To nie będzie książka o strategiach wojennych ani wygranych czy przegranych potyczkach. To będzie książka o rzeczywistości; życiu moim i mojego brata. O tym, z czym mogłaby się spotkać każda jednostka postawiona na naszym miejscu.
Urodziliśmy się 31 lipca 1980 roku w posiadłości Potterów w Dolinie Godryka. Nasi rodzice należeli do formacji zwanej Zakon Feniksa, tak samo jak ojciec i matka chrzestna, którymi są Syriusz Black i (poległa na wojnie) Dorcas Meadows.
Zakon Feniksa został założony w roku 1970 przez Albusa Dumbledora, ówczesnego (i wciąż trwającego na stanowisku) dyrektora Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Założeniem Zakonu od początku było stawianie oporu siłom Lorda Voldemorta, a także działalność na rzecz ochorny osób nie magicznych i pół-krwi przed wyżej wymienionym. Jak wiadomo powszechnie, trwała wówczas wojna, zakończona dopiero w Halloween roku 1981 przez śmierć naszych rodziców.
NIKT ze społeczeństwa czarodziejskiego nie zaprzątał sobie głowy tym, co spowodowało tą śmierć. NIKT nie interesował się powodami, które doprowadziły Voldemorta do zniknięcia. Zapanowała powszechna i ślepa radość, a także natychmiastowe sądy przeprowadzane bez dowodów, świadków i podstaw na osobach podejrzanych o należenie do grupy śmierciożerców.
W ten sposób jedyny żyjący prawny opiekun mnie i mojego brata zostałby skazany bezpodstawnie na dożywotni wyrok w więzieniu Azkaban. Na całe szczęście, znalazł się jeden świadek zdarzenia działającego na korzyść. Gdyby jednak człowiek ten, Remus Lupin, nie należał do Zakonu Feniksa, Syriusz Black zostałby skazany. Zupełnie jak wielu innych, którzy po dziś dzień siedzą w kamiennych celach na wyspie więziennej, nie mając pojęcia za co i dlaczego, ani nawet kiedy wyjdą. I czy wyjdą w ogóle.
Kto jest temu winien? Czy w całej Wielkiej Brytanii istnieje jakikolwiek czarodziej lub czarodziejka, którzy byliby odpowiedzialni za ten chaos? Odpowiedzieć na to pytanie powinien każdy z nas, rozsądzając wedle własnego sumienia.

oOo

W sobotę wstała sporo wcześniej, niżby sobie tego życzyła. Jedna z jej współlokatorek, Haley, obudziła ją o porze zdecydowanie zbyt wczesnej, by nazwać ją poranną. Dla Cat godzina piąta była oczywistą i naturalną częścią nocy.
I chociaż miała zamiar wylegiwać się dziś do południa, jej organizm uznał wbrew jej woli, że skoro jest już obudzona, to nie może marnować energii na robienie niczego przez następnych parę godzin. Nie pozwolił jej więc zasnąć ponownie, co oczywiście było do przewidzenia, pomyślała, przeklinając pod nosem Haley wybierającą się na trening Quidditcha. Dzięki niej już koło szóstej siedziała przy biurku i pisała, popijając kawę przyniesioną jej przez skrzaty.
Kiedy ręka zaczęła jej już niemal odpadać, to znaczy tuż przed dziewiątą rano, postanowiła wybrać się na śniadanie. Cóż, może bardziej adekwatne byłoby stwierdzenie, że jej głośno burczący brzuch postanowił to zrobić. Przed wyjściem rzuciła jeszcze okiem na dormitorium, w którym smacznie spały dwie pozostałe współlokatorki: Sakurę Akagi i Fay. Ponieważ jej skrzywdzona wczesną pobudką dusza nie mogła długo na to patrzeć, machnęła różdżką i szybko wyszła na korytarz. Zamykając drzwi, z satysfakcją słuchała rozpaczliwych jęków obudzonych przez dwa lewitujące wiadra wody dziewczyn. Później mogą być wkurzone, ale nic nie stoi jej przecież na przeszkodzie, żeby zwaliła to na najlepszą przyjaciółkę Fay, z którą pokłóciły się już dzień po powrocie do zamku i aktualnie prowadziły walkę na niezbyt wysublimowane żarty i psikusy.
Wielka Sala była prawie pusta, nie licząc zastawionych stołów i obecnej niemal w całości kadry nauczycielskiej. Cat usiadła na swoim stałym miejscu przy stole, nakładając sobie trochę jajecznicy z bekonem. Jak się spodziewała, już po chwili podleciała do niej ładna sowa brunatna z najnowszym egzemplarzem Proroka Codziennego w dziobku. Jedząc, przekartkowała szybko gazetę i jak zwykle nie znalazła w niej prawie nic ciekawego. Jej uwagę przykuł jedynie krótki artykulik na przedostatniej stronie, informujący o szykujących się zmianach prawnych w zakresie szkolnictwa. Nic więcej nie było napisanie, jednak postanowiła o tym nie zapomnieć – choć wyglądało na nieistotne, na dziewięćdziesiąt dziewięć procent miało związek z wczorajszą informacją sprzedaną jej przez Draco Malfoya.
Z braku lepszych rozwiązań, zaraz po śniadaniu postanowiła po prostu wrócić do dormitorium i skończyć czytać książkę. Harry już od wczoraj zapowiadał jej, że ma zamiar zwlec się rano (czyli w środku nocy!) na trening Quidditcha, a potem rozegrać z Ronem tyle partii Gargulków i szachów ile tylko się da. Na jego towarzystwo nie miała więc co liczyć. Nie miała też ochoty wywiązywać się dzisiaj z obietnicy danej bliźniakom Weasley pierwszego wieczora, dlatego jedynym, co jej pozostało, było unikanie ludzi i zaszycie się w kącie z książką. Zresztą o tym właśnie marzyła przez cały pierwszy tydzień szkoły.
Jednak kiedy znalazła się mniej więcej na wysokości biblioteki, do głowy wpadła jej myśl, że może by tak odwiedzić to miejsce i sprawdzić, czy przypadkiem pani Pince nie pozwoliłaby jej w tym roku skorzystać z działu ksiąg zakazanych pomimo braku zgody nauczycielskiej. Kiedy uchyliła ciężkie, drewniane wrota, stanęła niemal twarzą w twarz z tą niebywale ekscentryczną dziewczyną, która z takim zapałem machała do Harry'ego na uczcie powitalnej. Luna Lovegood? To tak się nazywała?
- Ranek dobry – odezwała się blondynka rozmarzonym głosem, który idealnie pasował do jej dzisiejszego wyglądu (ponieważ była sobota, jak większość uczniów zrezygnowała z szaty uczniowskiej i pozwoliła się oglądać w czymś, co wyglądało jak wyjątkowo wielki, fioletowy worek na ziemniaki spleciony z grubych lnianych nici).
- Czołem – odpowiedziała jej Cat, postanawiając zachowywać się całkowicie normalnie. No, przynajmniej na tyle normalnie, na ile jej towarzystwo pozwoli. - Co robisz tak rano w bibliotece?
- Szukałam jakiejś książki na temat gnębiwtrysków. Niestety, biblioteka szkolna chyba nie posiada w swoich zbiorach czegoś takiego. Potrafisz sobie wyobrazić, że nie ma o nich wzmianki nawet w tej gigantycznej encyklopedii, z której tak często korzysta Hermiona Granger?
- Ymm, w zasadzie to chyba potrafię. - mruknęła do niej, lekko zażenowana, przepychając dziewczynę jednocześnie wgłąb biblioteki. Jak pusta by nie była o tej godzinie, Cat wolała nie stać w otwartych drzwiach w sposób, który każdej przechodzącej korytarzem osobie umożliwiał podsłuchanie tej dziwnej rozmowy.
- Naprawdę? - zapytała Luna, przekrzywiając głowę w sposób do złudzenia przypominający Cat gest Syriusza, gdy ten zmienia się w swoją animagiczną, psią formę. - Dlaczego w takim razie nie jesteś w Ravenclawie? - dodała po chwili, kierując pytanie bardziej w przestrzeń niż do jakiejś konkretnej osoby.
- Też zadaję sobie czasem to pytanie. O, dzień dobry pani Pince!
Sztywna czarownica opięta ciasno ściśniętym, czarnym gorsetem pojawiła się koło nich jakby znikąd. Choć było to na pewno złudne wrażenie, bo wedle wszystkich znaków na niebie i ziemi po prostu wyszła spomiędzy wysokich regałów z książkami, które znajdowały się wszędzie dokoła.
- Dzień dobry. Moje drogie, czy nie mogłybyście porozmawiać sobie poza biblioteką? Wiem, że jest sobota rano, ale mimo wszystko jest to miejsce, w którym należy chyba zachować względną ciszę, prawda? - zapytała sugestywnie, wykrzywionym palcem wskazując im uchylone drzwi po lewej stronie.
- Ma pani rację, pani Pince, już sobie idziemy. Chciałam sie tylko zapytać, wie pani, czy przypadkiem nie mogłabym korzystać w tym roku z działu ksiąg zakazanych? Myślę, że...
- Panno Potter! Ile razy mam pani powtarzać, że bez zgody nauczyciela nie mogę wpuścić tam żadnego ucznia, nie ważne kim by był i jak bardzo by nie błagał!
- Oczywiście, ja to wszystko rozumiem, ale może mogłabym jedynie rzucić okiem na pewną księgę, znajduje się na jednym z pierwszych regałów, nigdzie dalej nie pójdę, naprawdę...
Cat zamrugała parokrotnie i, chociaż tego nienawidziła, użyła swojej firmowej miny pod tytułem "jestem-taka-malutka-i-biedna-niech-ktoś-się-nade-mną-zlituje" wyćwiczonej swego czasu na Syriuszu, który pod jej wpływem gotów był obdarować dziewczynę całym domowym zapasem słodyczy. Niestety, podobnie jak Remus, bibliotekarka nie była jedną z osób, które nabierają się na takie sztuczki. Widocznie była zaprawiona w boju przez pokolenia żądnych wiedzy (a częstokroć czarnomagicznych zaklęć) uczniów.
- Szkoda. Chociaż profesor Dumbledore mówił ci, że tak może być, prawda? On sam nie może ci dać zgody z powodu tej ważnej sprawy, o której mówił, ale zachęcał cię, żebyś próbowała... No cóż, może innym razem, prawda? - odezwała się niespodziewanie Luna, kierując swoje wielkie, błękitne oczy prosto na nią. Dziewczyna dziękowała w duchu swojej samokontroli, która pozwoliła jej nie okazać zdziwienia. Złapała więc Lunę za rękaw jej fioletowego worka i delikatnie pociągnęła w stronę drzwi, kontynuując to malutkie przedstawienie. Znając słynną łatwowierność hogwarckich pracowników, przedsięwzięcie mogło się udać.
- Tak, masz rację. Szkoda... - powiedziała i otworzyła drzwi biblioteki, odliczając w myślach do czterech. W momencie, w którym skończyła, bibliotekarka odezwała się.
- Ale dla starej bywalczyni biblioteki może znalazłby się sposób, raz na jakiś czas...!
Cat odwróciła powoli głowę i uśmiechnęła się do kobiety.
- Dziękuję, pani Pince – powiedziała słodko i wyszła, a za nią dziwnie pobrzękująca Luna.

- Z jakiegokolwiek powodu to zrobiłaś, jestem teraz twoim dłużnikiem. Cat Potter, miło mi – mruknęła do dziewczyny, kiedy obie znalazły się już wystarczająco daleko od czujnego ucha bibliotekarki. Wystarczająco, to znaczy na ścieżce prowadzącej od schodów zamkowych na brzeg jeziora, błyszczącego jak złoto we wrześniowym słońcu.
- Wiem, jak się nazywasz i ty też już wiesz, jak ja się nazywam, ale mimo wszystko mi też jest miło poznać cię lepiej – odpowiedziała dziewczyna, siadając na miękkim piasku na brzegu. Cat pomyślała, że prawdopodobnie można się przyzwyczaić do sposobu jej mówienia, ale nigdy nie będzie to brzmiało normalnie. Usiadła tuż obok blondynki i zaczęła grzebać w piasku znalezionym w trawie patykiem. Chwila ciągnęła się cicha i spokojna, bo o tej porze dnia mało kto miał ochotę na spacer po błoniach. Wrzesień w północnej Anglii nigdy nie był taki ciepły, jak mogłoby się chcieć.
- Ty też nie masz zbyt wielu znajomych, co? - zagadnęła w końcu Cat. Może nie zabrzmiało to zbyt grzecznie, ale uznała, że specyficznej osóbce obok niej takie ujęcie faktu raczej nie sprawi przykrości.
- To prawda – powiedziała równie powoli i cicho jak wcześniej – Tata tłumaczył mi, że to przez wstrętniki pospolite, ale ja uważam, że inni ludzie po prostu uznają mnie za dziwną.
- Tak uważasz? - zapytała Cat, przyglądając się mimice dziewczyny. Zdawała się nie odczuwać żadnej przykrości wynikającej z tego, o czym mówiła. - Mnie też nieraz uznają za dziwną. Ale ty chyba jesteś jeszcze dziwniejsza, nie?
- Mówią na mnie czasem Pomyluna – dziewczyna uśmiechnęła się do niej delikatnie, zaplatając na palec kosmyk włosów tak jasnych, że niemal białych.
- Fajnie cię poznać, Pomyluna. Jeśli chcesz, możemy się zaprzyjaźnić, chociaż ostrzegam, że mam pewne problemy z kontaktami międzyludzkimi. Mój braciszek może potwierdzić.
- Chcę bardzo, bardzo chcę – odpowiedziała, śmiejąc się w głos. - To najmilsza rzecz jaka mnie spotkała, odkąd Ginny Weasley pomogła mi z esejem z eliksirów – dodała, jakby to była najnormalniejsza informacja na świecie. Cat zdążyła już zaobserwować jej zwyczaj mówienia o ludziach pełnym imieniem i nazwiskiem i uznała, że jest to całkiem urocze.
- Więc przyjaciółki – odpowiedziała Lunie. - Jeszcze chyba nigdy nie robiłam niczego tak pochopnie.
- To dobrze, pierwsze razy z reguły pamięta się na zawsze.
Słońce powoli wznosiło się wysoko ponad jezioro, a po błoniach niosło się echo od stadionu Quidditcha, na którym niezmordowani miłośnicy miotły ćwiczyli już od piatej rano. Luna przejęła od niej patyka i zaczęła rysować księżycowe wzory naokoło dołka w ziemi, który Cat wykopała w czasie ich rozmowy. A potem obie rozeszły się w swoje strony, milczące i usatysfakcjonowane.

Popołudnie spędziła w pokoju wspólnym, zaczytana w opasłe tomiszcze wypożyczone z działu ksiąg zakazanych, na które miała chrapkę już od trzeciego roku, kiedy to wypatrzyła tytuł przez metalowe kraty torujące wejście do działu. W związku z tym pora obiadu nadeszła według niej zdecydowanie zbyt szybko, zmuszając ją do ukrycia księgi w dormitorium i zwleczenia się po tysiącach przeklętych schodów na sam dół zamku, do wypełnionej zapachem pieczeni i gwarą głosów Wielkiej Sali. Zjadła szybko i od razu wstała od stołu z zamiarem prześliźnięcia się niezauważona przez dopiero wchodzących do pomieszczenia uczniów. Na łóżku czekała ją przecież księga.
Nie było jej to jednak dane. Zaraz po wyjściu przez wielkie, łukowe sklepienie na hol, znalazła się twarzą w twarz z nikim innym, jak Draconem, prowadzącym właśnie zażartą kłótnię z Pansy Parkinson. Może nawet zdziwiłaby się, że chłopak tak publicznie pozwala sobie okazać emocje, gdyby nie jego towarzyszka, znana z zamiłowania do robienia scen rodem wziętych z brazylijskich telenowel (których Cat wcale nie oglądała z Syriuszem po nocach, kiedy mieli zły humor i gigantyczną ochotę na lody czekoladowe z polewą malinową, o nie...!). Już chciała ich wyminąć, by nie przeszkodzić przypadkiem w tej spektakularnej sprzeczce piętnastoletnich kochanków, na którą tylko czekały wszystkie szkolne plotkary, kiedy usłyszała swoje imię. Przystanęła więc i bardzo powoli odwróciła się, prawą dłonią odnajdując odruchowo kieszeń z różdżką.
- Co jest, gołąbki? - zapytała spokojnie, wpatrując się w zadyszaną parę. Z jej lewej strony ktoś roześmiał się niskim głosem na takie określenie, a kiedy obróciła głowę w bok, zobaczyła Blaisa Zabiniego stawiającego zakłady z Nottem.
Malfoy spojrzał na nią jak na skończoną idiotkę, co dziwnym trafem spowodowało, że właśnie tak się poczuła. Czyżby coś przeoczyła? A może się przesłyszała i żadne z nich wcale nie wykrzyczało przed chwilą jej nazwiska?
- Ogłuchłaś, Potter? - zapiszczała na nią Parkinson, a jej policzki poczerwieniały, jeszcze bardziej upodabniając ją do małego mopsa. O ile to w ogóle możliwe, zachichotała złośliwie. - I co cię znowu tak cieszy, co?
Cat postanowiła z gryfońską odwagą przyjąć na klatę wyzwanie, jakie właśnie rzuciło jej pod nogi życie i najzwyczajniej w świecie zapytała:
- Przepraszam, ale chyba się trochę zamyśliłam. Wydawało mi się, że któreś z was mówiło moje imię?
Blaise z lewej strony już się nie powstrzymywał. W jednej sekundzie gruchnął śmiechem tak głośnym i zaraźliwym, że mały tłumek zgromadzony wokół rozgrywającej się właśnie sceny podążył jego śladem i hol wypełnił się echem chichotów. Kąciki ust Cat zadrgały złośliwie, ale ostatkiem sił powstrzymała się i wbiła wzrok w Pansy.
- Więc o co chodzi?
Dziewczyna zadrżała, zaciskając dłonie w pięści i bez ostrzeżenia puściła się pędem w stronę schodów prowadzących do lochów. Draco powiódł za nią wzrokiem, lecz kiedy zniknęła w ciemnych wnętrznościach zamku, wzruszył jedynie ramionami i machnął dłonią, jakby przepędzał natrętną muchę.
Uczniowie zaczęli powoli rozchodzić się w stronę Wielkiej Sali czy na błonia, odbębnić poobiedni spacer.
- Zjeżdżajcie stąd póki możecie – warknął Draco w stronę niedobitków, sam również udając się na obiad sztywnym, jakby niepewnym krokiem.
W holu, oprócz Cat, pozostał jedynie Blaise i Teodor.
- Nie boicie się pozostać sam na sam w jednym pomieszczeniu z taką zdrajczynią krwi, jaką jestem? - zapytała, robiąc dwa kroki w ich stronę i pokazując w uśmiechu wszystkie zęby, jakby im groziła. Ciemnoskóry chłopak roześmiał się po raz kolejny.
- Nikt z nas nie ma cię za zdrajczynię krwi. Prawdę mówiąc, większość uznaje cię po prostu za totalną pomyłkę.
- Dzięki – odpowiedziała, patrząc na niego z nagłym zakłopotaniem.
- Chodzi o to, że nikt z nas nie ma pojęcia, dlaczego z takim mózgiem nie trafiłaś do Slytherinu. - sprostował delikatnie Teodor, poprawiając na ramieniu swoją torbę z ładnej, błyszczącej skóry.
- Też czasem zadaję sobie to pytanie. - dziewczyna wywróciła oczami, świadomie powtarzając swoje słowa z rana. Dlaczego każdy widział ją gdzie indziej? Coś z nią było nie tak poza tym, że była szczęśliwą posiadaczką niedorozwiniętego brata-histeryka?
- W każdym razie przeoczyłaś moment, w którym Draco mówił Pansy, że nawet ty masz ładniejsze włosy od niej i z tego powodu powinna się w końcu zamknąć i dać mu spokój. Bo wiesz, od rana zadręczała go pytaniami o swoje włosy.
Dziewczynie przed oczami stanął odwieczny i powszechnie znany wróg Pansy numer jeden, Hermiona. No, w takim wypadku znalazły właśnie wspólny temat. Kto wie, jak bardzo może zbliżać do siebie ludzi troska o własne włosy?
- O. To... miłe? - odpowiedziała jednak niepewnie, przestępując z nogi na nogę.
- Nie przyklejaj mu epitetów, które nie idą z nim w parze. Chociaż znając Draco, najprawdopodobniej był to zaowalowany komplement – Blaise mrugnął do niej, po czym podniósł z ziemi swoją torbę z wielką naszywką przedstawiającą białego wilka, po czym skierował się prosto do Wielkiej Sali. Teodor ruszył tuż za nim, jakby nie do końca pewny, jak się zachować.
- Cześć – mruknęła im na odchodnym, przekonana, że i tak nie usłyszą. A nawet jeśli, byli ślizgonami. Sam fakt, że z nią rozmawiali, był zadziwiający.

Pół godziny później, po raz pierwszy od dawna Cat stanęła przed lustrem w dormitorium na dłużej niż minutę. Chwilę przyglądała się swojej drobnej budowie i bladej skórze, a potem potrząsnęła głową. Jej krótko ścięte włosy (jeszcze słyszała w głowie przerażony głos Syriusza: "Cathy, kotku, one sięgają ci do ramion! Są krótsze od moich, na śmierdzące gacie Merlina!") były czarne jak smoła i zdecydowanie układały się, jak chciały. Pod tym względem wcale nie różniły się od włosów Harry'ego.
- Naprawdę są ładne? - rzuciła pytanie w eter, przeczesując je palcami.
O szyby zaczął bębnić pierwszy jesienny deszcz. Może jest odpowiedzią, pomyślała, chowając lustro z powrotem za błękitny parawan w róże.