I ciul, z jednego rozdziału wyjdą mi trzy...

Z tym, że na ten trzeci, to trzeba będzie poczekać, bo moja beta jednak zaczęła narzekać XD

No i obiecałam okazać trochę miłości Burzliwym, więc wypadałoby dotrzymać słowa.

Podsumowując, gdyby ten rozdział był jedną całością, miałby teraz ponad 12k słów i to jeszcze nie byłby koniec :v


- Łał, wyglądasz na nieźle wkurzonego ziomek – stwierdził Alfred, kiedy spotkał się na biologii z Torisem.

- Bo jestem, Feliks jest największym dupkiem, jakiego w życiu spotkałem. Przestało mi zależeć na tym, żeby pomóc mu w jakikolwiek sposób, niech sobie sam z tym radzi albo niech się wypisze w cholerę z tej szkoły. - Na wszelki wypadek Toris starał się nie zbliżać do mikroskopu, wolał nie ryzykować, że przez przypadek go popsuje.

- Nieźle ci zaszedł za skórę. - Amerykanin gwizdnął cicho z podziwem, nawet jemu nie udało się wyprowadzić Litwina z równowagi aż w takim stopniu.

- Ten typ jest po prostu nienormalny, nie dziwie się, że to nie była jego pierwsza wizyta u psychologa – burknął brunet.

- Wiesz, trochę mu współczuję – mruknął Alfred, starając się ustawić odpowiednią ostrość w mikroskopie. - Jak już pierwszego dnia po tej akcji z Cindy, ktoś mu się dopieprzył do szafki, to czeka go mało ciekawy okres… może nawet lepiej jeśli się wypisze.

- Co? Ty też będziesz próbował wywołać u mnie poczucie winy i sprawić, żebym znów spróbował z nim pogadać?

- Nie, mówię tylko, że mu współczuję. W mojej poprzedniej szkole kiedyś była podobna akcja, kilku starszych chłopaków uwzięło się na takiego jednego pierwszaka. Wycinali mu czasami naprawdę paskudne numery, szturchali, wrzucali do śmietnika, wyzywali… od gejów też, chociaż był zupełnie normalnym chłopaczkiem… Nie miał wielu kumpli, bo większość dzieciaków bała się, że też zostaną ofiarami. Wytrzymał półtorej roku.

- I co? Przepisał się do innej szkoły?

- Popełnił samobójstwo – powiedział cicho Amerykanin.

Toris mimowolnie spojrzał w kierunku stanowiska, przy którym, wraz z Elizabetą, siedział Feliks. Marszczył brwi w skupieniu, ślęcząc nad dwoma zeszytami, chyba rysując w nich preparaty mikroskopowe, które mieli wykonać i obejrzeć. Nie miał pojęcia, czy Alfred zrobił to specjalnie, ale czuł jak kolejna fala poczucia winy ściska mu żołądek. Może i blondyn był dupkiem, ale nie chciał przekonywać się, jak to jest jak się ma na sumieniu czyjeś życie. Tylko to nadal nie rozwiązywało dwóch rzeczy. Że wciąż był na Polaka zły i że ten nie chciał mieć z nim nic wspólnego, a co dopiero mówić o pomocy. Zaklął w duchu, dlaczego nie mógł po prostu zignorować tego dupka i zająć się swoimi sprawami...

- Alfred, wspominałem może, że pomaganie innym trochę chujowo ci idzie? - zapytał rozmasowując żołądek.

- Co tym razem zrobiłem źle? - spytał Amerykanin z wyrzutem.

- Nic… poza tym, że znów źle ustawiłeś ostrość, ja nie noszę okularów i dla mnie nadal jest niewyraźne.

- Ziom, nie mam aż tak dużej wady wzroku… aaaaa, czyli, że to tak miało wyglądać? - mruknął kiedy Litwin ustawił mikroskop prawidłowo.


- Dobra, a czy mogę teraz ja pobawić się mikroskopem? - zapytał Feliks, kończąc rysunki preparatów w zeszycie swoim i Elizabety.

- Ale po co? Patrz jak nam ładnie idzie współpraca, ty sobie rysujesz i to ładnie rysujesz, a ja odwalam niewdzięczną robotę z mikroskopem – powiedziała Węgierka niewinnym tonem.

- Ale wiesz… założenia lekcji są takie, że wszyscy mamy nauczyć się obsługi mikroskopu i przygotowania preparatu.

- Przecież w tym nie ma nic trudnego.

- W narysowaniu kilku zlepek komórek też nie, więc daj mi zrobić kilka preparatów, a ty sobie porysujesz w swoim zeszycie.

Lizzie z westchnieniem zamieniła się z blondynem miejscami, dając mu w końcu dostęp do mikroskopu.

- Ja nie narysuje tego tak szczegółowo jak ty – burknęła brunetka, łapiąc za ołówek.

- Ja też nie rysuję tego tak szczegółowo jakbym chciał, mam za mało czasu… - mruknął Polak, biorąc się za przygotowanie następnego preparatu.

- To co ty chcesz to w 3D rysować, czy co?

- Mmm… nie, to mi jeszcze nie wychodzi za dobrze… Czy ja jestem przewrażliwiony, czy ktoś się na mnie gapi?

- Tak poza tym, że ktoś cały czas zerka w twoją stronę? - Dziewczyna rozejrzała się dyskretnie po klasie. - O… mam wrażenie, że jak ci powiem kto, to się wkurzysz.

- W takim razie już wiem kto i poważnie zaczynam się zastanawiać nad zgłoszeniem prześladowania.

- A wytłumaczysz mi, dlaczego z takim uporem odrzucasz jego propozycję pomocy?

- A dlaczego miałbym ją przyjąć?

- Bo ja wiem… bo w ten sposób będzie ci łatwiej uporać się z niektórymi debilami?

- Co, mam ich postraszyć, że pobije ich mój „chłopak", jak mi nie dadzą spokoju?

- Jak się upierasz na tą wersję z chłopakiem, to ja nie mam nic przeciwko, ładna z was para – westchnęła Elizabeta, wyciągając ukradkiem telefon. Chciała jeszcze raz spojrzeć na zdjęcie z tamtej lekcji historii.

- Lizzie, przestań robić ze mnie geja dobra? - zaproponował Feliks, uderzając się dłonią w czoło.

- Ale ja mówię poważnie, w dziwny sposób do siebie pasujecie. Jakbyś kiedyś zmienił zdanie co do swojej orientacji seksualnej, to weź mi powiedz.

- Słowo daje, dzień, w którym Kiku zdradził ci znaczenie słowa yaoi był początkiem końca świata…

- Drugim etapem był ten moment, w którym pokazał ci gry MMO. Gdyby nie to, to nie zarywałbyś nocek i nie spał na lekcjach.

- Gry MMO znałem już wcześniej… nie wychowałem się w głuszy bez komputerów i internetu…

- Ale do klanu w WoWie wcześniej nie należałeś…

- Dla nich jestem wybawieniem, kto by wyhealował tych noobów na rajdzie, gdyby nie ja. - Elizabeta tylko wzniosła oczy ku niebu z cichym westchnieniem.

- Dobrze, że jednak nie mamy dzisiaj sekcji – stwierdził po chwili Feliks, oglądając wykonany przez siebie preparat pod mikroskopem.

- Dlaczego? Źle się czujesz krojąc małe, biedne żabki?

- Nie, ale za to trochę mi się niedobrze robi na myśl, że komuś mogło by wpaść do głowy obrzucenie mnie żabimi flakami.

- Serce w człowieku rośnie, jak zaczynasz przedstawiać takie optymistyczne scenariusze wiesz?

- Serce we mnie rośnie ale ze strachu, jak widzę jak się na mnie patrzy twój największy wielbiciel. Myślę, że on byłby do tego zdolny i mam wrażenie, że wiem kto mi pokreślił szafkę.

- Okej… tym razem masz solidne podstawy – mruknęła Elizabeta. - W dodatku spełnia wszystkie kryteria. Jest tępym osiłkiem, ojciec opłaca mu czesne i z jakiegoś powodu ubzdurał sobie, że na pewno zostanę jego dziewczyną.

- Czemu nie pójdzie poderwać Cindy? Mają podobny współczynnik inteligencji… i czemu on i jego najwierniejszy przydupas, zawszę muszą siedzieć za nami…

- Wiesz, znając Owena Blevinsa i dodając do tego fakt, że jest przywódcą tego stada goryli, które nazywane jest drużyną futbolu amerykańskiego, to kto by za nami nie siedział i tak ustąpiłby mu miejsca ze strachu o swoje zdrowie.

- Mhmm… - mruknął blondyn, biorąc się za rysowanie w swoim zeszycie.

- Zostało dziesięć minut młodzieży! - zawołał profesor Conway. - Pamiętajcie, że jeśli nie zdążycie zrobić wszystkich preparatów, to będziecie musieli nadrobić to w czasie lunchu albo po lekcjach.

- Ile nam zostało? - zapytał Feliks.

- Oprócz tego jeszcze jeden – odparła Węgierka.

- Czyli powinniśmy się uwinąć do końca lekcji. Dobrze, przy odrobinie szczęścia nie zdążą mi wykupić rogalików z automatu.

- Znowu masz zamiar darować sobie wizytę w stołówce?

- Owszem, ale nie martw się, tym razem nie będę miał na obiad pączków. Skoczę po lekcjach do jakiegoś chińczyka i wezmę sobie coś na wynos.

- Nie możesz wiecznie unikać stołówki. Nie wyrobisz finansowo na żarcie na wynos, a to ze stołówki jest za darmo i o dziwo nawet smaczne.

- Zawsze mogę się przerzucić na chińskie zupki.

- Weź, niezdrowe to to w cholerę…

- Mam do wyboru narażać zdrowie fizyczne jedząc chińskie zupki, albo zdrowie psychiczne idąc na stołówkę, gdzie na pewno nie będę miał spokoju. Dobra róbmy ten ostatni preparat i posprzątajmy szybko, to zdążę wystartować w wyścigu o rogale.

- Biegasz na tyle szybko, że na stówę zdeklasujesz przeciwników.

W trymiga uwinęli się z ostatnim preparatem, zgłosili wykonanie ćwiczenia nauczycielowi i za jego zgodą spakowali swoje rzeczy i przycupnęli obok drzwi, żeby zaczekać na dzwonek.

- Nie mogę się doczekać, aż na sekcji tanecznej zaczniemy przerabiać tańce ludowe – powiedziała Elizabeta z ekscytacją. - Chce zatańczyć Czardasza.

- Mnie tam bardziej zastanawia Step Irlandzki, niby tylko tupanie, ale trzeba mieć niezłe tempo.

- Ale wiesz, że pani Vautrin poprosiła nas o przedstawienie przynajmniej jednego tańca ze swojego kraju.

- Wiem i nie mam zamiaru próbować się od tego wymigać. Mam tylko jeden mały problem…

- Duży wybór? - zgadła Lizzie.

- Za duży… aż się zdziwiłem, że jest tego aż tyle.

- Mówisz? To ile ich jest?

Blondyn zmarszczył brwi, starając się przypomnieć te wszystkie nazwy.

- W chuj – stwierdził w końcu. - Znaczy takich uznawanych za narodowe to jest pięć, ale jak dodać do tego inne, takie mniej znane…

- Coś ciekawego na pewno wybierzesz. A jeśli jest coś lepszego od samego tańca, to będą to stroje ludowe.

- O mój dobry Boże… tego też jest w cholerę…

- Więc lepiej decyduj szybko, żebyśmy w sekcji projektanckiej mieli czas na uszycie stroju.

- Mhm, postaram się, najwyżej wybiorę na chybił trafił.

Parę minut później rozległ się dzwonek, więc chwilowo przerwali rozmowę. Elizabeta nie chciała opóźniać startu Feliksa, coby ten na pewno dostał przekąskę, na której mu zależało. Za to komuś z klasy bardziej zależało na czymś innym.

- Przepraszam, chciałbym przejść – powiedział blondyn do stojącego mu na drodze ucznia. Ze dwa albo nawet i trzy razy większego od niego samego Owena Blevinsa.

- Dawaj zeszyt leszczu. - Stojący obok Owena chłopak, jego kumpel z drużyny futbolowej, Bryan Weaver uśmiechnął się paskudnie. Ci dwaj byli niemal jak bracia, wielcy, napakowani, łysi i ,jeśli nie chodziło o taktyke na boisku, niemożliwie tępi

Świetnie, tylko tego mi brakowało do pełni szczęścia, pomyślał Feliks biorąc nieco głębszy wdech.

- Pardon? Niby po co? - zapytał unosząc brew.

- Bo nie chce nam się zostawać na przerwie, żeby rysować jakiś mikroskopijny syf. Ty masz już wszystko i na pewno z chęcią się podzielisz, w zamian ominie cię jedna randka z kiblem.

- Owen, z łaski swojej, odwal się – powiedziała powoli Węgierka, rozglądając się za nauczycielem. Profesora Conway'a chwilowo nie było w sali, zapewne był na zapleczu i chował mikroskopy tych zespołów, które już skończyły. Zastanawiała się, czy powinna

- Lizzie, nie musisz bronić tego małego szmaciarza, zaczęłabyś się w końcu zadawać z normalnymi chłopakami.

- No przecież się zadaje, Feliks jest kompletnie normalny. A na pewno jest ciekawszą osobą, niż któryś z was.

- Na randkę z kiblem to mam ochotę, jak na ciebie patrzę – stwierdził blondyn. - I chyba śnisz, że oddam ci coś, nad czym ślęczałem całe zajęcia. Poza tym profesor od razu się kapnie, jak mu pokażesz mój zeszyt. Gdyby mało było tego, że mam o wszystkie kręgi nieba ładniejsze pismo i rysunki, to sam mu go przed chwilą pokazywałem… no i jeszcze mieliśmy inny zestaw preparatów do wykonania.

- Zaryzykuję, Conway jest dość roztargniony od kiedy jego żona urodziła. A teraz dawaj zeszyt.

- Możesz mnie cmoknąć w zadek przygłupie.

- Słuchaj… wiem, że lubisz w dupę, ale ode mnie możesz w nią dostać co najwyżej kilka kopów, jak będziesz tak kozaczył. Bądź grzecznym pedałkiem i daw…

Owen urwał, kiedy w głowę trafiła go całkiem spora kulka papieru, odwrócił się zdezorientowany i zaczął rozglądać za tym kto to rzucił.

- Tak jest ziom! Rzut za trzy punkty! - zawołał Alfred przybijając piątkę z Torisem.

- To jest znacznie prostsze, kiedy nikt cię nie blokuje – stwierdził Litwin szczerząc zęby.

- Nudzi ci się Lorinatis?! - warknął Owen. - Bronisz swojego chłoptasia?!

- Feliks, zmywamy się – rzuciła półgębkiem Elizabeta, ciągnąc Polaka za rękaw. Nie trzeba mu było dwa razy powtarzać. Przemknęli chyłkiem obok futbolistów i czmychnęli na korytarz.

- To nie jest mój chłoptaś, a tak poza tym to nie, ja tylko ćwiczę celność przed dzisiejszym treningiem. - Toris przeciągnął się lekko, po czym zaczął pakować swoje rzeczy. - Chciałem rzucić do kosza, ale twój łeb mi zasłaniał.

- Grabisz sobie… możesz być wschodzącą gwiazdeczką, ale znaj swoje miejsce, bo zgaśniesz szybciej niż byś pomyślał.

- To już chyba są groźby karalne. - Brunet zrobił zamyśloną minę. - Konflikty z prawem w tym wieku to kiepski start w życiu, przynajmniej w mojej opinii.

- Lepiej dobrze sobie przemyśl po czyjej jesteś stronie cwaniaczku. Jeden zły ruch i nie będziesz miał życia w tej szkole.

- Wezmę sobie tą radę do serca Owen, serio. A teraz sorki, idę zjeść lunch.

- O człowieku… w końcu – westchnął Alfred zrywając się z miejsca. - Zaraz chyba padnę z głodu.

- Mówisz to mniej więcej na każdej lekcji – westchnął Toris.


Jak tylko wydostali się z klasy, Feliks pognał w stronę automatów, modląc się, żeby zostało w nich jeszcze coś jadalnego. Elizabeta stwierdziła, że nie ma co się śpieszyć, więc dotarła na miejsce trochę później.

- I jak? Udało ci się coś dorwać? - zapytała Węgierka kiedy już dotarła do automatów.

- Jednego rogalika… i wafelek… - wymamrotał Polak podłamanym głosem. - Przez tego debila ledwie udało mi się zdążyć… a i tak umrę z głodu przed końcem lekcji.

- Weź nie przesadzaj…

- Tym bardziej, że Pizda kazała mi zostać po zajęciach za pyskówkę na angielskim.

- Oł… to poszukam w necie jakiejś ładnej wiązanki na twój pogrzeb… Ej patrz, zostało przecież jeszcze kilka batoników.

- Bo są z marcepanem, to paskudztwo powinno zostać zdelegalizowane.

- Aha… a gdzie masz zamiar dokonać konsumpcji? W nocy padało, więc siedzenie w parku to raczej marny pomysł.

- Po prostu pójdę do sali teatralnej, dokończę rysunek z wczoraj i przygotuje się psychicznie na poinformowanie pani Vautrin, że rezygnuję z muzyki.

- Dobra, to przynajmniej będę wiedzieć gdzie cię szukać w razie czego. Ja muszę lecieć do redakcji gazetki i dopilnować, żebyście z Torisem nie znaleźli się na pierwszej stronie następnego numeru. Tak na marginesie powinieneś mu podziękować za odwrócenie uwagi Owena. Gdyby nie on skończyłbyś albo bez zeszytu, albo w szpitalu… w najgorszym wypadku na cmentarzu. W ogóle mógłbyś być dla niego milszy, a nie zachowywać się wobec niego jak totalna szmata.

- A mogę mu wysłać pocztówkę? Okej, okej, być milszym… postaram się – westchnął blondyn, kiedy Węgierka posłała mu spojrzenie pod tytułem „chłopie zlituj się".
- Ale nie licz na to, że tak po prostu się do niego przekonam. Gość pobił nawet ciebie, jeśli chodzi o agresywne zawieranie znajomości.

- Nie mówię, że od razu macie zostać kumplami, po prostu trochę odpuść bo zdecydowanie przesadzasz. Chociaż gdybyście się zakumplowali, to byłoby mi to na rękę, bo socjalizowanie cię w pojedynkę to ciężki kawałek chleba.

- Ale ja się nie chcę socjalizować. Chcę mieć tylko święty spokój i robić to co lubię.

- Jeszcze mi podziękujesz za to, że próbuję cię wyciągnąć z tej twojej skorupki. Ale póki co muszę lecieć, do zobaczenia za godzinę.

Feliks kiwnął Elizabecie głową na pożegnanie i ruszył w kierunku sali teatralnej. Jeśli nie odbywał się jakiś apel, albo inna uroczystość, która wymagała jej użycia, sala wraz z zapleczem była terytorium Koła Artystycznego. W związku z tym, przez większość czasu, panował tu czysty chaos. Nie dało się inaczej, kiedy w jednym czasie odbywały się tu zajęcia z rysunku, malowania, rzeźby, śpiewu, tańca, gry na instrumentach, projektowania ubrań, aktorstwa i innych, nie rzadko dziwnych, rzeczy. Tkwił w tym jednak pewien porządek, przy odrobinie praktyki dało się płynnie poruszać w tym bałaganie, nie oberwać dłutem, pędzlem, smyczkiem albo czymś innym i szlifować swoje umiejętności. Orlene Vautrin, opiekunka całej grupy i przy okazji nauczycielka francuskiego, była ewenementem na skalę światową pod względem podzielności uwagi, bo potrafiła ogarnąć to wszystko bez większych trudności, w dodatku znała i pamiętała każdego członka swojej małej artystycznej armii. No… może czasami miała problem z imionami, na któryś zajęciach, Feliks był dla niej przez cały czas nie dość, że Juliuszem to Cezarem w dodatku. Można jej to było wybaczyć, zostanie rzymskim cesarzem na jeden dzień jeszcze nie było niczym strasznym.

Feliks był przekonany, że będzie tu sam, ale najwyraźniej nie on jeden pomyślał o spędzeniu przerwy na lunch w tym miejscu. Kilka osób zajmowało się rozkładaniem i strojeniem instrumentów, inni zajmowali się rozkładaniem folii na posadzce, w miejscu w którym zazwyczaj rozstawiali się rzeźbiarze i malarze… zwykłe przygotowania do mających się odbyć po przerwie zajęć. Blondyn usadowił się wygodnie na jednym z foteli na widowni, położył swoją torbę na miejscu obok i oparłszy nogi o siedzenie przed nim, wyciągnął swoje zdobyczne jedzenie. Chciał w spokoju zjeść i przeglądnąć trochę internetu w telefonie, przed zabraniem się za dokończenie rysunku.

- Feliks, mon ami, wcześnie dziś jesteś.

- Z tego co widzę nie tylko ja, więc nie wiem co w tym takiego dziwnego, Francis.

- Cóż, zazwyczaj wcześniej idziesz odrobinę spustoszyć stołówkę.

- Chłopie, chyba nie muszę ci tłumaczyć, dlaczego od wczoraj wolę unikać stołówki – powiedział Polak obrzucając swojego rozmówcę przelotnym spojrzeniem. Nie rozmawiał zbyt często z rok od niego starszym Francisem Bonnefroy'em, którego ojczystym krajem była Francja. Elizabeta częściej się z nim zadawała, głównie przy projektowaniu ubrań i strojów dla grup tanecznej i teatralnej. - Lizzie przyjdzie trochę później, poleciała na kolejną krucjatę do ziemi medialnej.

- Akurat teraz chciałem porozmawiać z tobą – oznajmił Francuz, zajmując miejsce obok.

- Niby o czym? - zapytał Feliks unosząc brwi ze zdziwieniem.

- Tak odnośnie tego wydarzenia z wczoraj... – zaczął Francis kładąc rękę na oparciu siedzenia, które zajmował Polak. Feliks na wszelki wypadek odsunął się kawałek, miał złe przeczucia. - W sumie miałem pewne podejrzenia od jakiegoś czasu, ale to nieistotne. Chcę cię tylko zapewnić, że nie musisz się wstydzić tego jaki jesteś…

- Jestem całkowicie normalny – oświadczył Feliks. Zdecydowanie nie podobał mu się kierunek tej rozmowy.

- Spokojnie mon ami, nie mam zamiaru cię potępiać. Chciałem tylko powiedzieć, że gdyby z twoim obecnym… partnerem, ci nie wyszło, to pamiętaj, że możesz szukać pocieszenia u starszego brata – powiedział Francuz, „przypadkowo" obejmując chłopaka ramieniem.

- Francis, taka drobna sugestia… spierdalaj – syknął Feliks, czując jak lekko go zemdliło. Chyba już wolał zostać nazwanym ciotą, niż to. O tym, że Francis jest bi, wiedziała cała szkoła, o tym, że jest niereformowalnym uwodzicielem też, ale takiej propozycji, to jednak Feliks się nie spodziewał… szykowały się kolejne bonusowe punkty. Strząsnął z ramienia, rękę Francisa i dla bezpieczeństwa przesiadł się ze dwa siedzenia dalej. - Nie jestem homo, wyskocz z czymś takim raz jeszcze, to nie zawaham się użyć Elizabety.

- Ale po co od razu te nerwy. - Francuz uśmiechnął się nerwowo. Zdążył się przekonać na własnej skórze, że z Węgierką nie ma żartów. Feliks też był pod wrażeniem tego, jakie jeszcze zastosowanie ma sztaluga. - Tak tylko mówiłem...

- Ja też tak tylko mówię – stwierdził Polak. - Swoją drogą zastanawia mnie, czy ta nowa, metalowa sztaluga, jest trwalsza od tej, która się wtedy połamała. - Parsknął cichym śmiechem, kiedy Francuz stwierdził, że jednak nie ma co ryzykować i wrócił do swoich projektów ubrań. Jednak chwilę później oparł się czołem o podłokietnik z ciężkim westchnieniem. - Ja pierdolę… to dopiero pierwszy dzień i połowa lekcji, a ja zdążyłem zaliczyć psychologa, męski podryw, próbę zajebania mi zeszytu, pobazgraną szafkę i wyzwiska… a jeszcze mam odsiadkę po lekcjach z Tetrisem… Dobrze, że jutro zaczyna się weekend...


- Ziomek, kiepsko idzie ci dotrzymywanie obietnic – stwierdził Alfred. Stali z Torisem w kolejce w stołówce, czekając na swoją kolej na napełnienie talerzy. - Mówiłeś, że już mu nie będziesz próbował pomagać, a mimo to Owena od niego odciągnąłeś.

- Wiesz, jakoś nie miałem ochoty na koniec biologii oglądać, jak ten mięśniak robi miazgę z kogoś o wiele mniejszego od niego.

- Niekoniecznie tak to się musiało skończyć, Feliks zawsze mógł oddać zeszyt… albo ktoś mógł zawołać Conway'a.

- Mimo wszystko wolałem się upewnić.

- I wszystko jasne. - Toris posłał Amerykaninowi pytające spojrzenie. - Jesteś tak miłym gościem, że nie potrafisz komuś nie pomóc jeśli możesz i to nawet w przypadku kiedy ten ktoś poważnie cię wkurzy.

- Przesadzasz – mruknął Litwin, rozglądając się za czymś do jedzenia, co by go zainteresowało.

- Z tym, że cię wkurzył, czy z tym, że jesteś miłym gościem? Jak dla mnie to dobrze, ta szkoła jest naprawdę super, ale jednocześnie pełno w niej snobów, ciężko się szuka naprawdę fajnych ludzi.

Po chwili namysłu Toris wziął sobie talerz spaghetti, podczas gdy Alfred wyładował swoją tacę burgerami.

- Wiesz, jestem zdania, że ten cały Feliks też może być spoko gościem – stwierdził Amerykanin, gdy szukali sobie miejsca do siedzenia. Toris obejrzał się za siebie z takim rozmachem, że o mały włos nie wywalił swojej tacy na podłogę. - Jakby nie patrzeć, to przygadał Żmii.

- Spoko gościem? A może po prostu zbolałym chamem? - powiedział brunet.

- Ziomuś, nie wiem co on ci powiedział, że aż tak się unosisz…

Toris zacisnął zęby z irytacją. Zazwyczaj kiedy ktoś dowiadywał się, że jest półsierotą padały słowa typu „och… przykro mi" albo „współczuję, to musi być straszne". Feliksa nawet to nie ruszyło, w dodatku stwierdził, że mu zazdrości, bo jego ojciec jest dupkiem… Z tym, że to on zazdrościł jemu, bo w ogóle miał ojca, w dodatku z tego co wywnioskował ze słów blondyna, takiego który załatwił mu stypendium do UWHS. Nie musiał ślęczeć od rana do wieczora nad książkami, spędzać nadprogramowych godzin w szkole i pobić wyniki każdego innego kandydata, tylko ktoś mu to wszystko załatwił. A swojego ojca nie lubił pewnie przez to, że go pilnował, zawsze tak było, jak czyiś rodzice byli bardziej surowi, to zawsze byli tymi najgorszymi. Ale akurat tej części wizyty w gabinecie pani Shaw Amerykaninowi nie opowiedział i nie miał ochoty tego zmieniać.

- Ale w jednym gość miał rację – powiedział Alfred, kiedy znaleźli już sobie wolny stolik. - Nie znasz go, do wczoraj nawet nie zdawałeś sobie sprawy z tego, że istnieje. Może ma jakiś powód żeby się tak zachowywać? Jakiś uraz z przeszłości czy coś…

- I co… twoim zdaniem mam się go zapytać o co mu chodzi? Przecież i tak mi tego nie powie – mruknął Litwin chwytając za widelec.

- Cóż, biorąc pod uwagę, że już ci groził, że cię zadźga długopisem jeśli nie dasz mu spokoju, to na mój gust pozostają dwa wyjścia.

- Ostatnim razem, kiedy podałeś mi dwa wyjścia z pewnej sytuacji, to skończyło się to tragicznie, więc trochę boję się spytać – westchnął brunet. - Ale wal, jakie genialne pomysły masz tym razem?

- Stary, to nie moja wina, że musiałeś wybrać akurat tą gorszą opcje. Ale jeśli chodzi o tą sytuację, to albo możesz zapytać Elizabetę Héderváry, w końcu to jego kumpela. A jak nie, to możesz się pobawić w… hmm… brakuje mi słowa…

- Stalkera? - zapytał Toris ze zwątpieniem, podpierając głowę na ręce.

- Nieee... chodziło mi bardziej o anioła stróża albo coś w ten deseń. Skoro Feliks nie chcę żebyś się do niego zbliżał, to możesz robić coś takiego jak na biologii, nie ingerować bezpośrednio. Pewnie zdobyłbyś przy okazji parę informacji, a przynajmniej trochę uspokoiłbyś sumienie.


Poza podrywem ze strony Francisa, reszta przerwy na lunch upłynęła w spokoju. Znaczy się, tak w miarę, bo kiedy zjawiła się profesor Vautrin i oznajmił jej, że rezygnuje z sekcji muzycznej, kobieta wpadła wręcz w rozpacz. Kiedy do sali przyszła Elizabeta, nauczycielka wciąż stała na środku sceny i wygłaszała dramatyczny monolog na temat zmarnowanego młodego talentu i nadchodzącego upadku kultury i moralności.

- Łał… - mruknęła brunetka, siadając obok Feliksa, który siedział na miejscu w pierwszym rzędzie z głową podpartą na ręce. Wyglądało to trochę tak, jakby oceniał przedstawienie. - Długo już tak przemawia?

- Z pół godziny – odparł blondyn. - W którymś momencie zacząłem się czuć jakbym słuchał mowy pożegnalnej na swoim pogrzebie.

- A ktoś jej próbował powiedzieć, że powinniśmy zacząć zajęcia?

- Ja się boję odezwać, a reszta ma chyba zbyt wielki ubaw, żeby próbować.

- Jak zwykle wszystko na mojej głowie… - westchnęła Węgierka. - Pani profesor! Czas nam ucieka, dzwonek na zajęcia był pięć minut temu!

- Och… - Nauczycielka wyglądała na co najmniej zdziwioną tym, że ktoś jej przerwał. - Faktycznie… dziękuję ci Elisabeth… Moi drodzy bierzemy się do pracy! - zawołała klasnąwszy w dłonie i schodząc ze sceny.

- Okej… w sumie to to samo imię – stwierdziła Węgierka wzruszając ramionami. - Działo się coś ciekawego, jak mnie nie było?

- Prawie skończyłem rysunek, a Francis próbował mnie poderwać.

- Że co?! - wykrztusiła Elizabeta zginając się w pół ze śmiechu. - O mój dobry Boże, czemu omijają mnie najlepsze akcje?

- Nie wiem co w tym 'najlepszego' - burknął Feliks. - Ale postraszyłem go tobą, to dał sobie spokój… przynajmniej na razie… Chyba kupie sobie paralizator, tak dla bezpieczeństwa.

- Oj tam, wystarczy sztaluga malarska.

- Paralizator, w przeciwieństwie do sztalugi, można nosić w kieszeni.

- A, to fakt…

- Feliks, mam nadzieję, że przemyślisz jeszcze raz swoją decyzję – powiedziała pani Vautrin załamanym głosem. - Nie rozumiem dlaczego rezygnujesz z muzyki… jakie zajęcia masz później? Jeśli spóźnienia to poważny problem, mogę spróbować porozmawiać z prowadzącym.

- Eee… naprawdę nie trzeba! - Feliks wolał nie wywoływać kolejnego dramatu. Gdyby nauczycielka dowiedziała się, że rezygnuje z sekcji muzycznej dla sportu, to chyba dałaby mu artystyczną ekskomunikę. I tak raczej miała się dowiedzieć, ale miał nadzieję, że do tego czasu pani Vautrin nieco ochłonie.

- W sumie też mnie zastanawia, co robisz po tych zajęciach – stwierdziła Elizabeta z zamyśloną miną. No taaak… jej też musiał oznajmić, że chciał trochę pograć w siatkę. Podejrzewał, że nie będzie mu robić wyrzutów, chyba, że o to, że nie powiedział jej wcześniej.

- Powiem ci, ale trochę później dobra? Na razie muszę wykonać jakąś ofiarę przebłagalną dla pani profesor.

- Trzymam cię za słowo, możemy pogadać, przy ćwiczeniach z tańca.

Całe szczęście profesorka dała się nieco ugłaskać, kiedy pokazał jej rysunek nad, którym teraz pracował, szkic przedstawiający smocze aspekty z World of Warcraft. Miał zamiar go jeszcze pokolorować, ale najpierw musiał go dokończyć. Wolał się tym jednak zająć na osobności, z ołówkiem i kredkami radził sobie naprawdę dobrze, ale podczas zajęć wolał raczej uczyć się korzystania z nowych technik i form plastycznych. Co poskutkowało tym, że pod koniec zajęć, miał kilka czarnych pasemek z tuszu we włosach i skaleczenie na kciuku, po tym jak omsknęło mu się dłuto. Pod koniec zajęć, jak zwykle zabrali się z Elizabetą i kilkunastoma innymi osobami za ćwiczenia taneczne, na chwile obecną przerabiali walce.

- Czyli, doprowadziłeś panią Vautrin niemalże do łez, bo chcesz pograć w siatkówkę – podsumowała Lizzie. - Czekaj, czemu dopiero teraz dowiaduje się, że chodzisz na siatkówkę?

- Dlatego, że wcześniej to w sumie rzadko kiedy chodziłem na treningi, bo miałem za dużo na głowie tutaj – odparł Feliks, starając się jej nie nadepnąć. Niby walc angielski był dość powolnym tańcem, ale i tak wymagał precyzji, jeśli chciało się uniknąć strzału w zęby od przydepniętej partnerki.

- Czyli zaraz kończymy i zawijasz się na trening hmm? W sumie to dobrze, że trochę bardziej zadbasz o kondycję, bo tańce ludowe to wymagają sporej wytrzymałości.

- Mam wrażenie, że umrę z wycieńczenia, jeśli najpierw ty mnie będziesz męczyć, a potem pójdę na trening.

- Wiesz, zawsze możemy zaczynać od tańca, wiesz, że na zajęciach z Vautrin nie ma określonego porządku. Potańczymy, odpoczniesz sobie nad jakimś rysunkiem, a potem możesz lecieć na trening i nie umrzeć.

- Okej, to brzmi jak plan. Dobra, to ja już lecę, muszę jeszcze wziąć strój sportowy z szafki.

- Jasne, powodzenia w podbijaniu drużyny.

Feliks zebrał się szybko i opuścił salę, zanim pani Vautrin zdążyła go zauważyć i zacząć kolejną tyradę. Przepakował swoją torbę, zauważając, że w międzyczasie napis na drzwiczkach jego szafki zniknął (zapewnie woźny się tym zajął). Wziął głęboki wdech, starając się opanować nerwy, niby wmawiał sobie, że to nic takiego, ale i tak się denerwował dzisiejszym treningiem. Na zdenerwowanie nie pomógł mu fakt, że w szatni przywitały go raczej podejrzliwe spojrzenia. No tak, czego mógł się spodziewać, jeśli większość uczniów uważała go teraz za homoseksualistę. Dla świętego spokoju poszedł się przebrać do toalety. Swoje ubrania i resztę rzeczy schował do jednej z szafek, kluczyk wsadził do kieszeni, po czym podszedł do Lovino, który już przebrany czekał przy wyjściu na salę gimnastyczną.

- Gotowy na podbój drużyny i serc niewieścich? - zapytał Włocha, mając nadzieję, że wygląda na wyluzowanego.

- Zniszczę każdego dupka, który spróbuje mi przeszkodzić – oświadczył Lovino.

- Czyli, że tak...

- Nie rozumiem, dlaczego Nekrasova chcę zrobić zmiany w drużynie… - powiedział ktoś głośno. Obaj obrócili głowy, żeby zobaczyć kto to.

- Obecny skład jest dobry i nie trzeba go zmieniać, a już zwłaszcza wpuszczać do niego nieumiejących grać świeżaków – oświadczył czarnowłosy, wysoki chłopak, o ciemnej karnacji.

- Mhm… to ten Brazylijski dupek, który myśli, że jest taki dobry. Gdyby mógł to grałby sam na wszystkich pozycjach – mruknął Włoch.

- Rico – Polak zrobił zamyśloną minę, po czym uśmiechnął się lekko, przypominając sobie pewien filmik, który ostatnio oglądał na YouTube. - Rrrrrrico… Rrrrrrricardo…. Rrrrrretardo.

- To mu bardziej pasuje – stwierdził Włoch z uśmiechem.

- Śmiesznie by było, gdybyśmy my dwaj dostali się do drużyny, a Retardo albo wyleciał, albo grzałby ławę co?

- To by było piękne, więc nie spierdol tego. Już wolę być z tobą w drużynie, zboczony dupku, niż z tym kretynem.

- Już ci mówiłem, złośliwy nie zboczony… Ale dzięki za ciepłe słowa, zobaczę co da się zrobić.

- Wszyscy już gotowi?! - zawołała Nekrasova. - W takim razie jazda na parkiet, kto się będzie ociągał będzie biegał przez cały trening zamiast grać.

- No to nadeszła chwila prawdy – westchnął Feliks.


- Odkryłem już, co jest nie tak z naszą współpracą ziom – mruknął Alfred. - Moje pomysły są dobre, to twoja interpretacja jest chujowa. Mówiłem anioł stróż, a nie stalker!

- Alfred… zamknij się – powiedział cicho Toris, chociaż w głębi duszy się z nim zgadzał. Jak inaczej można by zinterpretować to, że teraz skradali się trybunami, żeby podejrzeć trening siatkarzy. Jakby samo to było za mało, to Litwin specjalnie urwał się wcześniej z zajęć ze sztuk walki, żeby móc obejrzeć chociaż końcówkę. Alfred miał okienko, więc zabrał się z nim raczej z ciekawości, ale ponarzekać trochę musiał.

- Wiesz, słyszałem, że trenerka siatkarzy to straszna kosa – mruknął Amerykanin. - Trenuje też dziewczyny. Podobno jak kiedyś kilku chłopaków, chciało podglądać żeński trening i ich na tym przyłapała, to urządziła im piekło…

- Alfred, nie pomagasz, przymknij się w końcu… chyba mają mecz sparingowy…

Amerykanin wychylił się lekko zza plastikowego krzesełka, żeby lepiej widzieć.

- O, widzę, że twój obiekt westchnień zaraz będzie zagrywał…

- Chyba zaraz cie walnę… i rzucę ich trenerce na pożarcie…

- Cicho siedź, oglądam mecz!

Toris, pokręcił głową z niedowierzaniem, Alfred czasami bywał po prostu niemożliwy. Zamilkł jednak, sam był ciekaw jak potoczy się mecz.


- Okej, Feliks… nie spierdol tego – mruknął do siebie blondyn, odbijając piłkę od ziemi.

Początek treningu nie był niczym niezwykłym, typowa rozgrzewka, kilka ćwiczeń typu podania i zagrywki… a teraz mecz sparingowy z obecną drużyną, co wydawało mu się odrobinę nie w porządku. Mecz z bardziej doświadczonym zespołem, złożonym ze starszych uczniów, był zdecydowanie ciężkim sprawdzianem.

Zwłaszcza jak brakowało tych kilku centymetrów wzrostu, żeby skutecznie blokować atak...

Starał się nadrabiać grą z drugiej linii i obroną, ale miał pewne wątpliwości, czy to zda egzamin. Mimo to, wedle jego opinii i tak szło im nieźle, skoro doprowadzili do tie break'a. Wiele teraz zależało od skutecznej zagrywki, więc był trochę… bardzo pod presją.

- Te, blondyna! Serwuj w końcu bo nas tu noc zastanie! - zawołał Ricardo z drugiej strony boiska. - Bez obaw, jak już was zgnieciemy, to będziesz mógł polecieć wypłakać się na ramieniu swojego chłopaka!

Nekrasova spojrzała na Brazylijczyka kątem oka, ale powstrzymała się od komentarza, kiedy zobaczyła szeroki uśmiech na twarzy Polaka.

- Nie no kurwa, to się musi udać – mruknął Feliks pod nosem, podrzucając piłkę w górę. Jeśli istniała jakaś sprawiedliwość na tym świecie, to musiała mu teraz pomóc z odpowiednim poprowadzeniem piłki. - Jak się uda, będzie śmiesznie, jak się nie uda, to będzie aut i reszta mojego zespołu mnie zatłucze… - Lekkie odbicie, wyskok, uderzenie w piłkę, a reszta potoczyła się jak w spowolnionym tempie. Piłka gładko przemknęła nad siatką, minęła przyjmującego… i wylądowała centralnie na twarzy Ricardo, który chyba się tego nie spodziewał. Po randce z facjatą Brazylijczyka, piłka wróciła tam skąd przybyła i wylądowała parę metrów za Feliksem, którego mina świadczyła, że chyba sam nie do końca wierzył w to, że mu się udało.

- Aut, punkt dla zespołu świeżaków – stwierdziła trenerka, wskazując na odpowiednią stronę boiska.

- Jak to punkt?! Za to powinna być kartka! - krzyknął Rico, rozmasowując twarz.

- Kartka jest za niesportowe zachowanie Hernandez – odparła Nekrasova. - Między innymi za dyskusje z sędzią, więc na twoim miejscu bym uważała na słowa. Dziewięć do dziesięciu na korzyść starej drużyny, piłka nadal po stronie świeżaków. Łukasiewicz, bierz piłkę i wznawiamy mecz, musimy skończyć zanim przyjdzie Wilkins i jego koszykarze.

- Okej, niech ci będzie, że złośliwy, a nie zboczony – mruknął półgębkiem Lovino. - Cela to ty jednak masz.

- Lepiej módl się, żeby ten cel wystarczył do końca tie break'a, jeszcze mamy szansę to wygrać – odparł Feliks.


- Ziom, to było ge… dlaczego jesteś taki blady na twarzy? - zapytał Alfred, zerkając na Torisa.

- Chyba zacznę chodzić do szkoły w zbroi… albo chociaż w hełmie – mruknął Litwin. - Przynajmniej do momentu, w którym Feliks trochę nie ochłonie. - Wolał nie przekonywać się, czy dostanie petardy w twarz, piłką do siatkówki bardzo boli. Na pewno wywoływała na obliczu nie lada rumieńce, patrząc na twarz Ricardo. Co prawda nie było powiedziane, że stałby się celem dla siatkarskiego działa samobieżnego typu „Feliks", ale wolał dmuchać na zimne.

- Wiesz co? Chyba powinniśmy się zbierać – stwierdził Amerykanin, patrząc na zegarek. - Lada moment oni kończą, a my zaczynamy. Mimo wszystko nie chciałbym ani zostać przyłapany przez ich trenerkę, ani spóźnić się na własny trening.

- Dobra… zwijamy się... Szlag, zapomniałem wziąć strój z szafki.

- To leć, najwyżej powiem trenerowi, że trochę się spóźnisz.


- Cholera… a było tak blisko – westchnął Feliks.

- Weź mi nie mów… teraz ten kretyn będzie się puszył przez resztę wieczności – burknął Lovino.

Koniec końców przegrali mecz, nawet pomimo kilku celnych zagrywek z jego strony i tego, że obaj z Włochem wylewali z siebie siódme poty przy obronie. A on przy okazji pozdzierał sobie kolana, łokcie i zadbał o to, żeby parkiet na sali był dobrze wypolerowany, kiedy skakał za piłką. W nagrodę za przegraną sprzątali teraz salę z piłek i reszty sprzętu.

- Wiesz… może mimo wszystko trenerka doceni nasze poświęcenie – mruknął Polak przyglądając się dziurze w swoim podkoszulku.

- Mam nadzieję, nigdy w życiu się tak nie namęczyłem i nie chcę, żeby to poszło na marne.

Kiedy już uprzątnęli wszystko co było do posprzątania i ustąpili miejsca dopiero co przybyłej drużynie koszykarskiej. Trenerka zebrała ich wszystkich przed wejściem do szatni, żeby ogłosić swoją decyzję co do ostatecznego składu drużyny.

- Nie mamy dużo czasu, więc żeby nie przedłużać i nie przeszkadzać trenerowi Wilkinsowi w trenowaniu jego drużyny marzeń, polecimy z tym bez zbędnego pietyzmu – oznajmiła Nekrasova. - Maksić zostaje, Rissanen na ławkę, za niego do głównego składu wchodzi Vargas…

- Tak! - syknął Lovino. - Wszystkie ładne dziewczyny będą moje!

- Gratuluje chłopie – powiedział Feliks, gryząc się lekko w język, żeby nie zacząć się śmiać. Priorytety Włocha były nie do zdarcia. Westchnął cicho, trenerka dotarła już prawie do końca listy, a jego nazwisko dalej nie padło, chyba pozostała mu tylko gra hobbystyczna.

- A na pozycji libero Hernandeza zastąpi Łukasiewicz – powiedziała Nekrasova, kończąc odczytywanie listy. - Chyba, że dalej będzie się spóźniał na treningi.

- Chwila… że co? - zapytał zdziwiony Rico. Jeszcze chwilę temu rozmawiał ze swoimi kolegami, przechwalając się i naśmiewając z przegranych, teraz wyglądał jakby go ktoś kopnął w piszczel. - Jak to „zastąpi"? On? Mnie?

- No popatrz go, a taki był pewny siebie – mruknął Lovino ze złośliwym uśmieszkiem. - Widzisz draniu? Jednak nasze poświęcenie się opłaciło!

- Draniu? Łał, widzę, że sporo awansowałem – stwierdził Feliks. „Drań" w słowniku Włocha był niemalże synonimem kolegi, więc to było nie lada wyróżnienie. Decyzją Nekrasovej był nie mniej zdziwiony niż Rico. - Libero huh? Przy moim wzroście lepiej chyba nie mogłem trafić…

- Lepiej zaopatrz się w jakieś ochraniacze, Feliks – powiedziała trenerka, spoglądając na jego zdarte kolana. - Doceniam to z jakim poświęceniem bronisz swojej połowy boiska, ale postaraj się nie zabić przy okazji.

- Eee… spróbuję…

- Nie „spróbuję", tylko „obiecuje, że się nie zabije na boisku pani trener!".

- Tak jest pani trener? - powiedział niepewnie Polak.

- Może być. A teraz jazda pod prysznice, kto musi to do pielęgniarki, a potem na zajęcia albo do domu!

- Masz coś jeszcze po treningu, poza odsiadką za angielski? - zapytał Lovino, kiedy wszyscy, poza Rico, który poszedł wykłócać się z trenerką, poszli do szatni.

- Politykę… ale chyba faktycznie najpierw pójdę do pielęgniarki. Wymówka za spóźnienie jest, z czego z chęcią skorzystam, a faktycznie trochę to wszystko piecze. Jak już przy tym jesteśmy, to masz pożyczyć notatki z angielskiego?

- Nie, sam muszę przepisać od Feliciano, możesz jego zapytać. Chociaż nie wiem po co, podobno i tak nie masz życia towarzyskiego.

- Może i nie, ale test z angielskiego mnie pewnie nie ominie.

Rozmawiali jeszcze przez jakiś czas, póki Lovino nie stwierdził, że zbiera się już do akademika. Feliks spokojnie poczekał na swoją kolej, żeby skorzystać z prysznica, ogarnął się na szybko i już przebrany, poszedł żeby zebrać swoje rzeczy i udać się do pielęgniarki. Z łomotu jaki dobiegał z hali wynikało, że drużyna koszykarska już zaczęła swój trening. Otworzył szafkę, żeby wyciągnąć z niej torbę i telefon, gdy nagle jego uszu dobiegł jakiś szmer. Odwrócił głowę zaalarmowany, jednak nikogo, ani niczego podejrzanego nie dostrzegł.

- Wydawało mi się czy… - mruknął drapiąc się po karku, po chwili jednak wzruszył ramionami i odwrócił się z powrotem, żeby zamknąć szafkę. Jeszcze zanim zdążył się obrócić, dostrzegł jakiś ruch kątem oka, a następnie poczuł jak czyjeś ręce popychają go do przodu, wprost do wnętrza szafki.

- Co jest kurwa?! - krzyknął zaskoczony. Poczuł jak oblewa go zimny pot, kiedy drzwiczki zamknęły się z trzaskiem, dociskając go do tylnej ścianki szafki. - Ej! To nie jest zabawne!

- Jest zabawne i to w cholerę… tak zabawne jak wygryzienie mnie z miejsca w drużynie!

- Rico?! Weź się nie wydurniaj i mnie stąd wypuść! Muszę iść na lekcje!

- Trudno, najwyżej mocno się spóźnisz! Siedź sobie tam szmaciarzu i nie martw się na zapas, ktoś cię w końcu stąd wypuści! Na przykład chłopaki od Wilkinsa jak już skończą trening, gdzieś za godzinę. Chociaż jak dla mnie to możesz tam zgnić w cholerę.

- Chyba sobie jaja robisz… Wypuść mnie z tej cholernej szafki ty sukins... hej! - W odpowiedzi usłyszał tylko trzask drzwi prowadzących na korytarz.

- Kurwa mać… a już powoli zaczynałem uważać ten dzień za całkiem przyjemny… - wymamrotał blondyn pod nosem, starając się opanować narastający strach. - Okej… tylko nie panikuj… oddychaj głęboko, po prostu zacznij wołać o pomoc… na pewno ktoś cię zaraz stąd wyciągnie. Nie utkniesz tu na zawsze… nie panikuj do jasnej cholery.

Wymacał w swojej kieszeni telefon, z miłą chęcią użyłby go do wezwania pomocy, to jest Elizabety, bo tylko o niej był w stanie teraz pomyśleć, ale miał za mało miejsca, żeby go wyciągnąć i tak już ledwie się mieścił.

- Spokojnie… tylko spokojnie, bez paniki… nie ma się czego bać… - szeptał pod nosem, mrugając zawzięcie, żeby pozbyć się łez cisnących mu się do oczu. - POMOCY! NIECH KTOŚ MNIE STĄD WYCIĄGNIE! - Miał raczej marne szanse, żeby ktoś go usłyszał, było już po dzwonku, więc na korytarzu nikogo nie było, a na sali był zbyt duży hałas.

- Halo? Feliks? - dobiegł przytłumiony żeński głos z jego kieszeni. - Chłopie, lekcje są, jak mnie nauczyciel przyłapie na rozmawianiu przez telefon na lekcji to mam przewalone. Gdzie ty się w ogóle podziewasz?!

- Lizzie! Błagam wyciągnij mnie stąd! – zawołał rozpaczliwie w kierunku telefonu. Musiał przez przypadek odblokować urządzenie i wcisnąć kontakt do Węgierki.

- Skąd mam cię wyciągnąć? Gdzie ty jesteś?

- W szatni! Pośpiesz się, zaraz się uduszę… - W drzwiczkach były otwory, więc uduszenie mu nie groziło, ale zaczął już panikować, miał… uraz, do ciasnych, zamkniętych przestrzeni.

- W szatni? Co ty tam jeszcze… nieważne, tylko spokojnie Feliks, zaraz tam będę, nie panikuj!

Naprawdę się starał, ale nie potrafił tego opanować, to było silniejsze od niego.

- To tylko. Jebana. Szafka! Przestań panikować jebany idioto! - jęknął czując jak zaczyna mu się kręcić w głowie. - Tylko szafka… - drgnął gwałtownie, słysząc otwierane z hukiem drzwi.

- Ja pierdolę, trener mnie zabije…

- Pomocy! Wyciągnij mnie stąd! - nie miał pojęcia kto to, ale był pewny, że skądś znał ten głos… na pewno nie była to Lizzie, bo głos należał do faceta. Chwilowo jednak tożsamość osoby, która weszła teraz do szatni, była mało istotna.

- Czekaj… że co, skąd… i kto… chwila… co ty robisz w szafce?

- Pięknie to znowu ty… - syknął Feliks, rozpoznając do kogo należał ten głos. - Nieważne, wyciągnij mnie stąd!

- Ahaaa, to teraz jednak chcesz żebym ci pomógł? - zapytał z przekąsem Toris, opierając się o szafkę obok. - Czy ja wiem… mówiłeś, że masz gdzieś moją pomoc. Chyba powinienem cię tam jednak zostawić… w końcu sam tego chciałeś.

- Wypuść mnie stąd kretynie! - krzyknął blondyn łamiącym się głosem. Serce waliło mu jak oszalałe i coraz ciężej mu się oddychało, czuł, że coraz bliżej mu do utraty przytomności. - Błagam… proszę… wypuść mnie… już nie będę…

- Czego nie będziesz? Groził mi śmiercią jak się do ciebie odezwę czy co? - Litwin był nieco zdziwiony zachowaniem Polaka, brzmiał tak, jakby miał zaraz wyzionąć ducha ze strachu. Jeszcze bardziej zdziwiło go, kiedy chwilę później do szatni wpadła zdyszana Elizabeta. - Hej! To jest męska szatnia!

- W dupie to mam, gdzie on jest?!

- Lizzie, proszę! - zaszlochał Feliks, skrobiąc paznokciami metal. - Proszę… chcę stąd wyjść!

- Spokojnie, zaraz cię stamtąd wyciągnę, wytrzymaj jeszcze chwilkę… Ty go tam zamknąłeś? - syknęła Węgierka, patrząc na bruneta wrogo.

- Nie! Dopiero co przyszedłem! - Toris mimowolnie cofnął się o krok, na widok iskier sypiących się z oczu dziewczyny. - Już tam był jak wszedłem do szatni…

- I co? Tak po prostu sobie tutaj stoisz zamiast mu pomóc?!

- Dlaczego miałbym…

- On ma klaustrofobię idioto! Głuchy jesteś? Czy raczej taki tępy, żeby nie potrafisz rozpoznać, kiedy ktoś odchodzi od zmysłów ze strachu?!

- Skąd miałem wiedzieć…

- Och, po prostu się zamknij… Feliks słyszysz mnie? - zapytała Elizabeta podchodząc do szafki. Spróbowała otworzyć drzwiczki, ale były zamknięte. - Masz przy sobie kluczyk do szafki?

- N-nie w-wiem… chyba… c-chyba mam go w kieszeni…

- Dasz radę mi go jakoś podać?

- N-nie… nie mogę się ruszyć… Lizzie proszę…

- Już, spokojnie, już cię wyciągamy… Umiesz to otworzyć bez klucza? - zapytała zwracając się do Torisa.

- Nie, ale wiem gdzie trzymają zapasowe.

- To na co jeszcze czekasz? Zapierdalaj w podskokach! - Spojrzenie jakie mu przy tym posłała sprawiło, że Litwin wolał się nie ociągać. Po minucie był już z powrotem, z kluczem uniwersalnym do każdej szafki w szatni. Węgierka wyszarpnęła mu go z ręki ze zniecierpliwieniem i w końcu otworzyła szafkę.

- Już – mruknęła łapiąc Feliksa nim ten osunął się na podłogę. - Już jest wszystko w porządku… chodź, usiądź sobie na chwilę. - Usadowiła się z blondynem na jednej z ławek ustawionych pomiędzy dwoma rzędami szafek i objęła go delikatnie ramieniem. - Już, spokojnie… już się nie ma czym stresować. Potrzebujesz czegoś? Wody? Może chcesz się położyć?

Feliks tylko potrząsnął głową, Toris zdążył tylko uchwycić spojrzeniem jego rozszerzone ze strachu oczy, nim ten ukrył twarz w dłoniach. Był cały zlany potem, dyszał jakby dopiero co przebiegł maraton, a jego ciało drżało tak jakby było kilka stopni na minusie.

- Zaprowadzę cię do pielęgniarki, jak już trochę ochłoniesz, dobrze? Nie ma mowy, że w takim stanie pójdziesz na zajęcia, usprawiedliwię cię u profesora Königa, na pewno zrozumie.

- Przepraszam – wyszeptał Polak rwącym się głosem. - Przepraszam… nie chciałem...

- Nie masz za co przepraszać, potrzebowałeś pomocy – powiedziała Lizzie uspokajająco, chociaż nie była do końca pewna, czy Feliks mówi do niej. - Nie będę mieć kłopotów… Dla profesora to był po prostu awaryjny wypad do łazienki, w trybie nie cierpiącym zwłoki.

- Hej, Toris! Jesteś tam?! Trener jest wkurzony! - Litwin drgnął zaskoczony, słysząc głos Alfreda. Elizabeta w międzyczasie pomogła Feliksowi wstać i poprowadziła go w kierunku wyjścia z szatni, cały czas mówiąc do niego uspokajające słowa.

- Już idę! Tylko się przebiorę… - Toris z lekkim ociąganiem pozbierał swoje rzeczy. Nie mógł pozbyć się przeczucia, że tym razem to on zachował się jak kompletny dupek.


A więc... Lizzie to bardzo miła osoba :v

Wcielenie miłości, dobroci i troski XD

Chyba kiedyś napiszę jakiegoś PolHuna, jedyny pairing z naszym krajem, poza LietPolem, który akceptuję... Ale to raczej w przyszłym życiu, bo nie wiem czy w tym zdążę się wyrobić z tym co już mam :v

Uprzedzam tylko, że w przyszłym tygodniu, mogą być problemy z następnym rozdziałem. Wiecie, wesele w rodzinie, trza dom posprzątać, siebie ogarnąć... ech, na samą myśl mi się nie chce.

To do następnego.