnia. Emanowałeś magią tak bardzo, że można ją było zbierać i przechowywać niczym konfitury. Zawsze się ją czuło, nawet nie będąc czarodziejem. A my, zwykli ludzie, co mogliśmy zrobić? Nic. Musieliśmy zacząć cię ukrywać, by nas nie zamknięto w jakimś instytucie badawczym. Nie chciałam być królikiem doświadczalnym.

― Nigdy by do tego nie doszło ― odezwał się Severus. ― Mamy na wybuchy Dzikiej Magii odpowiednich ludzi do usuwania jej skutków.

― Nikt nigdy nam o tym nie powiedział. Nigdy nikogo u nas nie było.

Harry spojrzał na dyrektora.

― Nie reagujemy, gdy magia wymyka się spod kontroli wśród członków rodziny, którzy o niej wiedzą.

― A szyba w zoo? Skakanie po dachu szkoły? ― dopytywała się Petunia. ― Wielokrotnie czarował wśród innych ludzi i nikt nie przyszedł. Zawsze musieliśmy tłumaczyć się sami tymi wybrykami.

― I wszyscy wam wierzyli. Nie było potrzeby ingerować.

― To okrutne! I nieodpowiedzialne! ― stwierdził Potter. ― To tak jakby małemu dziecku dać karabin i reagować dopiero jak kogoś zabije.

― Harry, nie możemy… Nie jesteśmy w stanie reagować za każdym razem, gdy czarodziejskie dziecko uniesie łyżeczkę w powietrze.

― Jestem Harrym Potterem. Bohaterem, Wybrańcem, pokonałem Voldemorta , jako kilkunastomiesięczne niemowlę, a uznaliście, że tak potężne magicznie dziecko nie wymaga specjalnej kontroli? A gdyby moje wybuchy magii zniszczyłyby pół Londynu, to co byście zrobili?

Albus chyba zaczynał pojmować do czego dąży Harry.

― Zabralibyśmy cię do czarodziejskiej rodziny.

Młody czarodziej odetchnął głęboko. Spróbował się uspokoić, zanim zadał jedno pytanie:

― Czyli to zasługa rygorystycznego, co prawda, ale skutecznego wychowywania przez Dursleyów nie doszło do żadnej katastrofy?

Severus nie mógł uwierzyć w to, co mówi jego małżonek.

― Harry, oni się nad tobą znęcali!

― Jak dobrze pamiętam pierwsze lata szkoły, to ty też nie głaskałeś mnie po głowie ― uciszył go jednym zdaniem, potem zwrócił się na powrót do dyrektora. ― Ponawiam pytanie: dlaczego uznał pan, że należy Dursleyów ukarać?

― To była moja, bardzo samolubna decyzja ― przyznał się po krótkiej chwili ciszy Albus.

― Rodzaj zemsty za własne błędy? ― Severus prawie widział nóż, który Harry przekręcał w plecach Dumbledore'a z taką precyzją.

Z tym szczególnym Gryfonem naprawdę trzeba się liczyć. Jego zemsta będzie należała do strasznych, jeżeli kiedyś się wścieknie. W tej chwili zrobiło mu się żal Albusa. Naprawdę.

― Można to tak ująć, Harry.

― W takim razie w pańskiej gestii będzie teraz zdjęcie klątwy i wynagrodzenie cierpień mojej rodzinie, dyrektorze. ― To zabrzmiało prawie jak rozkaz.

Potter nie użył nakazu, ale nikt z zebranych nie sądził, że dyrektor wycofa się z wykonania tego polecenia.

― Oczywiście, Harry. Najlepiej będzie, jeśli zaraz pójdę do pozostałych. Pani Dursley, zapraszam potem do mojego gabinetu. Porozmawiamy.

Petunia była w takim szoku, że zdołała tylko kiwnąć głową. Dyrektor ich opuścił, a Harry usiadł w fotelu.

― Czy jest jeszcze coś, ciociu? Mam coś jeszcze zrobić? Od tego momentu nie będziesz musiała o mnie już nawet myśleć. Nigdy nie wrócę na Privet Drive. Mam męża oraz środki by samemu się utrzymać. Rodzice przygotowali mi wystarczająco dużo.

― A co ze mną? Z tym, że zdołałeś mnie obudzić?

― Jesteś charłaczką. Masz zbyt mało magii, żeby rzucać zaklęcia. Możesz spokojnie żyć jako mugol. Cała ta sytuacja powoli wróci do normy, wszystko już przygotowujemy.

― Ale to i tak znów się stanie, prawda? Macie tu jakąś wojnę, która wymknęła się spod kontroli i dlatego wszyscy zasnęli?

― Tak, mamy wojnę. Trwa już całe lata. Zginęli w niej moi rodzice, chroniąc mnie. Zrobię jednak wszystko, by ponownie nie wyszła poza czarodziejski świat.

― Jesteś tylko nastolatkiem! Co ty możesz zrobić?

Milczenie było jedyna odpowiedzią młodego mężczyzny, który odwrócił wzrok.

Severus w końcu przełamał tę niezwykłą niemoc, która go opanowała po słowach męża i wstał, podchodząc do niego.

― Harry musi jeszcze przygotować się do zajęć. Pani rodzina pewnie niecierpliwie czeka na wiadomości.

Otworzył przed nią drzwi i gdyby nie dobre wychowanie, to by ją wręcz wypchnął, byle szybciej opuściła ich komnaty. Przysunął się do niej i warknął cicho:

― Porozmawiajmy sobie na osobności, Tuniu.

OOOO

Kobieta obrzuciła go lodowatym spojrzeniem, pełnym odrazy i wzgardy, lecz nie zamierzała protestować. Sama miała mu wiele do powiedzenia. Stanęli we wnęce niedaleko uchylonych drzwi, a mistrz eliksirów otoczył ich zaklęciem prywatności.

― Zawsze wszystko psujesz i niszczysz, Snape ― zaczęła bez ostrzeżenia charłaczka z jadowitą satysfakcją. ― Jego też. Założę się, że to wszystko przez ciebie! ― Wskazała na pokój, w którym nadal siedział Harry.

Mistrz eliksirów zmrużył oczy i nie pozwolił na to, aby dać się wyprowadzić z równowagi. Opanował swoje emocje i odparł spokojnym tonem:

― Czyżby? To nie ja go przez lata okłamywałem go i nie znęcałem się jak ty. Wciąż uważasz, że na to zasłużył. Widzę to w twoich oczach, kobieto.

Petunia zacisnęła zęby.

― I co z tego? To i tak przeszłość. Przeprosiłam, czyż nie? ― syknęła, uderzając palcem w tors czarodzieja. Gwałtownie cofnęła rękę, jakby w pewnym momencie uświadomiła sobie ważną rzecz. ― Jeżeli ty jesteś jego mężem, to kim on jest w tym związku? Jest twoim mężem, prawda? ― Sugestia całkiem przeciwna niż wypowiedziane słowo była bardzo jasna.

― Istotnie. ― Z trudem się powstrzymał przed dotknięciem Kamienia Serca Harry'ego zawieszonego na piersi pod ubraniem.

Dursley skrzywiła się z nieukrywanym obrzydzeniem.

― W takim razie nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Nawet nie chcę myśleć, jak zareaguje Vernon, gdy…

Umilkła, a ciemne oczy Severusa niemal wżarły się w jej umysł. Mistrz eliksirów nie musiał używać legilimencji, by domyślić się reszty. Zdławił chęć potraktowania kobiety i jej rodziny czymś o wiele groźniejszym, niż to, czym posłużył się Albus.

Gdyby tylko to ode mnie zależało, cała wasza trójka zniknęłaby na zawsze i nikt by nawet za wami nie zatęsknił, pomyślał mistrz eliksirów z nieprzyjemnym uśmieszkiem, unoszącym kąciki ust.

― Harry jest tu szczęśliwy, przynajmniej dużo bardziej, niż był pod twoją jakże czułą opieką.

Petunia uniosła dumnie brodę, milcząc i Severus zdjął czar, tym razem bez skrupułów i szorstko zmusił ją by opuściła ich pokoje.

OOOO

Musiał jednak się czegoś dowiedzieć od małżonka.

― Oszalałeś? Co ci wpadło do tej gryfońskiej głowy? ― Nie wytrzymał zaraz po zamknięciu drzwi.

Powolne uniesienie głowy przez męża znad jakieś książki, a potem te zielone oczy zatrzymały go w miejscu, choć właśnie podchodził, by nim potrząsnąć. Zobaczył w nich prośbę, niemal błaganie i ból.

― Możesz chociaż raz… po prostu… odpuścić?

― Harry… ― westchnął ciężko Severus, kiwając głową.

― Wiesz, przez ile lat chciałem, by poczuli to, co ja? By nie czuli smaku potraw, bo było się zbyt głodnym, by się nim delektować? By siedzieli w ciemności, w której ściany próbują cię pochłonąć? A gdy to się stało, poczułem niesmak i obrzydzenie. Mną samym.

Severus ponownie wyrzucił sobie, jak mógł nie widzieć tego wcześniej. Przecież to dziecko każdym swoim czynem i decyzją potwierdzało, że jest maltretowane. Posiłków nigdy nie opuszczał, choć wielu uczniów robiło to notorycznie. Tylko głodzone dziecko z taką nabożnością traktowało jedzenie. To uwielbienie latania, przebywania na otwartej przestrzeni. Brak zaufania wobec dorosłych. Harry każdym gestem mówił, że coś jest nie tak, a nikt tego nie dostrzegał. Sam Severus tego nie chciał widzieć.

― Dlaczego? To całkiem normalne czuć chęć zemsty do swego oprawcy.

― Może. Może ja nie jestem jak każdy inny. Jest mi niedobrze, jak tylko o tym pomyślę. Mam dosyć cierpień. Swoich i cudzych, Severusie. Nie chcę więcej.

Chyba ta rozmowa przerosła siły Harry'ego. Zaczął się trząść, obejmując ramionami i kiwając w przód i w tył. Snape potrząsnął głową, natychmiast przywołując eliksir uspokajający i usiadł na oparciu jego fotela, przyciągając małżonka do siebie.

― Wypij ― polecił.

― Nawet jeden dzień… ― mruknął, ale opróżnił fiolkę posłusznie.

Efekt był natychmiastowy. Harry rozluźnił się i westchnął, przeczesując włosy. Po dłuższej chwili zapytał:

― Naprawdę muszę iść na te zajęcia?

Małżonek spojrzał na niego i odparł stanowczo:

― Tak.

OOOO

To był koszmar porównywalny do tego, z którego nie tak dawno się obudził. Spojrzenia wszystkich przewiercały go na wylot. Dyrektor całe szczęście ograniczył się do rodziców uczniów mających zajęcia. Żadnych innych roczników czy Domów.

Oczywiście nawet to nie poszło tak łatwo, bo się spóźnił przez rozmowę z Dumbledorem. Do klasy wszedł dziesięć minut po czasie.

― Przepraszam, pani profesor.

McGonagall kiwnęła tylko głową i kontynuowała wykład. Przynajmniej chciała.

― Czy to normalne, że uczeń nie ponosi odpowiedzialności za spóźnienie?

― Czy gdyby to był zwykły uczeń, czy także nie zostałby ukarany?

Pytania przecinały powietrze niczym sztylety, wszystkie skierowane do nauczycielki. McGonagall jednak nie dała się tak łatwo.

― Proszę państwa, każdy z was wie od swoich dzieci, jaką rolę pełni teraz pan Potter. W panujących obecnie warunkach, gdzie jego decyzje oraz magia są znaczące, nie mogę wymagać punktualności. Znając pana Pottera, jestem pewna, że nie spóźnił się z błahych powodów. Mam rację, panie Potter?

― Tak, pani profesor. Rozmawiałem z dyrektorem. ― I choć po części było to kłamstwo, bo rozmowa dotyczyła jego prywatnego życia, nie poczuł się z tym źle.

Naprawdę lubił opiekunkę swego Domu i nie miał zamiaru psuć jej reputacji przed grupą mugoli, którzy nie do końca rozumieli, co się dzieje. Na tym jednak nie zakończyły się te lekcje. Kwadrans później do sali wszedł jeden z wikingów.

― Przepraszam, że przeszkadzam. Pan Malfoy prosi o przybycie pana Pottera.

― W jakiej sprawie? ― zapytała Minerwa.

Wiking rozejrzał się po zgromadzonych rodzicach, stojących pod ścianami, niepewny czy może to zdradzić.

― Czy pan Malfoy chce uzgodnić propozycję panny Granger także ze mną? ― uratował go Harry.

― Tak.

― Proszę mu przekazać, że całkowicie zdaję się na moją przyjaciółkę i zgadzam się na wszystkie jej decyzje. Do pana Malfoya zajrzę po zajęciach. Niech uzbroi się w cierpliwość, albo niech robi to, co wymaga jego stanowisko. ― Ostatnie zdanie podkreślił dosyć ostro dla powagi sytuacji.

Wiking wyszedł, a sala rozbrzmiała szeptami dorosłych, na co zareagowała natychmiast chłodno McGonagall.

― Proszę państwa, jeśli wolą państwo dyskutować, to opuszczenie zajęć będzie wskazane. Przeszkadzają państwo w nauce własnym dzieciom.

Rodzice w kilka minut opuścili salę, ale nawet przez zamknięte drzwi słychać było ich głośne i nerwowe rozmowy. Zaklęcie wyciszające ukróciło i to.

Harry zrobił to, co zrobiłby każdy inny nastolatek na jego miejscu. Położył głowę na blacie ławki i westchnął załamany. Ron poklepał go współczująco po plecach.

― Panie Potter, możemy wrócić do nauki? Czy planuje pan jeszcze jakąś audiencję?

― Ja nie, ale kto ich tam wie? ― Kiwnął konspiracyjnie, wskazując na drzwi.

― Do jutra musimy wszyscy jakoś wytrzymać, tym razem nie możemy pozwolić uczniom na opuszczanie szkoły. Dorośli muszą wrócić do domów pociągiem, a to trochę potrwa. A teraz, jeśli mogę, wrócimy do tematu…

Na pozostałych zajęciach liczba asystujących im rodziców selektywnie się zmniejszała. Część wyjechała, pozostali zrezygnowali, gdy poza pierwszą lekcją nic niezwykłego się nie stało.

Na obiad nie miał ochoty iść, ale chciał jak najmniej martwić Severusa, a nie pojawienie się na posiłku na pewno wzbudziłoby sensację wśród wszystkich. Przypuszczał, że nawet gdyby wymówił się zjedzeniem u siebie, niewiele by to zmieniło.

Hermiona nadal nie wróciła i Harry zaczynał się zastanawiać, co takiego planują z Malfoyem seniorem. Oczywiście wiedział, że realizacja planu Granger na światową skalę wymagała nie lada pracy i przygotowań, ale dziewczyna zniknęła zaraz po śniadaniu, czyli dobre cztery godziny temu.

Zjadł mało nie czując głodu, rozmyślając o poczynaniach przyjaciółki.

― Wiesz, gdzie jest teraz Hermiona? ― zapytał Rona, siedzącego obok i pochłaniającego niespotykane ilości tłuczonych ziemniaków.

― Ciągle u Malfoya. W sali koło skrzydła szpitalnego. Wpadłem tam po transformacji. Pełno tam kartek. Są dosłownie wszędzie, nie tylko na stole. Na krzesłach, szafkach, parapetach. Wszędzie! Coś ty jej kazał zrobić?

― Zaplanować kamuflaż.

― Co?

― Kamuflaż. Przykrywkę tego, co zrobił Voldemort.

― Poważnie myślisz, że mugole się nabiorą, na to, co… zamierzacie zrobić z Hermioną. Cokolwiek to jest.

Harry wstał od stołu, zmarszczył czoło i rzucił:

― Mam nadzieje, inaczej trzeba będzie zaplanować naprawdę mnóstwo rzeczy, by porozumieć się z tyloma rządami na raz. A znając moje szczęście, pewnie wszyscy chcieliby rozmawiać jedynie ze mną.

Spojrzał jeszcze na stół nauczycielski i skinął Severusowi głową. Ten rozmawiał właśnie z Huncwotami, ale obserwował go uważnie.

― Idę do Malfoya. Jakoś nie podejrzewam, żebym stamtąd szybko wyszedł, skoro nadal Hermiony nie wypuścił.

Zamek od rana opustoszał trochę. Mugoli nie było już tak dużo, ale wikingowie jak zawsze mu towarzyszyli. Było to denerwujące, bo jeden wchodził za nim nawet do toalety. Czekał obok kabiny i straszył innych uczniów. Plusem jednak było to, że nikt go nie zaczepiał. Nie wypytywał o wyrmy, wikingów, Voldemorta i o co tam w danej chwili chcieliby zapytać.

Na korytarzu tuż przed wejściem do skrzydła szpitalnego zatrzymał się w miejscu. Tuż przed nim stała cała rodzina Dursleyów. Ciotka zauważyła go pierwsza, zaraz potem wuj, który natychmiast poczerwieniał na twarzy.

― Zostańcie tutaj ― rzucił Harry do eskorty i podszedł bliżej, pytając: ― Wszystko w porządku?

Dursley chyba czekał właśnie na to pytanie.

― I jeszcze się głupio pyta, niewdzięczny bachor!

Harry spojrzał pytająco na ciotkę.

― Czy dyrektor powiedział coś, co zdenerwowało wuja Vernona?

― Nic poza tym, o czym rozmawialiśmy wcześniej ― odparła, a jej mąż natychmiast zaczął wrzeszczeć:

― Chyba cię czymś napoili! Słyszysz, co ty w ogóle mówisz? Stajesz po stronie tego podrzutka?! Mieszkał u nas, jadł, a teraz nie chce dać nam za to…

― Lepiej już nic więcej nie mów, wuju. ― Harry ścisnął dłonie w pięści.

Tego akurat mógł się spodziewać po tym mężczyźnie.

― Nie będziesz mi tu rozkazywał, gówniarzu!

Wikingowie zaczęli się zbliżać, gdy Vernon zaczął podnosić głos. Petunia próbowała go uspokoić, ale on nie zwracał na nią uwagi.

― Może i jesteś tutaj kimś ważnym, ale gdy tylko skończy się rok szkolny, to gdzie wrócisz? Do nas! I wiesz co zastaniesz? Zamknięte drzwi. Nie chcę cię widzieć nigdy więcej! ― Ostatnie słowa przypieczętował uderzeniem, które posłało Harry'ego na ścianę.

Sekundę później cztery mecze zostały wycelowane w krtań Dursleya. Petunia zaczęła szlochać, tuląc do siebie oszołomionego syna.

― Przestańcie! ― krzyknął Potter w stronę eskorty.

Z kącika ust sączyła mu się strużka krwi, a policzek już nabierał czerwonej barwy, która z czasem stanie się fioletowa.

Nakaz sam wyrwał mu się spod kontroli i wikingowie usłuchali.

― Schowajcie broń i odsuńcie się. On nie jest w stanie skrzywdzić mnie więcej niż to. ― Wstał powoli, wyjmując różdżkę. Grdyka Vernona podskoczyła. ― Nie wrócę na Privet Drive już nigdy, mówiłem to cioci. Nie muszę już ― poinformował go spokojnie. ― Jeśli tak bardzo masz mnie dość, mogę się całkowicie usunąć z twojej pamięci. Jedno zaklęcie i odchodzę w niepamięć. Nie będziecie nic pamiętać i wrócicie do swojego normalnego życia.