4. Niespodziewane spotkanie
Nie mogłam zasnąć, wciąż myślałam o swoich bliskich. Chciałam do nich wrócić, ale przecież nadal nie wiedziałam, gdzie jestem. Doszłam do wniosku, że zniknięcie nad ranem, znienacka to pochopna decyzja. Muszę podejść Veronikę, żeby choć trochę rozeznać się w terenie. Przez moją głowę przetaczało się wiele myśli. Nie wiem, kiedy zasnęłam, pewnie gdzieś między wyobrażaniem sobie Edwarda i jego bursztynowych oczu, a zamartwianiem się o ojca i jego stan emocjonalny. Mimo wszystko miał powody, by się o mnie niepokoić. Spałam twardym snem. Rano czułam się rześka i silna. Przy śniadaniu zagadywałam staruszkę o lokalizację polany. Najpierw chciałam dowiedzieć się, skąd przychodzi Anthony z dostawami potrzebnych produktów. Takie niewinne pytanie nie budzi podejrzeń. Babcia powiedziała, że miejscowość, do której jeździł jej mąż, to Eldon. Tam mieszkał Anthony ze swoją narzeczoną i nieślubnym dzieckiem. Veronika nie pochwalała tego, że chłopak żyje z kobietą pod jednym dachem bez ślubu, a dodatkowo ma z nią potomka. Sama czuła wstyd, gdy nosiła pod sercem Jamesa, dlatego wzięli z Henry'm szybki ślub. Tego samego oczekiwała po Anthonym. Ja natomiast w pełni go rozumiałam, żaden papierek nie może zmienić czyichś uczuć, a z pewnością było tak w moim przypadku. Inwigilacja na nic się nie zdała, ponieważ za żadne skarby nie mogłam umiejscowić Eldon na mapie. Wiedziałam tylko, że nadal jesteśmy w tym samym stanie, gdyż Veronika wspominała o gubernatorze Wright'cie. Został wybrany dwa lata temu. Pamiętam, bo po raz pierwszy mogłam pójść głosować. Charlie zmusił mnie, żebym wypełniła swój obywatelski obowiązek. Nie interesowałam się polityką, ale Edward również brał poważnie sprawy ojczyzny i razem udaliśmy się na głosowanie. Zapunktował tym u Charliego, który stracił zaufanie do mojego chłopaka, odkąd ten bezpardonowo zerwał ze mną i zostawił samą na kilka miesięcy. Eldon, niech pomyślę... Eldon, Eldon... Nie, to nie ma najmniejszego sensu. Muszę koniecznie spotkać się z tym Anthony'm, gdy przyniesie babci kolejną partię zapasów.
Po południu Veronika położyła
się spać. Kiedy upewniłam się, że zasnęła, postanowiłam
wybrać się na dłuższy spacer. Zostawiłam karteczkę z informacją
o moich planach i cicho wymknęłam się z chatki. Dzień był
upalny. Założyłam moje uprane już jeansy, które musiały zostać
skrócone, z uwagi na koszmarne dziury i plamy po trawie. Idealnie
dopasowana para wranglerów zmieniła się w poszarpane szorty à la
lata dziewięćdziesiąte. Miałam na sobie biały podkoszulek.
Zdecydowanie lepiej czułam się w swoich ciuchach. Zakładałam, że
nie wrócę prędko, dlatego wzięłam ze sobą drugie śniadanie. Od
kiedy odzyskałam siły, zauważyłam, że mój apetyt wzrósł.
Szczególnie rozsmakowałam się w mięsie, które kiedyś mogło dla
mnie nie istnieć. Obrałam kierunek na południowy zachód. Czułam
się świetnie, pełna energii, którą musiałam gdzieś wyładować.
Wbiegłam w głąb lasu i szybkim truchtem przeczesywałam go tak,
jakbym chciała szukać wspomnień, miejsc, gdzie już byłam. Woń
żywicy, szyszek, zapach listowia torpedowały moje nozdrza. Nagle
usłyszałam szelest i niezdarny tupot. Poczułam strach, dławiący
jakiś umysł. Instynkt podpowiadał zwierzęciu znieruchomieć.
Zagrożenie znajdowało się zbyt blisko, żeby mógł uciec.
Starałam się wyłączyć, nie zwracać uwagi na inne bodźce -
skupić tylko na przestraszonej duszyczce - jakbym była na
polowaniu. Wciągnęłam duży haust powietrza, nadstawiłam ucho.
Usłyszałam przyspieszone bicie serca, zauważyłam też lekkie
drgania liści z oddali trzydziestu metrów. Miałam wrażenie, że
coś mną steruje. Najpierw wolno i spokojnie kroczyłam w stronę
krzaka, by na ostatnich metrach gwałtownie przyspieszyć. Zwierzę
nie miałoby szans, rozchyliłam gałęzie i moim oczom ukazał się
mały łoszak. Miał przerażone oczy, czyżby obawiały się
śmierci? Pierwszy raz jakieś zwierzę czuło przede mną obawę.
Delikatnie dotknęłam łba małego łosia, choć wiedziałam, że to
nie pies, którego łatwo uspokoić głaskami.
- Znajdę twoją
mamusię, nie martw się, skarbie – pocieszałam zwierzę. Tempo
bicia serca unormowało się. Niezdarny szkrab oddychał teraz
miarowo. Ufał mi, byłam tego pewna. Pogłaskałam jego grzbiet i
dodałam: - Siedź tu spokojnie, zaraz do ciebie wrócę.
Instynktownie zaczęłam obwąchiwać drzewa i ściółkę.
Mieszanina różnych zapachów naparła na mój wrażliwy nos.
Dosięgła mnie woń podobna do łosiowej, ale mocniejsza. W pobliżu
wyczuwałam też krew. Pobiegłam szybko, prowadzona popędem, w
stronę, z której wionęła specyficzna mieszanka. Ślina nachodziła
mi do ust, oblizałam się, jakbym czekała na smakowity posiłek.
Pohamowałam chęć zagłębienia zębów w surowym mięsie. Co
się ze mną dzieje? W zasięgu mojego wzroku znalazła się ofiara
jakiegoś drapieżnika. Ponad trzystukilogramowa, dobrze odżywiona
łosza o lśniącej, zdrowej sierści, została powalona prawie bez
walki. Nie było żadnych śladów ataku, żadnych szram. Strużka
krwi spływała z pyska zwierzęcia. Miałam dziwne wrażenie, że
zwierzę zostało jej pozbawione. Nie pachniało „pełnokrwiście".
Wyjęłam scyzoryk z kieszeni spodni i delikatnie rozcięłam skórę
klępy w pachwinie. Musiałam czekać długą chwilę, nim w miejsce
rany napłynęła czerwona ciecz. Dokładnie obadałam ciało,
centymetr po centymetrze. Na szyi dojrzałam dwie głębokie, bardzo
regularne dziurki. Ślady po kłach. Zaczerpnęłam powietrze.
Słodko, do bólu słodko. Woń drażniła moje gardło. Czy to
możliwe? Wampiry? Cullenowie czy Denali? Byłam zbyt przejęta
śmiercią matki, by wyczuć i zidentyfikować charakterystyczny
zapach. Pozostawiłam padlinę, zapominając o drżącym ze strachu
maluchu. Kierowałam się, świeżo pozostawioną w powietrzu smużką
duszącego zapachu. Coś mignęło mi między drzewami, krzyknęłam:
„Stój!" Ale ta istota tylko przyspieszyła. Desperacko chciałam
dorwać intruza, adrenalina podskoczyła mi do niewyobrażalnego
poziomu. Zacisnęłam dłonie w pięści tak, że twarde paznokcie
wbijały się w skórę. Biegłam z takim zaangażowaniem, że metr
po metrze zbliżałam się do mordercy karmiącej samicy. Cudem
udawało mi się omijać wszelkie przeszkody. Ryknęłam ze złości.
Drapieżnik musiał czuć mój oddech na swoich plecach, bo powoli
zwalniał, decydując się na konfrontację. W tym momencie powinnam
zacząć się bać, ale zamiast strachu, ogarniała mnie żądza
zemsty. Chciałam pomścić łoszę w imieniu jej małego potomka.
Dwunogi potwór odwrócił się w moim kierunku. Szedł powoli
posuwistym krokiem. Sylwetka mordercy była coraz bardziej znajoma.
Dławiąca mnie złość ustępowała na rzecz ciekawości, niemniej
jednak musiałam wyglądać inaczej, ponieważ wyraz twarzy mężczyzny
wskazywał na zaskoczenie.
- Bella? Bella, to ty?
- Tak.
Witaj, Jasper. Martwa łosza to twoja sprawka? - powiedziałam
gniewnie.
- Mała przekąska po drodze do domu.
- Jak mogłeś?
Powinnam teraz cię zabić, tu nie wolno polować ludziom, a tym
bardziej wampirom! - Głos dobiegał jakby z mojej podświadomości.
- Bella, nie wiem, co ci się stało, dlaczego tu jesteś, ale
wyglądasz jak nie ty. Ledwo cię poznałem. Masz opaloną skórę,
mięśnie, których nie było, a twoje oczy... Boże, one są...
-
Jakie? Powiedz!
- Żółte, przerażająco żółte! - Podbiegł
do mnie i chwycił mocno za przedramiona. Nabrał powietrza i
zatrzymał oddech.
- Pachniesz inaczej. Jak las. - Skupił wzrok
na mojej ręce. Spojrzał na blizny, a potem delikatnie dotknął je
opuszkami palców.
- Co to? - zapytał zaniepokojony.
- Nie
mam pojęcia. Babcia, która mnie znalazła w lesie i pomogła stanąć
na nogi, powiedziała, że zostałam do czegoś wybrana. Nie mogę
opuszczać lasu, nikt mnie nie zrozumie tam, w normalnym życiu.
-
Co ty pleciesz, kobieto? Edward odchodzi od zmysłów. Nie mówiąc o
twoim ojcu. Bardzo posiwiał w ostatnim czasie. Charlie z Edwardem
zwarli szyki. Niemal wszyscy z miasteczka cię poszukują. Mój brat
dodatkowo jeździ po całym stanie i przeczesuje myśli przechodniów.
Z tej niemocy prawie oszalał. Do nikogo się nie odzywa. Nikt nie
może wymawiać twojego imienia. Charlie nie chce się do tego
przyznać, ale myśli, że nie żyjesz. Stracił nadzieję, że cię
odnajdzie. To jeszcze bardziej doprowadza Edwarda do szału. Musimy
ciągle go pilnować. Boimy się, że znów będzie chciał
sprzeciwić się naszym prawom. On nie chce już żyć.
Słowa
Jaspera raniły niczym sztylety, wbijane prosto w serce. Wiedziałam,
że wszyscy muszą się o mnie martwić, ale nie mogłam wrócić,
ba, nie znałam drogi do domu.
- Jasper, słuchaj – rozpoczęłam
spokojnie – chciałam wrócić, ale nie wiedziałam jak. Poza tym
zmieniłam się, nie wiem, kim jestem... czym jestem. - Łzy
napływały mi do oczu i zaczęły spływać po policzku. - I wiesz,
co jest najgorsze? - Patrzył na mnie oniemiały. - Czuję, że teraz
jesteś moim wrogiem, że powinnam cię zabić. Nie wiem, jak
miałabym tego dokonać, ale czuję siłę, która by mi w tym
pomogła.
Milczał dość długo, wpatrując się we mnie
uważnie, aż wreszcie przemówił:
- Musisz wracać ze mną!
Dowiemy się, co tak na ciebie działa. Na wszystko jest lekarstwo.
- Nie mogę! Ona mi nie pozwoli odejść! - prawie krzyczałam z
rozpaczy.
- Nie jesteś niczyją własnością, zabieram cię do
domu.
- Jasper, ty nic nie rozumiesz. Jeszcze przed chwilą
pobiegłabym z tobą jak na skrzydłach, ale teraz wiem, do czego
zostałam stworzona. Gdyby nie ona i tak by mnie nie było. Nie
przeżyłabym w lesie sama. Nie odnalazłabym drogi do domu. Stałabym
się ofiarą jakiegoś dzikiego drapieżnika – powiedziałam. -
Moje miejsce jest tutaj – dodałam bez przekonania.
- Bella,
Edward mnie zabije, jeśli się dowie, że cię znalazłem i nie
przyprowadziłem ze sobą.
- Dlatego nic mu o mnie nie powiesz.
Daj mi dwa dni. Obiecuję ci, że... was odwiedzę. Wyjaśnię
wszystko na tyle, na ile będę potrafiła.
- No dobrze. Zgadzam
się, bo ci ufam. Poza tym jestem ci winien przysługę.
-
Przestań się obwiniać, nic mi nie jesteś winien, ale dziękuję
ci – powiedziałam zasmucona, wiedząc, że nie mogę z nim pójść,
choć tak rozpaczliwie tego pragnęłam - Jasper mam do ciebie dwie
prośby.
- Zrobię wszystko! - zadeklarował w ciemno.
- Po
pierwsze obiecaj mi, że będziesz rozważniej wybierał swój
posiłek. Żadnych karmiących matek, las musi się odradzać! Poza
tym, pod żadnym pozorem nie poluj na terenie rezerwatu, bo
ryzykujesz życiem. To samo tyczy się całej rodziny. Najlepiej
będzie, jeśli w ogóle nie będziecie się pojawiać w tych
rejonach. Po drugie, proszę, zostaw po drodze jakiś trop. Może
kawałki koszuli? Obawiam się, że twój zapach może wywietrzeć, a
ja nie znam drogi... do domu.
- W porządku. Daję ci dwa dni.
Później mówię o wszystkim Edwardowi. I tak będzie mi trudno
ukryć to przed nim. Czeka mnie istna męka.
Popatrzył na mnie
jeszcze chwilę. Z jego oczu można było wyczytać zmartwienie.
Odwrócił się i pognał przed siebie.
Spotkanie Jaspera
wywołało tyle wspomnień o moim poprzednim życiu i przydało mi
trosk o ojca i Edwarda. Nie chciałam nikogo ranić. Z trudem
podążyłam z powrotem. Nie zapomniałam o małym łosiu. Wróciłam
po niego, wzięłam na ręce drżące, przerażone zwierzę o
zasmuconych oczach i przytuliłam do mojego ciepłego ciała. Szybkim
krokiem przemierzałam gęstwinę. Wybrałam dokładnie tę samą
trasę, czując swój zapach na jej rozciągłości. Najwidoczniej
zmysł węchu wyostrzył mi się bardziej, niż przypuszczałam.
Veronika czekała przed chatą, siedząc na ławce, z ręką
opartą na wysłużonej lasce. Na mój widok powstała i
niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę. Kiedy zbliżyłam się
już odpowiednio blisko, krzyknęła:
- Bello! Gdzie ty się
podziewałaś? Odchodziłam od zmysłów!
- Napisałam kartkę,
byłam w lesie - odpowiedziałam ze spokojem. - Zobacz, co znalazłam.
Ten maluch stracił matkę, myślę, że będziesz... będziemy
musiały go odkarmić. Sam sobie nie poradzi.
- Oj, biedaczku mój
słodki, babcia zaraz da ci mleczka – odezwała się do zwierzaka,
zupełnie zapominając o prawieniu mi wyrzutów. Uśmiechnęłam się
pod nosem. Staruszka potrzebuje kogoś, kim może się opiekować.
-Veroniko, mam nadzieję, że nie będziesz miała mi tego za
złe, pójdę teraz do mojego pokoju. Jestem bardzo zmęczona –
skłamałam, by jak najszybciej znaleźć się sama. W rzeczywistości
moja głowa była pełna myśli, które na pewno nie pozwolą mi
spokojnie zasnąć. Kim jestem? Co powiem Edwardowi? Dlaczego dałam
sobie tylko dwa dni? Kołaczące się we mnie pytania zmogły mnie
prędzej, niż myślałam.
Biała wilczyca przemierzała las, patrolując jego granice. Wyczerpane, matowe oczy wyczekiwały spoczynku. Nic nie dawało jej ukojenia. Samotność przytłaczała. Długowieczność przygnębiała. Przystanęła przy sadzawce i spojrzała w taflę wody. Długie, białe pukle włosów falowały na wietrze. Na twarzy zagościł smutny uśmiech. Mimo wszystko jest nadzieja.
____
Rozdział trzeci i czwarty został zbetowny przez AngelsDream i thingrodiel, dziękuję. :)
