Pairing: FJALLISON , czyli Future John / Allison

( M jak Mature Content, ale Raczej Spokojny )

Dedykacja: Dla Aniki:*

Miał być Sameron, ale I had a dream. Inspiracje? Hm, no na pewno Bale jako Connor w trailerze T:S, rozmowa dwóch studentek medycyny w moim autobusie do domu, gadu-gadu z Aniką, tapeta z Marcusem i rozkminy o trójkątach na Sami-Wiecie-Którym-Forum;). Dlaczego Cameron nazwana została Cameron? Odpowiem niżej. Miłego czytania:*.

John Connor wiedział wszystko, a przecież wiedzieć nie powinien. Już dawno powinien być nieprzytomny; już dawno powinien odpłynąć gdzieś w daleką ciemność nieświadomości, jaką zawsze przynosiła mu narkoza. A jednak nadal tutaj był. Wiedział wszystko. Widział wszystko i czuł. Zdawało mu się nawet, że czuje wyraźnie każdą z trzech kul, które wystrzelone przez blaszaka, dosięgły jego brzucha. Miał otwarte oczy; zamiast bezpiecznej, przynoszące ukojenie ciemności widział nad sobą niesamowicie mocną jasność lampy chirurgicznej. Ale nie to było najgorsze. Widział pochylających się nad nim lekarzy. Słyszał ich głosy jakby przez mgłę. Ich skupione spojrzenia były wbite gdzieś niżej, nie w jego twarz.

Jestem przytomny. Wargi odmówiły mu posłuszeństwa; nie wydobył z siebie głosu. Poczuł rosnącą panikę. Zamrugał kilka razy; lampa oślepiała go i piekły go oczy. Czuł zapach krwi. Mojej krwi?!

Chciał poruszyć głową, ale ta nagle wydała mu się za ciężka. Zamknął powieki, wyciskając z oczu łzy, które spłynęły po jego policzkach; poczuł je tak wyraźnie.

Jestem przytomny, pomyślał rozpaczliwie.

- Wiemy. – Usłyszał nagle łagodny, obcy głos. Otworzył oczy. Zobaczył nad sobą kobiecą twarz o błyszczących oczach; jej nos i usta zakrywała maseczka.

Przez chwilę wpatrywał się w ciemne źrenice i brązowe tęczówki, które patrzyły na niego tak łagodnie, z miłością. Nagle te oczy spojrzały gdzie indziej; przesunął wzrok za nimi. Zobaczył, że kobieta ujęła jego rękę. Ta duża, poharatana ręka o nierównych, silnych palcach musiała być jego, chociaż nie czuł na niej dotyku smukłej, chudej, obciągniętej lateksową rękawiczką dłoni kobiety. Znowu wbił spojrzenie w jej oczy.

- Zabrakło morfiny – powiedziała łagodnie; dostrzegł ruch jej ust pod maseczką. – Dostał pan mniejszą dawkę, generale. Nie możemy pana uśpić, przykro mi. Nie będzie bardzo bolało, ale będzie pan przytomny cały czas. Przykro mi. – Przytuliła policzek do jego ręki. Starał się skupić całą uwagę na jej twarzy.

Mów do mnie.

- Znieczulenie miejscowe już działa. To tylko trzy kule, generale. Bywało gorzej, prawda? – Jej głos zadrżał; bała się. Nie chciał, żeby się bała. – Trzy kule i po krzyku. Może... może dowiozą lekarstwa. Zawsze ich brakuje, ale pan o tym wie. Może je dowiozą...

Nie muszą. Wytrzymam.

- Pan jest twardy. Wytrzymasz, generale. Kto inny by nie wytrzymał, ale panu się uda.

Na pewno.

- Allison! – Usłyszał jakiś inny głos jakby z daleka. – Potrzebujemy cię.

Kiwnęła głową, a potem puściła jego rękę. Chciał spojrzeć za kobietą, ale bał się, że zobaczy, jak grzebią w jego ął oczy. Czuł metaliczny, jakże znajomy, zapach krwi. Świeżej, ciepłej krwi. Odpłynął, ale po chwili znowu wrócił.

- Jeszcze dwie. – Usłyszał. – Ta pierwsza była najtrudniejsza, teraz będzie lepiej, generale.

Teraz będzie już z górki, co? Niemal się uśmiechnął.

Spojrzał na jej błyszczące od potu czoło, a potem na oczy, białą maseczkę i niżej. Na jej piersi dostrzegł naszywkę z nazwiskiem. Miała na sobie mundur jak wszyscy; nie miała kitla, ale plamki krwi na ciemnym materiale miały różne odcienie, więc część z nich musiała być stara, sprana. Kobieta była z pewnością sanitariuszką. Widział ją jednak pierwszy raz, a przecież często mieli go tutaj na stole. Skupił wzrok na naszywce. Litery. Odczytanie ich nagle sprawiło mu wielką trudność. Tak wielką, że odpłynął. Y, O...

- Kończymy. – Zamrugał oczami; czuł łzy pod powiekami. – Jeszcze tylko szwy, generale.

Znowu jej dłoń między jego palcami. Uśmiechała się, to znaczy, jej oczy się uśmiechały. Czyli było dobrze. Zamknął powieki, ale szybko je otworzył. Znowu skupił się na naszywce. Y, O, U, N, G. Jej nazwisko. A imię? Allison Young. Jego anioł. Allison Young, powiedział w myślach, zanim odpłynął na dobre.

Ktoś krzyczał. Chyba kobieta. Krzyczała tak rozpaczliwie, a on, John Connor, nie mógł jej pomóc.

Nagle otworzył oczy, siadając. Momentalnie zdał sobie sprawę z dwóch rzeczy: że spał i miał koszmar i że jego brzuch eksplodował bólem, kiedy gwałtownie się podniósł z posłania. Zacisnął mocno szczęki, powoli kładąc się. Czuł ucisk grubego bandaża na żebrach i podbrzuszu i ostrość igły kroplówki

- Panie generale? – Do pomieszczenia weszła wysoka, czarnoskóra kobieta. Przez kark przewieszony miała stetoskop. Poznał ją; była główną lekarką, jedną z niewielu medyków z wykształcenia, jacy należeli do Ruchu Oporu. Alex Jakaś-Tam. Chyba najwyższy czas, żeby wreszcie zapamiętał jej długie nazwisko.

- Ile tutaj jestem? – zapytał słabo.

- Prawie tydzień. – Podeszła bliżej. – Jak się pan czuje?

- Jakby ktoś mnie rozerwał, a potem posklejał do kupy – mruknął, przykrywając się prześcieradłem. – Tylko że klej słabo trzymał i musieli mocno przyciskać każdy kawałek, żeby nie odpadł.

- Obrazowo. – Uniosła brew. – Czegoś pan potrzebuje?

- Allison Young – powiedział bez zastanowienia.

- Kogo? – Spojrzała na niego nieco zdumiona.

- Sanitariuszki. Była przy tym, jak mnie operowano.

- Na pewno tak się nazywała? – Alex spojrzała na niego badawczo. Kiwnął głową. – Nie znam nikogo o takim nazwisku, panie Connor. – Przez chwilę patrzył na nią poruszony. Musiała dostrzec rozczarowanie na jego twarzy. – Ale popytam.

- Dziękuję. – Położył się wygodniej i zamknął oczy. Szybko zasnął.

Przez następne dwa dni miał tylko gości ze Sztabu Głównego; odwiedzała go też rudowłosa pielęgniarka. Miała dziwny akcent i paplała jak najęta, zmieniając mu opatrunek. Chciał wstać i znowu walczyć. Ale bardziej pragnął znowu zobaczyć Allison.

Trzeciego dnia znowu odwiedziła go Alex.

- Znalazłam ją – powiedziała, wchodząc. Usiadł ostrożnie. – Ten transport do obozu pracy, który chcieliście przejąć. Ta akcja, kiedy dostałeś te trzy kule. Allison była tam przewożona. Uratowałeś ją. Zostałeś postrzelony i to ona ci pomogła. Krzyczała, żeby cię zabrali, że zostałeś ranny. A potem pomagała przy operacji. Została, aż dowiedziała się, że przeżyjesz, a potem wyruszyła na poszukiwania siostry, którą zabrał inny transport.

- Gdzie jest teraz? – zapytał cicho. Przypomniał sobie krzyk kobiety w swoim śnie. Wołała o ratunek. Nie dla siebie, dla niego. Uratował ją, a potem ona uratowała mu życie.

- Jej siostra zginęła. – Alex zebrała włosy za uszy. – Rozmawiałam z Allison. Powiedziałam, że potrzebujemy każdego, kto umie kroić i szyć ludzi. – Uśmiechnęła się gorzko. – Dziś dołączy do naszego zespołu. Obiecała, że cię odwiedzi, generale.

Uśmiechnął się do kobiety.

- Za dwa dni musi pan zwolnić łóżko – rzuciła. – Rany goją się szybko, a my potrzebujemy każdego posłania. – Kiwnął głową. – Sue powiedziała mi, że zrzekł się pan swojego przydziału leku przeciwbólowego.

- Operowano mnie niemal bez znieczulenia. – Uśmiechnął się. – Inni potrzebują lekarstw bardziej niż ja. Jestem twardy.

- Allison powiedziała mi to samo. – Alex odwzajemniła uśmiech i wyszła.

A potem udawał, że śpi, aż zasnął naprawdę. Kiedy obudził się kilka godzin później, w pomieszczeniu panował półmrok. Spojrzał na sufit; brakowało jednej jarzeniówki. Pewnie była potrzebna gdzieś indziej. Ostrożnie przewrócił się na drugi bok i znieruchomiał.

Na krześle obok jego posłania siedziała Allison. Opierała stopy o metalową ramę łóżka i miała zamknięte oczy; spała. Podniósł się powoli, tak, żeby nie zaskrzypiała żadna sprężyna. Udało się. Usiadł i zaczął się jej przyglądać. Miała na sobie ten sam mundur, a jej włosy opadały na spokojną twarz. Widział jej łagodne rysy i kształtne, różowawe usta. Wyglądała na zmęczoną. Była bardzo piękna. Miała szczupłą, drobną sylwetkę. Długie, delikatnie zbudowane nogi przywiodły mu na myśl baletnice. Pomyślał, jak cudownie by tańczyła na palcach tych maleńkich stóp. A potem zrobiło mu się jej żal. Urodziła się w złym miejscu i złym czasie.

Miała skrzyżowane na piersiach ramiona, a dłonie wsunęła pod pachy. Chyba było jej niewygodnie. I zimno. Wyciągnął dłoń i dotknął jej kolana obciągniętego czarnymi spodniami. Drgnęła. Ujął ją za kostkę, a potem pociągnął w swoją stronę. Krzesło na kółkach podjechało bliżej jego łóżka. Wziął jej stopy i wsunął pod swój koc. Otworzyła oczy i spojrzała na niego nieco nieprzytomnie. Posłał jej uśmiech.

- Śpij – powiedział łagodnie.

- Przepraszam – szepnęła, zamykając oczy. Po chwili znowu odpłynęła w krainę sennych marzeń.

Czuwał tak przy niej do rana; czuł dotyk jej stóp na nodze. Kiedy wreszcie się obudziła, uśmiechnęła się do niego łagodnie.

- Dziękuję – powiedziała.

- Przykro mi z powodu twojej siostry.

- Miała na imię Cameron. Byłyśmy bliźniaczkami – rzuciła powoli. – Miałyśmy zginąć razem. Los chciał inaczej. – Skinął jej łagodnie głową; coś kłuło go w sercu.

- Teraz musisz żyć za siebie i za nią.

- Będę, panie generale.

- Mów do mnie po imieniu. John. Po prostu. Grzebałaś w moim brzuchu, czy można się z kimś bardziej spouchwalić? – Uśmiechnęła się na jego słowa i pokręciła przecząco głową. – Sama widzisz, Allison.

Przez dłuższą chwilę siedzieli w zupełnym milczeniu. Miał wrażenie, że zna młodą kobietę od dawna, czuł się z nią mocno związany i pomyślał, że ona czuje się tak samo. Uratowali się. On ją, ona jego. To połączyło ich już na zawsze.

Wysunęła nogi spod jego koca i spuściła je na podłogę. Wyciągnął ku niej rękę. Ujęła ostrożnie jego dłoń; miał wrażenie, że między ich palcami przeskoczyła iskra. Pociągnął Allison do siebie. Nie opierała się. Po chwili weszła jednym kolanem na posłanie, żeby wreszcie klęknąć przy mężczyźnie. Sprężyny łóżka zaskrzypiały. Dotknęła dłonią jego nagiego ramienia i pocałowała poznaczoną bliznami skórę. Puścił jej rękę, żeby dotknąć jej twarzy i włosów. Przytrzymał dłonie na jej policzkach i po chwili przyciągnął ją do siebie, żeby pocałować. Objęła kark mężczyzny, kiedy ich wargi spotkały się pod raz pierwszy.

Nagle gdzieś w głębi pomieszczenia skrzypnęły zamykane drzwi. Alex mrugnęła do niego porozumiewawczo, zanim zniknęła na korytarzu.

Zaczął rozpinać jej mundur, żeby wreszcie zsunąć go z jej ramion. Pod spodem miała cienki podkoszulek. Przez zszarzały materiał widział jej niewielkie piersi ze sterczącymi sutkami; dotknął ich przez jej ubranie, żeby po chwili ją rozebrać i całować po delikatnej, pachnącej skórze. Objęła go mocniej; czuł jej nieśmiałe wargi na swoim czole i skroniach, a nieco niepewno dłonie na torsie i brzuchu. Serce biło mu szybciej, krew przyśpieszyła w jego żyłach.

Puściła go i usiadła na skraju łóżka, ściągając spodnie. Przez chwilę obserwował jej zawstydzone ruchy, ale szybko pozbył się swoich spodni i wyciągnął ramiona po kobietę. Znowu ją całował, przesuwając niecierpliwe dłonie po jej ciele. Nadal miała na sobie bieliznę. Dotknął palcami jej płaskiego brzucha, żeby po chwili wsunąć rękę między jej nogi. Nie zdziwiło go, że była wilgotna. Uśmiechnął się do siebie, czując na udzie dotyk własnej erekcji.

Położył ją na posłaniu, cały czas całując. Wreszcie rozsunęła łagodnie uda i znalazł się na niej. Objęła jego kark, kiedy w nią wchodził. Usłyszał, jak wstrzymała lekko powietrze, żeby po chwili ciepły, słodki oddech owionął jego policzek. Uśmiechnął się, wsuwając dłoń po jej pośladki. Poczuł jej palce na plecach, kiedy zaczął się poruszać. Ich oddechy szybko przyśpieszyły. Całowała jego szyję i przesuwała dłonią po jego krótkich włosach. Objął ją mocniej, przyciskając do siebie. Nagle wydała mu się taka delikatna, taka krucha. Jak baletnica. Jęknęła cicho; spojrzał jej w twarz. Miała przymknięte powieki i lekko rozchylone usta. Pocałował ją, czując, że jest blisko.

- John – wyszeptała. Musnął wargami jej rozpalone czoło. – O, Boże...

- Wystarczy „John". – Zdążył się uśmiechnąć, zanim doszedł, oddychając ciężko.

Pocałowała go zachłannie i namiętnie. Drżała. Jej oddech był gorący i wilgotny. Ręce kobiety przesunęły się niespokojnie po jego brzuchu, sprawdzając bandaż. Chyba wszystko z opatrunkiem było w porządku, bo po chwili znowu go objęła. Nie czuł bólu świeżych ran czy szwów. Nie potrzebował do tego morfiny ani środków przeciwbólowych; potrzebował Allison Young. Potrzebował jej najbardziej na całym świecie. Zakochał się. Może zdąży nacieszyć się jeszcze tym upajającym uczuciem, zanim nadejdzie apokalipsa. Nie, ona przecież już nadeszła. Miał więc teraz czas do końca świata. Uśmiechnął się do siebie z twarzą w miękkich, długich włosach ukochanej kobiety. Nieco niżej jej serce powoli wracało do normalnego rytmu.

OPTYMISTYCZNY KONIEC