III. Dwa medaliony
Doszła do siebie dopiero przed świtem, zawinięta w futro, skulona obok kominka. Lambert długo nie wracał, a gdy w końcu wrócił, trzymał w dłoni obranego ze skóry królika. Ale Ciri nie chciała jeść.
- Kim był Leo? – spytała, kiedy wiedźmin nalewał jej właśnie do kubka ziołowego naparu.
- Leo był jednym z wiedźminów. Był młody, młodszy od nas...
- Jak przeprowadziliście mutację?
- Nie zrobiliśmy tego. Zanim przeprowadzi się przemianę, trzeba czasu, treningów, trzeba sprawdzić, czy kandydat się nadaje... Leo był dobry. Dobrze walczył.
- Czy był Niespodzianką? – spytała cicho.
- Nie. Vesemir zabrał go z traktu, włóczył się samotnie, osierocony podczas wojny.
- Czyli był... Był taki jak ja? Bez Próby Traw...
- Tak. Miał zostać wiedźminem, zapowiadał się dobrze.
- Jak umarł?
- To była zupełnie niepotrzebna śmierć – skwitował Lambert i spojrzał na Ciri, a w oczach miał wyraźnie widoczne zmęczenie. – Geralt musiał ci opowiedzieć o ataku na Kaer Morhen. O tym, jak Salamandry wykradły wiedźmińskie tajemnice... Przepisy... Mutageny... Wskazówki do przeprowadzania prób.
- Tak, pamiętam.
- Leo zginął w obronie tych murów – rzekł Lambert. – Tak, jak mówiłem, to była łatwa do uniknięcia, ale trudna do przewidzenia śmierć.
Zamilkła na chwilę.
- Co cię podkusiło, żeby tam iść, i to w nocy? – wybuchnął wreszcie, uderzając pięścią w stół. – Cholera, jeszcze chwila i nigdy byś się nie obudziła! Jaka wiedźminka zachowuje się w tak nieodpowiedzialny, żałosny sposób?
- Nie oceniaj mnie! Nie prosiłam cię o pomoc – warknęła. – Nie wiesz, co czuję...
- Bo ty nie jesteś mutantem, tak, wiem – prychnął.
- Przestań to w końcu powtarzać, jesteś nudny – mruknęła. – Aż tak cię boli, że jesteś inny? Uwierz mi, znam... Znałam kilku wiedźminów. Z mojej, ludzkiej perspektywy, jesteście najzupełniej normalni.
- Brednie – odwrócił się do niej bokiem, sięgnął po kubek z wódką.
- Słuchaj, użalasz się nad sobą odkąd cię znam – zaczęła, ale wtedy wstał, rozwścieczony. Rzucił kubek do ognia, płomienie strzeliły w górę, wódka zasyczała i trysnęły iskry. Ciri nawet nie drgnęła, choć siedziała bardzo blisko paleniska. Lambert dostrzegł, że wpatruje się w niego z politowaniem, i to rozgniewało go jeszcze bardziej.
- Co ty możesz o mnie wiedzieć, jak śmiesz mnie oceniać? Porównywać do swojego Geralta, który w pogoni za Yennefer – która nawiasem mówiąc, wcale na początku ich znajomości jakoś go nie kochała – stał się miękki, głupi, zaczął dywagować nad losami świata, wplątał się w jakąś politykę? To nie ja jestem śmieszny, tylko on, on, który został stworzony do rzeczy małych, do zabijania potworów po wsiach, a porwał się na rzeczy wielkie, które go przerosły!
- Nie mów tak! – wrzasnęła, teraz równie rozdrażniona, i zerwała się na równe nogi, zrzucając futro z ramion. – Nie waż się go obrażać, to on mnie odnalazł, to on mnie uratował, kiedy ty grzałeś tyłek w jakiejś karczmie, to on mnie szukał na końcu świata, porzucił wszystko, żeby uratować mi życie... Dwa razy...
- Myślisz, że nie zrobiłbym tego samego? – teraz już krzyczał, jego twardy, donośny głos odbijał się echem w wysokiej sali. – Że jestem tchórzem? Oportunistą?
- Tak właśnie myślę! Nie chciałeś być wiedźminem, rozumiem twoją gorycz, ale nie możesz przez całe życie rozpamiętywać doznanych krzywd!
- Robisz dokładnie to samo – teraz mówił cicho i szybko, znacznie groźniej, niż wcześniej. Nadal stała przed nim z zaciśniętymi pięściami, z głową uniesioną do góry i patrzyła mu prosto w oczy. Miała tęczówki zaskakująco podobne do wiedźmińskich, tylko źrenice były okrągłe, ludzkie. – Użalasz się, rozpamiętujesz tamto życie, Cintrę, swoją ucieczkę z Thanned, to, jaka byłaś, jak inni cię skrzywdzili. Rozmyślasz nad tym, dlaczego ojciec cię oszukał, dlaczego przeznaczenie pchnęło cię na ścieżkę takiego cierpienia... Więc czym my się w ogóle różnimy, co, księżniczko?
- Nie mów tak do mnie. Nie mów. Jestem wiedźminką. A moim ojcem jest Geralt, nie var Emreis.
Musiał dostrzec, że coś w jej twarzy się zmieniło, że przesadził. Odwrócił wzrok, pokręcił głową.
- Czym ty się różnisz ode mnie, co daje ci prawo cierpienia, odbierając je mnie? – spytał cicho, wściekle.
Nie umiała na to odpowiedzieć. Zwęziła oczy, rozluźniła pięści.
- Idę spać – powiedziała, słyszał w jej tonie nutę ukrywanej, starannie maskowanej złości, goryczy i rozczarowania.
Kiedy już wychodziła, usłyszała jego głos. Mówił cicho, ale słowa były wyraźne.
- Ciekawa jesteś, czemu wiedziałem, że nie ma cię w zamku? Że za długo nie wracasz, jak na zwykłą przechadzkę?
Nie zatrzymała się, szła dalej.
- Ani przez chwilę nie spałem.
Jej twarz zalała się gorącem. Nie mógł tego widzieć, nie dała po sobie poznać, nie zwolniła ani się nie odwróciła, ale była pewna, że wiedźmin o tym wie.
Może to ona miała rację. Może przesadził, może był egoistą i myślał tylko o sobie, ale z drugiej strony czy życie nie nauczyło go, że tak jest łatwiej? Czy na wiedźmińskim szlaku można było naprawdę stać się dobrym i empatycznym? Zdaniem Lamberta to było śmieszne, naiwne i nadmiernie idealistyczne. Wiadomo, że jeśli wioskę atakuje nieduże stado harpii, trzeba pomóc, oczywiście za opłatą, choćby symboliczną. Ale jeżeli atakują dwa potężne gryfy, o, to należy odpuścić, jeśli chce się zachować życie. No, chyba że przymiera się głodem, a stawka jest wysoka, wtedy można ryzykować. Materializm popłacał, szczególnie w tym fachu, i jeśli ktoś twierdził inaczej był albo trupem, albo ślepo wpatrzonym w ideały idiotą.
Odkąd pamiętał, był najsmutniejszy z całej kompanii. Nie umiał się pogodzić z losem, nie dawał sobie rady, choć fechtmistrzem był dobrym, walczył świetnie. Wkrótce rozżalenie przemieniło się w gorycz, gorycz zaprawioną ironią, sarkazmem, pogardą. Taki był, cyniczny i zły. Przez osiemdziesiąt lat życia napatrzył się wystarczająco na krzywdę, także dzieci, i o ile na początku, tuż po mutacji, widział w nich siebie, chłopca bitego przez pijanego ojca, po jakimś czasie uodpornił się. Wspomnienia z dawnego życia zatarły się w pamięci, zostało nieuchwytne poczucie niesprawiedliwości. A on, jako wiedźmin, wcale nie czuł, że jest sprawiedliwy i tę sprawiedliwość niesie. Był zwykłym najemnikiem, oni nie znają litości, rąbią za pieniądze nie patrząc, czy zabijają dobrego pana, czy złego. Dla Lamberta nigdy nie było istotne, kto – lub raczej co – umiera. Tylko to, czy za tę smierć wyśpi się w gospodzie i dostanie porządne piwo.
Bawiła go ta słowna szermierka z Ciri, dziewczyną, której ktoś inny zapewne by współczuł. Lambert niełatwo się wzruszał, zatem mało go obeszło, co poczuła. Gdy jednak wyszła i został sam, zaczął zastanawiać się, czy nie posunął się za daleko.
Mógł mieć rację, a ona mogła zachowywać się jak rozkapryszona baba. Tak, oczywiście. Ale z drugiej strony nie była taka zwyczajna. I przeszła wiele, bardzo wiele. Tyle czasu umykała Dzikiemu Gonowi, tylu ludzi, którzy pragnęli jej śmierci, zabiła, tyle wrogich miejsc odwiedziła – i nic jej nie złamało. Nie podziwiał jej, daleki był od tego, ale nagle zrozumiał że nie może porównywać ich losów. Ciri mimo wszystko wplątana była w Przeznaczenie, w większy plan, tak samo jak Geralt; on, Lambert, był drobniejszy niż pyłek, jego rozgoryczenie, jego rozterki i żal nie znaczyły nic.
Głowa rozbolała go od nadmiaru alkoholu i emocji. Kiedy pierwsze promienie słońca, zimowo blade i mdłe, wlały się do jadalni, wiedźmin spał już z głową opartą o blat stołu.
Przez następny tydzień unikali się jak mogli. Ciri znikała na całe dnie, polowała, jeździła na Kelpie po okolicznych polanach, ćwiczyła na wahadle, jak przed laty. Raz obserwował ją z okna jednej z na wpół zrujnowanych wież. Była szybka jak wiedźmin, zręczna, bardzo gibka. Nie popełniła żadnego błędu. Walczyła w samej koszuli i bryczesach, widział, jak mięśnie grają pod jej skórą, patrzył jak wykonuje nieludzko trudne akrobacje. Na oczach miała opaskę. A gdy skończyła, zeskoczyła. Saltem.
On sam natomiast dnie spędzał na absolutnie nieproduktywnym odpoczynku. Co prawda nieco czasu poświęcił na zrobienie porządku w zbrojowni, wyszorował porządnie ostatnie miecze i pancerze, jakie tam znalazł, zreperował sprzączki, klamerki, naostrzył klingi, posortował drewniane miecze treningowe, ale później nie zajął się już niczym istotnym i siedział w jadalni, popijając wódkę lub wino i jedząc, albo wałęsał się po kamiennych murach i obserwował okolicę.
Jeżeli nawet Kaer Morhen się zmieniło, Góry Sine były takie same od setek lat. Te same potężne drzewa o korzeniach sięgających głęboko w trzewia ziemi, te same stoki pokryte śniegiem, rzeki w dole, daleko, zasypane trakty i zamarznięte festony sopli na gałęziach. Mógł spacerować po murach godzinami, wolny, samotny, zanurzony w tej wspaniałej ciszy. To go odprężało, uspokajało.
Tym razem nie było mu dane spokojne popołudnie. Zaszła go od tylu, cicha jak kot, usłyszał ją dopiero w ostatniej chwili. Stanęła obok, nie patrząc na niego, wbijała wzrok w odległe, zamglone szczyty pokryte wieczną zmarzliną. Jej białe, małe dłonie zaciskały się na nadgryzionych zębem czasu murach, gdy przechylała się nad przepaścią, chłonąc zimno i skrzący się od śniegu i lodu krajobraz. Milczała, nie zaszczycając Lamberta nawet powitaniem.
Wreszcie się odezwała.
- Wybacz – powiedziała lekko, głosem wskazującym na to, że wcale nie jest jej przykro. – Może trochę przesadziłam.
- Nie ma za co – odparł tylko. Nie wiedział, co powiedzieć.
- Nie, naprawdę. Ty myślisz, że tak mówię, bo mam wyrzuty sumienia albo poczucie winy. Nieprawda. Ja to mówię, bo wiem, że miałeś rację, kiedy mówiłeś mi że mamy takie samo prawo do cierpienia. Nic mnie nie uprawnia, bym mogła cierpieć bardziej. Żałuję, że tego nie widziałam.
- Nie ma za co – powtórzył tylko, nadal wpatrując się w dal.
- Lambert, spójrz na mnie – zażądała i przeniósł na nią swoje żółtawe spojrzenie. Minę miała zaciętą, trochę złą. – Widzę, że masz mi to za złe. Że uważasz... Że myślisz...
- Jaskółko, ty nie wiesz, co ja myślę – przerwał jej ostro. – Nie próbuj się domyślać.
Myślał, że da się wciągnąć w kolejną dyskusję, kłótnię, ale odwróciła wzrok, oparła się o mur, schowała twarz za włosami.
- Mnie jest wszystko jedno, czy będziemy się kłócić, czy nie – powiedział szorstko. – Spędziłem tu trzy ostatnie lata sam, zupełnie sam, i przetrwałem. Cisza nie jest szczególnie trudna do zniesienia, dlatego możesz milczeć ile dusza zapragnie.
- Więc jestem ciężarem? – ukrywała zranienie, wyczuwał to w jej głosie, ale ukrywała je dobrze i właściwie podziwiał ją za to. – Och, to wielka strata, bo nie wybieram się stąd nigdzie.
- Zostań więc – burknął. – I zdejmij ten medalion.
- Dlaczego? – zdziwił ją.
- Emanuje, chociaż tego nie czujesz. Ja to wyczuwam i irytują mnie ciągle sygnały, które wysyłasz.
- A jakież to wysyłam sygnały? Jeśli można wiedzieć?
- Nie można.
W zamyśleniu wyciągnęła spod koszuli medalion z łbem kota, obróciła go w dłoni. Miał szmaragdy zamiast oczu, był kanciasty, ostry. Bardzo przypominał wilka, a jednak różnił się. Był lżejszy, trochę mniejszy.
Pomyślała o Geralcie, który odszedł z Yen i zawiesił swój medalion nad kominkiem, na pamiątkę. Nic już dla niego nie znaczył, może nawet przypominał o bólu, o znienawidzonym fachu, mutacji i o tym, co stracił, nosząc go na szyi. Ciri nie była wiedźminem, nie przeszła Próby Traw, była tylko nad wyraz szybkim i dobrze wytrenowanym człowiekiem... Ale nadal pamiętała Bonharta, tamtą walkę, swój strach. Kiedy już umarł, wykrwawił się jak zwierzę na piasku areny, zerwała mu z szyi medaliony wiedźminów, których pokonał. Jeden z nich zatrzymała, jeden z nich uświęciła tamtym krwawym chrztem na schodach w zamku Stygga.
Miałaby go zdjąć? Nigdy.
- Dlaczego mój medalion ci przeszkadza? Jakoś nie wierzę w te całe „sygnały".
- Nie jest twój – oznajmił sucho Lambert.
- Jest niczyj, nie ma już wiedźminów ze Szkoły Kota – oznajmiła. – Teraz zatem należy do mnie.
- Ostatniego Kota zarżnęli jak psa – rzucił z właściwą sobie ironią wiedźmin.
- Skąd możesz to wiedzieć?
- Był moim przyjacielem. Nazywał się Aiden.
- Przyjacielem? – zapytała.
- Nieważne.
- Ważne. Proszę.
Westchnął z rozgoryczeniem.
- Nie był taki, jak inne Koty, nie sprzedał się, nie był szalony. To wszystko.
- Nie musisz opowiadać, skoro nie chcesz. – Odwróciła się, zeskoczyła z niskiego murka, odeszła. Cicho, tak cicho, że musiałby spojrzeć przez ramię by wiedzieć, czy już jej nie ma. Nie zrobił tego.
Spojrzał na własny medalion, wyciągnięty na kurtkę. Na stalową, połyskującą wilczą głowę z wyszczerzonymi kłami, symbol straconego życia i jednocześnie niejako znak cechowy, coś nadającego przynależność, łączącego go z braćmi. Zacisnął pięść, poczuł jak ostre kanty wbijają mu się w dłoń. Skaleczył się do krwi.
