CHAPTER 3 – Wschód
Syriusz otworzył oczy i przerażeniem ujrzał słodką twarzyczkę swojej kochanej kuzynki. Miała tego dnia wyjątkowo długie loki, które połaskotały Blacka, gdy Dora pochyliła się nad nim i krzyknęła: Pobudka!
- Tonks, na litość boską, daj mi się wyspać! – mruknął i naciągnął na głowę kołdrę
- Nie ma mowy, śpiochu. Jest już grubo po południu. Wyskakuj z łóżka, mamy dziś iść na spacer, nieprawdaż? – odparła Nimfadora wyjątkowo rozentuzjazmowanym głosem
- Co? Jaki spacer?
- Obiecałeś mi przecież wczoraj, że dziś pójdziemy do mugolskiego parku! – fuknęła Dora
Syriusz przewrócił tylko oczyma.
- Śniadanie, czy raczej obiad masz na stole. Bądź gotowy za 15 minut – warknęła Tonks i wyszła energicznym krokiem z pokoju
A tej co się stało? Czy jeszcze niedawno nie była pogrążona w czarnej rozpaczy? No cóż, ale lepsze to niż rzucanie patelniami i płakanie u jego stóp.
Syriusz podniósł się niechętnie z łóżka i zajrzał do szafy. Skoro miał wyjść domu, postanowił choć trochę wyglądać jak człowiek. Sięgnął więc na górną półkę, gdzie znalazł wąskie, ciemne jeansy w dość dobrym stanie. Następnie przejrzał kilka połamanych wieszaków, ale nie znalazł na nich niczego nadającego się do włożenia. I irytacją zamknął drzwi. I niby w co ja mam się ubrać, kobieto?
Włożył jeansy i wyszedł z pokoju w poszukiwaniu koszulki. Nie miał jednak pojęcia gdzie się udać, bo w tym domu już dawno nie mieszkał żaden mężczyzna oprócz jego samego. Chyba, że...
Skręcił w lewo i wszedł do pokoju znajdującego się na końcu krótkiego korytarza. Znalazł się w niewielkim pokoiku, z beżową tapetą na ścianach i poszarzałymi panelami na podłodze. W roku pomieszczenia znajdowało się małe, jednoosobowe łóżko, a obok niego stała mała komoda. Brudne okna okrywały zakurzone zasłony, przy nich natomiast stało sporej wielkości biurko.
On tu mieszkał.
Mieszkał tu, kiedy przyjeżdżał do Syriusza.
Black podszedł do komody i wysunął najwyższą szufladę. Obok paru sfatygowanych koszul leżał ładny, wyprasowany, szary t-shirt. Syriusz wyjął go i dokładnie obejrzał. To przecież był prezent od niego! Zaśmiał się cicho i pokręcił głową. Na pewno będzie pasował. W końcu miał podobne rozmiary co on.
Mężczyzna wyjrzał przez okno. Wydawało się, że jest dosyć chłodno, więc sięgnął jeszcze do najniższej szuflady, gdzie znalazł czarną, elegancką marynarkę. Zabrał odzież i wyszedł z pomieszczenia, kierując się w stronę własnego pokoju. Był już prawie u celu, gdy zaskoczył go znajomy głos:
- Gdzie ty się podziewasz? Czekam i czekam... Masz Ci los, ten znów chodzi nago – skrzywiła się Tonks
- Jakie nago? Mam na sobie jeansy. Poza tym, mówiłem Ci, że chodzenie bez koszulki to u mnie nie nowość – wyszczerzył się Syriusz
Dora uśmiechnęła się pod nosem i szturchnęła swojego kuzyna:
- Nie żartuj sobie, tylko się ubieraj.
- Piękna pogoda, nieprawdaż? – zapytała pogodnym głosem Tonks
- W istocie, dość ładnie.
- Od kiedy używasz takich wyszukanych słów?
- No wiesz, pochodzę ze starożytnego rodu Blacków, muszę rozmawiać jak arystokrata.
- A czy ty się przypadkiem zawsze od nich nie odcinasz?
- No wiesz, szuje z nich były, ale jak się ma błękitną krew w rodzinie...
Dora wybuchnęła śmiechem. Mimo, iż temperatura była zdecydowanie poniżej oczekiwań, słońce świeciło nieprzerwanym blaskiem, na niebie nie było ani jednej chmurki, a poranny wiatr uspokoił się. Istna sielanka.
- Wiesz, dobrze, że tu zamieszkałaś – mruknął znienacka Syriusz
- To znaczy?
- Jest mi weselej z Tobą. Aż dziwnie, że wcześniej nie utrzymywaliśmy ze sobą kontaktu.
- Nie było jak – Tonks wzruszyła ramionami
I szli w milczeniu, nie patrząc na siebie nawzajem.
Jednak parę minut później worek z śmiałością rozwiązał się, co było przyczyną bitych dwóch godzin rozmowy pomiędzy kuzynostwem. Nie były to jakieś wyszukane tematy. Rozprawiali bowiem o wszystkim: o muzyce, o ulubionych mugolskich książkach, o latach w Hogwarcie, o motoryzacji, o tym czy tortilla smakuje lepiej na zimno czy gorąco, o ulubionych zaklęciach. Przez cały ten czas kontynuowali spacer, więc gdy przestali mówić, zorientowali się, że nie mają pojęcia gdzie są. Ściemniło się, a oni wyszli z parku i znaleźli się w jakieś ponurej, mugolskiej uliczce.
- No brawo, tak się rozgadaliśmy, że się zgubiliśmy – zaśmiała się Dora – Znasz tę okolicę?
Syriusz pokręcił głową – Nigdy tu nie byłem.
- Ups, no to mamy problem – odparła Tonks i uśmiechnęła się szeroko. Wyglądała tak uroczo, w tej butelkowozielonej sukience, ciemnofioletowych lokach, ze sporym, szmaragdowym kwiatem wpiętym we włosy. Uliczna latarnia oświetlała jej niebieskie dziś oczy. Tak, zdecydowanie była piękna – Co proponujesz?
- Może po prostu idźmy przed siebie? – nonszalancko uśmiechnął się Syriusz
- W porządku.
Wyszli więc na wąską ulicę, poobstawianą niskimi kamienicami i usłyszeli jakąś donośną muzykę. Zaciekawieni podeszli w stronę źródła dźwięku i odkryli przytulny bar, prowadzony przez jakąś wesołą meksykańską rodzinę. Weszli do środka. Z głośników płynął właśnie głos Rickiego Martina.
- Buenos dias, bella seniorita! – krzyknął ktoś tuż nad uchem Tonks
Był to niski mężczyzna ze sporą nadwagą i wielkimi, krzaczastymi wąsami.
- Co sprowadza tak piękną parę do mojej małej, zapyziałej spelunki? – zapytał z szerokim uśmiechem
- Nie, my nie jesteśmy pa... – zaczęła protestować Dora
- Muzyka – wyszczerzył się Syriusz – chcielibyśmy trochę potańczyć.
- Nie ma sprawy, hombre, w „Botelli" zabawa trwa na całego dwadzieścia cztery godziny na dobę! Och, por favor! – powiedział podekscytowany Meksykanin, znikając na zasłoną
- Syriusz, co ty wyrabiasz? – zapytała wzburzonym głosem Tonks
- Chyba należy nam się nam trochę rozrywki, co nie?
- Ale...Jest późno...Nie wiemy gdzie jesteśmy...I...
- I co z tego? Wyluzuj. Daj porwać się rytmom! – krzyknął Syriusz i porwał Dorę w taniec.
Na początku dziewczyna opierała się, ale potem poniosło ją całkowicie. Black był znakomitym tancerzem. Tonks nie była tak utalentowana, ale starała się jak najbardziej dorównać partnerowi. Po zatańczeniu kilku szybszych kawałków, przyszedł czas na ospały, nostalgiczny utwór, tzw. wolny. Dora już chciała usiąść, ale Syriusz chwycił ją mocno w pasie i zakręcił nią delikatnie. Byli teraz bardzo blisko siebie. Dzieliła ich odległość kilku centymetrów. Tonks oparła głowę na ramieniu Blacka i wtedy do jej nozdrzy uderzył znajomy zapach wody kolońskiej Hugo Bossa. Zatopiła się w tym aromacie. Przypomniała sobie wszystkie chwile spędzone z Nim. Miała wrażenie, że tańczy nie w objęciach Syriusza, lecz w JEGO objęciach.
Nagle oprzytomniała.
I wtedy to zobaczyła.
- Ty...ty masz na sobie Jego marynarkę!
- Co? Aaaaa, to. No tak, nie zaprzeczę.
- Jak mogłeś ruszać Jego rzeczy? Jak mogłeś ubrać się w nie właśnie dzisiaj? W co ty grasz, Syriuszu?
- Dora,to nie tak, po prostu nie miałam czego na siebie włożyć, więc poszedłem do dawnego pokoju Remusa i to wziąłem, jestem pewien, że On by się nie obraził...
- A skąd ty możesz wiedzieć, co on by zrobił? On nie żyje. Rozumiesz? Nie żyje! – ryknęła Tonks – Zrobiłeś to wszystko specjalnie. Nie wiem, czy chciałeś mnie uwieść, czy raczej zrobić sobie ze mnie żarty, ale Ci nie wyszło! Nie mogę uwierzyć, że dałam się w to wciągnąć! – dodała zmierzając w stronę wyjścia
- Tonks, uspokój się. Niczego nie zrobiłem specjalnie, nie chciałem Cię urazić, chciałem po prostu, żebyśmy się trochę rozerwali...
- Rozerwali? Domyślam się, jak to wygląda w Twoim wykonaniu. Zawsze tak traktujesz kobiety?
- Nimfadoro, na litość boską, ogarnij się – warknął Syriusz – Chciałem być miły, ale ty oczywiście jak zwykle stroisz fochy. Tak w ogóle to wiesz co? Ty myślisz tylko o sobie. Ciągle płaczesz i użalasz się nad sobą. Typowa baba, rozgotowana kluska. Zamiast okazać mi choć ksztę wdzięczności za to, że przyjąłem Cię pod swój dach, ty ciągle się obrażasz i robisz awantury o byle co. Wracamy do domu.
- A skąd wiesz, że ja w ogóle chcę z Tobą wracać?! Może i jestem użalającą się nad sobą babą, ale poradzę sobie bez pomocy chamskiego, złośliwego szowinisty!
- Tyle, że ja znam dokładną ścieżkę do Grimmuald Place – mruknął posępnie Syriusz
- Co? Przecież mówiłeś, że nie wiesz gdzie jesteśmy.
- Blefowałem – szepnął.
I wrócili. W zupełnej ciszy. Do domu.
A Syriuszowi znów śniły się koszmary.
"If you're on your own in this life,
the days and nights are long,
when you think you've had too much of this life to hang on…
Well, everybody hurts sometimes,
everybody cries."
R.E.M. – Everybody hurts
