Rozdział IV

Skierował się w kierunku Zamku Dour. Nikt na ulicy nie zwrócił uwagi na kolejnego żołnierza w cesarskim rynsztunku. W okolicach twierdzy Kurogane dostrzegł wysoką złotoskórą sylwetkę w ciemnej szacie maga zdobionej złotymi nićmi, chodzącą tak, jakby cały świat należał do niej.

Cóż, Altmerzy, a szczególnie Thalmorczycy, już tak mieli. Kurogane zmarszczył brwi. To była ta ciemniejsza strona dzisiejszego Cesarstwa. Odkąd podpisało Konkordat Bieli i Złota, powstrzymując dalszy zalew Altmerskiego Dominium, organizacja Thalmoru pilnowała przestrzegania zobowiązań pokoju, wizytując poszczególne prowincje i miasta cesarstwa.

Przed Wielką Wojną trzydzieści lat temu, zanim Kurogane pojawił się na świecie, wierzono w Dziewięciu Bogów. Po podpisaniu pokoju zostało ich Ośmiu. Cierniem w boku elfów był Talos, a właściwie Tiber Septim, założyciel Cesarstwa Tamriel, za swoje zasługi wyniesiony do rangi bóstwa. Dla dumnych i wyniosłych Wysokich Elfów myśl, że jakikolwiek człowiek mógłby stać się bogiem, była wręcz niepojęta, bo elfy zawsze uważały się za lepsze. Podobno miało to związek ze ich pojmowaniem stworzenia świata, gdzie elfy miały być potomkami bogów, a ludzie tylko istotami stworzonymi, nie mówiąc już o zwierzoludziach, których wiele ras elfich traktowało jak zwierzęta. Ale Konkordat to nie był tylko zakaz kultu i możliwość więzienia potajemnych wyznawców Talosa. Jedyna droga zakończenia wojny, ten upokarzający traktat, odbierała wiele ziem Cesarstwu, rozwiązywała i skazywała na śmierć Ostrza.

Ostrza byli organizacją zabójców smoków, która przybyła wraz z akavirską inwazją do Tamriel wiele setek lat temu. Zakorzeniła się w Tamriel, pozostawiając wierna swojemu akavirskiemu dziedzictwu, choć smoków już dawno nie było, a z czasem stała się elitą wojowników i szpiegów, dumą cesarza. Traktat rozwiązał Ostrza i pozbył się najwierniejszych obrońców cesarza.

Thalmorczycy na tym nie poprzestali; Mroczne Bractwo, organizacja zabójców, zostało oficjalnie zakazane na terenie Cesarstwa, rozwiązano Gildię Magów, skupiającą czarodziei w całym Cesarstwie. Uniwersytety magiczne wciąż działały, ale bez siatki powiązań nie wiodło im się najlepiej.

Kurogane wkroczył na dziedziniec, pozbywając się myśli o wojnie i jej skutkach. Na terenie zamku trwały poranne ćwiczenia; kilkunastu łuczników celowało do tarczy, a dwaj potężni mężczyźni ćwiczyli walkę na miecze. Kurogane zerknął na nich kątem oka; starszy udzielał półgłosem rad młodszemu. Z boku dziedzińca rosły Nord ćwiczył kudłatego psa.

– Kim jesteś? – Zapytał strażnik przy drzwiach, lustrując go spojrzeniem.

Kurogane bez słowa wyjął zza zbroi signaculum i zdjął go z szyi. Strażnik wziął do ręki nieśmiertelnik i przyjrzał się napisom.

– Słyszałem o waszym oddziale – powiedział, marszcząc brwi. – Paskudna sprawa… Pewnie szukasz nowej roboty, co? Wejdź. Korytarzem prosto, pierwsze drzwi na prawo, tam znajdziesz legat Rikke. Powodzenia.

Kurogane rzucił oszczędne „dzięki" i wszedł do zamku. We wskazanym pomieszczeniu znalazł legata, a właściwie legatkę, bo Rikke okazała się być kobietą, Nordką o krótko ściętych włosach i surowym spojrzeniu.

– Jesteś od Cresciusa Polusa, co? – Mruknęła, przyglądając się mu krytycznie, gdy już się jej zameldował i poinformował o chęci służby. – Spodziewałam się ciebie. Smoki… – dodała ciszej, jakby do siebie. – Cóż. Dostałam list od twojego dowódcy razem z rekomendacjami. Przydzielam się od razu do trzeciego oddziału. Twoim dowódcą będzie Ardiel. O, oto i on.

Poprzez otwarte drzwi Kurogane zauważył przechodzącego leśnego elfa w zbroi dowódcy, który słysząc swoje imię cofnął się i zameldował się legat Rikke. Elf miał śniadą skórę, lekko skośne brązowe oczy i szpiczaste uszy. Ciemnobrązowe włosy spinał na karku w węzeł, a kilka kosmyków opadało luźno na jego ramiona. Wydawał się niepozorny, ale Kurogane wiedział, że drobna budowa Bosmerów jest złudna. Łuk, który Ardiel nosił na plecach, z pewnością był zabójczą bronią.

– Ardielu, to Kurogane, twój żołnierz – oznajmiła Rikke.

Elf zmierzył wzrokiem Kurogane i uśmiechnął się ni to surowo, ni to serdecznie, a Kurogane od razu poczuł do niego nić sympatii.

– Witaj w oddziale – powiedział tylko Ardiel. – Chodź za mną, pokażę ci koszary i wydam wstępne instrukcje.

– Tylko z wierzchu jest taka oschła – rzucił Ardiel, gdy już opuścili kwaterę i szli korytarzami zamku. – W gruncie rzeczy Rikke ma dobre serce. Trudno o tak dobrego legata. A więc co tam u starego Cresciusa?

– Wrócił do Cesarskiego Miasta – odparł Kurogane.

Elf skinął głową ze zrozumieniem.

– Paskudna sprawa… Ale nie będę się nad tym roztrząsał, jeśli pozwolisz. Tu są kwatery – wskazał na drzwi po lewej. – Dwa lata temu przebudowaliśmy koszary. Rikke postawiła na komfort – elf pokręcił głową z dezaprobatą, wchodząc przez drzwi. – Krótko mówiąc, duże kwatery sypialne przerobiono na małe klitki z łóżkiem. Czy to takie komfortowe, śmiem wątpić… Tutaj. Twoje to pierwsze z lewej – Ardiel wskazał mu rząd drzwi po obu stronach wąskiego korytarza.

Kurogane zajrzał do środka i rzeczywiście, kwatera była malutka. W środku znajdowało się wąskie łóżko z siennikiem, skrzynia, mała miednica, a na ścianie uchwyt na broń. Oprócz tego miejsca było akurat tyle, by móc się obrócić, było to jednak ciekawą odmianą od nocowania w kilkunastu w cesarskich koszarach.

Do końca dnia Kurogane zapoznał się z rozkładem pomieszczeń i zaznajomił z nowym oddziałem podczas treningu i wieczornego posiłku.

– Nie chcesz może psa jako partnera? – Zapytał Nord, Torsten. Kurogane widział go wcześniej z psem, który teraz ułożył się grzecznie u stóp trenera.. – Właśnie zakończyłem tresurę.

Kurogane zerknął na zwierzę. Młody, biały pies odwzajemnił spojrzenie inteligentnymi oczami.

– Pomyślę nad tym – odpowiedział Nordowi.

Mężczyzna uśmiechnął się lekko.

– Furr to dobry pies – dodał, a zwierzę zaczęło machać ogonem. – Nie znajdziesz wierniejszych psów niż te od Roztrzaskanych-Tarcz. Potrafi tropić i zna sporo komend.

– Podobno w Cyrodil legion nie może trzymać psów – spytał inny żołnierz, błękitnooki Breton, Astav, ukradkiem pochylając się, by rzucić smaczny kąsek psu. Nosił charakterystyczną ciemną bródkę, której koniec okręcał wokół palca w chwilach zastanowienia. Kurogane dowiedział się, że Astav walczył i mieczem i magią. Podobno w Bretonach płynęła elfia krew, która sprawiała, że tak wielu rodziło się z umiejętnością lepszego okiełznania magii.

– Nie można – potwierdził Kurogane, przypominając sobie koszary w Cesarskim Mieście. – Legion trzyma psy w psiarniach i wypożycza je, gdy jest potrzeba.

– Tutaj na szczęście władze zezwalają na posiadanie psa – wtrącił się Ardiel, który do tej pory siedział nad dokumentami, ignorując stygnący posiłek. – I całe szczęście, niejeden pies uratował już życia naszych żołnierzy. W tym przeklętym mrozie są prawdziwym błogosławieństwem.

– Szef nadal nie przyzwyczaił się do Skyrim? – Zapytał z błyskiem w oku Astav.

– Szef może oddelegować cię do prac polowych za bezczelne odzywki – odparł Ardiel, nie odrywając wzroku od dokumentów.

Kurogane uśmiechnął się kącikiem ust. Zerknął jeszcze raz na psa i wtedy do głowy przyszła mu pewna myśl. Zmarszczył brwi i pokręcił głową, odrzucając ją. Nie, co za durny pomysł…


Na Zamku Dour dla żołnierzy, którym zawsze dopisywał apetyt, kucharzowała tęga Nordka o miękkim sercu i ciętym języku, Frida. Kurogane, siedząc przy długim drewnianym stole naprzeciw paleniska i poznając smak steka z mamuta – dotąd nie dowierzał w istnienie tych zwierząt i sądził, że to tak naprawdę wołowina, tylko inaczej przyprawiona – obserwował jak kucharka krzątała się dookoła, w wesoły sposób odpowiadając żołnierzom.

Skądś pojawiły się też butelki argoriańskiego piwa – Kurogane uznał je za sikacza – a nawet norski miód.

– Nikt w Skyrim nie przestrzega tego zakazu – wyjaśnił mu Astav, nalewając sobie kufel niby zakazanego trunku. – To jak, jakby człowiekowi zakazać jeść chleb. Cesarz chyba zdaje sobie z tego sprawę.

Kosztując miodu, Kurogane przez chwilę zatęsknił za winem, którym powszechnie raczono się w Cyrodil. Potem wyrzucił je myśli z głowy – był w tym całkiem dobry – i skupił się na tym, by alkohol był dodatkiem do wieczerzy, a nie jej główną atrakcją.

– Powinieneś poznać tutejszych kupców i wytwórców – zagadał Astav. Wyglądało na to, że nie zraził się małomównością nowego kolegi z oddziału. – A, i zakręć się wokół Listy Szlachetnych – dodał z uśmiechem.

– Co to? – Kurogane złapał na widelec kwadratowy pierożek nadziewany drobiem i po pierwszym kęsie musiał przyznać, że było to całkiem smaczne.

– Legat Rikke to wprowadziła jakiś czas temu – wyjaśnił mu Breton, zabierając się do orzechów smażonych w miodzie. Słodyczy na stole było naprawdę niewiele, przeważały tam proste i sycące posiłki, ale jak Kurogane się dowiedział, kucharki oddane sprawie czasem przygotowywały trochę łakoci. – Ona strasznie lubi nowe pomysły i innowacje. To ma być… cóż, lista najlepszych, najbardziej oddanych sprawie żołnierzy. Za znalezienie się na liście dostaje się jednorazowy dodatek do żołdu, za osiągnięcie najlepszej pozycji Rikke obiecuje nawet mieszkanie w mieście. Gra warta świeczki. A tak poza tym – Astav spojrzał na niego z ukosa, chrupiąc orzechy. – Poznałeś się z Fayem?

No tak. Kurogane miał rację, czując, że czarodziej będzie go prześladował.

– Można tak powiedzieć – mruknął wymijająco.

– Widziałem was na ulicy – odparł wesoło Breton. – Ma sklep tu, w Samotni. Swój chłop, chociaż czasem trochę dziwny, zamknięty w sobie. Ale się nie dziwię, wiesz?

– Czemu? – Kurogane nadstawił uszu.

–Jest Nordem – odpowiedział Breton tak, jakby to wszystko wyjaśniało. – A, no tak – zreflektował się. – Wybacz, zapomniałem, że jesteś z Cyrodil. Widzisz, ja jestem Bretonem z Wysokiej Skały, u nas jest wielu magów. Tutaj natomiast nie ma tak dużo, chodzi o rodowitych Nordów. Większość z nich to prości ludzie, bez wykształcenia. Taki ktoś jak Fay pewnie musiał mieć pod górkę. Nigdy o tym nie mówił – dodał, jakby sam się nad tym zastanawiając. – Studiowaliśmy razem w Zimowej Twierdzy. Jak go próbowałem zagadywać o przeszłość, to unikał rozmowy. Ale zawsze, jak przychodzę po mikstury, to aż mu się gęba nie zamyka… jakby bał się ciszy…

– Cisza! – Nagle nad stołem zagrzmiał głos Ardiela. Niepozorny elf stanął u szczytu stołu, przy którym natychmiast zrobiło się cicho. Na twarzy elfa w służbie cesarstwa pojawił się malunek: kilka poziomych i ukośnych kresek nad lewym okiem oraz jedna pozioma pod nim, namalowane ciemnoczerwoną farbą, jako barwy wojenne. Gdyby nie cesarska zbroja, przypominałby jednego z tych leśnych łowców, o którym opowiadał Kurogane ojciec.

Puszcza Valen od trzydziestu lat należała do Altmerskiego Dominium. Niesprawdzone pogłoski mówiły o czystkach, jakie przeprowadzali Thalmorczycy w lesistej ojczyźnie swoich kuzynów. Patrząc na Ardiela, Kurogane zrozumiał, że ten człowiek zrobi wszystko, by kolejna prowincja nie została oderwana od Cesarstwa, czekając, aż znów będzie mógł walczyć o odzyskanie swojej ojczyzny.

Biorąc pod uwagę zapędy Dominium, uzyskanie niezależności przez Skyrim mogło być najgorszą decyzją polityczną w tym stuleciu. Kurogane szczerze mówiąc już nie wiedział, którą stronę konfliktu wybrały Wysokie Elfy. Z jednej strony krytykowały Gromowładnych, głównie przez kult Talosa, z drugiej przecież bunt był im na rękę.

Kurogane nie był naiwnym dzieckiem i wiedział, że Konkordat Bieli i Złota to tylko odroczenie wojny, a pozbawione opieki Cesarstwa Skyrim długo nie pocieszy się wolnością.

– Żołnierze – Ardiel nie mówił głośno, ale w jakiś sposób modulował głos tak, że ten niósł się po całej sali. W oczach leśnego elfa była dzikość, której nie okiełznały nawet cesarskie rygory wojskowe. – Dostaliśmy informację od naszego szpiega. Ulfryk planuje wysłać drobne oddziały wzdłuż Morza Upiorów, przez Zimową Twierdzę i Gwiazdę Zaranną. Zamierza przepuścić kilka ataków z bagien między Samotnią a Morthalem na nasze placówki oraz prawdopodobnie na sam Morthal, a następnie się szybko wycofać. Zamierzamy wzmocnić nasze posterunki i być gotowi na atak. Rankiem oddziały dostaną dokładniejsze wskazówki. Spocznij!

– Tak jest! – Odkrzyknęła jednym głosem kompania żołnierzy i powróciła do kolacji.

– Ech – westchnął Astav. – Wolałbym cieplejsze rejony…

– Powiedz Ardielowi, co byś wolał – burknął do niego Torsten, gryząc kurczaka. – To ci zapewni wycieczkę w ciepłe rejony swojego brzucha. Wiesz, że Leśne Elfy zjadają ciała?

– Tylko swoich zmarłych – sprostował Astav.

– Ty nie masz jakiejś elfiej krwi w sobie?

– Nawet jeśli, to bardziej altmerską niż bosmerską…

– A psia wasza elfia mać, co to za różnica?

Kurogane odłączył się od dyskusji, w której Astav zażarcie bronił swoich elfich przodków i wyszczególniał różnice anatomiczne miedzy rasami elfów. Zamiast tego pomyślał o tym, co Astav powiedział o Fayu. Trochę się irytował, bo wyglądało na to, że cień czarodzieja nie chce opuścić go nawet na chwilę, ale…

Jakby bał się ciszy.

Spod stołu rozległo się pomrukiwanie Furra, niezadowolonego z tego, że Torsten nie daje mu kości.


Znów było tu pusto. Fay otworzył drzwi wejściowe, nie poświęcając temu ani jednej myśli. Zaklęcia ochronne działały i nie potrzebowały jego uwagi. Dom był chłodny i ciemny, jak zwykle. Gdy drzwi się za nim zatrzasnęły, pozostawiając go w ciemności zmierzchu, mimowolnie zadrżał. Szybkim ruchem posłał iskry w kierunku kominka i dopiero, gdy ogień nadał miejscu ciepło i jasność, odetchnął.

Prawie dobrze… było za cicho. Kolejne zaklęcie poszybowało, trafiając w magiczne dzwonki zawieszone na półpiętrze. Delikatne nici zabłysły, dzwoneczki zaczęły drżeć, najpierw chaotycznie, po to by za chwilę stały się instrumentem.

Zamknął oczy, słysząc delikatną, harmonijną melodię dzwonków. Ciepło, jasno, głośno. A może powinien pójść do gospody?

Ktoś wszedł drzwiami na dole, do sklepu i teraz odezwał się dzwonek, którego metaliczny dźwięk roznosił się po całym domu. Fay rzucił płaszcz na fotel, przybrał uśmiech i zbiegł na dół, pomiędzy półki z miksturami, wiszące pęki ziół, drewniane skrzynki pełne składników…

– Wieżowa Alchemia, od składników do warzenia! – Zaśpiewał swoje bezsensowne i kiczowate hasło reklamowe, informując klienta o swojej obecności. Postąpił jeszcze krok i wypadł zza rogu. – Dzień dober…Och.

Sklep był pusty, chociaż Fay nie słyszał, by ktoś wychodził. Natychmiast rzucił zaklęcie, ale nic nie wykazało. Oprócz niego w budynku nie było nikogo.

Przecież słyszałem… Pomyślał, kierując wzrok na dzwonek. Był całkowicie nieruchomy, chociaż zazwyczaj drżał jeszcze dłuższą chwilę po aktywowaniu zaklęcia.

Fay westchnął ciężko. Chyba od tej całej ciszy zaczynał mieć halucynacje.


Kurogane dowiedział się, że żołnierze w Samotni mają na ogół większą swobodę niż ich towarzysze broni w Cesarskim Mieście. Jeśli stacjonowali i nie mieli przydziału do konkretnego zadania, mieli sporo wolnego czasu. Jak się okazało, doskonałą metodą na zebranie włóczących się do mieście żołdaków było użycie rogu, którego dźwięk niósł się po całej stolicy, która wcale nie była taka duża, przynajmniej w porównaniu do miast Cyrodil. Wojna domowa nie wybuchła jeszcze na dobre, więc posiłki czekały na swoje rozkazy, czasem wspomagając lokalnych strażników.

Do miasta prowadziła tylko jedna droga, gdyż otoczona murami Samotnia leżała na klifie. Nie było możliwości, by zaatakować ją inaczej niż głównym traktem – od wschodu i północy przepaść, a od zachodu góry chroniły Samotnię. Miasto było idealną twierdzą.

Właśnie z tego powodu Kurogane miał czas, by po kolacji przespacerować się ulicami. Zmierzch zapadł już dawno i Cesarski musiał przyzwyczaić się do krótkich północnych dni. W tych rejonach Skyrim, zapewne przez bliskość pustynnego Hammerfell i umiarkowanej Wysokiej Skały, rzadko leżał śnieg.

Znów przyjrzał się głównej ulicy, wokół której skupiały się sklepy i karczma. Chociaż kusiło go, by zajrzeć do tej ostatniej, wiedział, że nie może. Bladym świtem – chociaż przy tych warunkach klimatycznych blady świt był pewnie dużo później niż na południu – mieli wyruszyć.

Kurogane przygotował już swój ekwipunek, by rankiem być gotowy do wymarszu. Starannie wyczyścił oręż i przejrzał zbroję, upewniając się, że nie zniszczyła się w żaden sposób, a potem zapakował prowiant i mikstury do plecaka.

Z tego co wiedział, mikstury leczenia zostały uwarzone przez Faya. Słyszał, jak tutejsi żołnierze chwalili jego eliksiry, narzekając natomiast, że nie oferuje on innych usług medycznych i po uzdrowiciela rzucającego odpowiednie zaklęcia muszą posyłać do Błękitnego Pałacu.

Przeprowadzając w myślach inspekcję bagażu, spacerował dalej ulicami, a nogi zaniosły go same w okolice Akademii Bardów. Bezwiednie zerknął na ciemne okna Dumnej Wieżycy. Mag pewnie już spał… A zresztą, dlaczego w ogóle Kurogane się nad tym zastanawia?

Prychnął i ruszył szybszym krokiem, stanowczo mijając posiadłość. Podszedł prawie pod sam Błękitny Pałac. Jak każdy inny budynek w mieście, był zbudowany z ciemnoszarego kamienia, tylko niebieski dach oznaczał się od innych.

Ponieważ za Błękitnym Pałacem były już tylko mury, musiał cofnąć się i znów przejść obok Wieżycy. Spojrzał w górę, na czyste niebo błyskające błękitno-zielonymi zorzami i dostrzegł ciemną sylwetkę opierającą się o barierkę balkonu.

Czarodziej go nie zauważył. W świetle małej lampki stojącej na balustradzie, oświetlającej jedynie część jego szaty, dłonie oraz zarys twarzy, Kurogane dostrzegł jedynie, że mag ma na sobie czarną, prostą szatę. Patrzył gdzieś ponad dachami domów.

Kurogane chciał już się wycofać, gdy dotarły do niego słowa z pewnością nieprzeznaczone dla niego.

– Obiecałeś, że wrócisz, Ashuro – szepnął smutno Fay, ale z powodu ciszy panującej na ulicy Kurogane słyszał go doskonale. – Dlaczego wszyscy, którzy składają mi tę obietnicę, łamią ją?

Czarodziej odwrócił się i już chciał wejść do środka, gdy zahaczył łokciem o lampkę. Spadła, przez moment jaśniejąc w powietrzu, aż uderzyła w ziemię, roztrzaskując szkło i wylewając olej, który od razu zapłonął. Fay odwrócił się, zaklął głośno i wychylił się zza barierki, by sprawdzić szkody i wtedy właśnie dostrzegł Kurogane.

– Och – Fay spłoszony zerknął to na niego, to na mały pożar. Potem wpadł do domu, by za parę sekund wypaść głównym wejściem. – Niezdara ze mnie – dodał przesadnie wesoło, zaklęciem gasząc pozostałości lampy. – Spacerujemy po nocach, co?

– Jeszcze wcześnie – Kurogane wzruszył ramionami, po czym zastanowił się, po co w ogóle się tłumaczy.

Zapadła kłopotliwa cisza.

– To… – zaczął Fay. – Um… Co u ciebie?

– Wyruszam jutro na misję – odparł Kurogane.

Fay pochylił się i zaczął zagarniać strzaskaną lampę w poły swojej szaty.

– To chyba dobrze, nie? – Mruknął. – A dotąd?

– Gwiazda Zaranna.

– Och. To… miła wioska.

Kurogane zmarszczył brwi, słysząc dziwny ton czarodzieja. Mag pozbierał to co miał pozbierać, jakimś cudem nie kalecząc rąk, i pozbył się tego zaklęciem.

– O czymś nie wiem? – Zapytał unosząc brew.

– Nie, wszystko w porządku – odparł szybko Fay. – Powodzenia. Nie wiem, czego się życzy żołnierzom… Bezproblemowych przeciwników, którzy sami wchodzą pod miecz?

– Wygodnych butów – odparł Kurogane z kamienną twarzą, chociaż zadrżał mu kącik ust. – Myślę, że… szybko wrócę – dodał, chociaż było to zupełnie nie w jego stylu.

Fay spojrzał na niego jakoś dziwnie, a potem uciekł wzrokiem.

– Mam nadzieję – powiedział z fałszywą wesołością. – Nie miałeś okazji jeszcze spróbować kawy, jaką parzę.

– Czego? – Kurogane zmarszczył brwi.

– Taki napój z Hammerfell. Robi tu furorę.

– Aha – Kurogane chyba miał na razie dość kulinarnych wynalazków tych stron Cesarstwa. Mimo to, patrząc w oczy Faya i mając w głowie podsłuchane słowa, nie potrafił odmówić. Przeklął w myślach czarodzieja. Pewnie rzucił na niego urok. Z takimi to zawsze były problemy. – Więc spróbuję po powrocie.

Fay uśmiechnął się do niego szczerze, a jego oczy pojaśniały. Jeszcze raz życzył powodzenia i zniknął za drzwiami Dumnej Wieżycy. Kurogane stał jeszcze kilka sekund, patrząc przez okna jak wnętrze rozjaśnia się światłem. Potem ruszył do Zamku Dour, mając nadzieję, że złapie kilka godzin snu.

Wkroczył do koszar, odprowadzany ponurym spojrzeniem wartownika, któremu niestety przypadła warta aż do świtu w mroźną noc. Kurogane zdążył już się dowiedzieć, że to najgorszy rodzaj warty i należy cały czas się ruszać, bo gdy nad ranem staje się najzimniej, wcale nie tak trudno o nieobudzenie się z drzemki.

No i nie należy podpadać Ardielowi, bo to jego ulubiony rodzaj kary. Jednak Leśne Elfy to barbarzyńcy.