Rozdział III

Hermiona była całkowicie pochłonięta lekturą liczącej czterdzieści pięć stron dokumentacji dotyczącej warunków życiowych skrzatów domowych w Arabii Saudyjskiej, gdy coś innego przykuło jej uwagę. Wstała by spojrzeć na ściany swojego gabinetu, za którymi w oddali miało miejsce jakieś zamieszanie.

− Co tam się znowu dzieje? − zapytała.

Jej kolega Terrance z biura znajdującego się naprzeciwko, wzruszył ramionami.

− Pewnie jak zwykle jakiś czubek.

Hermiona westchnęła.

− Dlaczego oni zawsze muszą przychodzić właśnie tutaj? Co takiego ze wszystkich pięter tego budynku znajduje się Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, że przyciąga tutaj kompletnych wariatów i... och!

− Co? − zapytał Terrance.

− To mój chłopak.

− Hermiono! − ryknął Ron, wreszcie ją dostrzegając i machając gorączkowo w jej kierunku.

− Merlinie − wymamrotała. Krzyknęła do pracowników ochrony Ministerstwa, którzy usiłowali powstrzymać go przed wejściem. − Rob, Geoff, w porządku. Jest ze mną, przepuście go.

Wielcy, niezadowoleni strażnicy z niechęcią puścili Rona wolno, a odsunąwszy się od nich i nie obdarzywszy ich zwycięskim uśmieszkiem rudzielec ruszył korytarzem w kierunku Hermiony, potykając się o jego cienkie ściany i przewracając stojące przy nich kosze na śmieci oraz donice pełne czarodziejskich roślin.

− Chcesz by mnie zwolnili? − zapytała Hermiona kiedy już do niej podszedł.

− Dlaczego nie zostałaś w mieszkaniu? − powiedział Ron bez tchu. − Gdzie jest Harry?

− Poszedł do domu, a skoro ty powinieneś być w banku, to pomyślałam, że pójdę do biura i trochę popracuję.

Ron gapił się na nią w zdziwieniu.

− Dziś masz wolne. Tylko ty mogłabyś tu przyjść, nawet jeśli nie musisz... wiesz o tym, ale mniejsza o to, to nieistotne...

− Posłuchaj, Ron, wiesz, że kocham twój entuzjazm, ale jeśli wpadłeś do Ministerstwa Magii tylko dlatego, że przysłali ci nasz nowy prototyp kart z czekoladowych żab, to przysięgam...

− Hermiono, właśnie widziałem Doktora.

Hermiona mrugnęła.

− … co?

− Doktora. Przed chwilą był w Gringocie.

Była na wpół świadoma, że wszyscy się w nich wpatrują i dziesięć minut temu mogłaby się tym przejąć, ale czasami sama wzmianka o imieniu danej osoby może zmienić wszystko. Doktor było jednym z nich.

− Daj znać Harremu − powiedziała. − Pójdę po mój płaszcz.

Gdy wybiegli z Departamentu Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, Terrence, który niezbyt subtelnie podsłuchiwał przez uchylone drzwi, był zmuszony zapytać:

− … jaki Doktor?


− Jesteś całkowicie pewny, Ron? − powiedział Harry po raz enty. − Absolutnie pewny?

− Tak! − powiedział ze złością Ron. − Doktor. W tweedzie, muszce i uśmiechnięty. Poklepał mnie po plecach, kazał was pozdrowić i już go nie było.

Hermiona i Harry wymienili spojrzenia, a dziewczyna wzruszyła ramionami.

− To by było w jego stylu, Harry − stwierdziła.

Harry ponownie się rozejrzał. Przeszukali każdy cal Ulicy Pokątnej w poszukiwaniu śladów Doktora i znaleźli się z powrotem na schodach do Gringotta. Harry gapił się na budynek, jakby szukał odpowiedzi w jego cegłach.

− Niemożliwe − powiedział.

− Harry, nie jestem ślepy − mruknął Ron. − Wiem co widziałem!

− Nie − wtrącił Harry. − Wierzę ci. Mam na myśli, że to nie może być przypadek.

Hermiona zmarszczyła czoło.

− Wątpię, Harry. To mógł być zwykły zbieg okoliczności.

− Och, daj spokój Hermiono.

− Sam powiedziałeś, że Doktor może być w dowolnym miejscu i czasie, a to jest Ulica Pokątna, Harry. Pewnie bywał tu tysiące razy.

Harry zignorował sensowny głos w swojej głowie.

− Och na miłość boską, jedyną rzeczą jaką wiem jest to, że widziałem te światła...

Najpierw zauważył ich jeden przechodzień, a po chwili można było usłyszeć szepty: To Harry Potter. Harry Potter! Z Hermioną Granger i Ronem Weasleyem. Chyba się kłócą przed Gringottem.

− Powinniśmy już iść − powiedziała Hermiona szybko, gdy wokół nich zaczął się gromadzić tłum.

− Nie można już nawet przeprowadzić starego dobrego dochodzenia − zrzędził Ron.

Po pośpiesznej ucieczce z Pokątnej, spowodowanej głównie przez Hermionę, która niedyskretnie dolała oliwy do ognia, trójka przyjaciół siedziała teraz przy kuchennym stole Harrego, pogrążona w pełnej frustracji ciszy. Która została bezceremonialnie przełamana podekscytowanym piskiem dochodzącym z rogu pokoju. Natychmiast odwrócili się w tym kierunku i zobaczyli Ginny.

− Przepraszam − powiedziała, nie będąc w stanie ukryć uśmiechu. − Ale czy to znaczy, że teraz dowiem się kim jest Doktor? − Harry, Ron i Hermiona wymienili wymijające spojrzenia. − Och, dajcie spokój! To nie sprawiedliwe. Musiałam słuchać jak wasza trójka wspomina o nim przez lata i żadne z was nie było skłonne udzielić mi jakichkolwiek wyjaśnień. Ani mój brat, ani najlepsza przyjaciółka, ani nawet mój chłopak. Cóż, teraz istnieje odpowiedni powód by mi powiedzieć kim on jest, nie tylko dlatego, że czuję się wykluczona z powodu jakiegoś dziwnego wewnętrznego żartu.

− Trudno to wytłumaczyć, Ginny − powiedziała uprzejmie Hermiona. − Doktor był – czy też powinnam powiedzieć – wciąż jest długą opowieścią.

− Straszna opowieścią − dodał Ron.

− Mi to mówisz? − stwierdził Harry.

− To nie fair! − jęknęła Ginny, przyciągając krzesło do stołu. − Tylko mi nie mówicie, że to jedna z tych rzeczy, przy której siedzi się w towarzystwie robiąc interesujące, tajemnicze uwagi, za którymi kryje się zwykła złośliwość.

Ron wyszczerzył się do Harrego, który zakrył sobie usta by powstrzymać śmiech.

− Słuchajcie, George dał mi wolne popołudnie, żebym mogła tu przyjechać − powiedziała Ginny, wskazując swój uniform i plakietkę z imieniem Magicznych Dowcipów Weasleyów, które wciąż miała na sobie. − Przynajmniej możecie mi powiedzieć jak go spotkaliście, a ja nie.

− Zrozum, Gin − rzekł Harry. − Powiedzmy, że Doktor byłby idealną osobą, z którą można by porozmawiać o rzeczach takich, jak to co zobaczyliśmy wczorajszej nocy.

Ginny zmarszczyła brwi.

− Czy w ten sposób chcesz mi dać do zrozumienia, że niczego od ciebie się nie dowiem?

− Tak − powiedział Harry ze smutkiem. − Przykro mi. W każdym razie nie teraz. To tylko długa opowieść.

Ginny potrząsnęła głową. Wstała zza stołu z ciężkim westchnieniem.

− Podejrzewam, że to sprawiedliwe. W końcu ja też nie mówię ci o wszystkich moich tajemnicach. Skoro o tym już mowa...

Podniosła kurtkę i podeszła do drzwi, pozostawiając wpatrującego się w nią Harrego.

− Ej − powiedział z oburzeniem. − O jakich tajemnicach?

Uśmiechnęła się wychodząc przez kuchenne drzwi.

− Och, przepraszam Harry. To długa opowieść.

Kiedy wyszła, Harry spojrzał z powrotem na Rona i Hermionę.

− Blefuje. Prawda Hermiono? Czy ona blefuje?

Hermiona tylko się uśmiechnęła.

− Powiedziałabym ci Harry, ale zawsze jesteś zły, gdy Ron i ja się kłócimy, więc wolałabym się nie angażować.

Podniosła dłoń i Ron szybko przybił jej piątkę. Harry się skrzywi.

− Wracając do poważnych spraw. Co teraz zrobimy?

− Nie sądzę, żeby było coś co można by zrobić, Harry − rzekła Hermiona delikatnie. − Tak, to dziwne, że Ron spotkał Doktora w dniu po tym jak zobaczyłeś coś tak niewytłumaczalnego na niebie, że chciałeś z nim o tym porozmawiać. Niespotykany zbieg okoliczności, to prawda, ale jak na razie nic poza tym.

Ron poczuł na sobie desperacki wzrok Harrego.

− Przykro mi, kumplu − powiedział mu. − Ale ona ma rację.

Harry wstał od stołu z irytacją. Nieświadomie spojrzał na kuchenne okno nad zlewem, przez które wpadał ostatni blednący promień słoneczny tego dnia, a nie te dziwne światła unoszące się w przestrzeni poprzedniego wieczora.

− Może masz rację − mruknął wreszcie. (Hermiona i Ron spodziewając się wybuchu, odetchnęli z ulgą). − Ale sam nie wiem... To niebo ostatniej nocy, jeśli byś je zobaczyła, zrozumiałabyś dlaczego tak mnie to zdenerwowało − wzruszył ramionami przepraszająco i usiadł z powrotem przy stole. Harry spojrzał na nich uważnie. − Jedynie... następnym razem jak ktoś zobaczy Doktora, to niech nie pozwoli mu uciec.


Niezależnie od jej tajemniczej buty, Ginny w zasadzie nie była niczym tak zainteresowana jak małym spożywczakiem za rogiem od mieszkania, które wynajmowała razem z Hermioną. Denerwowanie Harrego było całkiem w porządku, poza tym Ginny obiecała Hermionie, że będzie pamiętać o kupieniu mleka.

Ciemniejące wieczorne niebo, które zobaczyła w drodze do domu było niemal malownicze. Był to jeden z tych wspaniałych letnich wieczorów, zawsze przypominających Ginny dzieciństwo spędzone w Norze. Niebo nad jej głową było pokryte odcieniami pomarańczy i purpury, coraz ciemniejsze i zarazem bardziej wyraziste. Ostatni promień światła padał na chodnik pustej ulicy, która szła w pojedynkę. Wszystko dookoła było ciche i spokojne. Mogła nawet przysiąc, że w powietrzu unosiły się dźwięki The Beach Boys*.

Ginny nagle się zatrzymała. Nie wyobraziła sobie tego – naprawdę słyszała Beach Boys!

Po drugiej stronie małego bukowanego chodnika, w alejce za wielkim domem towarowym na murku siedział mężczyzna. Ginny zobaczyła, że był starszym facetem ubranym w skórzaną kurtkę z dziwnym, świecącym na niebiesko przedmiotem w dłoni – czyli wszystko to co zazwyczaj powinno zaalarmować wracające w pojedynkę do domu młode dziewczyny.

A jednak ten człowiek wydawał się być zupełnie pogrążony we własnym małym świecie. Z bliska nie brzmiał tak znowu źle – nie miał żadnego odtwarzacza, ale powietrze wypełniała niezbyt głośna piosenka Don't Worry Baby** Beach Boysów, a mężczyzna na szczęście śpiewał całkiem nieźle. (Chociaż z bardzo nietypowym dla tego zespołu północnym akcentem.)

Więc to się we mnie buduj, od och nie wiem jak dawna, nie wiem dlaczego, ale ciągle myślę: 'Coś musi pójść źle'.

Z jakiegoś powodu – szczerze, gdyby ktoś ją o to zapytał, Ginny nie miałaby najmniejszego pojęcia dlaczego w ogóle to zrobiła – przeszła na drugą stronę ulicy i powoli zbliżała się do mężczyzny w alejce. Miał w dłoni coś, co wyglądało na ramię manekina sklepowego i celował swoim metalowo-niebiesko-błyszczącym-ustrojstwem w jego plastikowe palce. Które, ku cichemu zdziwieniu Ginny wkrótce zaczęły poruszać się powoli w takt muzyki.

Mężczyzna śpiewał dalej; najwyraźniej według niego plastikowe ramię było czymś w rodzaju instrumentu.

Ale ona patrzy mi w oczy, ona sprawia, że rozumiem i mówi: 'Nie martw się kochanie'.

Ginny przystanęła kilka metrów od mężczyzny. Coś było w tym jak siedział na murku, poruszając pieszczącym metalowym narzędziem w górę i w dół plastikowej kończyny, jednocześnie śpiewając. Ginny nie mogła odwrócić od niego wzroku.

− Wiesz − przemówił mężczyzna, pozwalając Bryanowi Wilsonowi*** przejąć na chwilę wokale. − Całkiem spora liczba uczonych wierzy w inteligentne formy życia; skądkolwiek pochodzą, gdziekolwiek się osiedlają, w pewnym momencie wszystko kończy się na uciekaniu się do przemocy.

Ginny uniosła brwi. Mężczyzna nie spuszczał wzroku ze sztucznego ramienia. Zastanawiała się czy jego słowa, wciąż wypowiadane tym dziwnym monotonnym głosem, były skierowane do niej czy jego plastikowego przyjaciela.

− Mogą być najfajniejszą grupą ludzi, jaką kiedykolwiek poznałaś − kontynuował. − Ale w końcu dojdzie do podziałów i wcześniej czy później skończy się na wojnie. Biorąc to pod uwagę uczeni mają rację. Spójrz trochę szerzej na tą planetę – tak wiele krajów jest ze sobą w stanie wojny, że nie ma czegoś takiego jak pokój. I tak samo jest na innych planetach. Spójrz w gwiazdy, a zobaczysz, że ludzie i inni zabijają się wszędzie nawzajem bez powodu.

Ginny ruszyła do przodu. Dlaczego to zrobiła. To jakiś dziwny facet w skórzanej kurtce z plastikowym ramieniem, siedzący w alejce i mówiący do siebie o wojnie na innych planetach. Po co na miłość boską w ogóle się do niego zbliżała i czemu tak bardzo spodobało jej się to co mówił?

− Ale bardzo dawno temu − powiedział nieznajomy, wciąż nawet na nią nie patrząc, − natknąłem się na coś naprawdę fantastycznego. Wiesz co jest w stanie uspokoić absolutnie każdego? Zdajesz sobie sprawę co może odwieść od śmierci i zniszczenia, nieoczekiwanie wyciszyć, ostudzić i zadowolić całe rasy?

− Nie − szepnęła Ginny, ledwo zdając sobie sprawę z tego, jak niewyraźny jest jej głos. − O czym mówisz?

Mężczyzna spojrzał na nią niebieskimi oczami i uśmiechnął się.

− The Beach Boys − powiedział. Stukał palcami po ramieniu, kołysząc się w rytm muzyki. − Fantastyczne, prawda?

Ginny szczerze odwzajemniła uśmiech. Byli tam, dwójka nieznajomych na pustej uliczce, uśmiechając się do siebie, podczas gdy plastikowa ręka tańczyła do muzyki dochodzącej znikąd.

− Inni? − powiedziała Ginny bez zastanowienia.

− Słucham? − zapytał nieznajomy.

− Powiedziałeś, że ludzie i inni − sprecyzowała Ginny. − Na innych planetach. Mówiłeś o obcych?

− Och. Tak, przypuszczam, że tak. Cześć − pomachał plastikowym ramieniem w jej kierunku. Ginny zmarszczyła brwi.

− To część obcego, mam rację?

− Tak − skinął głową. Spojrzał na nią wymownie. − Czy to problem?

Uśmiechnęła się.

− Nie, to wolny kraj, więc możesz być tak stuknięty jak tylko chcesz.

Mężczyzna odwzajemnił jej uśmiech.

− Wielkie dzięki, w pełni korzystam z tej swobody.

Ginny zaśmiała się. Potem znienacka oprzytomniała i zdała sobie sprawę, że najlepiej będzie pójść w swoją stronę zostawiając nieznajomego w alejce, bez względu na to za jak zabawnego go uważała.

− No cóż − powiedziała niezręcznie. − Lepiej będzie jak już sobie pójdę. Miłego wieczoru.

− Tak − rzekł mężczyzna. − Poczekaj na mnie − chciała odejść, ale ją zatrzymał. − Ten sklep za nami. Często tutaj przychodzisz?

O rety. Czy ten zabawny starszy mężczyzna próbował ją poderwać? Zmusiła się do zachowania powagi by nie zranić jego uczuć.

− Eee... tak, chyba tak − odpowiedziała szczerze.

− Serio? − zapytał ze zdziwieniem. Obrzucił tył budynku niechętnym wzrokiem. − Są jeszcze inne domy towarowe... Całe mnóstwo. Kiedyś przez cały dzień zamęczano mnie opowieściami o innym. Wiesz o tym dwie ulice stąd?

Ginny zmarszczyła brwi. Miała już dosyć tej rozmowy

− Dzięki, ale podoba mi się ten. Mają naprawdę ładne rajstopy. Właściwie miałam przyjść tu juto z moją współlokatorką, żeby kupić...

− Nie!

Mężczyzna przestał się uśmiechać. Teraz jego niebieskie oczy przenikały ją na wylot.

− Nie zbliżaj się jutro do tego sklepu − powiedział bez ogródek. − Idź do tego drugiego, dwie ulice stąd. Znajdziesz w nim tak samo dobre rajstopy co tutaj.

To nie była groźba. I właśnie to najbardziej zdezorientowało Ginny. Jego głos był niski i stanowczy, ale nawet w najmniejszym stopniu nie złowrogi. Jeśli już to wydawał się bardziej prosić niż grozić.

− Okej − powiedziała do niego.

Wyraz twarzy mężczyzny złagodniał. Piosenka już się skończyła, a ramię było idealnie nieruchome. Słońce zaszło w trakcie ich rozmowy i bardzo szybko zrobiło się już całkiem ciemno.

− Dobrze − powiedział mężczyzna, wkładając metalowe urządzenie do kieszeni. − Myślę, że powinniśmy się już pożegnać. Dobranoc Ginny.

Ginny niemal oniemiała z zaskoczenia i pozwoliła mu odejść na tyle, że zniknął jej z oczu.

− Hej! − krzyknęła, przyciągając jego uwagę. − Skąd ty do cholery wiesz jak się nazywam?

− Czytam w myślach − uśmiechnął się mężczyzna. − Wcześniej tego dnia, spojrzałem moim wewnętrznym okiem głęboko w samego siebie i zostałem rzucony na kolana najbardziej nieziemską przepowiednią mówiącą, że się dzisiaj spotkamy – Ginny gapiła się na niego w oszołomieniu. Skinął głową w kierunku jej koszulki. − Przepowiedziałem też, że będziesz miała na sobie plakietkę z imieniem.

Ginny spojrzała w dół. Prostokątny kawałek metalu jaki musiała nosić w pracy wciąż pokazywał jej imię i każdy mógł je przeczytać. Mimo wszystko się uśmiechnęła i podniosła głowę by zobaczyć, jak mężczyzna idzie w narastającą w oddali ciemność. Jednak zanim zniknął, ponownie krzyknęła w jego kierunku.

− Wiesz, że to nie w porządku jeśli ja noszę plakietkę z imieniem, a ty nie?

Usłyszała jak się śmieje i chociaż nie do niej nie podszedł, to do jej uszu doszła odpowiedź:

− Chyba powinienem. Większość Doktorów je nosi.

Godzinę później, po tym jak pobiegła za nim, po przeszukaniu okolicy, nawoływaniach i nie trafieniu na żaden jego ślad, była zmuszona się poddać. Ginny siedziała teraz na kanapie, wpatrując się w swój telefon.. Powtarzała sobie, że to nie możliwe. Nie ma mowy. Jaka jest szansa na to, że najpierw rozmawiała z przyjaciółmi o Doktorze i niczego jej o nim nie powiedzieli, a w trzydzieści minut później spotkała go we własnej osobie? Takie rzeczy się nie zdarzają. Oczywiście, że nie. Zdecydowała więc, że nie zadzwoni do Harrego, ani nie powie o niczym Hermionie. Nie chciała tworzyć kolejnych szalonych teorii do tego wszystkiego co dzisiaj podsłuchała. Postanowiła zatrzymać to dla siebie.

Tak przynajmniej było do następnego ranka, kiedy dom towarowy, za którym rozmawiali wyleciał w powietrze.

* amerykańska grupa rockowa grająca rock and rolla.

** watch?v=3QCZ_bv9aLc

*** Brian Wilson - amerykański muzyk, znany głównie jako lider, wokalista i basista zespołu The Beach Boys.