Trzeci duch – nie! nie! nie?
– Potrzebuję twojej pomocy – szepnęła, lekko się rumieniąc. Z wyczekiwaniem wypisanym na twarzy czekała na jego odpowiedź.
– Nie możesz poprosić kogoś innego? – zapytał, grzebiąc nerwowo w torbie. Gdzie on, na Merlina, włożył tą przeklętą różdżkę?
– To Ciebie proszę – powiedziała pewnie, patrząc na godło jego domu przyszyte na czarnej szacie. Czuła się nieswojo, bo w głębi duszy znała odpowiedź.
– Wiesz, że nie bawię się w takie bzdury – odpowiedział, z ulgą wyciągając różdżkę.
Bał się spojrzeć jej w oczy, bał się tego, co mógłby w nich zobaczyć. Obrzydzenie? Żal? Politowanie? Przez chwilę panowała niezręczna cisza.
– Dlaczego miałabym ci pomóc? – zapytała, zbierając rozsypane na stole rolki pergaminu. Idąc na spotkanie z nią, podświadomie obawiał się tego, nawet rozmyślał nad odpowiedzią, ale żadna logiczna nie wpadła mu do głowy.
– Tak naprawdę to nie wiem – stwierdził szczerze, próbując wytrzymać jej spojrzenie. Te błękitne oczy nadal miały w sobie ciekawskie iskry.
– Ty mi nie pomogłeś. – Odwróciła wzrok i skrzywiła się, jakby broniąc się przed niechcianymi wspomnieniami. Teodor zauważył bliznę na jej szyi, która zaczynała się tuż pod podbródkiem i biegła w dół, aż za popielaty kołnierz. Znamię jej nie szpeciło, Teodorowi wydawało się, że wręcz dodawało uroku.
– Wiem, ale to naprawdę dziwne. – Brzmię żałośnie, pomyślał. Pochyliła się do niego, jakby nie chciała, by ktoś ich podsłuchał.
– Teo, nie chcę ci pomóc – szepnęła, a jej miętowy oddech owiał jego twarz. Odsunęła się, a on z mętlikiem w głowie, zaczął przypatrywać się, jak upycha rolki pergaminu do skórzanej torby. Teodor tylko patrzył pustym wzrokiem, nawet się nie ruszył, kiedy wstała i szybko wyszła, byle jak najdalej od niego. Głupek, idiota, imbecyl!, wyzywał się w myślach. Gestem ręki zatrzymał zabieganego kelnera i poprosił o podwójną whisky z lodem. W końcu mu się należała.
Nie pamiętał, w jaki sposób znalazł się w swojej kajucie. Gdzieś w głowie kołatały mu się drzwi z numerem trzydzieści cztery, ale co to było i po co, nie miał zielonego pojęcia. Nie potrafił się powstrzymać, wszystko było takie przytłaczające.
– Za dużo pijesz – usłyszał kobiecy głos z głębi swojego mózgu, a przynajmniej tak mu się wydawało. Świetnie! Schował głowę pod poduszkę, próbując uciszyć głosy w swojej skacowanej głowie. Nie znosił tego stanu, kiedy słyszał jej karcący ton, choć czasami podświadomie chciał go usłyszeć. Wtedy napawał się nim i czuł, że ona przy nim jest, pomimo tego co zrobił, ona się nim wewnętrznie opiekuje. Jednak w tej chwili te przeklęte głosy przypominały mu o jego popołudniowej porażce.
– Słyszysz? – Ktoś go zdecydowanie dźgnął w ramię. Leniwie uniósł głowę, mając na niej poduszkę i ze zdziwieniem spojrzał w patrzące na niego niebieskie oczy. Głośno przełknął ślinę, nie wierząc w to kogo widzi. To jednak nie były omamy słuchowe.
– Niemożliwe – szepnął, całkowicie oniemiały. To sen, zdecydowanie sen. Zamrugał kilka razy, ale ona nadal kucała przed jego łóżkiem, opierając się o ramę. Głowę miała tak blisko jego twarzy, że mógł policzyć delikatne piegi na jej nosie.
– Lav, co tu robisz? – zapytał, błagając, by to nie był sen. Ona tu była! W jego kajucie! Spojrzała na niego spod przymrużonych powiek. Zmarszczyła czoło, zawsze tak robiła, gdy zastanawiała się nad czymś ważnym. Wstała i ze zrezygnowaniem oparła się o szafkę, kierując wzrok na dziwną maź znajdującą się na podłodze, której już nie zakrywał koc w szkocką kratę.
– Przyszedłeś do mnie pijany. Waliłeś w drzwi, nie dając mi spokoju. Postanowiłam, że odprowadzę cię do kajuty, klucz miałeś w spodniach. Przyprowadziłam cię tu i wtedy... – Wzięła głęboki wdech i ze świstem wypuściła powietrze. Teodor z trudem odnotował w pamięci, że jego towarzyszka czymś się denerwuje. – Wtedy zobaczyłam to – głową wskazała bordową plamę. – Było przykryte kocem. Teodorze, co to jest? – zapytała.
Usiadł na łóżku i przetarł oczy, by odświeżyć umysł. Nie pamiętał, by do niej szedł, przecież nie wiedział, gdzie miała swoją kajutę, na Merlina!
– Właśnie dlatego chciałem cię prosić o pomoc – wydusił w końcu. Lavender zdziwiła się, niepewnie podeszła do niego, usiadła obok i oparła o ścianę. Teodor bał się na nią spojrzeć, nagle jego dłonie wydały się bardzo interesujące. Krzywe, długie palce to zginał, to prostował, próbując jednocześnie zignorować niezręczną ciszę.
– Nie rozumiem. Opowiedz mi – zażądała.
I tak zrobił, mówiąc o nawiedzających go żywych duchach z dziwną raną na brzuchu, o tym, że nie może się z nimi porozumieć i, że proszą go o pomoc.
– Nie wiem o co chodzi, ale ty powinnaś. Mówiłaś mi o tym. – Spojrzał na nią wyczekująco. Jęknęła.
– To nie to samo. Ukazywały mi się duchy, ale nie miały ran na ciele i nie prosiły mnie o pomoc – wyjaśniła.
– Czemu ci się ukazywały? – wyrwało mu się niespodziewanie. Machnęła niedbale ręką, chcąc uciąć ten wątek, nie zamierzała mu nic powiedzieć. Zamknęła oczy i uderzyła lekko głową o ścianę, Teodor zagryzł usta i próbował powstrzymać swoje myśli. Atmosfera zrobiła się tak gęsta, że można było kroić ją nożem. Po chwili Lavender wstała i nie odwracając się w stronę Teodora, podeszła do drzwi. Wychodząc, uchwycił jak ze zrezygnowaniem powiedziała:
– Pomogę ci.
Opłukał zapuszczoną twarz zimną wodą. W lustrze, które wisiało nad umywalką widział swoje mizerne oblicze. Włosy sterczące w różne strony, przekrwione oczy, wystające kości policzkowe ostre niczym brzytwa i drapiący zarost. Wyglądał okropnie, z zażenowaniem spuścił wzrok, nie mogąc na siebie patrzeć. Przełknął ciężką gulę w gardle. Weź się w garść, powiedział sobie w myślach. Odepchnął się od umywalki i poszedł po swoją podróżną torbę. Wyjął z niej golarkę, którą udało mu się zakupić dzień przed złamaniem różdżki, a przynajmniej tak mu się wydawało. Patrzył chwilę na ostrze, jakby zastanawiając się, co zrobić. Nie był tego pewien. Powoli wszedł do obłożonej białymi płytkami łazienki i znów stanął przed lustrem. Przyłożył ostrze do swojej bladej skóry, zamknął oczy i pociągnął wzdłuż szczęki.
Cała umywalka skąpana była we krwi, jakby ktoś urządził sobie rzeźnię, a Teo patrzył na swoje odbicie próbując zapanować nad złością. Wyglądał jeszcze gorzej, połowa jego twarzy była w małych ranach. Patrząc na swoje dzieło, zauważył w lustrze jeszcze jedno odbicie. Potrząsnął głową i wziął głęboki wdech, to chyba jakiś żart.
– Czego ode mnie chcesz? – zapytał, nie odwracając wzroku od znajdującej się za nim zjawy. Duch złapał się za brzuch i, jak zahipnotyzowany, patrzył się na ranę znajdującą się na nim. Teodor odwrócił się do niego twarzą i cierpliwie czekał na odpowiedź. To pytanie rozsadzało jego mózg. Kim jesteś? Czego chcesz? Ledwo panował nad sobą.
– Po...pomocy – wyjąkała zjawa.
– Jak mam ci pomóc? – Teodor naprawdę próbował być mniej sarkastyczny, ale efekt był taki, że kłąb dymu jeszcze bardziej się zlękł.
– On mi powiedział, że będziesz wiedział – odpowiedział mężczyzna z malującym się bólem na twarzy, po czym zniknął.
– Powoli zaczyna mnie to wkurzać – wyrzucił z siebie, siadając naprzeciw Lavender Brown. Wyglądała niemal tak samo, jak ją zapamiętał. Jasne włosy związała w niedbały kok, a na sobie miała bawełnianą, białą sukienkę.
– Co ci się stało na twarzy? – zapytała, przyglądając mu się uważnie, jakby był okazem w muzeum. Speszony spojrzał na buty i prychnął. Postanowił zignorować jej pytanie. Podniósł wzrok i przez chwilę mierzyli się spojrzeniami. Nagle, mając dość krępującej ciszy, rzucił:
– Znowu objawiła mi się zjawa, ale inna od poprzednich.
– Szukałam czegoś w moich materiałach, ale nie znalazłam nic, co by cokolwiek wyjaśniło. Och, żałuję, że nie wzięłam tej przeklętej księgi – jęknęła, sięgając po szklankę gazowanej wody. Była taka swobodna, jakby to, co się wydarzyło, nie miało miejsca.
– Dlaczego płyniesz do Ameryki? – zapytał, zanim zdążył ugryźć się w język. Przez chwilę patrzyła na niego oniemiała, następnie zmarszczyła brwi, a na koniec nieśmiało się uśmiechnęła. W ogóle nie rozumiał tej kobiety, jej humor zmieniał się jak pogoda.
– Jeśli musisz wiedzieć, to w Nowym Jorku jest organizowana coroczna konferencja jasnowidzów i wróżbiarzy. Jestem współorganizatorem.
– Jesteś jasnowidzką? – zapytał. Owszem, interesowała się tym w Hogwarcie, ale nie sądził, że zajmie się tym zawodowo. To było spore zaskoczenie.
– Myślałam, że wiesz.
Zagryzł popękane usta i przekrzywił głowę, zastanawiając się nad czymś. W tym momencie problem duchów zszedł na drugi plan. W końcu czuł się swobodnie, normalnie, nie poddawany ocenie. Całe przygnębienie uleciało, by po chwili powrócić, niemal go dusząc.
– Lav... – zaczął, ważąc każde słowo. Kobieta zamrugała, czekając w napięciu, co było widoczne, po tym jak zaczęła nerwowo zginać palce. Czuł, że musi wiedzieć, po prostu to było silniejsze od niego. – Czy ty... Czy ty mi wybaczyłaś? – Kiedy zadał to pytanie, wiedział, że nie ma odwrotu, a wspomnienia zakopane na nowo zmartwychwstały.
W Hogwarcie panował istny chaos. Wszędzie latały zaklęcia, uczniowie krzyczeli, a ona szybko biegła, by gdzieś się schować. Właśnie wybiegła zza zakrętu, obijając się o ścianę, kiedy tuż przed sobą zobaczyła włochate łapy. Podniosła wzrok i przeraźliwie wrzasnęła, widząc przed sobą Greybacka. Szybko się odwróciła i puściła pędem w przeciwną stronę. Byle jak najdalej od wilkołaka i tego obłąkanego, zwierzęcego spojrzenia żądnego krwi. Już myślała, że go zgubiła, że zablokowała zaklęciem, które pierwsze przyszło jej na myśl, kiedy zwierzę nagle złapało ją za kostki. Upadła na podłogę, tłukąc sobie ramiona i krzycząc ile sił w płucach. Szarpali się przez chwilę, próbowała go drapać paznokciami, kopać, a w pewnym momencie nawet ugryźć, ale po chwili było po wszystkim. Czuła ostre zęby wtapiane w ciało, ciepłą juchę spływającą po szyi i gdy już traciła powoli świadomość, zobaczyła go. Stał całkiem niedaleko, ukryty za kolumną patrzył, jak ten potwór ją kosztuje. Zamykając oczy i tracąc powoli świadomość, zdążyła zaobserwować, jak się odwraca i odchodzi. Jakby nigdy nic.
