Ten tekst nie jest całym rozdziałem, a jedynie fragmentem, ponieważ Fanfiction służy mi tylko za reklamę! Jeżeli was zainteresowałam, dokończenie możecie znaleźć na moim blogu:
yaoi - my - revolution .com - usuń spacje
###
Wpakował się w niezłe gówno. Prędzej by się spodziewał, że Bonnie będzie chciał od niego kasy, drogich rzeczy, albo wkręci go w jakieś sprośne żarty z dyrektorem… ale żeby coś takiego?
– Będziesz mi od dzisiaj służył! Masz mnie kryć przed nauczycielami, pozwalać mi się u ciebie zaszywać, jak mnie matka z kijem pogoni, dawać mi spisywać swoje zadanka domowe, jak nie zrobię i obrywać za mnie, jak komuś kasy zapomnę oddać. To chyba niewiele za zachowanie tej twojej strasznej tajemnicy dla siebie, prawda? – Foxy doskonale pamiętał przebiegły uśmieszek Bonnie'ego, a złowieszcze słowa tej łajzy, do tej pory odbijały się echem w jego przerażonym umyśle.
– Służyć, kurwa… SŁUŻYĆ! Co on sobie wyobraża?! – Rudzielec miotał się chaotycznie po swoim pokoju, to kopiąc szafki, to z agresją zrzucając z nich wszystko, co akurat miało pech na nich stać, aż w końcu padł na łóżko i zakopał się w świeżo wypranej pościeli.
Wielka pasja z młodszych lat, po której teraz został już tylko sentyment, nadal bezkarnie panoszyła się po pomieszczeniu; a to w formie plakatów, a to figurek, a to wielkiej kolekcji gier i filmów. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, było coś w pirackiej tematyce. Nawet kołdra, w której na chwilę obecną chłopak się zabunkrował, miała na sobie poszewkę z One Piece'a. Wiek oglądania anime był już za nim, ale ten jeden tytuł wyjątkowo lubił.
Wkurwianie się przerwał mu dzwonek telefonu. Oczywiście i w tym aspekcie królowało dawne zamiłowanie rudzielca - pokój wypełniły rytmiczne dźwięki refrenu fanowskiej piosenki do AC IV: Black Flag, autorstwa Miracle of Sound.
Jęknął przeciągle, wysunął rękę spod kołdry i na oślep zaczął szukać leżącego na podłodze obok łóżka, urządzenia.
– Co jest? – zaczął mało przyjemnym tonem, widząc na wyświetlaczu „Pieprzona Kurwa Bonnie".
– Nie: „Co jest?", tylko: „Słucham, mój Panie?" – poprawił go ze śmiechem. – Mam sprawę. Bądź w parku, tym obok budy z kebabem, za piętnaście minut. Weź ze sobą kasę.
– Nie mam czasu – warknął rudy, marszcząc brwi i wstając z łóżka.
– Ojej, szkoda. W takim razie nie mam powodu, żeby nie obdzwonić wszystkich znajomych ze szkoły i nie powiedzieć im kilku ciekawych rzeczy o tobie, prawda? Piętnaście minut. Włączam stoper, czas start. Biegnij, Foxy, biegnij! – Po tych słowach, nie dając mu szansy na jakąkolwiek odpowiedź, rozłączył się.
– Jak ta pieprzona ciota śmie…?! – podniósł głos, ciskając telefonem, jak małym meteorytem, o pościel. W ścianę nie odważyłby się nim uderzyć, trudno byłoby skombinować nowy.
– FOXY! – usłyszał z dołu krzyk matki. – Jak ty się odzywasz?! – upomniała go.
– Tak, jak reszta ludzi w moim wieku, do cholery! – wrzasnął z rozpędu, ale zaraz sobie uświadomił, że przez takie odzywki będzie miał kłopoty. Poza tym rodzicielka zrobi mu przydługi wykład, a on musiał się spieszyć. – … Przepraszam, zdenerwowałem się! – dodał po chwili.
###
Rudemu udało się w miarę sprawnie zebrać i już po chwili pędził na łeb na szyję w kierunku parku. Dotarł na miejsce dosłownie chwilę przed czasem.
– No proszę, tytuł najszybszego w całej budzie nie wziął ci się znikąd. – Bonnie wstał z ławki i pokiwał głową z uznaniem, chowając phone do kieszeni.
Foxy nie odpowiedział, prychnął coś pod nosem, najprawdopodobniej ciche „jeb się" i oparł dłonie na kolanach, powoli łapiąc oddech po szybkim biegu. Gdy już nieco ochłonął, przetarł dłonią czoło i wyprostował się.
– No, to czego chciałeś? – zapytał. Nie dostał odpowiedzi, rywal posłał mu jedynie karcące spojrzenie. – … Znaczy, czego chciałeś, mój panie? – wywrócił oczami.
Bonnie serio wczuł się w tą całą zabawę ze służeniem. No ale cóż… dla dobra Mangle (i własnego w sumie też) musiał to zrobić.
– Postaw mi kebaba. – Chłopak uśmiechnął się przesłodko.
Rudy zamrugał i otworzył szeroko oczy. No już zaczął myśleć, że się przesłyszał… ale nie, jego „pan" drugi raz powtórzył dokładnie to samo polecenie, tyle, że wolniej, jakby obawiając się, że Foxy nie zrozumie.
– Proszę…? Goniłeś mnie na łeb na szyję po taką pierdołę…?! – Chłopak myślał, że wyjdzie z siebie. Ta pizda na zbyt wiele sobie pozwalała!
– Pierdołę? Jestem głodny jak cholera! – zamarudził Bonnie, przeczesując palcami purpurowe kosmyki.
– W dupie to mam! Idź żebrać pod kościół, debilu! – Foxy zacisnął pięści i wziął kilka głębszych wdechów. Aż się w nim gotowało przez całą tą akcję. Po prostu nie mógł uwierzyć, na co ten dupek sobie pozwalał! – Mam pytanie, czemu żeś, do jasnej kurwy, nie poszedł do domu na obiad, jak normalny człowiek?!
– No jak to czemu? Nogi mnie bolą, jestem głodny, a mam przecież służbę, to po co się wysilać i o pustym żołądku wlec na drugi koniec miasta? – Zatrzepotał swoją parodią rzęs i wskazał palcem na budkę. – Na grubym cieście i z dodatkowym sosem. Wolę w bułce niż w naleśniku… i bez kukurydzy. Nie znoszę kukurydzy.
– No chyba, kurwa, nie. Pierdolę. Nie ma mowy, żebym ci dupę lizał, aż tak nisko nie upadłem! – Rudy pokręcił głową i kategorycznie zawrócił w stronę swojego domu.
– Serio? I już się nie przejmujesz, że ktoś może poznać twój sekrecik? Wydaje mi się, że pan psorek będzie miał przejebane, jak się wyda, że molestował ucznia… – Licealista wyjął z kieszeni phone i z listy kontaktów wybrał przypadkową osobę, specjalnie dając na głośnik, żeby jego służący nie podejrzewał żadnego przekrętu.
Foxy momentalnie stanął w miejscu i obejrzał się przez ramię. Nie wierzył, że facet może mu to zrobić. No przecież nawet on nie jest taką świnią.
Bonnie przyłożył telefon do ucha z głośnym: „No cześć, Chica…!", nic więcej nie zdążył powiedzieć, bo rudzielec momentalnie znalazł się przy nim, wyszarpnął mu urządzenie i z furią zaczął wciskać na dotykowym ekranie znak czerwonej słuchawki, szybko odkrywając, że czynność ta nie daje żadnego efektu.
– Musisz przesunąć… – podpowiedział mu szantażysta.
– Zamknij się, kurwiu! – zawarczał wojowniczo, ale zrobił tak, jak mu właściciel sprzętu doradził.
Chwilę później oddał mu phone'a, wyciągnął z kieszeni pieniądze i podszedł do budki.
– Na grubym cieście! – przypomniał Bonnie z uśmiechem, wciąż siedząc na ławce i czekając na swoje jedzonko.
Foxy z furią zbliżył się do okienka. Przywitał go podstarzały, mający wyraźny problem z nadwagą, sprzedawca.
– Bry – zaczął smętnie rudy. Nim zdążył cokolwiek zamówić, w jego głowie zapaliła się żarówka, oświetlająca podły plan jak dopiec tej zasranej, śliwkowej piździe. – A mógłbym mieć specjalną prośbę co do kebaba?
###
Minęło prawie dziesięć minut. Bonnie położył się na ławce z torbą pod głową i zaczął bawić się telefonem. Trochę go nudziło to całe czekanie, był pewny, że Foxy celowo tam sterczy i zagaduje sprzedawcę, zamiast szybko przynieść mu jedzonko. A on przecież taki głodny, rudy serca nie miał!
W końcu kątem oka dostrzegł, że chłopak wraca do niego z parującym zawiniątkiem.
– No wreszcie! – podniósł się do siadu i poklepał miejsce obok siebie.
– Smacznego – burknął rudy i podał mu jego zamówienie. Rywal tylko kiwnął głową i szybko rozpakował jedzenie z folii aluminiowej, zaraz potem wziął dużego gryza i… momentalnie łzy stanęły mu w oczach. – Dobre? – Foxy uśmiechnął się chytrze. – Tak jak prosiłeś, jest na grubym cieście.
– Ale… – chłopak z wielkim trudem przełknął kęs, ledwo się powstrzymując od wyplucia go na chodnik – czemu w tej cholernej bułce nie ma nic oprócz kukurydzy?
###
Plush nie miał pewności, czy dobrym pomysłem jest wrócić dzisiaj do domu. Mimo, że minęło już kilka godzin odkąd opuścił dom Nightmare'a, wciąż nie mógł opanować emocji. Co chwila pociągał nosem i wycierał rękawem zaczerwienione oczy, wolno błąkając się po mieście. Początkowo sądził, że zatrzyma się u Marionne'a, przynajmniej do czasu, aż się uspokoi. Ale ten pojechał gdzieś do rodziny i jak na złość nie było go w domu.
Blondyn wyciągnął z kieszeni phone i napisał do Springa, że będzie trochę później.
To więcej niż pewne, że gdyby teraz pojawił się w mieszkaniu, to jego brat w sekundę by go rozpracował. A na nieszczęście młodego, nauczyciel jest typem upierdliwca – będzie naciskał tak długo i zadawał takie pytania, aż młody pogubi się we własnych zeznaniach i przez nieuwagę wypapla mu prawdę, a on będzie mógł unicestwić z wielką brutalnością każdego, kto doprowadził jego braciszka do płaczu.
Już kiedyś tak było, w czasach, gdy chodził do podstawówki, a Spring właśnie kończył studia. Jacyś chłopcy ze starszej klasy mocno mu dokuczali. Do tej pory pamiętał, że przez pewien okres czasu codziennie wracał do domu zapłakany. Rodziców to w sumie średnio obchodziło, nie interesowali się swoimi dziećmi. Co innego Spring, który zawsze stał za nim murem. Tyle, że w tamtym okresie niewiele czasu spędzał w rodzinnym domu.
Aż tu któregoś dnia postanowił ich odwiedzić i wpadł z niezapowiedzianą wizytą dosłownie chwilę po tym, jak Plush wrócił ze szkoły. Widząc, że jego młodszy brat płacze, w kilka minut wyciągnął od niego czyja to wina.
Oczywiście młody upierał się, żeby nie interweniował, kierując się prostą, dziecięcą logiką: „Bo będzie jeszcze gorzej!".
Student posłuchał go i nie narobił rabanu. Zamiast tego któregoś dnia poszedł go odebrać. Trafił idealnie na moment zwyczajowej sceny „dajesz kasę, albo wpierdol" w wykonaniu starszych uczniów i zgnębionego Plushtrapa. Cwaniaczki z nich niezłe były, teraz to młodszy brat fizyka by im pewnie odpyskował, ale wtedy strasznie się ich bał.
Młody nigdy nie zapomniał ulgi, jaką poczuł gdy nagle tuż za tymi młodocianymi opryszkami pojawił się Spring. No i co z tego, że był niewiele wyższy od tych chłystków, węższy w barach i kompletnie nie miał mięśni? Tak im nawtykał, że wypierdki zwiały gdzie pieprz rośnie. Coś tam jeszcze później próbowali donosić, że niby przyszły nauczyciel im coś zrobił, ale jak sytuacja zaczęła obracać się na ich niekorzyść i wyszło na jaw, że dręczyli młodsze dzieci, prędko zamknęli buźki i unikali Plusha aż do końca szkoły, najwyraźniej przerażeni wizją, że ten jego „straszny brat" mógłby wrócić.
Nastolatek przysiadł na parkowej ławce, oparł łokcie na kolanach i wziął kilka głębszych wdechów. Starał się myśleć o wszystkim, tylko nie o tym, co wydarzyło się u matematyka i o fakcie, że będzie musiał tam wrócić. Marionne nie odpisywał na jego wiadomości, więc dzieciak nie miał pojęcia co ze sobą zrobić, ani komu się zwierzyć.
– Ty popierdoleńcu! Oberwiesz! – Uniósł głowę, słysząc dziwnie znajome głosy.
– No ale o co ci chodzi, chciałeś kebaba, to masz kebaba! – Jakiś rudy chłopak niebezpiecznie szybko zbliżał się w jego stronę.
Chyba kojarzył go ze szkoły… tak, zdecydowanie mijali się często na korytarzu. Ten z fioletowymi włosami też mu gdzieś czasem mignął w tłumie. Co w sumie nie było dziwne, wyróżniał się tym kolorem jak murzyn na śniegu. Obaj z tym rudym zawsze się wydzierali, jak ich klasy miały łączony w-f.
– Przecież mówiłem ci, że nie znoszę kukurydzy! – Darł się ten, który był dalej.
– Och… myślałem, że nie zniesiesz BRAKU kukurydzy. Trudno, mój błąd. Ale minę zrobiłeś cudowną przy pierwszym gryzie! – Rudzielec zaczął się śmiać, ale szybko spoważniał i błyskawicznie osłonił się przedramieniem, bo kebabowy pocisk poszybował w jego kierunku.
Wszystko stało się w ułamku sekundy. Gdy bułkowa torpeda zbliżyła się do celu, atakowany, z pomocą łokcia, zmienił jej tor lotu, a ta wylądowała prosto na głowie siedzącego na ławce obok, Plusha.
Cała trójka zamarła. Choć w sumie blondyn, przypatrujący się biernie całej sytuacji, od początku się nie ruszał.
