mała dedykacja rozdziału- kilku nauczycielom z…

Pierwszy dzień

- Dziewczyny, wstawajcie!
Lily niechętnie przeciągnęła się w łóżku.
- Już? - spytał jakiś wyraźnie zniechęcony głos.
- Tak, już, bo zaraz spóźnicie się na swoje pierwsze śniadanie w Hogwarcie!
Lily przeciągnęła się jeszcze raz. Naprawdę nie miała ochoty jeszcze wstawać. Gadały wczoraj długo, chyba nawet za długo. Z trudem otworzyła oczy. Tuż nad nią znajdował się piękny, bordowy baldachim. Tak, była w Hogwarcie. Przetarła powieki i usiadła na łóżku. Oparta o zamknięte drzwi stała Kathy Appleby, ta dziewczyna, "prefekt", która wczoraj zaprowadziła je do sypialni. Jo, Rawnie i Diana gramoliły się powoli z łóżek.
- Dobrze, że po was przyszłam - stwierdziła Kathy. - Miałam przeczucie, że zaśpicie.
Lily spojrzała na swój budzik, który dnia poprzedniego ustawiła na szafce przy łóżku. Wskazywał godzinę ósmą.
- O której jest to śniadanie tak właściwie? - spytała Rawnie składając pościel.
- Nie musisz słać, skrzaty to zrobią - zauważyła Kathy. - A śniadanie jest o wpół do dziewiątej. O dziewiątej większość ludzi zaczyna lekcje.
- Dopchamy się do łazienki? - spytała Diana, która właśnie wyciągnęła z szafki mydło, ręcznik i szczoteczkę do zębów
- Jedną z zalet Gryffindoru są olbrzymie łazienki w sporej ilości - uśmiechnęła się Kathy. - Z tego co słyszałam od Krukonek one mają o wiele gorzej. Zdążycie się umyć. Łazienka jest za drzwiami z wyrzeźbionym wodospadem. Potem są osobne umywalki i kabiny.
Lily wykopała momentalnie z nierozpakowanej jeszcze torby swój ręcznik i pobiegła za resztą.Udało im się. Zdążyły na śniadanie. Gdy razem z całą resztą Hogwartu pochłaniały jajecznicę, Kathy znowu pojawiła się tuż koło nich.
- Wasze plany lekcji - powiedziała, podając Rawnie kilka kawałków pergaminów.
Brunetka wzięła jeden i podała resztę kolegom i koleżankom. Lily przyjrzała mu się z ciekawością.
- Jutro mamy środę, prawda? - spytała Diana cicho.
- Tak - odpowiedziały równocześnie Jo i Rawnie.
Według planu miały mieć teraz transmutację. Mickey, która skończyła już jeść i dosiadła się do nich zaczęła opowiadać im o nauczycielce tego przedmiotu, profesor McGonagall.
- Jest bardzo stanowcza i zawsze przejrzy każdy wykręt na temat nieodrobionych zadań domowych - stwierdziła. - Ale nie odejmuje niesłusznie punktów uczniom, tak jak robi to Snape. Za to równie mocno nie lubi jak ktoś robi na lekcji coś, co nie jest związane z tematem. I nigdy się na nikogo nie uwzięła, jest naprawdę sprawiedliwa. A, i nie ma mowy o spóźnieniu się do niej na lekcję. Jak chcecie zdążyć na pierwszą, to mogę was zaprowadzić do klasy, co wy na to?
Zgodziły się z radością, bo Kathy im nie pokazała, gdzie będą lekcje. Gdy tylko wstały od stołu przyłączyło się do nich jeszcze trzech rudzielców, a wraz z nimi jeszcze dwóch chłopców. Nazywali się Corrin Thomson i Tom Fortescue, co oznajmili im w drodze do klasy.
- To twój dziadek ma tę lodziarnię na Pokątnej? - zainteresowała się Jo.
- Tak - odparł chłopak, jakby trochę przestraszony pytaniem samym w sobie.
Dzięki pomocy Mickey zdążyli do klasy na czas. Blondynka życzyła im powodzenia na pierwszej lekcji i zniknęła za rogiem, idąc na zaklęcia.
Klasa do transmutacji była bardzo zadbana. Jednoosobowe ławki ustawione zostały w dwa rzędy. Lily, z nawyku, usiadła w pierwszej. Miejsce za nią zajęła Jo, a dalej Diana. Rawnie usiadła w drugiej ławce w drugim rzędzie. Chłopcy rozmieścili się gdzieś z tyłu. McGonagall weszła do klasy przez drugie drzwi, umieszczone w ścianie tuż koło tablicy. Odczytała ich nazwiska z trzymanego w ręku pergaminu. Wywołani wstawali, żeby mogła się im przez chwilę przyjrzeć. Szczególnie długo wpatrywała się w trzech Weasley'ów.
- Mam nadzieję, że wiecie, że to ja jestem opiekunem waszego domu, więc chciałabym was wszystkich zapamiętać - wyjaśniła.
Potem udzieliła im krótkiego wykładu na temat specyfiki i delikatności, jakiej wymaga sztuka transmutacji. Lekkim machnięciem różdżki zamieniła katedrę w kozę, a potem z powrotem w mebel. Resztę lekcji spędzili na próbie przekształcenia otrzymanej od nauczycielki zapałki w szpilkę. Najbliżej sukcesu byli Lily i Corrin. Jej zapałka stała się stalowa, natomiast jego przybrała charakterystyczny, igłowaty kształt.
- Jaki jest sens robienia takich głupot? - podsumował ich podobne przemyślenia jeden z Weasley'ów, gdy tylko opuścili klasę.
- Trzeba zacząć od prostych rzeczy, żeby potem móc przejść do trudniejszych - odparła filozoficznie Lily, ale chłopak tylko pogardliwie prychnął.
Obrona przed czarną magią okazała się o wiele ciekawsza. Profesor Lupin, szczupły, ciemno ubrany mężczyzna opowiadał im pokrótce o najróżniejszych, niebezpiecznych stworach - boginach, druzgotkach, dementorach.
- Na razie jeszcze za mało umiecie z magii ogólnej, abyśmy mogli ćwiczyć przeciwzaklęcia do obrony przed nimi - powiedział. - Omówimy więc na razie dotyczącą ich teorię. Praktyką zajmiemy się dopiero pod koniec następnego semestru. Tak, ja też nie lubię teorii - dodał z uśmiechem, gdy po klasie przetoczył się jęk zawodu. - Ale trzeba mierzyć siły na zamiary.
- A kiedy zajmiemy się obroną przed czarownikami? - wypaliła Jo. - Najniebezpieczniejsi są przecież Śmierciożercy…
- Aby móc walczyć trzeba być już obeznanym z czarną magią - odparł. - O tym również pomówimy w drugim półroczu. Na razie mogę wam tylko obiecać, że postaram się wam przedstawić te wszystkie złe stwory, o których mówiłem, z najciekawszej strony.
- Tata zawsze twierdził, że lekcje z Lupinem były super - westchnęła Jo, gdy opuścili klasę. Chłopcy pobiegli natychmiast na obiad do Wielkiej Sali, zostawiając dziewczyny trochę z tyłu. - Nigdy nie nudził ich niepotrzebnymi informacjami, tyko pokazywał, co robić, jak się jest w niebezpieczeństwie. I dużo ćwiczyli. A u nas będzie nuda…
- Skąd wiesz? - spytała Rawnie. - Wydaje mi się, że to jeden z tych nauczycieli, co potrafią nawet najnudniejsze rzeczy zrobić interesującymi. Miałam w podstawówce takiego geografa.
- U nas była taka świetna historyczka - dodała Lily. - I matematyczka.
- My mieliśmy fantastyczną biolożkę - powiedziała Diana.
- E tam - mruknęła Jo.

- Harry?
Nie było odpowiedzi. Ginny postanowiła na nią nie czekać. Po prostu otworzyła drzwi i weszła do jego gabinetu. Siedział przy biurku, z głową opartą na rozłożonej przed nim wielgachnej książce. Najwyraźniej spał. Ginny podeszła do niego i potrząsnęła go za ramię. Zerwał się tak gwałtownie, jakby został porażony piorunem. W dłoni trzymał różdżkę, którą skądś wyciągnął. Przez chwilę przyglądał się swojemu gościowi, a potem powoli opuścił różdżkę.
- Przepraszam, Ginny - powiedział. - Jestem przewrażliwiony…
- Zdecydowanie jesteś - przyznała. - Do której wczoraj siedziałeś?
- Nie wiem - Harry ziewnął i przeciągnął się. - Długo. Mam tu dostęp do najlepszej czarnoksięskiej biblioteki w całej Anglii. Nie mogę tego zmarnować.
Ginny obrzuciła wolumin na jego biurku sceptycznym spojrzeniem. Podeszła do niego i odchyliła okładkę.
- "Magia diabelska i jak ją mocą światła pokonywać" - przeczytała. - Jednym słowem nie chcesz potraktować swojego pobytu w Hogwarcie jako odpoczynku od stresu?
- Nie mogę - odparł Harry. - Muszę go pokonać. Za długo to wszystko się przeciąga. Nie wiemy, ile jeszcze będziemy się mogli bronić…
- Harry - przerwała mu Ginny stanowczym tonem. - Rozumiem, że się tym martwisz, każdy z nas się martwi, ale Dumbledore po to zmusił cię do przyjęcia etatu w tej szkole, abyś sobie wreszcie trochę odpoczął. Abyś mógł się rano obudzić w poczuciu bezpieczeństwa. Nie wyskakiwał na każdego nieznajomego z różdżką, bo stanie się z ciebie drugi Szalonooki Moody. Jesteś bohaterem, ale nawet bohaterowie potrzebują odpoczynku.
- Nie jestem bohaterem. Robię, co do mnie należy.
Ginny tylko się uśmiechnęła.
- Przyszłam zaprowadzić cię na obiad, bo słyszałam, że na śniadaniu cię nie było. Jak się pospieszysz, to może nie będziesz musiał prosić skrzatów o odgrzanie ziemniaków.
Harry tylko uśmiechnął się blado. Skrzaty… Skrzaty zawsze przywodziły mu na myśl Hermionę. Co się z nią stało? Czemu odeszła? Nie kochała go? A może po prostu bała się o siebie? O, co to to nie. Nikt z Gryffindoru nie porzuciłby przyjaciela w potrzebie, a szczególnie nie Hermiona.
- Harry? Coś się stało?
- Nie, Ginny - pokręcił głową. - Zamyśliłem się tylko. Chodźmy na obiad.
- Wiesz, wpadnij do skrzydła szpitalnego wieczorem - powiedziała, gdy już byli na korytarzu. - Dam ci Napar Błogiego Snu. Będziesz po nim lepiej spał, bez koszmarów.
- Dzięki - uśmiechnął się do niej jeszcze raz, po raz kolejny w sposób wymuszony. - Nie podziękowałem ci jeszcze za pobudkę. Gdyby nie ty, zaspałbym na moją pierwszą lekcję, mam zaraz po obiedzie. Nie będzie łatwo, bo to Ślizgoni.
- Współczuję - westchnęła Ginny. - Chociaż Snape może jeszcze nie zdążył ich do ciebie negatywnie nastawić. A z tą pobudką to nie ma sprawy. Neville po prostu wspomniał, że nie byłeś na i stwierdziłam, że sprawdzę, czy dobrze się czujesz. Muszę dbać o zdrowie uczniów i kadry - uśmiechnęła się.
Harry również się roześmiał. Może to były te mury, może towarzystwo dobrej znajomej, może poczucie bezpieczeństwa i przynależności, świadomość, że jest w domu… W każdym razie od zaginięcia Hermiony nie czuł się tak spokojny i pogodny. Przykre myśli na chwilę odsunęły się na drugi plan. Ginny miała rację. Miał wypocząć. Będzie uczyć i przypomni sobie, jak to było samemu uczyć się do egzaminów. Będzie wreszcie mógł prowadzić małą wojnę podjazdową ze Snape'em jak równy z równym. A wieczory będzie spędzał z Neville'em, Ginny, Hagridem i Dumbledorem. Zasłużył sobie na odpoczynek.
Z tych wyjątkowo pogodnych myśli wyrwała go w sensie prawie dosłownym grupa dziewczynek, które wyszły niespodziewanie zza rogu. Jedna z nich wpadła na Ginny, druga na niego. Obie odskoczyły przerażone.
- Ojej… przepraszamy… - zaczęła wyższa, w której momentalnie rozpoznał Jo Weasley.
- Przepraszamy… - powtórzyła jak echo trochę niższa, o kasztanowych włosach.
Harry przyjrzał się jej uważnie. Bez wątpienia, przypominała mu Hermionę. Takie same rozwichrzone i nieposłuszne włosy. Ten sam wyraz twarzy, gdy coś ją przestraszyło. Tylko oczy miała niepokojąco zielone.
- Nie szkodzi, Jo… panno Weasley - powiedziała Ginny.
- Ciocia Ginny! - ucieszyła się Jo. - I wujek Harry!
- Tutaj powinniśmy być na "pani Longbottom" i "profesorze Potter" - upomniała ją pielęgniarka.
- No tak… nic tak nie niszczy rodzinnych więzi jak szkoła - prychnęła Jo.
Pozostałe dziewczyny stały w milczeniu. Lily zauważyła, że mężczyzna dziwnie jej się przygląda i spuściła oczy. Ginny również na nią spojrzała, zaintrygowana wejrzeniem Harry'ego. I bez trudu odgadła, że dziewczyna przypomina mu Hermionę z ich wspólnych, szkolnych czasów. Musiała go odciągnąć jak najszybciej, bo doskonale wiedziała, jak depresyjnie nastraja Harry'ego wspomnienie dawnej przyjaciółki.
- Harry, musimy już iść - powiedziała. - Niech dziewczynki idą w swoją stronę.
- Na razie - mruknęła Jo i ruszyła przed siebie, jakby nic się nie stało. Koleżanki bez słowa poszły za nią, a po chwili wyraźnie rozgorzała pomiędzy nimi rozmowa.
Ginny pociągnęła Harry'ego w inny korytarz. Dziękowała niebiosom, że do Wielkiej Sali było wiele dróg, bo dziewczyny niewątpliwie poszły na obiad.
- Widziałaś tę dziewczynę? - spytał Harry. - Tę…
- … która wyglądała jak Hermiona? Przepraszam - dodała, gdy jej przyjaciel nagle drgnął. - Tak czasem bywa, Harry. Ludzie są do siebie podobni. Nieraz obcy przypominają mi znajomych. Nie myśl o tym, co było dawno.
- Ginny, ty ją dobrze znałaś. Jaki miała powód?
- Nie wiem, już ci to wiele razy mówiłam. Wiesz, że zostawiła tylko tę kartkę, że odeszła z własnej woli i żeby jej nie szukać. Minęło już jedenaście lat, spróbuj o niej zapomnieć. Jest tyle miłych czarownic…
- Nie, Ginny. Ona była jedyna.
Nie odezwali się już do siebie, dopóki nie zajęli miejsc przy stole w Wielkiej Sali.

- To twoi krewni? - spytała z ciekawością Rawnie, gdy tylko oddalili się kawałek od spotkanej na korytarzu dwójki.
- Moja ciocia i przyjaciel moich rodziców - odparła Jo.
- Nie mówiłaś, że twoi rodzice przyjaźnią się z samym Harry'ym Potterem - powiedziała Rawnie z wyrzutem.
- No i co z tego? Chodzili po prostu razem do szkoły.
- Aha - mruknęła brunetka w odpowiedzi wszechwiedzącym tonem.
- No co? - spytała obcesowo Jo.
- Nic.
- No ale co?
- Naprawdę nic.
Kłóciły się w ten sposób aż do Wielkiej Sali, gdzie wypełnienie ust i umysłów jedzeniem nie pozwoliło im na jakąkolwiek werbalną komunikację. Diana również siedziała milcząca, jak zawsze do tej pory. Możliwe, że po prostu nad czymś rozmyślała. Podobnie Lily, która zachodziła w głowę, czemu profesor Potter tak dziwnie na nią patrzył. Wpadła co prawda na niego, ale też od razu przeprosiła… nie, to musiało być coś innego. Tylko co?
- Cześć - do dziewczyn drugi raz tego dnia dosiadła się Mickey.
- Hej - mruknęły solidarnie, choć dość nierówno.
- Coście takie milczące? - spytała Weasley'ówna z ciekawością. - Dosiadłam się do was, bo wydawało mi się, że jesteście trochę weselsze niż dziewczyny z mojego rocznika.
- Które są z twojego rocznika? - zainteresowała się momentalnie Rawnie.
- Te dwie przy końcu stołu. Są całkiem miłe, ale myślą tylko o chłopakach - dodała szeptem.
Pierwszaczki parsknęły śmiechem.
- To chyba normalne, prawda? - spytała Jo.
- Dojrzewanie i te sprawy - pokiwała głową Rawnie, udając śmiertelną powagę.
Ponownie parsknęły śmiechem.
- Jo, powiem ci szczerze - trafiłaś na lepsze koleżanki niż ja - stwierdziła Mickey. - Chyba obleję ten rok, by wylądować z wami w jednej klasie.
- Co ty, taka prymuska jak ty? - rzuciła ironicznie Jo.
- A coś ty taka nie w sosie? - spytała ją kuzynka.
- Nieważne - burknęła Jo.
- To przeze mnie - żachnęła się Rawnie. - Jo, nie chciałam cię zdenerwować. Naprawdę. Przepraszam, nie wściekaj się na mnie.
- Nie ma sprawy, tylko powiedz, co?
- Nic.
- Ale powiedz co.
- Co.
Tym razem śmiechem wybuchnęły nie tylko pierwszoroczniaczki, ale też reszta siedzących tuż obok Gryfonów.
- Jesteś upiorna - stwierdziła w końcu Jo, ale uśmiechnęła się przy tym.

Zielarstwa uczył, jak się dowiedziały jeszcze przed końcem obiadu, wujek Jo.
- To mąż cioci Ginny. To ta, na którą wpadłam na korytarzu - wyjaśniła. - Oboje pracują w Hogwarcie, ona jako pielęgniarka, a on jako nauczyciel.
- Masz strasznie wielką rodzinę - zauważyła nieśmiało Diana.
- Mój tata miał sześcioro rodzeństwa - oznajmiła dumnie Jo.
- A mama? - spytała Lily.
- Mama była jedynaczką, ale mówi zawsze, że jedyne, co się jej w tym podobało, to nie kupowanie dużych ilości prezentów na święta. I ja się chyba z nią zgadzam.
- A co, byłaś kiedyś jedynaczką? - zainteresowała się Rawnie, ale Lily syknięciem kazała się jej opamiętać.
Profesor Longbottom okazał się sympatycznym, pyzatym czarodziejem, odzianym w ciemną szatę (ciężko było określić, czy od samego początku była brązowo-szara, czy była to kwestia jej częstego kontaktu z ziemią). W ramach ćwiczeń na pierwszej lekcji podzielił ich na trójki i kazał przesadzać zwykłe, lecznicze zioła, żeby nabrali wprawy w operowaniu narzędziami ogrodniczymi. Lily trafiła do grupy z Dianą i wysokim, chudym Puchonem, który przedstawił się jako Nicolas Cox. Jak się okazało, znał się na sadzeniu roślin i chętnie dzielił się tą wiedzą, więc jako pierwsi obsadzili swoje kilka doniczek.
- Bardzo ładnie - pochwalił ich Longbottom. - Każde z was zarobiło dla swego domu po pięć punktów. Ci, którzy skończą, oddadzą mi doniczki i narzędzia i mogą wrócić do zamku Na następną lekcję napiszecie wypracowanie na stopę długości o przesadzaniu roślin magicznych.
Diana i Lily skinęły Nicolasowi na pożegnanie i pobiegły do wieży Gryffindoru nie czekając na resztę. Zajęły dwa wygodne fotele przy stoliku tuż koło kominka. Lily momentalnie otworzyła książkę do zielarstwa i zaczęła przeglądać pierwszy rozdział, "O rozsadzaniu, przesadzaniu i zapewnianiu właściwej ziemi". Z torby wyciągnęła ołówek i zaczęła nim zaznaczać fragmenty, które mogły się później przydać do napisania pracy. Diana spojrzała na nią niepewnie i zaczęła przeszukiwać swoją torbę w poszukiwaniu bliżej nieokreślonego czegoś. Poszukiwania owe pochłonęły jej całe piętnaście minut, po których do pokoju wspólnego napłynęła fala Gryfonów –najwyraźniej właśnie skończyła się lekcja. Po chwili dotarli też pierwszoroczniacy, w przypadku Rawnie, Jo i jednego z jej krewniaków umazani na twarzach ziemią. Dziewczyny pomachały Lily i Dianie, po czym popędziły do dormitorium, zapewne, żeby się umyć. Dwaj pozostali Weasley'owie dosiedli się do stolika przy kominku.
- Co im się stało, że są tacy brudni? - zainteresowała się Lily.
- Cóż… - z uśmieszkiem satysfakcji jeden z rudzielców zapadł się w fotel. - Mieli zgodnie pracować przy jednej doniczce, ale wybuchła między nimi mała kłótnia…
- No i poszło na ziemię - dokończył jego kuzyn. - Moja siostra potrafi być bardzo zawzięta, szczególnie jak idzie o głupoty.
- A co na to nauczyciel? - zainteresowała się Lily.
- A, nic nie powiedział - machnął pierwszy Weasley ręką. - Próbował, ale wujek Neville jest taki, że nic mu się zbytnio nie udaje, prawda, Artur? Pamiętasz jak mu wtedy Peter podłożył łajnobombę w walizce?
Artur, brat Jo, tylko skinął głową, nadal z wyraźnie rozpromienioną twarzą. Lily zanotowała w pamięci, że to ten z grzywką na czole. Tak, sporo się musiała jeszcze nauczyć, ale miała przeczucie, że wbrew jakimkolwiek obawom będzie się tu czuła dobrze i że nowi koledzy ją naprawdę ją polubią.

AN: Zwrócono mi uwagę, że czarodzieje nie chodzą do podstawówek. Wiem o tym, czytałam na stronie JKR. W tym jednak wypadku, Rawnie, Lili i Diana chodziły – Rawnie jest w półkrwi i wychowała się wśród mugoli, Lily również wychowała się jak normalne dziecko (nie wiedziała, że jest czarodziejką) zaś Diana jest, jakby to powiedział jakiś Ślizgon, szlamą. Jo, która nigdy wcześniej nie miała nauczycieli, patrzy na całą sprawę inaczej i dlatego rzuca zdawkowe „e tam".
Dla zainteresowanych – dokopałam się do notatek i części następne będą. Nie jestem w stanie powiedzieć kiedy, bo na głowie mam jeszcze parę innych projektów a na dodatek za dwa tygodnie zaczynam studia. Ale kiedyś skończę tego fika :mrgreen: a, i byłoby mi miło dostać jakąś recenzję.