Rozdział IV - Na skrzydłach wiatru

Kto by pomyślał, że odgłos łamanego jak zapałka krzesła może być takim świetnym środkiem na rozbudzenie. Zagrzebana w puchowej pościeli Liz była półnaga, a – sądząc po łachach walających się po podłodze – nie za bardzo uważała co robi, kiedy lazła w stronę łóżka. Nawet nie zdążyła całkowicie się rozebrać... Może i brzmiało to dziwnie, ale jak inaczej skomentować, że ciało od bioder w górę było kompletnie nagie, a nie za duże, za to ładnie ukształtowane piersi, były na wolności? Na łapkach ostały się jedynie pozbawione palców rękawiczki, spodnie leżały gdzieś na wezgłowiu, ale jakimś cudem pochwa z kosą nadal znajdowała się na udzie... Buty razem z koszulą, kamizelą oraz górną częścią bielizny leżały w malowniczym sznureczku, ukazując trasę, jaką przemierzyła elfka, krocząc w półmroku.

Sama lokatorka nie przejmowała się tym, jak wyglądała, chociaż sama doszła do tego, że gdyby spojrzała na swoje odbicie, najpewniej dostrzegłaby kogoś innego. Nie spodziewała się, że łóżka mogą być tak wygodne, czego można się było spodziewać, skoro całe niemal życie spędziła sypiając na plecionych posłaniach. Ten brak przyzwyczajenia do luksusowych rzeczy niestety obrócił się tutaj przeciwko niej – mięśnie barków, ramion oraz krzyż przy każdym poruszeniu się dobitnie protestowały, przeszywając świadomość Pierwszej klanu bólem. Poza przybyłym chyba z Pustki bólem mięśni Lizarrze towarzyszył potężny szum, tętniący w czaszce i niedający za nic w świecie spać. Nakłaniający do ruszenia się z łóżka, chociażby i na podłogę. Ten, kto znał Pierwszą klanu Lavellan wiedział, że nie jest ona osobą, która szybko ulega emocjom, czy też – jak w tym przypadku uczuciom – takim jak ból, wstyd czy gniew. Dlatego lądowanie elfki na podłodze z jękiem desek mogłoby przyprawić o refleksje.

Fenedhis... Fenedhis... Fenedhis... — powtarzała raz za razem, leżąc nieruchomo pośród zwichrowanej kołdry.

Przez zmącone zmysły magini miała prawo nie zauważyć osuwającego się kostura, który – przez wstrząs, wywołany grzmotnięciem o podłogę – najzwyczajniej w świecie przesunął się nieznacznie w bok i z cichym świstem runął w dół.

Rąbnął z impetem w sam środek głowy Lizarry Lavellan, czym spowodował nie tylko jęk bólu, ale i litanię kwiecistych wiązanek. Uderzenie otrzeźwiło elfią czarodziejkę na tyle, żeby ta zdecydowała się stanąć do pionu zdziwiona, iż kręgosłup jeszcze nie posypał się niczym domek z kart.

Widząc przynajmniej w części, że jednak coś jest u niej nie tak, momentalnie spróbowała zasłonić odkryte wdzięki. Wyszło jako tako, ale cóż poradzić skoro jedną ręką próbowała wygrzebać swoje ubrania, a drugą nie dopuścić do majtania się półkul... Jakby popatrzeć na to z boku, to mogłoby to wyglądać nawet śmiesznie. Pierwszej klanu dopiero po chwili udało się odnaleźć górną część bielizny, tak samo jak koszulę i kamizelę.

Przy zakładaniu tego wszystkiego Liz zachodziła w głowę, jakim cudem czuła się tak niewyspana, skoro przespała całą noc oraz połowę dnia, sądząc po tym, iż za oknem słońce było wysoko... Dlaczego więc czuła się, jakby ktoś okładał ją cały dzień kijem? To pozostawało dla niej zagadką.

Całkowite ubranie się kosztowało elfkę przeszło pół godziny kompletowania swoich rzeczy, z czego połowa tego została poświęcona na szukanie plecaka, który znalazł sobie miejsce za potężną nogą kamiennego stołu. Z ulicy dochodziły odgłosy codziennego ruchu, ludzie handlowali, targowali się i zapewne obijali po mordach, ale ostatnie było nieistotne, póki w swoje burdy nie wciągali Liz. Będąc już z grubsza ubraną, elfka rozejrzała się po polu bitwy, jakie przedstawiało wynajęte pomieszczenie. Widok nie był pierwszych lotów. Pomięta kołdra walała się tuż obok łóżka, świece, które zostały zapalone zeszłej nocy, wypaliły się całkowicie – czerwony wosk stał się rozległą, mającą łokieć średnicy plamą. Magini wypuściła ciężko powietrze.

— Jak ja nienawidzę zużywać magii na takie głupoty... — W głosie elfiej czarodziejki gościła rezygnacja.

Wyciągnąwszy ręce przed siebie poruszyła gwałtownie palcami, układając krótki acz skomplikowany gest. Po kręgosłupie rozlało się przyjemne ciepło, które pomknęło do opuszków palców. Powietrze zadrgało od magicznej energii, usta rzucającej zaklęcie poruszyły się, ale spomiędzy nich nie wydobył się żaden dźwięk. Za to w pokoju się zadziało. Kołdra uniosła się w górę, rozpostarła na pełną szerokość, by po chwili poszybować w bok i nakryć materac. Kostur razem z plecakiem podleciał na wyciągnięcie ręki, zatrzymując się w powietrzu. Resztę swej uwagi Lizarra poświęciła swemu ubiorowi, który, jakby to rzec... Nie był do końca kompletny. Zapięcia, haftki, sznurki i guziki – ponad połowa była albo pomylona, albo nieruszona, przez co w ogólnym rozrachunku pozostawały dziury.

Elfka zdecydowała się zacząć od gorsetu, który wisiał praktycznie luzem, cudem nie spadając. Smukłe palce stosunkowo szybko odnalazły końce wiązania, lecz nim zdążyła cokolwiek zrobić, powietrze przeciął potężny łomot dochodzący od strony drzwi.

- OTWIERAĆ! – Rozległo się po drugiej stronie.

Liz z przestrachu skoczyła niczym zwolniona sprężyna, podczas skoku chwytając lecący już w dół kostur. Plecak niestety wylądował na posadzce. Ruchy czarodziejki były pewne, wyuczone wręcz instynktowne. Nogi przystanęły w lekkim rozkroku, luz w kolanach i swoboda w kręgosłupie. Ramiona nieprzylegające do ciała, w każdej chwili gotowe do rzucenia zaklęcia, mniej lub bardziej śmiercionośnego. Za tymi wyuczonymi ruchami, za tą niezłomną pewnością następnych czynów, krył się jednak strach.

Z twarzy, a nawet z dłoni – zaciśniętych na kosturze z taką siłą, iż wydawać by się mogło, że zostanie połamany – odpłynęła krew. Ametystowe oczy zrobiły się ogromne jak suwereny, oddech, mimo że pędzący przez nos, rwał się z każdym wdechem. Jak na to wszystko zareagował sam umysł elfiej czarodziejki? Nie przyjął tego za dobrze. Gwałtowne emocje z miejsca wręcz uwolniły magię, która popłynęła przez kości. Kostur zajarzył się złotem i błękitem.

Lizarra biła się z myślami. Rzucaj to cholerne zaklęcie! Na co czekasz, rzucaj! Jednak elfka ani drgnęła. Zastygła w niezmienionej pozycji jak kamienny posąg. Przez kilka uderzeń serca w pomieszczeniu zapanowała złowroga cisza. Dostała kilka sekund. Co by zrobiła Opiekunka?!

— Walczyłaby — szepnęła przez zęby, odpowiadając na swoje własne pytanie.

Zacisnęła zęby tak, że aż zazgrzytały. W drzwi, które przez całą noc zamknięte były na potężny rygiel, znów ktoś załomotał, tym razem znacznie mocniej. Liz była przygotowana, mogła w każdej chwili rzucić w nieproszonych gościu kulą ognia. Zamrozić ich. Oszołomić. Zabić... Tak postąpiłaby Opiekunka. Dla dobra klanu...

— Ale ja nie jestem w klanie... — Słowa ledwie przeciskały się przez zatrzaśnięte szczęki.

Z każdym kolejnym uderzeniem drzwi skrzypiały coraz bardziej, a skobel – mimo iż spory, miał już swoje lata – piszczał i zgrzytał.

Nie jestem Deshanną... W chwili, kiedy elfka to sobie uświadomiła, potężny rygiel puścił z ostrym trzaskiem. Moment później w drobny mak poszły zawiasy. Lizarra już inkantowała zaklęcie. Głos miał pewny i zimny jak lód.

Templariusze wpadli do środka, jednak przystanęli, zobaczywszy ostre, białe światło, które oczywiście zgasło po kilku sekundach. Kruk ze złowróżbnym krakaniem rozłożył skrzydła i poderwał się do lotu. Czarny jak noc ptak porwał leżący na podłodze plecak i z łopotem skrzydeł wyfrunął przez okno, strącając przy okazji kilka świec stojących na parapecie.

Rycerze Andrasty jopili się przez dobrą chwilę w stworzenie, które najpewniej było magiem. Jednak ten odział nigdy jeszcze nie miał do czynienia z takim poziomem energii magicznej. Tacy czarodzieje zniknęli z wielkich miast, albo zginęli w wojnie. Skąd więc wziął się tutaj taki, który byłby w stanie zmienić formę? Czegoś takiego nie widziano w Kirkwall od lat. Od czasów, kiedy całym miastem trzęśli na zmianę Pierwszy Zaklinacz Orsino i Komtur Meredith.

Ludzie na ulicach, widząc kruka niosącego spory plecak, mogli poczuć lekkie zdziwienie, ale nie takie rzeczy widziało to miasto. Lizarra z trudem utrzymywała prosty tor lotu – pakunek w postaci wypchanego plecaka nie ważył wiele w stosunku do elfa, krasnoluda czy człowieka. Jednak dla takiego kruka to jednak było jak dźwiganie sporego worka wypełnionego kamieniami. Czarne oczka rozpaczliwie badały teren w poszukiwaniu jakiegokolwiek miejsca do lądowania – poza środkiem ulicy. Jakże rozległy wybór padł na jeden z dachów pobliskich budynków.

Mocne uderzenia skrzydłami nie dawały wielkiego rezultatu i bagaż ciągnął ptaszysko ku ziemi. Niemal w ostatniej chwili przemienionej w kruka elfce udało się przekroczyć linię gzymsu i wylądować. No dobra, z tym lądowaniem to jednak nie wyszło za dobrze – jednak plecak wygrał bitwę i pociągnął swoją właścicielkę w dół. Kruk z zaplątaną w sprzączki łapką, grzmotnął o dach budynku z głuchym łoskotem i przejechał kilka metrów, cały czas się turlając, by finalnie rozpłaszczyć się na uwalonej pyłem powierzchni. Z dzioba wydobyło się wściekłe kraknięcie. Ptak rozbłysnął na biało tylko po to, żeby zmienić się na powrót w Lizarrę Lavellan rozłożoną na dachu z kosturem w ręku oraz plecakiem zaplątanym w koło kostki.

— Tego w planach nie było — warknęła elfka gramoląc się na nogi. Plecak wylądował na swym prawowitym miejscu, czyli na plecach. Nadal warcząc pod nosem czarodziejka rozejrzała się wokoło, mrużąc wściekle oczy, co nie budziło zdziwienia. Wielka jasna kula, którą nazwano Słońcem, wisiała wysoko na niebie, prażąc niemiłosiernie. — Późno... Cholera... — Klnąc na potęgę magini zaczęła sprawdzać stan swego ubioru, który wisiał na niej jak na strachu na wróble.

Zaczęła od butów, kilka klamerek było niedopiętych lub też w ogóle niezapiętych. Poszło wcale sprawnie. Poprawienie tuniki i kamizeli odbyło się bez większych ekscesów, poza tym, że elfka musiała sięgać dosyć głęboko pod... Nie, nie zagłębiajmy się w ten temat bardziej. Wiązanie gorsetu poszło już trochę gorzej. Okazało się, że sznurki są całkowicie pomylone – Liza musiała więc ściągnąć czarną garbowaną skórę i wiązać wszystko od początku. Słońce przez cały czas nie dawało spokoju, więc – będąc w trakcie poprawiania cholernych sznurków – elfkę dopadła duchota. Koniec końców zdołała dokończyć, co zaczęła, i gorset na nowo oplótł talię czarodziejki.

Kiedy wzięła do ręki kostur i była już praktycznie gotowa do dalszej drogi, nagły odgłos przerwał zadziwiającą ciszę. Odgłos ów pochodził z brzucha Lizarry. Ta dopiero zadała sobie sprawę, jaka jest głodna.

— Parę minut śniadania mnie nie zbawi — mruknęła, ściągając plecak.

Przysiadła na krawędzi budynku, spuszczając nogi w dół. Wydobyła z przepastnej otchłani zawiniętą w chustkę kanapkę. Dwie kromki wyjątkowo ciemnego, nafaszerowanego ziołami chleba zawierały w sobie kilka liści sałaty. Nie minęło wiele czasu, kiedy po kanapce nie pozostały nawet okruszki – zaraz do użytku ruszyła druga z kanapek nieróżniąca się wiele od pierwszej. Aż dziwne, że po kilku dniach nieustannej wędrówki elfce starczyły dwie lekkie kanapki... Ale może to być sprawka tego, iż jako ptak podżerała jakieś robaki od czasu do czasu.

Na zakończenie posiłku Liz łyknęła z manierki, która musiała być chyba jakaś zaczarowana, bo mimo iż powinna być już dawno pusta, nadal była pełna. Magia? Pewnie tak skoro to cacuszko było robotą Arrondana Lavellana.

Pierwsza klanu poczuła irracjonalną tęsknotę. Do klanu, do Arrondana, do Opiekunki... Do brata. Była ciekawa, co u nich. Nie mając chwili wytchnienia nie za bardzo miała też czas na zamartwianie się. Mimo iż nie powinna to jednak bała się, czy jej brat nie zrobił czegoś głupiego albo czy na klan nie napadła jakaś grupa templariuszy.

Otrząśnij się głupia! Dostałaś zadanie, Opiekunka i reszta sobie poradzą... Widziałaś przecież co Deshanna wyprawiała z tymi Puszkami

Była w tym prawda. Jeszcze przed feralną misją na klan Lavellan poszły trzy oddziały templariuszy, każdy po dziesięciu rycerzy. Twardych weteranów, którzy niejedno widzieli. Żaden nie wrócił. Lizarra nigdy wcześniej nie widziała takiego pokazu mocy i wbrew pozorom to nie były jakieś nie wiadomo jakie fajerwerki, lecz wyższa magia. Templariusze nie zdążyli podejść nawet na dwa metry, bowiem bujna trawa i korzenia ciasno oplotły ciężkie buty. Rycerze próbowali przecinać ożywioną naturę, ale jak się okazało, kiedy tylko zbliżali broń do roślinnych splotów, była ona im bezceremonialnie wyrywana i odrzucana przez moc. Zaklęcie, którego Opiekunka użyła jedynie ruszając ręką. Roślinność oplatała templariuszy coraz ciaśniej tak, iż wydawali się posiadać plecione portki, następnie całe wdzianko od ramion w dół, aż wreszcie stawali się trawiastymi posągami. Na ostatnim etapie miotali się wyjątkowo mocno, by w rezultacie znieruchomieć.

To nie była łagodna śmierć, którą mogły im zafundować strzały łowców. Liz obserwowała wszystko z bezpiecznej odległości wraz z najmłodszymi klanu – w razie potrzeby miała bronić ich żyć. Magiczne szkolenie względem magii było niezwykle trudne, wymagało od użytkownika pełnego skupienia i zjednania z naturą, żeby nagiąć ją do swej woli. Liz nie miała problemów z używaniem tego rodzaju magii, ale szczerze wolała prostsze zaklęcie wymagające mniej skupienia, a więcej many. Takie ogniste kule? Czemu nie. Inna sprawa, że dochodziło do wielu zniszczeń, a dalijska magia była cicha i precyzyjna niczym sam Wolny Lud. Przypominała pod tym względem magię kreacji, którą stosowano w Kręgach Maginów, ale w wieżach nie było dość natury, żeby naprawdę zapanować nad tą sztuką. A że teraz ponure więzienia w których przetrzymywano magów padły – a przynajmniej większość z nich – szkoła kreacji była tak rzadka jak wielkie smoczyce.

Rozmyślając elfka spojrzała w dal, na morze, które rozciągało się aż po horyzont. Na styku wody i nieba była widoczna cienka linia lądu. Ferelden.

— Będę lecieć w nocy. A cholera by to — Mruknęła sama do siebie, wstając.

Wypowiedziała zaklęcie, nie zważając na to, iż ktokolwiek może ją zobaczyć, czy choćby zainteresować się nagłym rozbłyskiem. Krucze oczka, które przypominały paciorki mogły wychwycić wiele rzeczy, nie umknęło im na przykład ogólne poruszenie wśród oddziałów templariuszy przemierzających Miasto Kajdan.

Nic nie rozchodzi się szybciej niż złe wieści, a doniesienia o naprawdę potężnym magu, zdolnym do zmiennokształtności, nie mogły przejść bez echa. Tylko to zdołała zauważyć, nim z suchego lądu grunt pod nią zmienił się w spienione morskie fale. Latanie w pełnym słońcu, na otwartym morzu z reguły nie jest dobrym pomysłem. Postać kruka wykazała się jednak niezwykłą wytrzymałością na długotrwały lot. Pierwsza klanu zaczynała rozumieć, czemu używano ich do przenoszenia wiadomości. Były skubańce wytrzymałe jak cholera.

W swych obliczenia elfia czarodziejka niestety się nie pomyliła. Była na środku Morza Przebudzonych, kiedy zapadła noc. Widok był niesamowity. Miliony gwiazd odbijały się w falach niby w lustrze, czarna linia lądu powiększała się z każdą godziną, powietrze ochłodziło się z braku słonecznego światła, a mimo to Lizarra w ciele kruka nie czuła zimna. Chociaż mogło to być też zasługą jej szczeniackich wyczynów. Ale tego przytaczać nie będziemy. Przynajmniej na razie.

Pozycje do lądowania pojawiły się wraz z pierwszymi promieniami słońca. Trochę lasów, kilka wsi czy wolno stojących domków. Jedno jednak bezsprzecznie rzucało się w oczy. Tu i ówdzie w niebo unosiły się ciemne dymy i widoczne były ogniska. Niemożliwe, by była tak duża fala uchodźców, więc opcja pozostawała jedna.

Wojna.

Z dzioba, którym dysponowała Lizarra, wydobyło się zaniepokojone krakanie. Przelatując nisko nad lasami czarodziejka była świadkiem prawdziwych walk. Templariusze i magowie wyrzynali się wzajemnie, używając czarów przeciwko technikom Zakonu.

Do czego to doszło – przebiegło jej przez myśl. Zmartwienie wyraźnie uzasadnione.

Gdzieś koło południa czarna ptaszyna postanowiła zrobić sobie przerwę na większej połaci lasu z niewielkim jeziorem pośrodku. W odległości mili nie dostrzegła jakiejkolwiek obecności, więc istniała nadzieja na spokojny odpoczynek. Wylądowała przy połyskliwym brzegu jeziorka, które mogło mieć góra piętnaście metrów średnicy. Gdyby ktoś zobaczył ją po przemianie, mógłby się przeląc. Nienaturalnie blada cera, na której groteskowo odznaczały się tatuaże, zaopatrzona była również w dwie sine aureole, które wystąpiły dokoła ametystowych oczu.

Elfka z drżeniem oparła się o pień pobliskiego drzewa.

— Muszę... Muszę... — powtarzała półprzytomnie.

Nim jednak zrobiła cokolwiek, padła na ziemię pomiędzy potężnymi korzeniami i odpłynęła w sen. Kojący i niewyobrażalnie długi. Najwyraźniej wyczerpanie spowodowane lotem odebrało siły również umysłowi, który nie miał energii przenieść się w Pustkę, śniła więc snem bez snów.

Lizarra ocknęła się pośród niemal całkowitych ciemności. Z trudem podniosła się do pozycji siedzącej, jej palce były zsiniałe z zimna. A przynajmniej tak jej się zdawało, bo oczy nie przyzwyczaiły się jeszcze do nocnej pory.

Poruszyła odrętwiałymi palcami, charcząc formułę zaklęcia. Tuż obok zapłonął ogień. Od tak z niczego. Dawał jednak światło i ciepło, a to elfce na ten moment wystarczyło. Nie wiedziała, ile przesiedziała, rozgrzewając zmarznięte kończyny, ale nie mogło to być mało. Po dostatecznym ociepleniu Liz rozejrzała się za swoim kosturem, który odtoczył się kawałek w stronę jeziora.

Elfka ze zdziwieniem zrozumiała, że na kostur pada srebrne światło, a nie złoty poblask od ogniska. Spojrzała w górę i dostrzegła lekko pyzaty księżyc. Usta zacisnęły się w cieniutką linię.

— Mam coraz mniej czasu — warknęła w noc, ale jej słowa porwał wiatr. — Muszę dotrzeć do Azylu przed pełnią. Ale w takim stanie? Brakuje mi many. Wylecę ze świtem. Będę musiała lecieć cały dzień, żeby nadrobić straty... - Mówiąc do siebie elfka chciała się najwyraźniej pocieszyć.

Może była słuchowcem? W końcu nie miała do kogo gęby otworzyć poza swoim kosturem, więc... Miała prawo do dziwactw. Mając kostur przy sobie Liz przespała resztę nocy, obudziły ją promienie świtu oraz niewiarygodnie głośny śpiew słowika, najprawdopodobniej.

Kolejny dzień podróży nie różnił się zbytnio od pozostałych. Leciała cały dzień, a noc spędziła na drzewie w postaci kruka. Albo z powodu braku lepszego wyjścia, albo z powodu obawy przed powtórzeniem się sytuacji z natychmiastowym zaśnięciem. Po dwóch dniach lotu dostrzegła swój cel. Góry Mroźnego Grzbietu. Pierwsza klanu Lavellan nie musiała też jakoś specjalnie szukać drogi prowadzącej do Azylu. Czemu? Bo istnym sznureczkiem przez trakt ciągnęły się karawany. W większości wypełnione ludźmi Zakonu. A dokąd mogły ciągnąć takie eskapady w trakcie wojny? W stronę miejsca, gdzie ta cała farsa miała się zakończyć. Lecąc nad tym zbiorowiskiem Liz widziała podział, jaki panował wśród podróżnych. Podzielili się na grupy, magowie i templariusze trzymali się od siebie na dystans, jak tylko mogli.

Jeśli oni się pogodzą, to będę się modlić pięć razy dziennie – pomyślała, poruszając rytmicznie skrzydłami. Sznureczek stanowił iście ciekawy widok po nocy. Mnóstwo ognisk wzdłuż traktu, aż tu nagle kolumna skręcała w prawo. Czyli byli na dobrej drodze, skoro skręcali na górskie ścieżki. Jako kruk czarodziejka przysiadła na jednym z przydrożnych dębów, obserwując krzątających się przy karawanie ludzi, elfy, a nawet krasnoludy. Dostrzegła również – o dziwo – qunari.

Wraz ze świtem kolejnego dnia pielgrzymi ruszyli dalej. Zamieniona w kruka Lizarra Lavellan zrobiła to samo. Z racji, że miała parę skrzydeł, pokonywała dystans znacznie szybciej, niżby szła piechotą. Kiedy więc wleciała między górskie stoki, miała jeszcze lepszy widok. Kręty, ciasny i ciemny jak nieszczęście tunel po pół godzinie ostrożnego lotu otwierał się na ogromną kotlinę zewsząd pokrytą śniegiem.

Kotlina była podzielona na dwie części, przybierając przy tym kształt klepsydry. Pierwszą część stanowiła prawie płaska powierzchnia z zamarzniętym jeziorem oraz niedużą wioską, zaopatrzoną w palisadę, główny dziedziniec oraz świątynię ustawioną strategicznie pośrodku. Od wioski prowadziła ścieżka do drugiej części kotliny, pnąc się coraz wyżej i wyżej... Na ten widok Liz zawisła w powietrzu, łopocząc skrzydłami w rytm własnego oddechu. W oddali widniała spora góra, na której czubku wzniesiona majestatyczna budowla. Promienie słońca oświetlały Świątynię Świętych Prochów tak, że miało się wrażenie, iż nie jest to jakiś tam budynek, ale prawdziwy dowód na wiarę w Stwórcę oraz jego oblubienicę: Prorokinię Andrastę.

Oto mój cel – przebiegło zamienionej w kruka przez myśl. Dotarcie do samej świątyni zajęło czarodziejce niecałe pół godziny. Następne pół poświęciła na szukanie dogodnego wejścia. Nie mogła wejść sobie tam od tak. Przebywała tam przecież sama Boska Justynia...

Muszę dowiedzieć się, co się stanie. Muszę wykonać zadanie...

C.D.N

Tak wiem jestem zła :) Jednak mam tak rozpisany grafik, że będę się bawić w Polsat i przerywam w momentach kulminacyjnych.

Piszcie w komentarzach oceny dotyczące rozdziału jeśli wam się spodobało. Odpowiem na wszystkie nieścisłości. A dodatkowo to karmi wene. Więc pisać! Ja nie gryzę... Zazwyczaj :P