Kilka zaklęć przemknęło nad głową Harry'ego, ale nie miał czasu zastanawiać się nad tym, kto go atakuje. Pierwsze zatrzymał czar Snape'a, a kolejnym młody Potter ominął, uskakując w bok. Przeczołgał się po mokrej wciąż trawie, aż zszedł z pola widzenia. Gruby pień drzewa osłaniał go przez chwilę, ale w końcu i jego prześladowcy zmienili pozycje i ponownie znalazł się pod ostrzałem. Kolejny uskok i wyciągnął różdżkę mierząc. Właśnie miał wypowiedzieć pierwsze zaklęcie, które przyszło mu do głowy, gdy spojrzał prosto w roziskrzone oczy Syriusza Blacka.
Gryfon stał naprzeciwko niego i czekał ewidentnie na pierwszą reakcję młodszego czarodzieja. Harry zawahał się, a wtedy Black uśmiechnął się kpiąco.
— Tchórz, jak każdy Ślizgon — zakpił.
W jego wyciągniętej ręce zamigotała różdżka.
— Czekaj! — krzyknął Harry.
Black roześmiał się.
— Aż przybiegnie twój chłopak? — spytał retorycznie. — Widziałem, jak Smarkerus cię bronił. Urocze — przeciągnął ostatnie słowo.
Harry nie wiedział czego się spodziewał, ale na pewno nie tego, że prosto w jego plecy uderzy Expeliarmus, wytrącając mu różdżkę z ręki.
Nad jego obolałym ciałem przeszedł młody Remus Lupin i uśmiechnął się przepraszająco.
— Syriuszu... — zaczął prosząco.
— Dlaczego znowu nam przeszkadzasz? — warknął tamten. — Prawie go mieliśmy z Jamesem. Peter odpiera tych, pożal się Merlinie, Węży — sarknął.
— Jestem prefektem... — spróbował ponownie tamten łagodnym głosem.
Ten spokój przypominał Harry'emu późniejszy ton, którym posługiwał się Remus. Pokorę z jaką podchodził do ludzi i ugodowość, podziwianą tak przez wszystkich.
— Dlatego powinieneś z nami starać się wyplenić to robactwo — warknął Black. — Słyszałeś co stało się nieopodal Castle Combe? — spytał głośno. — Jeśli ich nie powstrzymamy, wszyscy zginiemy! — krzyknął.
— Nie sądzę, żeby on miał coś z tym wspólnego... — zaczął ostrożnie Lupin. — Raczej nie opuszczał szkoły...
— Ale gdy tylko to zrobi, pójdzie do tamtego na służbę — warknął Black.
Harry nie wiedział, co mogłoby się stać, gdyby silne dłonie nie postawiły go na nogach, a kolejne Expeliarmusy nie przecięły powietrza. Syriusz upadł parę metrów dalej, a Severus Snape złapał jego różdżkę. Lucjusz Malfoy, w stroju do gry w quidditcha i miotłą, stał za nim i patrzył pogardliwie na Lupina.
Harry w końcu opanował się na tyle, by ująć swoją własną różdżkę. Podziękował cicho za obronę, ale żaden ze starszych Ślizgonów nie odpowiedział mu ani słowem. Snape powoli obracał różdżkę Blacka w palcach i patrzył na niego coraz drapieżniej. Po chwili westchnął, rzucił własność Syriusza na trawę i obrócił się w stronę Lucjusza.
— Idziemy — stwierdził po prostu Malfoy.
Kilka minut później, gdy weszli do szatni, Snape pchnął go na najbliższą ścianę, przyciskając ciałem do płaskiej powierzchni. Harry momentalnie odbił się i uchylił, wyciągając różdżkę. Gdy na jego ustach zamajaczyło pierwsze zaklęcie, Lucjusz od tak złapał dłonią za jego jedyną broń i pozbawił go jej.
Snape spojrzał na niego kpiąco. Pojedyncza zmarszczka pojawiła się na jego czole, kiedy nad czymś się zastanawiał.
Szatnia była pusta. Zza okien słychać było pozostałych zawodników, którzy kontynuowali trening.
Lucjusz Malfoy podszedł do jednej z ławek i usiadł na niej, wciąż trzymając różdżkę Harry'ego w dłoniach. Powoli odpiął pierwszą sprzączkę przy rękawicy i rzucił ją tam, gdzie postawił wcześniej miotłę. Po chwili wylądowała tam druga.
— A teraz Worthy — zaczął zdrabniając jego przybrane nazwisko. — Wyjaśnimy sobie pewne kwestie, bo widzę, że nic do ciebie nie dotarło. — Jego głos był trochę zmęczony.
Snape stanął za plecami Malfoya i wyciągnął ze swoich szat podręcznik do eliksirów. Położył go w jednej z szafek i oparł się o nią.
— Na przykład dlaczego wyszedłeś bez ochrony ze szkoły — mruknął zniecierpliwiony.
— Dlaczego miałoby być inaczej? — spytał Harry.
Snape właśnie miał otworzyć usta, gdy Malfoy podniósł dłoń do góry.
— Właściwie możesz robić to, co chcesz i jak chcesz, jednak biorąc pod uwagę, że strata twojej osoby to strata dla drużyny — zawiesił głos — musisz zacząć stosować się do pewnych zasad, które zapewne Astoria wyjaśniła ci na samym początku.
Harry zacisnął usta w wąską kreskę.
— Więc broniliście mnie, bo jestem w drużynie? — spytał zszokowany.
Niemal momentalnie wszystkie elementy trafiły na swoje miejsce i prychnął.
— Jakie to ślizgońskie — dodał.
Snape spojrzał na niego lekko zaskoczony, ale emocja szybko została zastąpiona przez gniew.
— Dokładnie, ślizgońskie i gdybyś jeszcze nie był w temacie; sam jesteś Ślizgonem. Jeśli zamierzasz wchodzić Gryfonom pod różdżkę to twoja sprawa, ale byłoby pożądanym, gdybyś dotrwał do Mistrzostw Quidditcha — warknął.
— Myślałem, że nie jesteś raczej przeciwny... — wypluł Harry, a Snape wydął wargi.
— Moje prywatne zdanie w walce o Puchar Domu się nie liczy. Nie wiem, czy słyszałeś, mości Worthingtonie, o czymś takim jak praca zespołowa, ale w tym przypadku właśnie ta zasada obowiązuje — urwał.
Malfoy poderwał się na równe nogi, rozdzielając ich obu.
— Urocze, ale nieracjonalne — powiedział chłodno. — Mnie bardziej interesuje, dlaczego zawahałeś się przy rzuceniu zaklęcia na Blacka, a Snape omal nie oberwał... — zawiesił znacząco głos. — Zdajesz sobie sprawę, że jeśli jesteś ich szpiegiem, to w końcu się dowiemy... — warknął. Oburzenie na twarzy Harry'ego było tak doskonale widoczne, że Malfoy pokiwał przecząco głową. — To nie to — mruknął. — Więc co, panie Worthington... To jakaś rodzina? Przyznam się szczerze, że nie słyszałem nigdy o rodzinie o tym nazwisku. — Zaczął się przechadzać. — Możesz powiedzieć skąd pochodzicie? — spytał wprost. — Kto jest twoim antenatem? Która to linia?
Harry zarumienił się, ale wciąż milczał. Dotąd sądził, że to kłamstwo da się utrzymywać dłużej, ale najwyraźniej nie docenił ślizgońskiego zamiłowania do czystokrwistych korzeni. Postanowił postawić wszystko na jedną kartę i patrząc głęboko w chłodne oczy Lucjusza, rzekł.
— Mam mugolskie korzenie. Tylko mój ojciec jest stuprocentowym czarodziejem, moja matka natomiast miała niemagicznych rodziców — powiedział zgodnie z prawdą, ale nie podając nazwisk. — Znajdźcie sobie innego szukającego — dodał.
Tak jak można było się spodziewać – twarz Lucjusza zmieniła się. Wyraz zamyślenia ustąpił miejsca lekkiemu szokowi i zmartwieniu. Chwilę panowała cisza, a gdy Harry w końcu poruszył się i odebrał bez słowa różdżkę, Lucjusz złapał go za ramię.
— Nie sądzę, jednak radzę ci nie mówić o tym głośno — poradził spokojnie. — Severusie, mógłbyś... — poprosił cicho Snape'a.
— Jasne, jestem idealną niańką — parsknął tamten, ale ruszył w stronę Pottera. — Odprowadzę cię i masz się nie ruszać już nigdzie w pojedynkę. Gdybyś się tak głupio nie gapił na Evans i Pottera nie mielibyśmy tego problemu...

ooo

Drzwi do ich dormitorium zamknęły się za nimi. Snape obłożył je kilkoma zaklęciami wyciszającymi i obrócił się niespiesznie. Harry usiadł na swoim łóżku i spojrzał na niego podejrzliwie, na co tamten skrzywił się po raz setny tego dnia. Przynajmniej wyjaśniła się kwestia zmarszczek.
— Nie wiedziałem, że tak grzecznie słuchasz się Malfoya — mruknął, gdy cisza przedłużała się.
— Słuchać się, a mieć wybór to dwie rzeczy, panie Worthington — warknął tamten. — Mamy z Lucjuszem umowę, która nie powinna cię interesować i układ, który z pewnością żaden Gryfon nie nazwałby przyjaźnią, a ty cuchniesz mi Gryffindorem na milę — dodał. — Myślisz, że dlaczego zgodziłem się na mieszkanie z tobą? Dostawienie jednego łóżka gdziekolwiek nie byłoby problemem — wytłumaczył. — Obserwowałem cię i teraz sobie pogadamy na temat gryfońskiego idiotyzmu — oznajmił. — Nie wiem kim jesteś i nie obchodzi mnie to. Każdy ma jakieś tajemnice. Nie zdziwiłbym się, gdyby to twoi mugolscy krewni głodzili cię. — Uniósł wysoko brwi, gdy Harry zaczerwienił się. — Jednak to nie moja sprawa. Chcę za to wiedzieć dlaczego tak bardzo interesują cię Evans i pieprzeni Huncwoci, bo to już sprawa całego Domu. Mieliśmy prawie święty spokój, aż do momentu, gdy się pojawiłeś — urwał.
Harry milczał, obserwując jak Snape chodzi w kółko po małej przestrzeni. Był zgarbiony i zdenerwowany. Czarna szata zaczepiała się od czasu do czasu o krzesła czy regał, ale nie reagował.
— Więc lepiej zacznij mówić, bo veritaserum nie jest jedynym eliksirem, który potrafię zrobić — zagroził.
Harry jeszcze raz wciągnął głęboko powietrze do płuc, które wypuścił ze świstem. Właśnie miał otworzyć usta i ponownie opowiedzieć tę samą historię, którą uraczył Dumbledore'a, gdy usłyszał swój własny głos.
— Jestem tu nowy, chciałem rozeznać się w sytuacji. Podobno mugole giną przez czarodziei z rodu Slytherina... — urwał.
Snape zatrzymał się w miejscu i spojrzał na niego zaskoczony.
— I myślisz, że to nasza sprawka? Niby jak mielibyśmy opuścić zamek? — spytał. — Jesteśmy zamknięci tu cały rok i te pogłoski na równi niepokoją i nas — urwał. Milczał chwilę, zastanawiając się nad czymś aż w końcu podjął decyzję i pochylił się nad Harrym, patrząc mu prosto w oczy. — Ja też jestem mugolskiego pochodzenia, Worthy... — urwał. — Moja matka jest czarownicą, a ojciec — splunął — mugolem. To nie są najbezpieczniejsze czasy, żeby przyznawać się do takiego pochodzenia.
Harry patrzył na niego w kompletnym szoku. Nie spodziewał się przez całe pięć lat nauki, że Snape mógłby nie być czystokrwistym. Przyjaźń z Malfoyem i samo bycie śmierciożercą wskazywało na to ewidentnie. Nie bardzo wiedział co powiedzieć, ale Snape najwyraźniej nie liczył na żadne słowa, bo usiadł na swoim łóżku i sięgnął po jakiś podręcznik. Chwilę wertował kartki, aż w końcu, gdy Harry myślał, że rozmowa jest już zakończona, podniósł nagle głowę.
— Dlatego dobrze radzę; waż słowa.