Ostrzeżenie: ten rozdział będzie zawierać bardzo wiele fragmentów pochodzących bezpośrednio z oryginału Harry Potter i kamień filozoficzny.
Postacie i świat przedstawiony należą do J.K. Rowling. Nie czerpię żadnych korzyści materialnych z powyższej publikacji.
ROZDZIAŁ CZWARTY
Mój nowy dom
Brama natychmiast się otworzyła. Stała w niej wysoka, czarnowłosa czarownica w szmaragdowozielonej szacie. Miała srogą twarz i Harry pomyślała, że nie jest to osoba, obok której można przejść obojętnie.
— Pirszoroczni, pani profesor McGonagall — oznajmił Hagrid.
Profesor McGonagall podziękowała Hagridowi, następnie szorstko zagoniła nowych uczniów pierwszego roku do ogromnego holu wejściowego. Płonące pochodnie oświetlały kamienne ściany, ale nawet te wszystkie żagwie umieszczone w misternie zdobionych kinkietach nie wystarczały, by oświetlić ukryte zakątki, sklepienie majaczące gdzieś wysoko nad nimi i wspaniałe marmurowe schody wiodące na piętro.
Uczniowie ruszyli za profesor McGonagall po kamiennej posadzce. Zza drzwi po prawej stronie dochodził ożywiony gwar i Harry pomyślała, że reszta uczniów musi już tu być, ale McGonagall zaprowadziła ich z dala od miejsca, skąd wydobywały się podniecone głosy. Kobieta wpuściła ich do małej, pustej komnaty z tyłu sali, gdzie stłoczyli się jak stado owiec prowadzone na rzeź, rozglądając niepewnie wokół siebie.
— Witajcie w zamku Hogwart — powiedziała profesor McGonagall. — Uczta rozpoczynająca nowy rok szkolny wkrótce się zacznie, ale zanim zajmiecie swoje miejsca w Wielkiej Sali, zostaniecie przydzieleni do domów. Ceremonia przydziału jest bardzo ważna, ponieważ podczas całego pobytu w Hogwarcie wasz dom będzie czymś w rodzaju rodziny. Będziecie mieć zajęcia razem z innymi mieszkańcami waszego domu, będziecie spać z nimi w dormitorium i spędzać razem czas wolny w pokoju wspólnym waszego domu.
Zamilkła na moment patrząc po wszystkich zgromadzonych twarzach.
— Są cztery domy: Gryffindor, Hufflepuff, Ravenclaw i Slytherin. Każdy dom ma swoją zaszczytną historię i z każdego wyszli na świat słynni czarodzieje i znakomite czarownice. Tu, w Hogwarcie, wasze osiągnięcia będą chlubą waszego domu, zyskując mu punkty, a wasze przewinienia będą hańbą waszego domu, przez którą utracicie część punktów. Dom, który osiągnie najwyższą liczbę punktów pod koniec roku, zdobędzie Puchar Domów, co jest wielkim zaszczytem. Mam nadzieję, że każde z was będzie wierne swojemu domowi, bez względu na to, do którego zostaniecie przydzieleni. Ceremonia przydziału odbędzie się za kilka minut w obecności całej szkoły. Zalecam wykorzystanie tego czasu na zadbanie o swój wygląd. Wrócę, kiedy będziecie gotowi — oznajmiła profesor McGonagall. — Proszę byście poczekali spokojnie.
Całe przemówienie zostało powiedziane surowym i dobrze przećwiczone tonem i na końcu wiedźma spojrzał znacząco na wygląd niektórych uczniów, których szaty były pogniecione lub mieli jakieś smugi brudu na twarzy, przekazując im bez słów, aby oczyścić się trochę, bez nadmiernego zażenowania ich.
Jak tylko profesor opuściła pomieszczenie, brzęczenie nerwowej paplaniny wypełniło komnatę, odbijając się wkoło cichym echem od kamiennych ścian, kiedy szaty i włosy były wygładzane. Chociaż kilkoro uczniów stało próbując wyglądać na pewnych i znudzonych, bezczynnie skubiąc wyimaginowane drobne kłaczki z chłodną pogardą. Harry zakładała, że byli to młodzi, czarodziejscy arystokraci, którzy całe swoje życie spędzili wokół magii.
Większość dyskusji koncentrowała się na sposobie ich przydzielenia do poszczególnych domów i wszędzie dookoła latały teorie o różnych testach, jakie będą musieli zdać lub czarach jakie będą musieli rzucić. Hermiona opowiadała szeptem o wszystkich zaklęciach, których się nauczyła, i zastanawiającej się, które z nich będzie jej teraz potrzebne. Harry starała się jej nie słuchać, odetchnęła głęboko i przełknęła ślinę. Według Historii Hogwartu przydział miał coś wspólnego z tiarą przydziału. Tylko jaki rodzaj testu to miałby być? I to odbywający się przed całą szkołą, niemniej. Serce Harry podskoczyło do gardła. Czego miała się spodziewać? Profesor McGonagall dała tylko jakieś lakoniczne wyjaśnienia i wyszła, zostawiając ich samym sobie. Dziewczyna rozejrzała się nerwowo i zobaczyła, że niektórzy byli wręcz przerażeni. Ona sama jeszcze nigdy nie była tak zdenerwowana, nawet wtedy gdy miała wystąpić przed publicznością. Cóż do takich momentów się przygotowywała długo i żmudnie, a tu… Utkwiła wzrok w podłodze i czekała. Blaise szturchnął ją lekko i uśmiechnął dodając otuchy. Odpowiedziała mu własnym wykrzywieniem warg, cóż… za chwilę wróci profesor McGonagall i powiedzie ją ku jej smętnemu przeznaczeniu.
A potem stało się coś, co sprawiło, że podskoczyła w powietrze przynajmniej na stopę. Kilku chłopców za nią wrzasnęło ze strachu.
— Co to…
Aż jej dech zaparło. Przez ścianę tuż za nią przeniknęło około dwadzieścia duchów. Perłowobiałe i lekko przezroczyste, szybowały przez komnatę, rozmawiając między sobą i nie zwracając na nich uwagi. Wyglądało na to, że o coś się spierają. Duch małego grubego mnicha mówił:
— Przebaczać i zapominać, powtarzam, to nasza zasada. Powinniśmy dać mu jeszcze jedną szansę…
— Mój drogi Mnichu, czyż nie daliśmy już Irytkowi wszystkich szans, na jakie zasługiwał? I wciąż nas oczernia, a przecież tak naprawdę wcale nie jest duchem… Hej, a wy co tu robicie? — duch w kryzie i trykotach nagle zauważył tłum pierwszoroczniaków.
Nikt mu nie odpowiedział.
— Nowi studenci! — powiedział Gruby Mnich, obdarzając ich uśmiechem. — Czekacie na przydział, co?
Kilka osób pokiwało milcząco głowami.
— Może się spotkamy w Hufflepuffie! — rzekł Mnich. — To mój stary dom.
— No, idziemy! — rozległ się ostry głos. — Ceremonia przydziału zaraz się rozpocznie.
Wróciła profesor McGonagall. Duchy jeden po drugim wsiąkły w ścianę.
— A teraz proszę stanąć rzędem — poleciła profesor McGonagall — i iść za mną.
Harry czuła się dość dziwnie, bo nogi miała jakby z ołowiu, ale stanęła za chłopcem o piaskowych włosach. Za sobą miała rudzielca. W całym zamieszaniu Blaise'owi trafiło się miejsce między dziewczyną o lekko skośnych oczach, brązowych włosach i spłaszczoną, „mopsowatą" twarzą, a jednym z ochroniarzy blondyna. Profesor McGonagall wyprowadziła ich idących gęsiego z komnaty, a potem przeprowadziła przez salę wejściową i przez podwójne drzwi do Wielkiej Sali.
Harry nigdy nawet nie wyobrażała sobie tak dziwnego i wspaniałego miejsca. Żaden opis w książce nie oddawał w pełni wyglądu sali. Jedyne źródło światła pochodziło od tysiąca świec unoszących się i pływających w powietrzu ponad czterema, długimi, drewnianymi stołami, przy których siedzieli uczniowie ze starszych lat. Stoły zastawione były lśniącą i połyskującą, złotą zastawą stołową, ustawioną w doskonałą linię po obu stronach. U szczytu sali stał jeszcze jeden długi stół, przy którym zasiadali nauczyciele. Tam właśnie zaprowadziła pierwszoroczniaków profesor McGonagall i kazała im się zatrzymać w szeregu, twarzami do reszty uczniów. W migotliwym blasku świec wpatrzone w nich twarze wyglądały jak blade lampiony. Tu i tam między uczniami połyskiwały srebrną poświatą duchy. Czując się trochę nieswojo pod tymi wszystkimi spojrzeniami, Harry popatrzyła w górę i zobaczył aksamitnoczarne sklepienie upstrzone gwiazdami. Usłyszała szept Hermiony:
— Jest zaczarowane… żeby wyglądało jak prawdziwe niebo… Czytałam o tym w książce o historii Hogwartu.
Harry wewnętrznie westchnęła, druga dziewczyna zachowywała się jakby była jedyną, która przeczytała Historię Hogwartu. Jednak suche słowa zawarte w książce, nie oddały sprawiedliwości prawdziwemu widokowi i Harry odkryła, że trudno jej uwierzyć, że był tam w górze w ogóle jakiś sufit. Wydawało się, że Wielka Sala była naprawdę otwarta i sięgała do samego nieba. Była pewna, że Dudley dałby się pokroić, by tylko to zobaczyć. Przypomniały się jej niektóre z letnich nocy, kiedy we dwójkę leżeli na polu kempingowym, w delikatnie pachnącej trawie i patrzyli w gwiazdy. Wymyślając życzenia, gdy udało im się dostrzec lecącą perseidę.
Ruch po jej lewej stronie rozproszył Harry i spojrzała w dół, w sam raz by zobaczyć jak McGonagall dyskretnie umieściła czworonożny stołek przed nimi. Na stołku spoczywał spiczasty kapelusz czarodzieja. Młoda czarownica domyśliła się, że jest to ta słynna tiara przydziału, która nie robiła dobrego pierwszego wrażenia, gdyż była wystrzępiona, połatana i okropnie brudna. Jej mama nie pozwoliłaby trzymać czegoś takiego w domu.
— Może trzeba będzie wyciągnąć z niej królika? — Harry usłyszała gorączkowy szept pochodzący gdzieś z prawej strony.
Rozejrzała się dyskretnie po innych, by zobaczyć kto to powiedział i zobaczyła, że wszyscy wpatrują się w tiarę, więc i ona utkwiła w niej wzrok. Przez kilka sekund panowała głucha cisza. A potem tiara drgnęła. Szew w pobliżu krawędzi rozpruł się szeroko jak otwarte usta i tiara zaczęła śpiewać:
Może nie jestem śliczna,
Może i łach ze mnie stary,
Lecz choćbyś świat przeszukał,
Tak mądrej nie znajdziesz tiary.
Możecie mieć meloniki,
Możecie nosić panamy,
Lecz jam jest Tiara Losu,
Co jeszcze nie jest zbadany.
Choćbyś swą głowę schował
Pod pachę albo w piasek,
I tak poznam kim jesteś,
Bo dla mnie nie ma masek.
Śmiało, dzielna młodzieży,
Na głowy mnie wkładajcie,
A ja wam zaraz powiem,
Gdzie odtąd zamieszkacie.
Może w Gryffindorze,
Gdzie kwitnie męstwa cnota,
Gdzie króluje odwaga
I do wyczynów ochota.
A może w Hufflepuffie,
Gdzie sami prawi mieszkają,
Gdzie wierni i sprawiedliwi
Hogwarta szkoły są chwałą.
A może w Ravenclawie
Zamieszkać wam wypadnie
Tam płonie lampa wiedzy,
Tam mędrcem będziesz snadnie.
A jeśli chcecie zdobyć
Druhów gotowych na wiele,
To czeka was Slytherin,
Gdzie cenią sobie fortele.
Więc bez lęku, do dzieła!
Na głowy mnie wkładajcie,
Jam jest Myśląca Tiara,
Los wam wyznaczę na starcie!
Cała sala rozbrzmiała oklaskami i okrzykami, kiedy tiara zakończyła swój śpiew. Potem skłoniła się przed każdym z czterech stołów i ponownie znieruchomiała.
— Więc musimy po prostu przymierzyć ten kapelusz! — Harry usłyszała szept rudego chłopaka. — Zabiję tego Freda, opowiadał mi o pojedynku z trollem.
Harry uśmiechnęła się blado. Tak, nałożenie tiary jest na pewno łatwiejsze niż wyczarowanie czegoś z kapelusza, ale wiele by dała, żeby przy tym nikt na nią nie patrzył. Tiara wyglądała na taką, co lubi zadawać mnóstwo pytań, a w tym momencie jakoś nie miała na to ochoty. Gdyby tiara wspomniała o jakimś domu, w którym mieszkają osoby dość wrażliwe i nieco lękliwe, z całą pewnością trafiłaby właśnie do niego, gdyż obecnie tak się właśnie czuła.
Teraz wystąpiła profesor McGonagall, trzymając w ręku długi zwój pergaminu.
— Kiedy wyczytam nazwisko i imię, dana osoba nakłada tiarę i siada na stołku. Abbott Hanna!
Z szeregu wystąpiła dziewczynka o różowej buzi i jasnych mysich ogonkach, nałożyła tiarę, która opadła jej prawie na nos, i usiadła. W chwilę później…
— HUFFLEPUFF! — krzyknęła tiara.
Przy stole po prawej stronie rozległy się oklaski i okrzyki aplauzu. Hanna podreptała do niego i usiadła, a Harry zobaczyła, jak duch Grubego Mnicha macha do niej wesoło.
— Bones Susan!
— HUFFLEPUFF! — wrzasnęła znowu tiara, a Susan usiadła obok Hanny.
— Boot Terry!
— RAVENCLAW!
Tym razem rozległy się wiwaty przy drugim stole na lewo, gdzie kilka osób powstało, by uścisnąć rękę Terry'emu.
Brocklehurst Mandy też powędrowała do Ravenclawu, ale Brown Lavender pierwsza trafiła do Gryffindoru, co wywołało burzę oklasków przy krańcowym stole po lewej stronie. Harry dostrzegła tam rudych bliźniaków.
Bulstrode Millicenta znalazła się w Slytherinie. Może to skutek zbyt bujnej wyobraźni, albo to było skrzywienie po jej poprzedniej szkole, ale jakoś mieszkańcy tego domu wydali się jej jacyś bardziej poważni, dystyngowani może. Cóż, było to środowisko, w którym była zaznajomiona, i w którym spędziła ostatnie kilka lat. Nauczyciele etykiety spędzili wiele godzin wbijając im do głów poprawne zachowanie w miejscach publicznych, a brak okazywania otwarcie emocji, było jednym z nich. Harry też podejrzewała, że z tego powodu dla postronnego obserwatora, mieszkańcy tego domu mogli wydać się jakoś nie bardzo przyjemni.
— Granger Hermiona!
Hermiona prawie podbiegła do stołka i szybko wcisnęła tiarę na głowę.
— RAVENCLAW! — krzyknęła tiara. Rudy chłopak jęknął jakby mu ulżyło.
Okropna myśl ugodziła Harriettę gdzieś w tył głowy, jak to zwykle czynią okropne myśli, kiedy jest się bardzo zdenerwowanym. A jeśli w ogóle nie dostanie przydziału? A może będzie siedziała i siedziała na stołku w tej okropnej tiarze, aż w końcu profesor McGonagall zerwie jej ją z głowy i oświadczy publicznie, że musiała zajść jakaś pomyłka i Potter Harry musi wracać do domu… Rodzice pewnie by się nie zmartwili tym za bardzo, ale ona chciała poznać ten nowy, fascynujący świat. Nie chciała też rozstawać się ze swoim nowo poznanym przyjacielem.
Kiedy wywołano Neville'a Longbottoma, chłopca, który zgubił ropuchę, biedak przewrócił się, idąc do stołka, a potem długo na nim siedział, póki tiara w końcu nie krzyknęła:
— GRYFFINDOR!
Neville zerwał się i odbiegł, wciąż w tiarze na głowie, i musiał wrócić, żeby wśród ryków śmiechu rozbawionej sali oddać ją Moragowi MacDougalowi.
Następnie wystąpił dumny i blady Malfoy i natychmiast spełniło się jego życzenie: zaledwie tiara dotknęła jego głowy, wrzasnęła:
— SLYTHERIN!
Malfoy usiadł obok swoich przyjaciół, Crabbe'a i Goyle'a, wyraźnie z tego uradowanych.
Pozostało ich już niewiele.
Moon… Nott… Parkinson… potem para bliźniaczek, Patii i Patii… potem Perks Sally Anna… aż w końcu…
— Potter Harry!
Kiedy Harry wystąpiła, rozległy się podniecone szepty, jakby w całej sali wykipiała woda na rozpaloną do czerwoności blachę.
— Potter? Tak powiedziała?
— Ten Harry Potter?
Ostatnią rzeczą, jaką Harry zobaczyła, zanim tiara opadła jej na oczy, był gąszcz wyciągniętych głów, bo każdy chciał się jej przyjrzeć. Potem widziała już tylko ciemne wnętrze tiary. Czekała. A następnie rozległ się głośny śmiech.
— Och przepraszam… jeszcze nigdy nie spotkałam się z kimś takim — usłyszała w uchu cichy, rozbawiony głosik. — Przejdźmy jednak do rzeczy. Hmmm… Trudne. Bardzo trudne. Ach, kogo ja chcę właściwie oszukać. Przyznaję, że masz mnóstwo odwagi, tak. Umysł też dość tęgi. To prawdziwy talent… tak, to bardzo interesujące… Więc gdzie mam cię przydzielić?
Harry przewróciła psychicznie oczami na myśli starego kapelusza.
— Czy to nie ty masz zdecydować?
Kapelusz zachichotał.
— Widzę, że jesteś bezczelna jak również. Och, odniesiesz wielki sukces w każdym domu, do którego cię przydzielę, ale może masz jakieś preferencje?
Harry mocno chwyciła za krawędź stołka i pomyślała:
— Tam, gdzie szybko się nie wyda kim jestem.
— Jesteś pewna? — odezwał się głosik. — Hmmm… Patrząc w ten sposób, to Slytherin na pewno pomoże ci w osiągnięciu tego, co chcesz. No dobrze, skoro jestem pewna… niech będzie…
— SLYTHERIN!
To ostatnie słowo tiara wrzasnęła na całą salę. Harry zdjęła ją i na trzęsących się nogach ruszyła ku stołowi Slytherinu. Czuła taką ulgę, że została wybrana i nie zostanie odesłana do domu w upokorzeniu, że prawie do niej nie docierał śmiech, który ponownie płynął od tiary. Ślizgoni zamarli na moment, lecz sekundę później oklaskiwali nowego członka ich domu. Harry usiadła trochę na uboczu, naprzeciw straszliwego ducha z pustymi, bladymi oczami i ponurą twarzą, w szatach zbryzganych srebrną krwią. Ten uśmiechnął się do niej kącikiem ust i lekko skinął głową, na co ona odpowiedziała mu tym samym.
Dopiero teraz mogła zobaczyć dokładnie stół prezydialny. Na samym końcu, najbliżej niej, siedział ten mężczyzna, Hagrid. Pośrodku, na wielkim złotym krześle z oparciami siedział sam Dumbledore. Harry poznała go natychmiast, bo przecież dobrze się przyjrzała jego żywej podobiźnie na karcie z czekoladowej żaby. Srebrne włosy Dumbledore'a płonęły jasnym blaskiem. W mrocznej sali lśniły tak tylko te włosy i duchy.
Jeszcze tylko cztery osoby nie miały przydziału. Thomas Dean, ciemnoskóry chłopiec wyższy nawet od rudzielca, usiadł przy stole Gryffindoru. Turpin Lisa trafiła do Ravenclawu, a potem nadeszła kolej na rudego chłopca, który już nie był po prostu blady, ale bladozielony. Tiara przydzieliła do Gryffindoru, gdzie zaraz został otoczony przez innych z rudymi włosami, najpewniej z jego rodziny.
Ostatni był Zabini Blaise. Harry skrzyżowała palce pod stołem, a w chwilę później tiara oznajmiła donośnym głosem:
— SLYTHERIN!
Profesor McGonagall zwinęła pergamin i zabrała Tiarę Przydziału.
Blaise usiadł koło niej i kiwnął zatwierdzająco głową. Harry lekko się zrelaksowała i popatrzyła na swój pusty złoty talerz. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak bardzo jest głodna. Paszteciki dyniowe należały już do zamierzchłej przeszłości.
Teraz powstał Albus Dumbledore. Rozłożył szeroko ramiona, twarz miał rozpromienioną, jakby nic nie mogło go tak ucieszyć, jak widok wszystkich uczniów.
— Witajcie! — powiedział. — Witajcie w nowym roku szkolnym w Hogwarcie! Zanim rozpoczniemy nasz bankiet, chciałbym wam powiedzieć kilka słów. A oto one: Głupol! Mazgaj! Śmieć! Obsuw! Dziękuję wam!
I usiadł. Rozległy się oklaski i wiwaty. Harry nie wiedziała, czy się śmiać, czy zachować powagę. Została rozproszona, gdy potrawy pojawiły się na stole. Półmiski pełne były najróżniejszych potraw. Jeszcze nigdy nie widziała tylu różnych rzeczy na jednym stole: befsztyki, pieczone kurczęta, kotlety schabowe i jagnięce, kiełbaski, bekon, steki, ziemniaki gotowane i pieczone, frytki, pudding Yorkshire, strudle, marchewka, sosy, keczup i, nie wiedzieć czemu, miętówki. Harry nie wiedząc co spróbować najpierw, napełniła talerz wszystkim po trochu, prócz miętówek, i zaczęła jeść. Wszystko było naprawdę wspaniałe.
Severus Snape siedział spokojnie jedząc kolację oraz utrzymując bystre oko na jego Ślizgonów, zwłaszcza nowo przydzielonym Harry Potterze. Głowa chłopca była obecnie lekko pochylona w kierunku Blaise'a Zabiniego. Był dość zaskoczony wyborem kapelusza odnośnie Pottera. Co wyniknie z posiadania syna Jamesa Pottera w Slytherinie? Jego pierwszy osąd dziecka został właśnie zachwiany. Do tego, trudno byłoby mu teraz traktować Pottera, tak jak zasłużył na to James, kiedy chłopiec był jednym z jego cennych Ślizgonów. James Potter nigdy nie był niczym innym niż uosobieniem Gryffindoru. Minerva prawdopodobnie dostała mini zawału, kiedy Harry Potter, Zbawiciel świata czarodziejów został umieszczony w domu cieszącym się sławą wydawania na świat czarnych panów i ich zwolenników. Profesor eliksirów skierował swoją uwagę do rozmów prowadzonych przez swoich kolegów. Niemal mu było żal nowych Ślizgonów, którzy przez decyzję kapelusza zostali skazani na kilka szorstkich lat pełnych nienawiści i podejrzliwości.
Kiedy wszyscy najedli się do syta, resztki po prostu znikły z talerzy, które znowu zalśniły czystością. W chwilę później pojawiły się desery: bloki lodów we wszystkich smakach, jakie można sobie było wymyślić, strucle jabłkowe, ciastka z owocami polane syropem, ekierki w czekoladzie, pączki nadziewane konfiturą, biszkopty z kremem, truskawki, marmoladki, ryżowy budyń…
Harry nałożyła sobie kawałek ciastka z owocami i syropem, gdy tymczasem atmosfera przy stole się lekko rozluźniła i uczniowie zaczęli ze sobą po cichu rozmawiać. Harry lekko się na to uśmiechnęła. Tak, dom Slytherina z pewnością zawierał typ ludzi, do których była przyzwyczajona.
Harry, która robiła się coraz bardziej senna, spojrzał na stół prezydialny. Hagrid pociągał zdrowo z pucharu. Profesor McGonagall rozmawiała z profesorem Dumbledore'em. Któryś z profesorów w absurdalnym turbanie, rozmawiał z jakimś nauczycielem o tłustych, czarnych włosach, haczykowatym nosie i ziemistej cerze.
Nagle ów nauczyciel spojrzał ponad turbanem prosto w oczy Harrietty a ta poczuła piekący ból w czole, jakby ktoś szturchną ją końcem rozgrzanego pogrzebacza. Zasyczała cicho i szybko odwróciła wzrok.
W końcu znikły również desery i znowu powstał profesor Dumbledore. W sali zrobiło się cicho.
— Ehym… jeszcze tylko kilka słów. Mam nadzieję, że wszyscy się najedli i napili. Chciałbym wam przekazać kilka uwag wstępnych. Pierwszoroczniacy niech zapamiętają, że nikomu nie wolno wchodzić do lasu, który leży na skraju terenu szkoły. Dobrze by było, żeby pamiętało o tym również kilku starszych uczniów.
Migocące oczy Dumbledore'a zwróciły się w stronę rudych bliźniaków siedzących przy stole Gryffindoru.
— Pan Filch prosił mnie też, żebym wam przypomniał, że między lekcjami, na korytarzach, nie wolno używać żadnych czarów. Próby do quidditcha rozpoczną się w drugim tygodniu semestru. Każdy, kto jest zainteresowany grą w barwach swojego domu, powinien zgłosić się do pani Hooch. I ostatnia uwaga. Muszę was poinformować, że w tym roku wstęp na korytarz na trzecim piętrze, ten po prawej stronie, jest zabroniony. Dla wszystkich, o ile nie chcą umrzeć straszliwą śmiercią.
Harry zmarszczyła czoło. To było dziwne i wcale jej się to ogłoszenie nie podobało. Co oni trzymali w szkole pełnej uczniów, co mogłoby spowodować bolesną śmierć? I z jakiego powodu? Reszta osób siedząca przy stole Slytherinu wymieniała spojrzenia, świadczące o podobnych myślach. Kilkoro uczniów zmarszczyło brwi na rozproszone śmiechy pochodzące od innych stołów. Kto byłyby na tyle głupi, by śmiać się groźby śmierci?
Dziewczyna spojrzała na stół prezydialny, emocje na twarzach nauczycieli wyrażały podobne zdanie, jakie mieli Ślizgoni, chociaż zmuszali się, by pozostać pogodni.
— A teraz, zanim pójdziemy spać, zaśpiewajmy nasz szkolny hymn! — zawołał Dumbledore.
Harry zauważyła, że uśmiechy innych nauczycieli jakby nieco zbladły. Dyrektor poderwał lekko swoją różdżkę, jakby strząsał z niej muchę, a z jej końca wystrzeliła złota szarfa, która uniosła się w wysoko nad stoły i rozwinęła, jak wąż, w słowa.
— Każdy wybiera sobie ulubioną melodię — zawołał Dumbledore — i śpiewamy! A większość szkoły zawyła:
Hogwart, Hogwart, Pieprza-Wieprzy Hogwart,
Naucz nas choć trochę czegoś!
Czy kto młody z świerzbem ostrym,
Czy kto stary z łbem łysego,
Możesz wypchać nasze głowy
Farszem czegoś ciekawego,
Bo powietrze je wypełnia,
Muchy zdechłe, kurzu wełna.
Naucz nas, co pożyteczne,
Pamięć wzrusz, co ledwie zipie,
My zaś będziem wkuwać wiecznie,
Aż się w próchno mózg rozsypie!
Sala wypełniła się kakofonią hałasu, gdy melodie i głosy ścierały się ze sobą. Każdy kto śpiewał, kończył w trochę innym czasie. W końcu tylko dwaj rudzi bliźniacy śpiewali na powolną melodię marsza żałobnego. Dumbledore dyrygował nimi za pomocą różdżki aż do ostatniej nuty, a kiedy wreszcie skończyli, był jednym z tych, którzy klaskał najgłośniej.
— Ach, muzyka — powiedział, ocierając łzę w oku. — To magia większa od wszystkiego, co my tu robimy! A teraz, pora spania. Biegiem do łóżek!
Pierwszoroczniacy z przydziałem do Slytherinu opuścili Wielką Salę i podążyli za wysokim chłopcem, który ich zawołał. Przepychając się przez huczący od gwaru tłum, udali się w kierunku lochów, zatrzymując się na tyle długo, by pośmiać się z Gryfonów, którzy byli prześladowani przez poltergeista Irytka. Zostali poprowadzeni w dół, po kamiennych schodach, mroczny labirynt był co raz bardziej opustoszały jak oni zagłębiali się w podziemia. Harry czuła, że znowu nogi ma jak z ołowiu, tym razem nie ze strachu, ale ze zmęczenia i przejedzenia. Gdy najmłodsi Ślizgoni już prawie dotarli do wejścia ich pokoju wspólnego, Irytek zamierzał uderzyć ponownie, tym razem w nich, lecz jego atak został zatrzymany przez chrapliwy głos Krwawego Barona. Duch w zakrwawionej szacie unosił się groźnie za krnąbrnym poltergeistem. Baron mógł nie być miły i towarzyski, ale nie miał zamiaru pozwolić Irytkowi zaszkodzić któremukolwiek z uczniów ze Slytherinu. W końcu pierwszoroczni dotarli do nagiej, wilgotnej ściany, przed którą się zatrzymali.
— Za mną znajduje się wejście do pokoju wspólnego Slytherinu. Hasło na ten tydzień to belladonna.
W ścianie otworzyły się kamienne drzwi. Weszli przez nie za prefektem.
Pokój wspólny Ślizgonów był długim, nisko sklepionym lochem o kamiennych ścianach. Z sufitu zwieszały się na łańcuchach zielonkawe lampy. Wewnątrz bogato zdobionego kominka płonął ogień, a na rzeźbionych krzesłach z poręczami siedziało już kilkoro starszych Ślizgonów. Prefekt odwrócił się do nich i uśmiechnął szczerze.
— Witajcie w domu Salazara Slytherina. Ja nazywam się Peregrine Derrick i jestem prefektem odpowiedzialnym za wasze dobre samopoczucie w tym półroczu. Jeśli będziecie mieć jakieś problemy, czy to z nauką, czy z innymi uczniami proszę byście zwracali się z tym do mnie. Naszą głową domu jest mistrz eliksirów, profesor Severus Snape. Teraz, wiem że jesteście już bardzo zmęczeni, ale to co chcę powiedzieć jest bardzo ważne. Mimo, że do naszego domu został przydzielony sam Merlin, to mamy nie najlepszą reputację. Proszę więc, byście nie chodzili nigdzie samotnie. Jeśli się zgubicie, poproście o pomoc kogoś ze Slytherinu lub obrazy. Niestety, inni uczniowie raczej wyślą was w przeciwnym kierunku do zamierzonego. Dom Salazara Slytherina stawia na braterstwo, więc światu ukazujemy równy i zwarty front. Wszelkie nieporozumienia są rozstrzygane wewnątrz domu. Bez względu na to, co dzieje się tutaj w lochach, reszcie szkoły prezentujemy się jako zjednoczeni, gotowi sobie pomóc w każdej sytuacji. Największym konkurentem i osobami sprawiającymi problemy będą Gryfoni. Jeśli potrzebujecie pomocy, nie bójcie się poprosić o nią swoich starszych kolegów, nie tylko mnie. Biuro naszej głowy domu jest również zawsze otwarte, o każdej porze dnia i nocy, dla wszystkich Ślizgonów w potrzebie. Teraz, po lewej — Derrick wskazał jedne drzwi — wiedzie korytarz do dormitorium panien. Po prawej — wskazał drugie — gentelmanów. Wszystkie pokoje są trzyosobowe. Na drzwiach znajdziecie nazwiska osób, które będą waszymi współlokatorami. W tygodniu cisza nocna zaczyna się dla was o dwudziestej pierwszej. W weekendy godzinę później. Nie musicie o tej porze kłaść się od razu do łóżek, jednak macie przebywać w swoich pokojach. Będzie to sprawdzane. Z najważniejszych ogłoszeń to tyle. Dobrej nocy.
Peregrine'owi odpowiedział chór dobranoc. Harry, ku swemu zaskoczeniu, znalazła swoją komnatę sypialną po stronie chłopców, jak gdyby nikt nie zorientował się, że jest dziewczynką. Miała dzielić pokój z Blaise'em i Draco Malfoyem, co nie było aż takie złe.
Dormitorium zawierało trzy łóżka, każde z kolumienkami w rogach, między którymi wisiały aksamitne, ciemnozielone zasłony. Przy nich stały już ich kufry. Koło nich umieszczone były małe biurka, kolorem pasujące do kolumienek łóżek. Nad każdym biurkiem wisiały półki na książki, a w kącie pokoju stał nieduży regał. Harry zerknęła na blat i znalazła tam schematyczną mapę szkoły, na której oznaczone były wszystkie najważniejsze miejsca oraz klasy.
Blaise zerknął za drzwi niedaleko jego łóżka i kiwną głową z uznaniem.
— Mamy łazienkę tylko dla naszej trójki.
Więcej już nie rozmawiali, byli zbyt zmęczeni. Szybko zakończyli swoją wieczorną toaletę i wyczerpani padli na łóżka.
Dobranoc padło gdzieś z zgłębi pokoju. Harry zamierzała odpowiedzieć, ale nie zdążyła, gdyż zasnęła.
~ II ~
Nota autora: Ja wiem, że Slytherin jest dość oklepanym domem, do którego Harry trafia, gdy autorzy nie umieszczają go wśród Gryfonów, ale jak tiara stwierdziła, będzie jej tam łatwiej ukryć swoją tajemnicę. Przemyślałam wszystkie opcje umieszczenia Harrietty w różnych domach i wyszło mi że: Gryfoni są zbyt ciekawscy i nie szanują prywatności. Krukoni chcą badać wszystko, więc praktycznie od razu, by tam jej tajemnica się wydała. Puchoni chociaż lojalni, to dzielą się wiedzą między sobą, a jak wiadomo, im więcej osób wie, tym większa szansa przecieku. Stąd pozostał mi Slytherin. Będąc w domu węża, Harry jest łatwiej podtrzymywać swoją przyjaźń z Blaise'em.
Atryda - a czemu Dursleyowie mieliby wyjaśniać czarodziejom cokolwiek? Petunia zaakceptowała plan córki na zrobienie astronomicznego żartu magicznemu społeczeństwu. Doskonale wiedziała, że Harry kupiła dwa zestawy ubrań i jej to nie przeszkadza. Pozwalanie na wszystko swoim dzieciom jest bardzo kanoniczne jeśli chodzi o Vernona i Petunię. Zauważ, że w książce było wspomniane dwukrotnie, że Dudley bije swoich rodziców, a ci go za to nie ukarali. Chłopiec też dostawał wszystko, czego tylko zażądał. A skoro tak, czemu mieliby odmówić ukochanej córeczce udawania chłopca?
Dziękuję za zauważenie błędów w odmianie (chociaż takie rzeczy wolałabym dostawać w wiadomości prywatnej). Z przyzwyczajenia stawiałam apostrof po nazwisku zakończonym na -y, sprawdziłam słownik PWN i faktycznie odnośnie nazwisk angielskich i francuskich jest: c) na -y po samogłosce, nazwiska otrzymują końcówki polskie bez apostrofu. W miarę możliwości czasowych, będę to wszędzie poprawiać. Zgłaszasz swoją kandydaturę, żeby być betą?
Zabini jest taką niezbadaną wodą. Rowling praktycznie nic nam o nim nie opowiedziała w całej serii, więc podobnie jak Nott, daje pole do rozwinięcia wyobraźni.
Paulina - Hermiona mogłaby być całkiem przyjemną postacią, gdyby nie była tak zarozumiała. Niestety, Harry jeszcze kilka razy zetknie się z jej postawą "wiem wszystko lepiej od ciebie".
Cassie McKinley - wybrałam Blaise'a właśnie z tego powodu, nic o nim nie wiemy. I jakoś bardziej mi pasował niż Teodor Nott. Również dobrze zrozumiałaś, że gdy świat dowie się o tym, iż Harry jest dziewczynką, to wiadomość ta zostanie przyćmiona czymś znacznie większym. Ale do tego czasu upłynie jeszcze wiele wody pod mostem, jak to się mówi.
FrejaAleeera1 - nie chcę komasować wszystkiego w jeden, długi ciąg. Harry jest w fazie, gdy wchodzi w etap buntowniczy. A nie tylko dowiedziała się o magii, ale również o swoim prawdziwym pochodzeniu. Dudley widzi przede wszystkim zabawne rzeczy w magicznym świecie, jego siostra zaś wie, że czarodzieje mają wobec niej jakieś oczekiwania. Stąd też waha się co o tym wszystkim myśleć.
adiex - Dumbledore jest trudną do rozgryzienia postacią. Jest tak dlatego, że nie wiemy wielu rzeczy o nim. Seria pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi. Severus zaś jest bohaterem tragicznym, cokolwiek by nie zrobił, jest skazany i nie ucieknie od swojego losu. Dodatkowo, poznajemy jego pełną historię oraz motywy stojące za jego działaniami.
Wilk - Harrietta jest wężem. Odpowiedź czemu znajduje się trochę powyżej. Voldi dowie się w swoim czasie, a w sekrecie mogę zdradzić, że działania jednego z jego popleczników wpłyną dość mocno na życie Harry. ;)
Merill9804 - czemu Harrietta jest wciąż nazywana Harry? Gdyż jest to skrócona wersja jej imienia. Nie jest to najpopularniejszy skrót, jednak występuje on w imienniku.
Idąc za twoją sugestią, od teraz będę umieszczać wstępną uwagę o pojawiających się treściach książki, chociaż one przeplatają się z moją własną twórczością od samego początku opowiadania.
