4. Przez następne dni, Sherlock obserwował, jak John wraca z pracy w nadzwyczajnie dobrym nastroju, mamrocze coś podczas mycia naczyń i nawet nie rozgniewał się na serio, kiedy jego współlokator podpalił stół.
-Czy wiesz, że kiedy byłem młodszy, chciałem być strażakiem? –to był jego jedyny komentarz. Uśmiechnął się nawet do niego, kiedy odkładał gaśnicę i obaj patrzyli na zwęglone szczątki stołu.
Pani Hudson skarżyła się i była naburmuszona na Sherlocka, ale mógł jej nie słuchać, bo myślał właśnie o Johnie jako o strażaku i zauważył, że pewna część jego ciała zachowuje się w bardzo nieoczekiwany sposób (dlaczego? piromania?). Przełknął ślinę, gdy przyjął do wiadomości, że wszystkie jego manie koncentrują się ostatnio na Johnie.
Ale co z samym Watsonem, który wyglądał na tak zadowolonego w tych dniach, będąc wciąż nagabywanym przez SMSy od Lestrade'a?
Detektyw sprawdził. SMSy stały się mniej przypadkowe, za to bardziej debilne. Teraz pytał w nich, co doktor robił, jak mu minął dzień w gabinecie, czy chciałby się z nim spotkać itd. John odpowiada na nie wszystkie i właśnie miał zamiar się spotkać z DI na obiedzie, gdy Sherlock podpalił stół.
Pomysł, że John mógłby powoli dawać się omamić awansom Lestrade'a sprawił, że detektyw czuł się dziwnie oziębły i pusty, więc wyrzucił te myśli z głowy. Nadal małymi kroczkami testował lojalność swojego przyjaciela, i John rzadko go rozczarowywał. Nadal prosił współlokatora, żeby jadł, żeby spał, kłócił się z nim i ochraniał jego plecy. Ale to mógł robić dla każdego innego dobrego przyjaciela, szeptał mu cichutki głosik z tyłu głowy. Watson nie okazywał również, od pewnego czasu, żadnego zainteresowania kobietami, ale mimo to, zaczął joggingować regularnie i dbać o siebie.
Niedawno wrócił do domu z nową koszulą. Greg najwyraźniej mu ją dał, ten przebiegły, srebrny lis!
-Podoba ci się, Sherlock? Spóźniony prezent urodzinowy. Greg powiedział, że pasuje mi do koloru oczu. –powiedział John prezentując ją na sobie , kiedy Sherlock patrzył na niego znad laptopa. Oczywiście tego należącego do Johna.
-Twoje urodziny były dwa miesiące temu! A jeśli masz choć cień wyczucia stylu nie potrzebujesz mnie, żebym ci mówił, jakim koszmarem jest ta koszula! -powiedział jadowicie.
-Och… jest aż tak zła? -spytał John, wyglądając na zbitego z tropu.
-Myślę, że powinieneś ją wyrzucić to do śmieci w tej chwili. –powiedział Sherlock od razu. -Mogę cię zabrać na zakupy następnym razem. Ze sposobu, w jaki patrzysz na moje garnitury, wnioskuję, że zgodzisz się, że mam trochę wiedzy w tym obszarze.
John zaróżowił się z jakiegoś powodu, uciekł do pokoju, mrucząc coś bez ładu i składu. Detektyw nie zobaczył go już potem w tej koszuli i zrobił mentalną notatkę, żeby ją zniszczyć, jak tylko dostanie szansę. Następnego dnia, detektyw pomyślał, że każdy kij ma dwa końce. Kupił modną czarną kurtkę i sprezentował ją Johnowi
-Errm… coś dla ciebie… bo wiesz, urodziny, to wszystko… nie dałem ci nic… to znaczy, oprócz tej książki o wiktoriańskich mordercach… i to było… możesz ją nosić. A robi się coraz chłodniej. Pogoda, mam na myśli. W wiadomościach, dzisiaj. Powiedzieli, że ma być chłodniej. Więc pomyślałem, że możesz potrzebować kurtki, żeby cię ogrzała. Choć masz już kurtki… i swetry. Tak dużo swetrów… ten beżowy… bo to jest beż? wygląda na ciepły… pasuje ci. I ten z paskami. W nim też wyglądasz nieźle… I ta czerwona koszula… i… i… Ahem, to jest dla ciebie. -Sherlock skończył niespodziewanie nagle świadomy, że plecie bez sensu. John uśmiechnął się szeroko do niego i włożył kurtkę na koszulę. Oczywiście pasowała idealnie.
-Dziękuję, Sherlock! Jest świetna! Więc, jak teraz wyglądam?
-Dobrze. Dobrze. W porządku. -Sherlock odwrócił się nieśmiało i odszedł.
-A ta książka o mordercach też mi się podobała. -krzyknął za nim.
...
Ale inspektora nie było tak łatwo odstraszyć. W następnym tygodniu pojawił się na motorze, żeby zabrać Johna „na przejażdżkę dookoła". jak to ujął. Wyglądał zawadiacko przystojnie w niebieskich dżinsach, skórzanej kurtce i pilotce, z kaskiem pod pachą. Jego potargane srebrne włosy i wyszczerzone w uśmiechu zęby dodawały mu ogólnie uroku.
Sherlock myślał tylko o tym, jak łatwo mógłby go zabić jednym, dobrze wymierzonym kopem Baritsu w szyję. Zamiast tego, mógł tylko posłać mu mordercze spojrzenie, gdy John pospiesznie włożył swoją kurtkę i wyszedł, zanim Sherlock zdołał wymyślić przekonujący argument. Oczywiście ta przejażdżka była wcześniej zaplanowana. Detektyw patrzył na nich zza zasłon, oglądając, jak John wsiada na motor za Lestradem, przyciska się do inspektora, jedną ręką chwyta jego ramię, pochyla głowę blisko, żeby usłyszeć co tamten mówi…
Patrzył z bólem, jak ugodzony w centrum swojego jestestwa, kiedy inspektor śmiejąc się, zakłada sobie druga rękę Johna na swoją talię i odjeżdża w dół ulicy, rycząc motorem. Sherlock nie sądził, że może się tak czuć. Wytrenował samego siebie w samowystarczalności (samotność mnie chroni), ale przecież czasem zdarza się tak, że ludzie stają się częścią twojego życia czy tego chcesz, czy nie. John nie zastanawiał się dwa razy nad wyjściem z Lestradem. I zostawił swojego przyjaciela czującego się opuszczonym i całkowicie godnym pożałowania. Uczucie, wydedukował gorzko. Najwyraźniej był tak samo na nie podatny, jak reszta zwykłych ludzi. Jego telefon zabrzęczał.
„Powiedz mu" -to był oczywiście Mycroft. Sherlock odpisał mu ulewą słów, ciesząc się, że może wyładować gniew na wtrącającym się łajdaku. Muszę mocniej się starać, postanowił. Nie miał zamiaru stracić Johna.
