4. Droga Wahadła.
My home was there `n then
Those meadows of heaven
Adventure-filled days
One with every smiling face
Prędko się przekonał, że w niegdyś doskonałym królestwie wykreowanym starannie przez Aizena, nie ma nic do roboty. Nuda była czymś wszechobecnym i codziennym, a zarazem upierdliwym i nieznośnym, czymś, czego chciałby się pozbyć.
Ale to nie było możliwe.
Bo poza usiłującą go czasem zająć rozmową Neliel, nie było nic. Jak się zorientował, ze wszystkich mieszkających w Hueco Mundo arrancarów, musieli zostać tylko oni, albowiem nie wyczuwał absolutnie żadnej energii duchowej, ani swoich pobratymców, ani nawet zwykłych pustych. Tylko on. I Neliel.
- Masz jakiś plan? – spytała go nieoczekiwanie arrancarka, gdy wrócił z długiego spaceru trwającego na oko dwa dni. Masz ci los, nawet sztuczne niebo, jakie stworzył im Aizen się popsuło i od ponad miesiąca cieszyli się pięknym, słonecznym dniem
- A ty? – odpowiedział oschle Grimmjow, rozwalając się obok zamieszkiwanej przez nich jaskini. Neliel pokręciła smutno głową, wpatrując się w horyzont. Ostatnimi czasy przestała go nawet tak chętnie zagadywać.
- Chciałabym się udać do świata żywych – mruknęła po długiej chwili milczenia. Grimmjow parsknął ciężkim, kpiącym śmiechem.
- A potem co? Dopadnie cię jakiś shinigami i gdy tylko się skapnie, że arrancar, zawoła kogoś silniejszego z Soul Society i zrobią z ciebie miazgę.
- Pesymistyczne podejście.
- Skądże, ja jestem tylko realistą.
- Bardzo kiepskim realistą.
- A na co ty niby liczysz? Na powitanie i oklaski?
- Na odrobinę dobroci.
- Marzycielka – uciął tonem nie znoszącym sprzeciwu i zamknął oczy, dając jej znak, że chce się zdrzemnąć. Może i miała trochę racji, że może i zlitowaliby się nad nimi, ale Grimmjow miał twarde zasady.
Nie litować się nad niczym i nie być tym, nad którym się litują.
Nie przyjaźnić się z nikim, a zwłaszcza z wrogiem.
Nie słuchać niczyich rozkazów, poza swoimi.
Ostatnia zasada była właściwie nieważna, bo złamał ją sam, służąc pod Aizenem.
