Kolejny rozdział dodany! Wybaczcie, że tak długo nie robiłam update'a, ale ciążyła na mnie straszliwa klątwa, którą nazywają: MATURA. Teraz postaram się jak najszybciej dodać kolejny rozdział i oczywiście jak zwykle proszę o konstruktywną krytykę. Miłej lektury :)
Rozdział III
Shepard siedziała na parapecie okna swojego pokoju w jednym z hoteli Prezydium i spoglądała na park poniżej. Choć to miejsce zostało najbardziej dotknięte po upadku szczątków Suwerena władze wykorzystały okazję do znacznego przemeblowania. Jezioro zachowało swój pierwotny kształt, ale architekci najwyraźniej postanowili wyjść przeciw oczekiwaniom tłumu gdyż w niewielkich wydzielonych nieckach pod błyszczącą taflą wody migały kolorowe grzbiety ryb. Wcześniejsze surowe metalowe konstrukcje obsadzono drzewami i kwiatami, gdzieniegdzie widać było ławeczki, na których turyści i bogacze zamieszkujący ten obszar mogli odpocząć przez chwilę od zgiełku i pośpiechu dnia codziennego.
Wojenna pożoga nie dotarła tutaj.
Dwa tygodnie minęły od oficjalnego oświadczenia Rady w sprawie wroga atakującego już nie tylko ludzi, ale wszystkie inne rasy, jak niechętnie musiała przyznać kampania dezinformacyjna rządu odniosła oczekiwany skutek, wszyscy uwierzyli, że wroga można pokonać i rozpoczęła się mobilizacja sił.
Judith sięgnęła po terminal i zalogowała się na pocztę, weszła w przeczytane pozycje i ponownie przejrzała te kilka listów, które otrzymała tuż przed spotkaniem z tym krótkowzrocznym idiotą, Człowiekiem Iluzją.
Od: Liara T'soni lokalizacja nieznana
Do: Judith Shepard
Shepard
Myślę, że natrafiłam na coś interesującego, musimy spotkać się jak najszybciej, prześlę EDI mój nowy adres.
Do zobaczenia.
Liara
Od: Mordin Solus Sur'kesh
Do: Judith Shepard
Shepard
Dobrze że piszesz. Mamy postępy w badaniach. Przydałaby się pomoc. Przyjeżdżaj.
Mordin
Od: Jack Akademia Garrisoma
Do: Judith Shepard
Shepard!
Ani się waż ruszać beze mnie! Te maminsynki z zarządu Akademii powiedziały, że dzieciaki nie są jeszcze gotowe do walki. Ha! Nie zauważyli, że mamy cholerną wojnę? W każdym razie jest tu ktoś kogo musisz poznać. Jak już skończysz bawić się z tymi ciotami z Rady przyjeżdżaj.
Jack
Od: Tali'Zorah vas Neema Wędrowna Flota
Do: Judith Shepard
Shepard
Kellah, nie wiem od czego zacząć, w Radzie Admiralicji żadnych zmian, Han'Gerrel i Zaal'koris wykłócają się o gethy, Daro'Xen prawie nie pojawia się na posiedzeniach a ciocia Raan stara się pilnowa
nie skoczyli sobie do gardeł, co zresztą prawie się stało gdy wspomniałam o sojuszu z syntetykami. W każdym razie jadę wkrótce do Akademii Garissoma, spotkajmy się tam.
Tali
Od: Urdnot Wrex Tuchanka
Do: Judith Shepard
Shepard.
Powiem krótko, klany są niezdecydowane, raczej nie chcą znowu nadstawiać karku dla tej cholernej galaktyki. Jeśli masz coś co może ich przekonać to przywoź to w podskokach.
Wrex
Od: Garrus Vakarian Palaven
Do: Judith Shepard
Judy.
Hierarchia podjęła decyzję o pełnej mobilizacji, mają nadzieję osiągnąć pełną gotowość w ciągu tygodnia. Próbuję zabukować lot na Cytadelę, ale nie uwierzysz ile osób próbuję się tam dostać, spotkamy się na miejscu.
Garrus
Ps. Ja też tęsknię.
Jutith zamknęła terminal, według ostatniego raportu przebudowa Normandii ufundowana przez Radę, choć trzeba było ich pilnować by nie tykali rdzenia SI, miała się ku końcowi. Musiała przyznać z uznaniem, że naprawdę się pospieszyli, w ciągu dwóch tygodni praktycznie przebudowali statek, nie zapominając oczywiście o zamalowaniu barw Cerberusa. Zabębniła palcami o blat, Garrus powinien przybyć jutro rano, potem ruszą go Akademii Garrisoma po Tali i Jack a następnie obejrzą sobie nową planetę Liary. Co dalej? Zobaczymy po obejrzeniu znaleziska.
Ciszę przerwało pukanie do drzwi.
- Proszę. – rzuciła.
Do środka wszedł młody, nieznany jej żołnierz trzymający w rękach datapad.
- Pani komandor – zasalutował – Rada przesyła listę kandydatów do załogi Normandii.
Przyjęła urządzenie.
- Rada kazała przekazać – kontynuował – że może pani wybrać osoby które nie muszą przechodzić przez rozmowy kwalifikacyjne lub dodawać nowe, wedle uznania.
- Przekaż Radzie moje podziękowania.
Chłopak zasalutował i wyszedł z pomieszczenia.
Judith dolała sobie herbaty i zaczęła przeglądać listę, ta sytuacja była dla niej nowa, wcześniej gdy obejmowała dowództwo nad pierwszą Normandią załoga była już skompletowana, przy drugim statku ludzi wybrał Człowiek Iluzja. Przez chwilę bawiła się ekranem dotykowym przesuwając rzędy liter w gór i w dół. Uznała, że jest tylko jeden sposób na rozwiązanie tego problemu, najpierw odhaczy pewniki by Rada ich nie odsiała w trakcie rekrutacji z tego czy innego powodu. Co do reszty pozwoli zdecydować osobom odpowiedzialnym za rekrutację, niech też mają radochę.
Zobaczmy…
Jeff Monrou, przyklepujemy, czym byłaby Normandia bez Jokera? Karin Chakwas, pewnie, już tyle razy wyciągała z kłopotów załogę Normandi, że nie mogło zabraknąć jej teraz. Chloe Michael, lekarka która pomogła Tali po ataku zbirów Sarena, czemu nie? Doktor Chakwas przyda się asystentka. Kenneth Donelly i Gabriella Daniels, poprzednim razem się sprawdzili, odhaczamy. Gregory Adams, też profesjonalista, odhaczamy. Kelly Chambers odeszła z Cerbrusa? Miło, witamy na pokładzie.
Przejrzała spis po raz kolejny w poszukiwaniu znajomych nazwisk, kiedy nic nie znalazła wezwała żołnierza i oddała mu listę. Miała jeszcze cały dzień lub dwa względnego spokoju zanim naprawy zostaną ukończone a załoga skompletowana i zostaną rzuceni w sam środek galaktycznej wojny, którą muszą wygrać jeśli nie chcą podzielić losu Protean i niezliczonych ras, które padły łupem Żniwiarzy w poprzednich cyklach.
Jeszcze raz podeszła do okna, spojrzała na park i wreszcie uległa. Miała przecież do wyboru albo zostać tutaj i snuć pesymistyczne scenariusze albo zobaczyć jakie kwiaty posadzono w tym roku przy Kanale. Judith oderwała wzrok od widoku za szybą i wyszła z pomieszczenia, zakwaterowanie w luksusowym hotelu w Prezydium miało jedną niewątpliwą zaletę.
Nie wpuszczano tu prasy.
Prze ostatnie dni wiele razy oglądała rzecznika prasowego Rady na wszystkich kanałach zarówno publicznych jak i komercyjnych, nawet było jej żal biedaka wijącego się pod krzyżowym ogniem pytań dziennikarzy, próbujących wydobyć z niego cokolwiek ponad oficjalne oświadczenie Rady w sprawie gethów \ Żniwiarzy. Oczywiście chcieli z nią porozmawiać, jakże mogłoby być inaczej? Przecież była cholerną bohaterką bitwy o Cytadelę, martwym Widmem, mało tego, głoszącym z uporem godnym lepszej sprawy niewiarygodne teorie na temat rasy inteligentnych maszyn, które miały odpowiadać za zagładę protean. Racja, pierwszego dnia próbowali się do niej dostać, ale o mało ich nie zastrzeliła. Może i miała lekką paranoję, ale widok grupy ludzi spuszczających się na linach za oknem trzymających kamery, które równie dobrze mogłyby być wyrzutniami rakiet można mylnie zinterpretować, prawda? Od tego czasu nikt nie próbował podobnych sztuczek.
Przypuszczała, że SOC dostało rozkaz by nie wpuszczać prasy do tego sektora Prezydium, co nie zmieniało faktu że będzie musiała z nimi porozmawiać, lepiej prędzej niż później, póki miała jeszcze czas. Wcisnęła przycisk przywołania indy, po chwili drzwi syknęły i otworzyły się, weszła do środka i skierowała kabinę na dół.
Pomyślała o reszcie swojej załogi, Kaidan spędzał czas z narzeczoną, której nie miała jeszcze okazji poznać, Vega postanowił wykorzystać być może ostatnią okazję by nieco się zabawić, cokolwiek by to miało znaczyć, Joker uparcie warował przy rdzeniu SI Normandii by mieć pewność, że inżynierom Rady nie przyjdzie do głowy odłączać EDI. Drzwi windy otworzyły się i oślepiło ją jasne, sztuczne światło słoneczne Prezydium.
Shepard wyszła z kabiny i skierowała się alejką w dół w stronę Kanału, uśmiechnęła się w duchu na wspomnienie lotu koszącego jaki wykonali razem z Garrusem i Tali w Mako po przejściu przez urządzenie, tak naprawdę fakt, że wyszli z tego bez szwanku do dzisiaj ją zadziwiał.
Judith przysiadła na ławce przy jeziorku i obserwowała kolorowe ryby ścigające się pod powierzchnią. Wyjęła z kieszeni paczkę wafelków i odkruszywszy kawałek wyrzuciła do wody. Przez chwilę obserwowała jak wielobarwne stworzonka walczą o smakowity kąsek, rzuciła im jeszcze kilka okruchów i skierowała wzrok w stronę kwiatów i krzewów którymi obsadzona była zatoczka. Jej wzrok przykuł plakat wiszący na jednej z barierek, przedstawiał planetą, prawdopodobnie Ziemię, choć kontury kontynentów były nieco zamazane, najważniejsza jednak była treść.
FUNDACJA IM. KOMANDOR SHEPARD
TYSIĄCE DZIECI CZEKA NA SZANSĘ NA LEPSZE ŻYCIE
TY TEŻ MOŻESZ POMÓC!
Judith prychnęła. Za jej czasów też działały takie organizacje, ale dziwnym trafem ich wolontariusze nie zapuszczali się tam gdzie byli naprawdę potrzebni, na najniższe poziomy miast, tam gdzie królowały bieda, przemoc i wszechobecne gangi. Bo i po co? W takich miejscach próżno szukać ślicznych, ale biednych dzieci, które można by pokazać telewizji lub na plakacie. O nie, tamtejsze dzieci były twarde, gotowe zabić za cokolwiek do jedzenia lub działkę, wiedziała to ponieważ sama była kiedyś jednym z nich.
Drobna siedmioletnia dziewczynka z ledwo odstającymi od skóry jasnymi włoskami cichaczem wymknęła się ze spiżarni Domu Dziecka im. św. Cecylii ściskając pod wypłowiałą, podartą kurtką bochenek chleba i pętko kiełbasy. Była z siebie taka dumna. Odkrycie kombinacji zamka otwierającego drzwi niewielkiego magazynu z zaopatrzeniem dla personelu zajęło jej trzy dni, a dorobienie klucza kolejne dwa i wszystkie pieniądze jakie zdołała ukraść innym wychowankom, ale opłaciło się. Dziś gdy wszyscy zasną wymknie się na dach i spałaszuje prawdziwe jedzenie zamiast tej ohydnej, przeterminowanej jak odkryła podczas poszukiwań kombinacji, proteinowej pasty odkupionej za bezcen od wojska.
Nie sądziła żeby opiekunie odkryli co zrobiła, przynajmniej nie od razu, nikt nie prowadził ewidencji produktów głównie po to by ukryć liczne oszustwa, więc nikt nie zauważy jak zniknie trochę chleba i innych rzeczy, jeśli będzie ostrożna.
Przystanęła gwałtownie napotkawszy wzrok starszych dzieci. Grupka zmierzyła ją wzrokiem i zaczęła szeptać zawzięcie między sobą. Tak było od czasu kiedy przed tygodniem jeden z najstarszych wychowanków próbował zaciągnąć ją do piwnicy w sobie tylko znanym celu, którego wolała się nie domyślać. Kiedy przycisnął ją do ściany zaczął dusi
, by przestała się opierać, wyciągnęła z kieszeni spranych jeansów zaostrzony plastikowy nożyk i wykuła mu oko. Potem drugie.
Od tego czasu inne dzieci bały się jej i kiedy myślały, że nie słyszy nazywały potworem. Bo czym innym może być mała dziewczynka, która oślepiła jednego z najsilniejszych bandziorów? Judy była zadowolona z takiego stanu rzeczy, samotność była niewielką ceną za spokój, aż podrośnie na tyle by wstąpić do gangu.
Wbiegła na klatkę schodową i ruszyła na górę, by jak najszybciej uwolnić się od gęstego dymu papierosów i innych nieokreślonych zapachów wypełniających pionowe pomieszczenie.
Powietrze na zewnątrz nie było lepsze, wypełnione spalinami i smrodem odpadków, ale oddychało się nieco lżej. Sierociniec, siermiężny szary budynek otoczony niewielkim placykiem brunatnej trawy, na którym stała huśtawka tak przeżarta rdzą, że tylko najodważniejsi się do niej zbliżali, a w około walało się kilka opon.
Placówka była odgrodzona od miasta wysokim płotem z zardzewiałej siatki. Wokoło widać było ponure kamienice i zapuszczone sklepiki, większość koszy na śmieci płonęła wyrzucając w powietrze gryzący czarny dym, gdzieś w oddali wyła syrena radiowozu.
Dziewczynka podeszła do krawędzi i usunąwszy wcześniej obluzowaną cegłę ukryła cenne łupy. Powinny wystarczyć jej na dwa-trzy dni, nie żeby zamierzała się z kimś dzielić , jeśli ktoś by wypaplał, że potrafi otworzyć drzwi Sezamu, jak nazywano składzik, nawet opinia potwora w ludzkiej skórze by jej nie uchroniła.
Nie będąc obciążona łupem a nie mając ochoty przechodzić ponownie przez duszną klatkę schodową wzięła krótki rozbieg i wyćwiczonym kocim ruchem wskoczyła na najbliższe drzewo. Sprawnie przeskakując po kolejnych gałęziach, po chwili znalazła się na ziemi. Usłyszała dzwon, znak że w pobliskim kościele, tym samym pod który podrzucono ją jako niemowlaka, zakończyła się niedzielna msza i za pół godziny w stołówce podadzą obiad, papkę z cienkim plasterkiem mięsa dla tych szczęśliwców, którym uda się zająć dobre miejsce w kolejce do gara, w przeciwieństwie do papek mięsa nigdy nie starczało dla wszystkich.
Weszła do budynku i skierowała się do stołówki wiedziona raczej ciekawością niż głodem, mając w perspektywie smakołyki spod cegły wolała ograniczyć się do roli biernego widza.
Rudy chłopiec, na oko w jej wieku zgarnął jedną z tacek i ustawił się w ogonku. Musiał być nowy gdyż tylko tacy ignorowali niepisaną zasadę: silniejsi jedzą pierwsi, oczywiście któryś ze starszych kolegów szybko pokazywał mu lub jej odpowiednie miejsce w szeregu i zostawiał przypomnienie w postaci kilku siniaków, młodsze dzieci lub blizn, starsze.
Drzwi skrzypnęły donośnie i do pomieszczenia wtoczyli się Jake, Rodney i Alan, po tym jak załatwiła Marka to właśnie Rodney sięgnął po tytuł niepisanego króla tej placówki, teraz razem z przybocznymi minął ją bez słowa, spoglądając na nią z mieszaniną strachu, uznania i wdzięczności. Słyszała, że zabronił ją tknąć komukolwiek gdyż szykował dla niej miejsce w gangu, który zamierzał założyć po wyjściu, nie wiedział ile było w tym prawdy, ale fakt faktem, od tego czasu nikt nie próbował jej bić, wymuszać haraczu czy nawet wyganiać z kolejki. Co nie dotyczyło rudego chłopca.
Rodney skinął głową na Alana, który złapał dzieciaka za kołnierz i wyrwawszy go z kolejki cisnął nim o stół.
- Co ty sobie myślisz gnojku? – warknął Jake.
Chłopiec próbował się podnieść.
- Ale… ale… - wyjąkał.
Rodnej złapał go za przód koszulki, podniósł do góry i potrząsnął brutalnie.
- Słuchaj szczeniaku – wycedził zbliżając jego twarz do swojej – bo nie będę powtarzał. Szczeniaki – policzek – jedzą – drugi policzek – na – cios w brzuch – końcu- rzucił go na ziemię.
Dzieciak podniósł się powoli na drżących ramionach, nawet z tej odległości Judy widziała ściekające po jego policzkach łzy.
- Patrzcie no- zaśmiał się Alan – ta mała łajza beczy. Buuuu! – przedrzeźniał go – cholerny mały mazgaj.
Rodney najwyraźniej poczuł się do udzielenia chłopcu koleżeńskiej porady gdyż jednym ruchem postawił go na nogi.
- Słuchaj szczylu – powiedział powoli- tu się nie płacze, rozumiesz? Jeśli nie chcesz tu zdechnąć, nie wolno ci się mazgaić. Widzisz tamtą małą – wskazał na Judy – ma siedem lat a już prawie zabiła człowieka, taką beksę jak ty zjadłaby na śniadanie.
Chłopiec blady jak ściana przytaknął na znak zrozumienia.
- Więc spadaj. – stwierdził chłopak i rzucił dzieciakiem w kierunku drzwi.
Mały puścił się biegiem i rzucając jej po drodze przerażone spojrzenie zniknął za drzwiami.
Dziewczynka sama ni wiedząc czemu, niespiesznie ruszyła za nim. Tak jak się spodziewała zastała go pod starym dębem rosnącym na tyłach budynku, z jakiegoś powodu wszystkie nowe dzieci wybierały to miejsce, chłopiec siedział głową ukrytą w ramionach i trząsł się od płaczu.
- Głupi jesteś. – powiedziała zamiast powitania.
Podniósł głowę i popatrzył na nią z lękiem.
- - Przecież Rodney mówił ci, że nie wolno płakać – stwierdziła siadając obok – jeśli będziesz tak robił, zjedzą cię. – pokręciła głową.
Chłopiec zaprzeczył gwałtownie.
- Niedługo moja mam i tata przyjdą po mnie i odejdę stąd. Zobaczysz! – powiedział pewnie.
Judy przyjrzała mu się.
- A gdzie oni są?
Zawahał się.
- Powiedzieli mi, że moi rodzice wyjechali bardzo daleko i nie mogą wrócić, dlatego muszę tu mieszkać, ale – dodał – ja wiem, że by mnie nie zostawili.
Biedny dzieciak, było jasne, że jego rodzice umarli, a jego wysłano tu, do jednego z najgorszych sierocińców w tym mieście. Wiedziała, że powinna powiedzieć mu prawdę, ale nie potrafiła zdobyć się na to by odebrać mu nadzieję.
-Chyba nie chcesz – powiedziała w końcu – żeby twoi rodzice, kiedy już wrócą, dowiedzieli się że umarłeś?
Pokręcił głową.
-Więc przestań się mazać – zarządziła – tu żeby przeżyć trzeba walczyć, rozumiesz?
Przytaknął.
- Więc zacznijmy od początku, jestem Judy. – wyciągnęła do niego rękę.
Chłopiec uścisnął ją.
- Scott.
Szybkie zbliżające się kroki wyrwały ją z zamyślenia, w samą porę by zdążyła zobaczyć tą irytującą dziennikarkę wyłaniającą się zza rogu. Przypuszczała, że kobieta przekupiła co najmniej jednego funkcjonariusza SOC by wpuszczono ją do tego sektora.
- Pani komandor! – zawołała radośnie – Ludzie chcą poznać…
Shepard przerwała jej.
- Proszę pytać. – powiedziała wstając z ławki.
Kobieta za pomocą omniklucza uruchomiła kamerę wiszącą jej nad ramieniem.
- Khalisah Bint Sinan al-Jilani i– zaczęła – Czy to prawda, że była pani na Ziemi w czasie ataku gethów? – zanim Judith zdążyła odpowiedzieć kontynuowała. – Jak pani wytłumaczy swoją ucieczkę w czasie gdy miliony ludzi umierają? Czy właśnie tego możemy spodziewać się po Przymierzu?
Shepard spojrzała jej w oczy.
- Przybyłam na Cytadalę by uzyskać pomoc dla Ziemi.
Widać było, że dziennikarka nie ma zamiaru odpuścić.
- A co z ludźmi, którzy cierpią w czasie, gdy pani bawi się w politykę? – jej głos ledwie zauważalnie zadrżał – Co z nimi? Jak możesz stać tutaj w czasie gry nasze rodziny tam umierają? – zaatakowała, nie kryjąc już emocji – Co zamierzasz zrobić?
Judith uspokajającym gestem położyła jej dłoń na ramieniu.
- Khalisah, robimy co możemy.
Kobieta zadrżała.
- Zanim przerwali transmisję… było tylu martwych.
- Powstrzymam ich, albo zginę próbując – zapewniła – ale potrzebuję twojej pomocy. Dalej zadawaj niewygodne pytania. Nie pozwól Radzie zapomnieć o Ziemi.
Dziennikarka skinęła głową.
- Będę. Dziękuję pani komandor.
Wyłączyła kamerę i oddaliła się nie oglądając za siebie. Shepard pokręciła głową, czy sytuacja faktycznie była tak zła, że złamała taką osobę jak Kalisah?
Usłyszała dźwięk przychodzącej wiadomości.
Shepard!
Normandia jest gotowa! Już nie mogę się doczekać, kiedy ją wypróbuję!
Joker
Uśmiechnęła się w duchu. Już niedługo znowu będzie w domu.
-Shepard?
-Thane!- odwróciła się gwałtownie. – Jak długo tu stoisz?
Przez twarz mężczyzny przemknął nikły uśmiech.
-Wystarczająco. – stwierdził podchodząc bliżej. – Wolałem nie podchodzić, gdy rozmawiałaś z dziennikarką, w moim zawodzie lepiej unikać kamer.
- Jak się czujesz? – zapytała.
- Całkiem dobrze –skinął głową – biorąc pod uwagę okoliczności. Próbowałem spotkać się z tobą odkąd usłyszałem o Ziemi, przykro mi.
Zacisnęła pięści.
-Odbijemy ją. – zapewniła. – Przydałaby mi się twoja pomoc.
Thane pokręcił głową rezygnacją.
- - Mój stan nie pozwala na walkę, jaką będziesz toczyć. Już nie.
Judith położyła dłoń na jego ramieniu.
-Jak długo...?- zapytała.
- Nikt tego nie wie – wyznał, wzruszając ramionami – ale niczego już nie żałuję.
Shepard spojrzała mu w oczy.
- Chciałabym prosić cię o przysługę.
- Przysługę? – zapytał.
Przytaknęła.
- My ludzie mamy powiedzenie „jak kota nie ma, to myszy harcują", chciałabym żebyś przypilnował dla mnie Radę, czy nie robią czegoś głupiego.
Na usta mężczyzny zabłąkał się uśmiech.
- Nie ufasz im?
Wzruszyła ramionami.
- Nie na tyle, żeby puścić ich samopas, a w tej wojnie nie możemy pozwolić sobie na błędy.
- Pomogę ci . – zgodził się – przynajmniej tyle mogę zrobić. Powodzenia Shepard.
Uwaga pasażerowie. Prom nr. 453 z Palavenu podchodzi do lądowania.
Judith przedarła się przez tłum oczekujących i dotarła do bramki w pełnym napięcia oczekiwaniu wpatrywała się w drugi koniec przejścia prowadzący do strefy lądowania. Po chwili jej cierpliwość została nagrodzona widokiem znajomej postaci, szybkim krokiem zmierzającej do punktu odpraw, na szczęście współpracownicy Widm nie muszą przechodzić przez wszystkie procedury.
Przeszedł przez brankę i zwrócił się w jej stronę.
- Judith?
- Garrus. – odpowiedziała spokojnie.
Mężczyzna podszedł do niej i przytulił do siebie. Czując ciepło jego ciała Judith uświadomiła sobie, że zdążyła już zapomnieć, jaką pociechę może dać kontakt z bliską osobą.
- Co z twoją rodziną? – zapytała ściskając jego dłoń.
Pokręcił głową.
- Są bezpieczni – stwierdził – jeśli o kimkolwiek można tak powiedzieć w dzisiejszych czasach.
Oboje milczeli. Poczucie bezpieczeństwa było obecnie towarem deficytowym, w takich momentach Judith cieszyła się, że nie ma żadnej biologicznej rodziny.
- Muszę przemówić do załogi. – wyznała po chwili.
Delikatnie odgarnął kosmyk włosów z jej czoła.
- Nowi?
Przytaknęła
- Większość, nie wiem ile powiedziała im Rada.
Garrus spoważniał.
- Mówiąc o Radzie, kiedy usłyszałem oświadczenie prawie spadłem z krzesła. Myślisz, że...
- Nie wiem – stwierdziła z rezygnacją – w sytuacji, gdy jedynym wyjściem są dwa zła, trzeba wybrać mniejsze z nich.
Otoczył ją ramieniem.
- Oby – stwierdził cicho.
Powoli ruszyli korytarzem w stronę doku Normandii.
Julian Palmer wyszedł z windy na czwartym, technicznym poziomie Normandii. Odkąd niecałe dwa dni temu dział kadr Rady potwierdził jego nominacją na członka korpusu inżynieryjnego Normandii, jak zaznaczyli nie głównego inżyniera, ponieważ ta decyzja należała do komandor Shepard, był w stanie euforii. ten statek był istnym dziełem sztuki inżynierskiej, praktycznie wszystko od śrubek w kadłubie po rdzeń efektu masy było prototypami wykonanymi z najwyższej jakości materiałów i najlepszej technologii dostępnych z pieniądze. Oczywiście szczegóły misji, jaką będą wykonywać były ściśle tajne, „dowie się pan na miejscu" powiedział rekruter wręczając mu przepustkę.
Biorąc głęboki oddech otworzył drzwi prowadzące do rdzenia. W środku zobaczył ciemnoskórego mężczyznę w średnim wieku i młodą parę przy konsoli na drugim końcu pomieszczenia. Nie przypominał sobie by widział ich na spotkaniu dla kandydatów. Dziwne.
Mężczyzna podszedł do niego z wyciągnięta ręką.
- Gregory Adams – przedstawił się.
- Julian Palmer – uścisnął wyciągniętą dłoń – Korpus inżynieryjny Przymierza.
Po chwili odbył podobne powitanie z młodą parą Kennethem i Gabriellą.
- Mogę zadać wam pytanie? – zapytał a kiedy wszyscy pokiwali zgodnie głowami kontynuował – Nie widziałem was na przesłuchaniu kandydatów. Dlaczego?
Adams wzruszył ramionami.
- Służyliśmy już z komandor Shepard – wyjaśnił – nie musieliśmy przechodzić przez rekrutację, dostaliśmy po prostu informację o pozytywnym rozpatrzeniu naszych podań.
Julian spojrzał na nich z podziwem.
- Służyliście z panią komandor? Podczas pościgu za Sarenem?
- Tylko ja – przyznał Adams, po czym kiwnął głową w stronę pozostałej dwójki – a oni podczas walki ze Zbieraczami.
Palmer drgnął.
-Zbieraczami? – zapytał.
Starszy mężczyzna przytaknął.
- Informacja o tym nigdy nie trafiła do publicznej wiadomości, ale to oni byli odpowiedzialni za zniknięcia ludzkich kolonii w układach Terminusa.
Uświadomił sobie, że słyszał o tej sprawie w trakcie służby na Orizabie, ale były to głównie plotki i domysły zamiast sprawdzonych informacji. Zanim zdążył dowiedzieć się czegoś więcej sprawa sama z siebie ucichła.
- Ilu jeszcze? – zapytał po chwili.
- Niewielu – Adams zatoczył ręką po pomieszczeniu – pilot, Joker, jedna z lekarek, doktor Chakwas i rudowłosa dziewczyna na pokładzie bojowym, Kelly.
Julian zamyślił się przez chwilę. Sytuacja nie wyglądała źle, prawie cała załoga składała się z nowych osób, więc nie powinien mieć problemu z aklimatyzacją na statku, tymczasem postanowił skierować rozmowę na bezpieczniejsze tematy.
- Czy wiadomo już – zaczął ostrożnie – kto obejmie stanowisko głównego inżyniera?
- Pewnie – stwierdził Ken – musimy podjechać tylko po nią do Akademii Garissoma.
- Jak ma a imię? – zapytał. Akademia Garissoma? Czy była jedną ze studentek?
- Tali'Zorah – usłyszał w odpowiedzi.
W pierwszej chwili Julian myślał, że się przesłyszał. Quarianka? Przecież to właśnie oni byli odpowiedzialni za całą tę sytuację!
- Chyba nie quarianka! – zapytał z niedowierzaniem.
Pozostali wymienili spojrzenia, w ich wzroku mógł wyczytać nieme pytanie „Co on tu robi?". Adams spojrzał na niego z zatroskanym spojrzeniem.
- Powiedz, czy osoba która cię przesłuchiwała wspominała o możliwości służby z innymi rasami? - zapytał z powagą.
Palmer przytaknął.
-Tak, ale myślałem...
Mężczyzna przerwał mu.
- Powiedz mi, tylko odpowiedz szczerze, o kim pomyślałeś kiedy wspomnieli o służbie z innymi gatunkami? – zapytał powoli.
Julian westchnął.
- O turianach, asari i salarianach.
Kolejna wymiana spojrzeń, tym razem pytanie brzmiało „ I co teraz?".
- Musisz wiedzieć – zaczął tamten – że Shepard ma dość – zawahał się szukając odpowiedniego słowa – swobodne podejście do rekrutowania wspólpracowników, w praktyce musisz być przygotowany na to, że przez te drzwi może przejść przedstawiciel praktycznie każdej rasy zamieszkującej galaktykę i powiedzieć, że od dziś należy do załogi.
Julian przygryzł wargi. Cofnął swoje wcześniejsze spostrzeżenie o łatwej aklimatyzacji, dobra to była jego wina, gdy podczas rekrutacji zapytano go o poglądy na temat współpracy z obcymi ani przez chwilę nie pomyślał, że może chodzić o WSZYSTKIE rasy. Miał niejasne przeczucie, że niepoznana jeszcze quarianka to dopiero początek. Adams trafnie odgadł jego obawy.
- Posłuchaj – zaczął stanowczo – jeśli inne rasy stanowią dla ciebie problem, na tym statku masz dwie drogi – zrobił efektowną pauzę – dostosuj się albo odejdź.
Przystosować się albo odejść, żadna z tych perspektyw nie wydawała się szczególnie zachęcająca, jednak jeśli pozostanie na Normandii ma szansę na udział w czymś wielkim, jeśli ceną miałaby być konfrontacja z własnymi uprzedzeniami to był gotów ją zapłacić.
- Zostaję – zacisnął dłoń na krawędzi konsoli – dam radę.
-Inżynierze Adams?
Syntetyczny rozlegający się znikąd głos prawie przyprawił go o palpitacje, pozostali nie okazali zdziwienia.
- Tak EDI? – Adams zwrócił się do niewidzialnego rozmówcy. Może WI?
- Komandor Shepard i Garrus Vakarian właśnie weszli na pokład. Zaraz startujemy.
- Dzięki – rzucił, po czym zwrócił się do reszty – dobra ludzie koniec ponurych rozmyślań, robota czeka.
Shepard pewnym krokiem wkroczyła na mostek, wiedziała że zanim wyruszą powinna przemówić do załogi i wyjaśnić im prawdziwą naturę zagrożenia z jakim przyjdzie im się mierzyć.
- Pani komandor! – Joker wydawał się być w świetnym humorze – Spójrz tylko na to cudo.
Judith stanęła za jego plecami i oparła dłoń na fotelu pilota.
- Rada ulepszyła chyba wszystko co się dało, zobacz – wskazał na rząd, zrozumiałych tylko dla nielicznych, statystyk – Prędkość jaką możemy osiągnąć została praktycznie podwojona w porównaniu do tej z przed ulepszeń.
Judith uśmiechnęła się pod nosem.
- Rada o nas dba –stwierdziła z ironią.
Joker prychnął.
- Nazwałbym to inaczej. Potrzebujesz czegoś?
Shepard skrzyżowała ręce na piersi.
- Muszą przemówić do załogi. Rada im nie powiedziała.
Mężczyzna gwizdnął.
- W takim razie powodzenia pani komandor.
Wyciągnęła dłoń i wcisnęła przycisk interkomu.
- Mówi komandor Shepard, nadszedł czas byście poznali prawdziwy cel naszej misji. Część z was wie z czym się mierzymy, co do pozostałych – zrobiła krótką pauzę – musicie wiedzieć, że wersja oficjalna Rady jest nieprawdziwa, naszym wrogiem nie są gethy lecz Żniwiarze. Rada zdecydowała się zachować to w tajemnicy przed opinią publiczną gdyż obawiała się wybuchu paniki, jednakże nie ma powodu byście wy, załoga Normandii nie znali prawdy. Nasz cel jest prosty, musimy znaleźć sposób na powstrzymanie Żniwiarzy, gdyż Ziemia to dopiero początek inwazji mającej na celu całkowite zniszczenie naszej cywilizacji, tak jak spotkało to protean i niezliczone rasy przed nimi. Pamiętajcie, w tej wojnie nie możemy stanąć podzieleni, wszystkie istoty zamieszkujące galaktykę muszą ten jeden raz zapomnieć o tym co je dzieli i połączyć się w walce ze wspólnym wrogiem. Nie będzie rozejmu, nie będą brać jeńców, są tylko dwie możliwości: my albo oni. Galaktyka patrzy i liczy na nas, nie zawiedźmy jej. Komandor Shepard bez odbioru.
Zdjęła palec z przycisku interkomu.
- Niezła przemowa pani komandor. – odwrócił się w jej stronę.
- Szkoda, że na Żniwiarzy to nie zadziała – postukała palcami w oparcie fotela – Weź kurs na Akademię Garissoma.
- Tak jest.
Akademia Garrisoma, ponad kilometrowa stacja kosmiczna na planie krzyża orbitowała spokojnie wokół błękitno zielonej kuli – Elizjum. To tu, w tej enklawie najwybitniejszych młodych umysłów ludzkości kilka miesięcy temu zostawili Jack by mogła przyjąć propozycję zostania jedną z instruktorek projektu Podniesienie. Prawdę mówiąc idea Jack – nauczycielki do teraz wydawała jej się niepojęta, a w swoim życiu widziała wiele niezwykłych rzeczy.
Normandia powoli zadokowała do jednej ze śluz. Judith, Kaidan i Garrus wyszli ze statku i przeszli do komory dekontaminacyjnej. Drzwi do Akademii otworzyły się.
- Judith!
Shepard spojrzała w stronę drzwi na drugim końcu korytarza.
Tali zmierzała w jej stronę razem z nieznaną jej parą, mężczyzną w średnim wieku i na oko piętnastoletnią dziewczyną. Zdziwiło ją nieco, że oboje noszą ubrania przypominające quariańskie kombinezony.
- Nie wiem czy powinnam najpierw cię uściskać czy zabić? – powiedziała na powitanie.
Shepard uśmiechnęła się.
- Mogę wybrać?
Tali pokręciła głową.
- Nawet sobie nie wyobrażasz jaką burzę we Flotylli wywołało oświadczenie Rady. Boję się, że Admirałowie mogą wkrótce zechcieć ruszyć na gethy.
Judith zacisnęła pięści.
- Rada bała się wybuchu paniki – wyjaśniła – Nie było innego wyjścia.
Tali spuściła wzrok.
-Wiem – odpowiedziała cicho – i to jest najgorsze.
Przez chwilę obie milczały, w końcu Shepard przeniosła wzrok na nieznaną jej parę. Mężczyzna wyciągnął dłoń w jej stronę. Uścisnęła ją.
- Hendel Mitra – przedstawił się – a to Gillian Grayson – wskazał na stojącą obok niego dziewczynę. Judith oceniała jej wiek na jakieś piętnaście – szesnaście lat. Uścisnęła jej dłoń.
- Pamiętasz jak opowiadałam ci o biotyku ściganym przez Cerberusa? – Tali zwróciła się do niej. – To była Gillian.
Interesujące. Jeśli Człowiekowi Iluzji zależało na dziewczynie, musiała mieć wyjątkowy potencjał biotyczny. Być może powinna rozważyć zaproponowanie jej miejsca w załodze Normandii, zanotowała w myślach załatwienie tej sprawy po spotkaniu z zarządem.
- Gdzie jest Jack? – zapytała.
Tali wskazała głową w stronę drzwi po drugiej stronie korytarza.
- Prowadzi...- zawahała się, szukając odpowiedniego słowa – rozmowę, z członkami zarządu.
Shepard uśmiechnęła się.
- Rozmowę?
Quarianka przytaknęła.
- Tak naprawdę, kiedy wychodziliśmy z sali właśnie zaczynała na nich wrzeszczeć. – przyznała.
Judith pokręciła głową.
- Cała Jack.
- Cała Jack – zgodziła się z nią.
Nie chcąc tracić więcej czasu Shepard ruszała w stronę drzwi, już na zewnątrz słyszała odgłosy toczącej się wewnątrz kłótni. Westchnęła ciężko i przygotowując się psychicznie na najgorsze weszła do środka.
- Ciekawe co zrobicie, gdy przylecą Żniwiarze i zmienią waszą bezcenną Akademię w kupkę gruzu! – Jack huknęła pięścią w stół.
- Jack, proszę... – jakaś nieznana Judith blondynka próbowała ją uspokoić – musisz zrozumieć... O, komandor Shepard!
Jack odwróciła się gwałtownie.
- Wreszcie ktoś kto ma między uszami mózg zamiast waty – stwierdziła wymierzając jej solidnego kuksańca w ramię – wytłumacz tym idiotom co zrobią z nami Żniwiarze jeśli przegramy.
Judith zbliżyła się do stołu.
- Skoro znacie już najgorszą prawdę, przejdźmy do konkretów – zmierzyła ich wzrokiem – dlaczego Akademia nie chce przenieść sił na front?
Blondynka wstała.
- Kahlee Sanders – przedstawiła się – Problem nie polega na tym, że nie chcemy wysłać jednostek na front, ale w braku ludzi zdolnych do udziału w prawdziwej walce.
Shepard skrzyżowała ręce na piersiach.
- Proszę wyjaśnić – poprosiła.
Kobieta skinęła głową i otworzyła teczkę z logiem programu leżącą na stole.
- Prawie 70% naszych uczniów to dzieci w wieku od dziesięciu do siedemnastu lat – wyjaśniła – z pozostałych jedynie garstka przeszła PRAWDZIWE – powiedziała z naciskiem – szkolenie bojowe i wie o walce więcej niż tylko jak nie zastrzelić kolegi na strzelnicy. Sama pani widzi, że wysłanie ich na front byłoby morderstwem.
Judith zgodziła się z nią w duchu. Obrońcom Ziemi na pewno nie pomogłyby grupki rozhisteryzowanych, miotających pociskami i biotyką na wszystkie strony dzieciaków.
- Czy jest pani w stanie ocenić realną – zaakcentowała – wielkość wsparcia jakiego mogłaby udzielić Akademia?
Sanders zastanowiła się przez chwilę.
- Myślę, że spokojnie możemy mówić o jednym plutonie, a jeśli dodamy do tego ocho...
Syrena alarmowa sprawiła, że wszyscy podskoczyli, Kahlee Sanders rzuciła się do interkomu.
- Ochrona, co się dzieje?
Urządzenie milczało.
- Uwaga, uwaga – wypruty z emocji głos recytował powoli wyuczoną kwestię – Ta stacja znajduje się obecnie pod opieką Cerberusa. Wszyscy uczniowie i personel mają niezwłocznie udać się do Sali Oriona. Nie stawiajcie oporu a obiecujemy, że nic wam się nie stanie.
Dalej nagranie się zapętlało.
Shepard rozejrzała się po pozostałych, oprócz wściekłości widać było w nich zagubienie, musiała przejąć kontrolę nad sytuacją.
- Tali, pani Sanders – zwróciła się do nich – znajdźcie jakiś sposób byśmy mogli porozumieć się z uczniami. –obie kobiety skinęły głowami na znak zrozumienia i zabrały się do pracy.
Judith odwróciła się do zczłonków zarządu.
- Potrzebujemy mapy Akademii i lokalizacji portów ewakuacyjnych. – zanim zdążyła dokończyć starszy mężczyzna uruchomił omniklucz i ukazała się schematyczna mapa stacji z kilkoma świecącymi na niebiesko punktami.
- To kapsuły ewakuacyjne – wyjaśnił – po odpaleniu szalupy są zaprogramowane by wylądować na terenach baz Przymierza na Elizjum.
Shepard zastanowiła się przez chwilę.
- Podzielmy się na zespoły – zaproponowała – Kaidan i Garrus pójdziecie tą drogą do doku numer jeden – wskazała odpowiednie punkty na mapie – Jack weź Gillian i Hendela następnie idźcie do doku numer dwa, ja i Tali pójdziemy do trójki. Wy – zwróciła się do Kahlee i pozostałych – czekacie dziesięć minut potem idziecie po naszych śladach, oczyścimy wam drogę.
- Pani komandor! – Sanders uniosła omniklucz – Mamy połączenie.
Judith zdjęła z pleców karabin.
- Proszę przekazać im by czekali na sygnał do wymarszu.
Kobieta przytaknęła.
- Uwaga uczniowie! Mówi Kahlee Sanders. Pomoc jest już w drodze, utrzymajcie pozycje, nie słuchajcie agentów Cerberusa i czekajcie na dalsze instrukcje.
Wszystkie trzy grupy wybiegły z pomieszczenia.
- Widzimy się na Elizjum – wcisnęła pakiet pochłaniaczy do broni – Nie dajcie się zabić.
W oczach przyjaciół wyczytała, że wcale nie mają takiego zamiaru, przecież hańbą byłoby dać się zabić jakiemuś podrzędnemu żołnierzykowi Cerberusa, gdy za rogiem czekali Żniwiarze. Prawda?
Judith i Tali puściły się biegiem w stronę wrót prowadzących do pierwszego pomieszczenia na drodze do punktu ewakuacyjnego, w oddali słychać było przytłumione, pełne przerażenia i niekiedy również wściekłości krzyki jak również odgłosy wystrzałów razem z charakterystycznym dźwiękiem towarzyszącym ładowaniu mocy biotycznych. Shepard przytuliła się do ściany przy drzwiach widząc, że Tali zrobiła to samo, uderzyła pięścią w hologram otwierający bramę.
Seria pocisków wyfrunęła z nowo otwartego pomieszczenia, zostawiając na przeciwległej ścianie wypalony wzór i nie pozostawiając złudzeń co do intencji strzelca.
Wyjrzała ostrożnie zza winkla.
Obszerne pomieszczenie prawdopodobnie pełniło w spokojniejszych czasach funkcję obszaru rekreacyjnego lub poczekalni. Na wprost drzwi znajdował się rozległy balkon połączony z oszklonymi łącznikami otaczającymi pokój. Z dolnej części tarasów poprowadzono lekko pochylone kamienne spadki i doprowadzono wodę tworząc sztuczne wodospady, u ich stóp posadzono kwiaty. Pod balkonem dostrzegła drzwi prowadzące do kolejnej sekcji , na przeciw nich kuliła się grupka uczniów pilnowana przez kilku żołnierzy w charakterystycznych biało czarnych mundurach.
Cerberus.
Naliczyła ich siedmiu z czego dwóch było wyposażonych w wysokie osłaniające całe ciało tarcze, ale to był szacunek optymistyczny, nikt nie mógł zagwarantować jej, że na balkonie nie kryje się jeszcze kilku snajperów.
Wykonawszy w stronę Tali gest mówiący „ ja biorę tych z prawej, ty bierz tych z lewej" wbiegła do pomieszczenia i natychmiast zanurkowała pod metalową donicę szukając osłony przed prysznicem z ołowiu. Kiedy kanonada ucichła błyskawicznie wychyliła się i niemal bez celowania posłała jednego z przeciwników na deski, pozostali rozproszyli się najwyraźniej próbując je okrążyć.
Nie zamierzała im na to pozwolić. Przekoziołkowała za filar i otworzyła ogień do najbliższego wroga, kątem oka zauważyła kulę wystrzeloną przez strzelca na balkonie, zmieniła bron na karabin snajperski i jednym precyzyjnym strzałem zakończyła jego życie. Usłyszała charakterystyczny dźwięk wyładowania towarzyszący wypuszczeniu sondy bojowej, wychylając się zza filaru zobaczyła, że świecąca kula wystawia jej na ostrzał plecy jednego z agentów z tarczą, wykorzystała okazję i posłała śmiertelną serię w jego plecy. Przebiegła na prawą stronę pomieszczenia i wskoczyła za kolejną donicę, prawdę mówiąc chętnie poczęstowałaby ich granatem, ale uczniowie w przeciwieństwie do nich nie mieli tarcz. Drugi z tarczowników zbliżał się do niej prowadząc ostrzał zza mobilnej osłony, Shepard ponownie zdjęła z pleców snajperkę i błyskawicznie wcelowując posłała kulę prosto w jego twarz wyglądającą przez otwór w stali. Po przeciwległej stronie Tali dobijała właśnie ostatniego wroga.
Judith podeszła do grupki dzieci skulonych pod przepierzeniem, z których najstarsze nie miało więcej niż piętnaście lat.
- Jestem komandor Shepard z Przymierza – powiedziała miękko – czy któreś z was jest ranne?
Spojrzały po sobie i pokręciły zgodnie głowami.
Shepard przyklękła przy nich i wyświetliła holograficzną mapę Akademii.
- Posłuchajcie uważnie – zrobiła krótką pauzę – Poczekajcie dziesięć minut, następnie biegnijcie do trzeciego portu ewakuacyjnego po naszych śladach. Rozumiecie?
Odpowiedziało jej zbiorowe potakiwanie.
Nie tracąc więcej czasu ruszyły do wrót prowadzących do kolejnej sekcji, po muśnięciu zielonego hologramu drzwi tworzyły się z cichym sykiem. Korytarz prowadzący do kolejnego pomieszczenia był świadkiem długiej i krwawej potyczki. Wypalone na ścianach dziury i liczne czerwone, miejscami zaczynające już brązowieć plamy były tym bardziej niepokojące, że nie było widać śladu ciał. Judith nie wiedząc czemu poczuła dreszcz wzdłuż kręgosłupa, Tali przystanęła obok niej.
- Gdzie są ciała? – wypowiedziała na głos niezadane pytanie – Tyle krwi...
Shepard odruchowo sprawdziła stan magazynka.
- Mnie też się to nie podoba – przyznała – lepiej szybko oczyśćmy drogę i wynośmy się stąd.
Ostrożnie ruszyły korytarzem uważając by nie poślizgnąć się na plamie krwi, gdy dotarły do skrętu korytarza przytuliły się do ściany. Judith ostrożnie wyjrzała zza rogu by sprawdzić czy nie czaka tam biało-czarna drużyna gotowa zafundować im odświeżający prysznic z ołowiu.
Zakończony zamkniętymi wrotami hol był pusty.
Wyszły z ukrycia i podbiegły do drzwi, Tali od razu podłączyła swój omniklucz by złamać zabezpieczenia, Shepard nasłuchiwała. Oprócz cichego popiskiwania urządzenia nie słyszała zupełnie nic, żadnych krzyków, wystrzałów, huku granatów. Tylko cisza, przytłaczająca.
Czyżby wrota były dźwiękoszczelne?
Przyjrzała się szarej masie. Wyglądały zwyczajnie, zresztą jaki byłby sens instalowania takiego sprzętu w cywilnej placówce?
Szkole?
Czy w takim razie walka już się skończyła? Kto zatem był zwycięzcą?
Zamek otworzył się z charakterystycznym PING! Obie kobiety spojrzały po sobie i zajęły pozycje za osłonami, drzwi otworzyły się. Starając się nie wychylać weszły na palcach na łącznik i zajęły pozycje za mocnymi, metalowymi skrzyniami, by móc w miarę bezpiecznie zbadać pomieszczenie.
Nazwanie tego miejsca ogrodem było sporym niedopowiedzeniem, cały kompleks składał się z trzech pięter. Najwyższego, przejściowego na którym się znajdowały, niższego całkowicie zabudowanego szklaną osłoną i dolnego połączonego z parkiem. Dość rozległy, jak na stację kosmiczną, teren zielony był porośnięty głównie trawą oraz kwitnącymi krzewami, jednak architekci zdecydowali się na dodanie kilku drzew, uważając by nie zasłaniały widoku z wyższych pięter, centralną część zajmowało sztuczne jezioro z niewielkim wodospadem.
Uwagę Shepard przyciągnęło poruszenie na poziomie parku po przeciwległej stronie pomieszczenia. Tłumek, ostrożnie szacując, około pięćdziesięciu dzieciaków kulił się w kącie pomieszczenia otoczony przez ludzi Cerberusa.
Nic niezwykłego.
W przeciwieństwie do sceny rozgrywającej się kilka kroków przed główną grupą.
Ludzie w mundurach, innych niż uniformy wroga, klęczeli w rządku z rękoma założonymi za głowę. Prawdopodobnie byli ochroniarzami Akademii, ale ulegli przeważającej sile wroga, tym co najbardziej ją zdziwiło były ciała zarówno obrońców jak i atakujących ułożone w równej linii obok jeńców. Żołnierz Cerberusa podszedł do pierwszego w szeregu mężczyzny trzymając coś co z tej odległości wyglądało na pistolet, przyłożył lufę do głowy ofiary i nie wahając się ani sekundy nacisnął spust.
Ochroniarz drgnął spazmatycznie i osunął się na bok z dziwnym urządzeniem z kształcie rozgwiazdy wczepionym w czaszkę.
Nie potrafiła ocenić czy jeszcze żyje.
Wkrótce podobny los spotkał jego kolegów, nie oszczędzono nawet zwłok. Gdy upiorny rytuał dobiegł wreszcie końca, jeden z agentów Cerberusa uruchomił omniklucz i wpisał komendę.
Diody na rozgwiazdopodobnych urządzeniach zapłonęły czerwienią, ich nosiciele poruszyli się i po chwili wstali niezdarnie bardziej przypominając pajacyki poruszane niewidzialnymi sznurkami niż ludzi. Zrozumienie uderzyło ją jakby obuchem.
Człowiek Iluzja stworzył własne zombie!
Pomimo obrzydzenia nie mogła zaprzeczyć genialności tego planu. Jak walczyć z przeciwnikiem tak potężnym i licznym jak Żniwiarze? Który nie słabnie z każdym starciem, tylko rośnie w siłę? Odpowiedź jest prosta: to samo co on. Wystarczyłby oddział wyposażony w takie implanty, składający się z ludzi zdolnych wczepić je poległym kolegom i można było zwiększyć żywotność armii co najmniej dwukrotnie.
Tali najwyraźniej myślała tak samo gdyż, choć z powodu kombinezonu nie mogła dostrzec jej twarzy, wyraźnie widziała jak kurczowo zaciska palne na broni.
Judith zdjęła z pleców karabin snajperski i zastanowiła się przez chwilę. Co się stanie jeśli zdejmie żołnierza, który uruchomił zombie? Wyłączą się? Wpadną w szał? Czegokolwiek by nie zrobiła, musiał myśleć przede wszystkim o uczniach.
Wymieniła spojrzenia z przyjaciółką, gestem nakazała jej przygotować się do walki, po czym wychyliła się nad donicą i namierzyła pierwszego wroga. Celny strzał sprawił, że jego głowa eksplodowała rozrzucając na pozostałych krew, fragmenty tkanek i kawałki hełmu.
Akcja ta nie przyniosła żadnego ze spodziewanych efektów. Zombie posłuszne niewidzialnemu mistrzowi rzuciły się po schodach na górę w poszukiwaniu strzelca, a żywi żołnierze rozpierzchli się w poszukiwaniu osłon. Nie odrywając oka od celownika zastrzeliła dwa kolejne potwory i jednego agenta, który nierozważnie wychylił się z kryjówki.
Błyskawicznie zmieniła broń na karabin szturmowy i zmieniła pozycję za osłoną równocześnie z pierwszym zombie wybiegającym zza filaru.
Wypuściła próbną serię w jego korpus, ale potwór najwyraźniej wcale tego nie poczuł gdyż tylko lekko się potknął z powodu siły uderzenia i szybko otrząsnąwszy się dalej biegł w ich stronę. Uniosła broń nieco wyżej, tym razem kule niemal urwały mu głowę, posyłając go na ziemię. Nie poruszał się.
Kobiety spojrzały po sobie i w podobny sposób poradziły sobie z dwoma kolejnymi przeciwnikami, którzy pędzili na nie w krwiożerczym szale. Odbezpieczyła granat i rzuciła go w gromadę stworów, która wypadła zza zakrętu, eksplozja rozerwała trzy z nich na strzępy, a jednego rozerwanego do połowy malowniczo przerzuciła przez barierkę na niższe poziomy. Shepard odwróciła się w stronę barierki, agenci Cerberusa zaczęli przemieszczać się na wyższe piętra. Nie czekając na rozwój sytuacji przebiegła przez pomost i schroniła się za filarem, zdejmując po drodze kolejnego zombie.
Wyjrzała zza osłony.
Pierwszy żywy wróg dostał się na to piętro i obecnie chronił się za metalową skrzynią. Sonda bojowa wysłana przez Tali podleciała do jego kryjówki i silnym wyładowaniem elektrycznym poderwała go do góry, Judith nie tracąc okazji zestrzeliła go w przepaść.
Zbiegły po schodach na niższy poziom, gdy tylko postawiły stopę w przeszklonym korytarzu przywitał je grad pocisków z wieżyczki sterowanej przez jednego z inżynierów Cerberusa, w dalszej części łącznika jego towarzysze prowadzili regularny ostrzał, co i raz chowając się za osłonami by uzupełnić amunicję. Nagle korytarz wypełniła czarna chmura, pochodząca prawdopodobnie z granatu dymnego. Judith ostrożnie wycelowała w punkt, gdzie jak pamiętała była wieżyczka, iskry wywołane przez odbijające się od pancerza kule, przekonały ją, że ma rację. Po kilku seriach urządzenie wybuchło, w gęstej zasłonie rozległo się łupnięcie, jakby ktoś uderzył w ścianę, a po chwili wyleciał z niej grad kul. Wysunęła się nieco zza osłony i odpowiedziała ogniem, dym powoli zaczął się przerzedzać. Przeciwnicy z korytarza zniknęli by przegrupować się na poziomie parku, który dawał znacznie szersze pole manewru. Podbiegły do szczytu schodów a następnie rozdzieliły się wbiegając na przeciwne strony półpiętra. Shepard ledwie unikając gradu kul schroniła się za wysoką na pół metra barierką z wzmocnionego szkła. Przeładowała broń i wychyliła się zza osłony wysyłając serię rozszarpujących pocisków w stronę najbliższego przeciwnika niemal przepiłowując go na dwoje. Po lewej stronie usłyszała szybkie kroki, ludzie Człowieka Iluzji próbowali ją okrążyć. Upewniwszy się, że jest dość daleko od uczniów by użyć granatu, odbezpieczyła go i posłała migającą kulkę prosto pod nogi przeciwników. Wybuch rozwiązał trzy z jej problemów. Przeskoczyła przez barierkę i przeturlając się po trawie wylądowała za donicą, jej śmiałe posunięcie wywabiło zza osłon dwóch kolejnych agentów, z którymi rozprawiła się po krótkiej wymianie ognia. Wszystko ucichło.
Wyszła zza osłony, Tali podeszła do niej chowając broń.
Uwagę Shepard przyciągnął odgłos szamotania za niewysokim kamiennym murkiem. Podeszła do źródła hałasu, był to przepołowiony zombie, którego wybuch granatu strącił z wyższego poziomu.
Judith trąciła nogą powalonego potwora, stworzenie choć niemal całkowicie rozerwane przez wybuch granatu nadal próbowało ją dosięgnąć. Wycelowała lufę karabinu w nienaruszone urządzenie i nacisnęła spust. Implant wyrzucił z siebie fontannę iskier i zgasł, a jego nosiciel opadł bezwładnie.
Przeniosła wzrok na grupę.
- Komandor Shepard z Przymierza – przedstawiła się – wszystko w porządku?
Jeden ze starszych chłopaków przytaknął.
- Andrew Martinez – przedstawił się, salutując – Program Przystosowania Bojowego. Kiedy usłyszeliśmy komunikat pani Sanders zebraliśmy maluchy z klas i próbowaliśmy dotrzeć do portu ewakuacyjnego – wyjaśnił – Reszty może się pani domyślić.
Shepard przyglądała mu się badawczo.
- Zrobicie tak – zaczęła powoli – za kilka minut dotrze tu grupa dzieciaków z Sali obok, postarajcie się na nich poczekać a następnie ruszajcie do kapsuł. Czy w tej sekcji zostali jeszcze jacyś uczniowie?
Jej rozmówca pokręcił głową.
- Wszyscy, którzy nie są martwi albo zabrani przez Cerberusa są tutaj. – spuścił wzrok.
Judith podzielała jego obawy, kto wie jaki los szykował Człowiek Iluzja dla porwanych dzieci. Niestety nie mieli wystarczającej ilości ludzi by uratować wszystkich.
Nagle potężny wstrząs sprawił, że niemal straciła grunt pod nogami, jasne sztuczne światło zgasło pogrążając stację w szkarłatnym blasku lamp awaryjnych.
Shepard zaklęła w duchu i uruchomiła komunikator.
- Pani Sanders, co się dzieje? – zapytała , próbując przekrzyczeć zakłócenia.
- Coś uszkodziło reaktor! – jej głos wyraźnie drżał – Przegrzewa się!
Zacisnęła dłoń na rękojeści broni.
- Ile mamy czasu? – zapytał starając się nie dopuścić do drżenia głosu.
Seria trzasków.
- Nie więcej niż piętnaście minut! Razem z pierwszą grupą rozpoczęliśmy już ewakuację, ale grupa Jack... napotkali silny opór!
- Możemy coś zrobić?
Chwila ciszy.
-Musicie uruchomić awaryjny system chłodzenia! Dwa poziomy pod wami znajduje się główna komora reaktora, procedura zakłada zalanie jej wodą z jeziora!
Judith spojrzała na nieckę wypełnioną tysiącami litrów płynu.
- Czy to powstrzyma eksplozję?
- Opóźni – Sanders wyznała z rezygnacją – reaktor jest zbyt mocno uszkodzony, a my nie mamy ludzi by go naprawić.
- Judith! – nowy głos wszedł na linię.
- Garrus? –
Trzaski.
- Idziemy pomóc Jack, postaraj się zrobić tak by ta stacja nie wybuchła nam pod nogami!
Judith uśmiechnęła się w duchu.
- Zobaczymy co da się zrobić – obiecała – nie dajcie się zabić. Pani Sanders jak uruchomić procedurę awaryjną?
- Na drugim poziomie pomieszczenia z jeziorem jest konsola, ale kody do niej znają tylko inżynierowie!
Shepard miała nadzieję, że to jedyny problem jaki napotkają.
- Poradzimy sobie z tym – zapewniła – proszę dokończyć ewakuację.
- Powodzenia pani komandor.
Judith zdarła broń z trupów i rozdała najstarszym uczniom.
- Słyszeliście – powiedziała omiatając ich wzrokiem – Musicie założyć, że nam się nie uda co oznacza, że macie piętnaście minut. Ruszajcie!
Nie tracąc czasu na zbędne rozmowy starsi uczniowie poderwali młodszych kolegów i po uformowaniu szyku ruszyli korytarzem prowadzącym do portu.
Gdy tylko zniknęli za drzwiami obie kobiety wbiegły po schodach na półpiętro a stamtąd pod drabinie na kolejny poziom, następnie balkonem technicznym na wyższe piętro. Wspomagając się mapą przebiegły na drugą stronę korytarza i weszły do pomieszczenia pełnego różnorakich urządzeń.
Tali dopadła do konsoli.
- Potrzebuję kilku minut by obejść zabezpieczenia. – stwierdziła uruchamiając omniklucz.
Shepard przytaknęła i zajęła pozycję obronną przy drzwiach.
Nagle pomieszczenie zatrząsało się od potężnego uderzenia, zupełnie jakby ktoś odpalił w nich rakietę. Judith rzuciła się do okna i zaklęła w duchu. Mech bojowy wyważył gródź na najniższym poziomie i właśnie szykował się by poczęstować je kolejną rakietą.
- Zajmę się nim – zwróciła się do Tali – tym zajmij się chłodzeniem.
Dziewczyna skinęła głową na znak zgody.
Judith wybiegła na korytarz w pędzie odpinając od paska granaty, nie lubiła marnować amunicji, ale musiała szybko pozbyć się wroga, zanim jego pociski uszkodzą komputery. Zbiegła po schodach i zanim operator mecha zdążył wykonać manewr wskoczyła za osłonę równocześnie uzbrajając pocisk. Poczuła jak gruby murowany parkan drży pod jej plecami gdy uderzyły w niego bomby, na szczęście nie miały bardzo dużej mocy, zaprojektowano je raczej do zabijania celów organicznych niż burzenia ścian. W chwili gdy ostrzał został przerwany wstała i rzuciła w stronę robota trzy połączone ze sobą granaty po czym błyskawicznie opadła na ziemię.
BUM!
Wychyliła się ostrożnie w jednej ręce trzymając kolejny granat a w drugiej karabin szturmowy. Mech chwiał się na nogach a w wielu punktach na jego ciele widać było iskry, szyba osłaniająca sterującego nim agenta była pokryta siateczką pęknięć, nie czekając aż przeciwnik się pozbiera wycelowała w szkło i nacisnęła spust, po kilku seriach pomarańczowa tafla rozpadła się na kawałeczki. Po kolejnym naciśnięciu spustu było po wszystkim.
Do jej uszu dotarł głośny szum, spojrzała w stronę jeziora. Poziom wody zaczął opadać gwałtownie, zupełnie jakby ktoś wyciągnął korek. Zabrzęczał komunikator.
- Udało się, ale nie mamy wiele czasu – Tali powiedział bez wstępów – nie więcej niż pół godziny.
- Biegnij na dół – Judith przypięła pozostały granat do pasa – zaraz ruszymy do promów. – zmieniła częstotliwość – Pani Sanders, słyszy mnie pani?
Kilka trzasków.
- Tu Sanders, jaka jest sytuacja?
-Nie mamy więcej niż pół godziny, co z Jack i jej grupą? – zapytała, kątem oka zauważając, że Tali dotarła na jej poziom.
- Przebili się do portu i już rozpoczęli ewakuację, od nas zaraz wystartuje ostatnia szalupa.
- Rozumiem, widzimy się na dole.
Obie kobiety tylko raz spojrzały po sobie i w pełnym pędzie ruszyły korytarzem prowadzącym do portu.
W pełnym biegu wpadły do portu ewakuacyjnego, pomieszczenie było puste, ale widać było że stoczono tu walkę, jednak chyba niezbyt wymagającą gdyż jedyne ciała należały do zombie i agentów Cerberusa a większość kapsuł zniknęła. Nie zatrzymując wskoczyły do jednej z nich i zajęły miejsca. Judith uderzyła pięścią w przycisk zwalniający kapsułę.
Nastąpił lekki wstrząs towarzyszący wystrzeleniu komory a potem uczucie szybowania. Przez niewielką szybkę widziały oddalającą się stację, nagle przeszło przez nią potężne wyładowanie elektryczne i nastąpił wybuch, który rozrzucił szczątki Akademii po orbicie Elizjum.
Jedna trzecia uczniów i prawie cały personel, taki był bilans strat w ludziach powstałych w wyniku napaści Cerberusa, nawet nie licząc wartej dziesiątki milionów kredytów stacji kosmicznej, która orbitowała obecnie w postaci kawałków nie większych niż pięść, uszczerbek był ogromny. Nikt nawet nie próbował szacować ile czasu zajmie odbudowa, jeśli w ogóle się na nią zdobędą.
Obecnie większość uczniów została przewieziona do tymczasowej placówki udostępnionej im przez władze kolonii, w której będą mogli kontynuować naukę, w bazie zostali tylko członkowie programu bojowego Jack i ochotnicy chcący walczyć ze Żniwiarzami.
- Judith! – usłyszała za sobą.
Jack podeszła do niej.
- Zostaję. – powiedziała krótko.
Shepard siknęła głową ze zrozumieniem.
- Chodzi o twoich uczniów. – bardziej stwierdziła niż zapytała.
Kobieta przytaknęła.
- Przymierze wysyła ich na wojnę, jeśli pozwolę im jechać beze mnie nie przeżyją sekundy. – powiedziała z rezygnacją.
Judith położyła jej dłoń na ramieniu.
- Rozumiem – zapewniła – nie martw się, zostawimy ci kilku Żniwiarzy.
Jack uśmiechnęła się złośliwie.
- No już nie podlizuj się. Pamiętaj by nie dać się zabić, póki ja tego nie zrobię. – odwróciła się w stronę swoich uczniów. – Powodzenia – rzuciła i ruszyła w ich stronę. – No dobra szczeniaki, zakładajcie swoje nowe błyszczące mundurki, teraz się przekonacie co to prawdziwa wojna!
Judith pokręciła głową. Cała Jack.
- Pani komandor?
Gillian i Hendel podeszli do niej.
- Chcemy dołączyć do twojej załogi – mężczyzna powiedział z naciskiem.
Shepard uniosła lekko brew, tak naprawdę cieszyła się, że to on zaczął tę rozmowę.
- Dlaczego? – zapytała.
Hendel chciał odpowiedzieć, ale ubiegła go Gillian.
- Człowiek iluzja zamordował mojego ojca, użył technologii Żniwiarzy i zmienił go w potwora. Jeśli masz zamiar z nim walczyć, jestem z tobą.
Judith przyjrzała jej się badawczo.
- Cerberus nie jest najważniejszym wrogiem w tej wojnie. – powiedziała szczerze.
- Wiem – dziewczyna zgodziła się z nią – ale mino wszystko chcę należeć do twojej załogi.
Shepard przeniosła wzrok na Hendela.
- Nie zostawię Gillian – wyjaśnił – nadal potrzebuje treningu biotycznego, zresztą ja też nie jestem najgorszym żołnierzem.
Zastanowiła się przez chwilę, wnioskując po intencjach Człowieka Iluzji, Gillian była bardzo silną biotyczką, choć brakowało jej doświadczenia, ale to można łatwo zmienić. W przypadku tej dwójki zyski przewyższały ewentualne niedogodności.
- Dobrze – zgodziła się – witajcie w załodze.
Judith stanęła przed mapą galaktyki i położyła dłonie na konsoli.
- EDI?
- Tak pani komandor?
- Czy otrzymałaś już współrzędne statku Liary? – zapytała.
- Doktor T'soni przesłała niedawno koordynaty.
Shepard postukała palcami w blat.
- Powiedz Jokerowi by wziął kurs na te współrzędne.
- Tak jest.
Już za kilka godzin dotrą do nowej kryjówki Handlarza Cieni, w świetle ostatnich wydarzeń Judith nie potrafiła zdobyć się na optymizm. Czy faktycznie proteanie mogli zostawić po sobie coś co pomoże w pokonaniu Żniwiarzy?
Przyszłość nie rysowała się w jasnych barwach.
i Jest to tekst oryginalnego wywiadu z ME3.
