(A/N) Dużo się złożyło na to opóźnienie. Nie planowałam tego, ale po 3 rozdziale... YOI trochę mi się przejadł, zaczęłam oglądać na nowo Haikyuu..później Daiya no ace.. No a później byłam sfrustrowaną pisarką, co nic jej się nie podoba i postanowiła usunąć całą zapisaną pracę. A kiedy chciała zacząć pisać komputer jej wysiadł (tak totalnie. Ten rozdział pisałam na laptopie koleżanki), a później była sesja... No ale dobrnęłam i coś napisałam. Ha. W każdym razie czytelnik X mi zwrócił mailowo uagę, że moje opowiadanie trudno znaleźć w magicznej wyszukiwarce ..I tu nawet nie chodzi o angielski tytuł (do tego mam spaczenie, więc przepraszam). trochę mi smutno, bo nie wiem jak w takim razie ustawiać moje fiki by były wuszukiwane...:( W każdym razie ten rozdział dedykuję ANI, która mnie mile zaskakuje mailowo i jakoś motywuje do pisania. Dziękuję! I liczę na ten katsudon kiedyś :D A jakby ktoś miał tumblra i chciał nie wiem wysłać anon hate to zapraszam: iwachanaddict. /
A teraz zapraszam do czytania! :)
4.
Przeszłości nie da się tak łatwo wymazać. Jest to coś, co wykreowało obecnych nas i nie ważne jak bardzo chcemy zapomnieć o dawnych latach, kiedy nasze życie nie przypominało tego z telewizyjnych programów, to tak naprawdę nigdy nie możemy od niej uciec. Viktor dobrze o tym wiedział. Emocje, które do niego wróciły powodowały nie jeden koszmar. Splamione krwią dłonie piekły każdego dnia, gdy mijał obcych sobie ludzi. Był mordercą, manipulatorem i kłamcą. Jedyną nową rzeczą, którą się nauczył spędzając czas z Phichit'em była umiejętność ignorowania niepotrzebnych emocji. Odsunięcia ich tak głęboko od powierzchni myśli by nie przeszkadzały w codziennym funkcjonowaniu.
Jednak mimo udanej gry aktorskiej bywały poranki, w których się zastanawiał czy nie powinien okazać poczucia winy? Poczuć coś na kształt dyskomfortu w obecnej sytuacji. Spoglądał w ciemne oczy niewinnej kobiety, która żyła nieistniejącą miłością między nią a młodym waką. Zamiast tego miał ochotę się śmiać z tej żałosnej kreatury, bo jak bardzo trzeba było być ślepym by wierzyć w miłość, kiedy noce spędzała samotnie? Kiedy jej własny mąż kompletnie ignorował jej słowne adoracje mające go zachęcić by spędził z nią trochę więcej czasu. Była naprawdę żałosnym wizerunkiem kobiety.
-Jutro wyjeżdżamy do Stanów spotkać się z rodziną Iglesias i tym młodym zgrupowaniem króla JJ.-Yuuri odłożył spokojnie pałeczki na stół, nie spuszczając z Phitchit'a wzroku.- Załatwiłeś wszystko?
-Yuuri czuję się dotknięty do żywego! Jak możesz w to wątpić?! Jestem w tym najlepszy! Dwa paszporty i komplet biletów dla ciebie i twojego ochroniarza. No i spory zasób pieniędzy na koncie. –Odparł z dramatyczną grą rozbawiając wszystkich siedzących przy stole.
-Naprawdę musisz tam lecieć? Stany nie są bezpieczne…- Hana spojrzała się z niepokojem na swojego męża.
-Dlatego Viktor będzie mi towarzyszył. Nie możemy wiecznie liczyć, że inni będą zaglądać do nas, my też musimy od czasu do czasu się pokazać na obcych ziemiach. Tak się buduje interesy Hana-san. – Odpowiedział jej chłodno wstając od stołu.- Podczas mojej nie obecności możesz robić na co masz ochotę. Może odwiedź swoich rodziców? –rzucił na odchodne wychodząc z pomieszczenia.
Viktor uśmiechnął się pod nosem dopijając swoją herbatę. Po takim czasie mieszkania w tym domu nauczył się już, że w momencie wejścia do czyjejś rodziny można było zapomnieć o dawnych krewnych. Rodzice Hany nie domagali się kontaktu ze swoją córką. Dopóki relacje między zgrupowaniami były dobre ich córka w ogóle dla nich nie istniała. Jak więc mogła pojawić się w dawnym domu?
Phitchit ukłuł go łokciem w bok, próbując go opamiętać od okazywania zbyt wielu emocji. Rosjanin stęknął cicho wstając od stołu. Kiwnął na pożegnanie i zniknął w holu prowadzącym do sypialni młodego waki. Hana wodziła za nim wzrokiem pogryzając dolną wargę.
-Phitchit-san… Czemu Viktor jest taki ważny dla Yuuri-sama? Przecież to zwykły ochroniarz, prawda?
-Oczywiście, że tak Hana-sama! Viktor jest najlepszy w swoim fachu i daje młodemu wace poczucie bezpieczeństwa. Nie masz się czym przejmować. Stoisz dużo wyżej od niego w sercu Yuuri'ego. Jesteś wreszcie jego żoną, a nie jakimś tam ochroniarzem!
Uśmiechnęła się w odpowiedzi bojąc się odezwać. Phitchit początkowo wydawał jej się najsympatyczniejszym z członków zgrupowania. Zawsze uśmiechnięty i skory do pomocy. I może właśnie to budziło w niej strach. Miała wrażenie, że jest on dużo bardziej niebezpieczniejszy od Viktora, który przynajmniej jawnie okazywał jej zobojętnienie.
-Korzystaj ze swojego życia Hana-sama. Wreszcie nie żyjemy wiecznie.- Powiedział pod nosem uśmiechając się enigmatycznie. – Szkoda marnować życie na zbędne troski. I tak jesteś tylko kanarkiem w klatce, więc ćwierkaj póki możesz.
Brunet ruszył w stronę wyjścia pogwizdując pod nosem. Zostawiając młodą kobietę samą z rodzącym się w jej sercu strachem.
Viktor z rozbawieniem obserwował bruneta, który próbował wytłumaczyć cel swojej podróży. Nawet taka rozmowa z obcymi ludźmi wydawała się ponad jego siły. Musiał jednak przyznać, że ten wizerunek świetnie się sprawdzał bo kobieta z uśmiechem wręczyła z powrotem paszport i życzyła mu udanego pobytu. Co może lepiej przekonać urzędników o niewinności pobytu niż nieśmiały, jąkający się i niezgrabnie mówiący po angielsku młody Japończyk?
-Podziwiam twoją grę aktorską Yuuri, w życiu bym nie powiedział, że jesteś członkiem mafii.- Szepnął mu do ucha, chwytając jego dłoń w swoją.
Yuuri zarumienił się nieśmiało spoglądając na niego z delikatnym uśmieszkiem.
-Od zawsze tak wyglądam Viktor. Kiedy mnie poznałeś też mi było daleko do wizerunku gangstera.
-Faktycznie. Rzadko jaki kryminalista wywija piruety na lodzie.- Odwzajemnił uśmiech kierując się powoli ku wyjściu z lotniska.
Młody waka już nic więcej nie powiedział, uścisnął go mocniej podążając za nim spokojnym krokiem. Oglądał też ich otoczenie, szczególnie rozmaitość ludzi, których mijali. W Japonii turyści byli na porządku dziennym, ale taka masa różnych narodowości była dla niego czymś nowym i niezwykle ekscytująca. Nie umiał sobie wyobrazić by ludzie o tak różnych kulturach i poglądach na świat mogli żyć w jednym miejscu bez żadnych konfliktów. Nie był rasistą, ale nawet on czułby się niekomfortowo żyjąc w takim kraju na co dzień. Wreszcie Japonia, w której obecność obcokrajowców jest marginalna i tak nie jest tolerancyjna. Bywają miejsca, gdzie otwarcie odmawia się obsługi obcokrajowców, gdzie nawet maszynista pociągu odmówi ruszenia. Może właśnie dlatego nie powinno go dziwić, że w tym kraju zbudowanym na krwi rodowitych mieszkańców istnieje czarny rynek i przemoc na porządku dziennym. Pokój i tolerancja przykrywają bronie i mowę nienawiści obecną w życiu normalnych ludzi.
-Ludzie tutaj lubią chodzić nago?- Mruknął zawstydzony pod nosem próbując nie spoglądać na kobietę ubraną wyłącznie w bikini.
-Hm?- Viktor spojrzał się w stronę oczekujących na lot chichocząc pod nosem.- Yuuri to nie jest chodzenie nago. To jest bikini. Temperatura tutaj jest tak wysoka, że ludzie w żadnym wypadku nie mają ochoty noszenia więcej ubrań niż to konieczne. To nie jest konserwatywna Japonia, gdzie ludzie zasłaniają większość swojego ciała. Naprawdę, kto widział by na plaży paradować w stroju kąpielowym i koszulą?! Tylko wy. Tylko wy.
-Nie rozumiem o co ci chodzi. Według mnie nie ma w tym nic dziwnego. –Odparł cicho naburmuszając się powoli.
-Nie dąsaj się Yuuri. Wiem, że Japonia to zupełnie inna kultura, po prostu z punktu widzenia obcokrajowca, niektóre wasze zwyczaje są… dziwne i nielogiczne. Wiesz o Rosji też nie mówi się przychylnie… Jest takie powiedzonko, że Rosja to nie państwo, Rosja to stan umysłu. każde państwo ma swoje dziwactwa!
-Jakoś mnie to nie pocieszyło…
Rosjanin nachylił się ku niemu cmokając go w czoło próbując się opanować. Yuuri wygląda naprawdę uroczo robiąc te swoje miny dziecka, które coś nabroiło i nieporadnie próbuje za to przeprosić. Miał go wyłącznie dla siebie przez najbliższe dwa tygodnie. Nie mógł być bardziej szczęśliwy, szczególnie jak mógł być świadkiem takich czarujących wybuchów.
-Yuuri!
Na zewnątrz powitał ich znany im głos Leo, który biegł w ich stronę z szerokim uśmiechem. Japończyk natychmiastowo rzucił się w ramiona przyjacielowi wymieniając się komplementami i niedowierzaniem. Viktor jedynie kiwnął głową w przywitaniu podziwiając ich beztroskę.
-Gratulacje z ożenku! Nie spodziewałem się takiego obrotu spraw.
-Wiem, wiele osób było zaskoczonych szybkością z jaką to wszystko było zorganizowane, ale to było nieuniknione. –Uśmiechnął się krzywo ściskając mocniej rękę Viktora.
-To prawda, ale sądziłem, że twój ojciec jednak do ci więcej swobody. Przynajmniej nadal możesz mieć Viktora u swojego boku.
-Tylko dzięki Minako. Znalazła mi odpowiednią partnerkę.
-A lubisz ją chociaż? Nie musisz jej kochać, ale jakieś pozytywna emocja byłaby mile widziana w małżeństwie.
-Sam nie wiem… Szczerze mówiąc do tej pory jedynie ją unikałem. Nie umiem się do tego przekonać.
-Yuuri…
-Wiem Leo. Wiem.
Viktor nie odezwał się ani słowem rozumiejąc dobrze, że jego opinia nie jest aktualnie potrzebna. Wiedział też dobrze, że Yuuri czuje się winny z powodu tego, że nie umie odwzajemnić chociaż odrobiny uczucia Hany. Jest za dobrym człowiekiem dla własnego dobra. Jednak niewypowiedziane zdanie Leo trafiło w punkt. Yuuri musi się przełamać by dać życie przyszłemu wace, czy mu się to podoba czy nie. Taki był jego obowiązek.
-Chciałbym być tak silny jak ty. – Yuuri powiedział cicho wpatrując się w małą białą tabletkę w dłoni.- Funkcjonujesz bez leków…
Usiadł obok niego obejmując go powoli. Yuuri natychmiastowo wtulił się w niego próbując powstrzymać łzy. Dam Iglesias był zupełnie inny. Duża secesyjna posiadłość z wielkim basenem i małym polem golfowym przyciągała uwagę. Służba, która wydawała się całkiem zwyczajna nosiła pod uniformami broń pilnując bezpieczeństwa głowy rodziny. Jednak pod pozorem normalności był chłód i zobojętnienie. Był to niejaki szok dla młodego waki żyjącego w rodzinnej atmosferze, gdzie każdy członek rodziny był ważny.
-Pomóż mi Viktor…
Uśmiechnął przyciągając mocniej do siebie bruneta by nie mógł spostrzec uśmiechu na jego twarzy. Kochał swojego wakę, ubóstwiał go najbardziej, gdy stał w swoim ogrodzie odziany w swoje yukaty z dala od wzroku innych ludzi. Oczywiście jakaś część jego serca chciała widzieć go jako silnego i bezwzględnego przywódcę, jednak większa część jego pokręconej osobowości chciała go widzieć słabego i zdanego na niego. Chciał by Yuuri był od niego uzależniony. Być jego priorytetem. Rozumiał, że to nie jest rodzaj miłości, który jest wychwalany przez psychologów, to jest wręcz rodzaj miłości, który jest krytykowany. Viktor był wstanie żyć z tą krytyką, jeśli będzie mu dane stać u boku młodego waki do końca swoich dni.
Zresztą czy naprawdę jego uczucia to zbrodnia? Świat nie rozumie Yuuri'ego. Świat nie rozumie słabszych osobników, obecny świat pragnie jedynie bestii w ludzkiej skórze, które poświęcają wszystko dla pieniędzy i władzy. Yuuri ma zbyt piękną duszę by dać się splamić kapitalizmowi.
-Yuuri musimy iść. Trzeba się przywitać z ojcem Leo. Nie bój się, będę przy tobie.
Brunet odsunął się od niego nieznacznie kiwając głową na znak, że rozumie. Podniósł wzrok na Viktora, który chłodził go delikatnie po policzku. Tylko tutaj, z dala od członków własnej rodziny mógł być szczerym wobec własnych uczuć. Nie musiał czekać na zmierzch by móc dotknąć swojego kochanka. Pocałował czule niebieskookiego, który stęknął zaskoczony ,nie dał mu jednak szans na reakcje wstając szybko z łóżka i poprawiając swoje włosy. Viktor miał racje, nie był tutaj na wakacjach i czekały go obowiązki.
Nie może pozwolić sobie na splamienie imienia swojego dziadka, który tak walczył o dobre stosunki z grupą Iglesias przez swoje emocje. Na łzy i czułości będzie miał czas później, teraz zaś musi odegrać rolę członka mafii. Na szczycie zgrupowań nie stoją dryblasy z bronią i stalowym sercu. Nie. Na szczycie stoją ludzie, którzy są inteligentni i przebiegli. Idioci bawią się w zabijanie zaś szefowie w przestawianie pionków na szachownicy.
Zeszli do salonu, w którym już znajdowali się najważniejsi członkowie rodziny. Leo wstał z fotela i podszedł do nich z niepewną miną. Atmosfera zmieniła się na gorsze od ich przybycia do posiadłości. Yuuri mentalnie przeklął swój wieczny strach, powinien był szybciej się pozbierać i zejść, a nie czekać na cud.
-Panie Katsuki, długo kazałeś nam na siebie czekać. – Jeden z mężczyzn z widocznym już brzuchem odezwał się szorstko, popalając swoje cygaro.- W Japonii to wy się chyba nie śpieszycie?
-Wuju!- Leo próbował się wtrącić, jednak Yuuri podniósł dłoń w geście uciszenia go.
-Nie musisz Leo. Jakby nie patrzeć zasłużyłem sobie na tę uwagę. Przepraszam, że musieliście na mnie czekać. Mam jednak nadzieję, że ten incydent nie zaważy na naszej dalszej rozmowie. Mój ojciec liczy na dalszą owocną współpracę i ja jako jego następca też widzę w naszej kooperacji pozytywne wyniki, które szkoda byłoby przekreślać moim błędem w kwestii dobrego wychowania.
-Katsuki ma rację Rob. To był mały incydent, który powinien zostać potraktowany z przymrużeniem oka. Nasze zgrupowania mają dobrą kooperację i nie widzę teraz żadnego poważnego powodu by z tego rezygnować. Szczególnie, gdy rosyjskie śmiecie próbują zgarnąć nasze terytorium. –Ojciec Leo uśmiechnął się pobłażliwie sięgając po swój kieliszek koniaku.
Viktor zaś próbował nie okazać większego zainteresowania tematem powiększających się wpływów rosyjskiej mafii. Nie tylko Yakov pragnął władzy absolutnej, ale to on rozpoczął wyścig o największe wpływy.
-Niestety Niedźwiedzia mafia przejęła część rynku w Tokio i Kioto, co jest niepokojące i dla samej yakuzy. Sprzedaż swoich wpływów obcemu zgrupowaniu nigdy nie kończy się dobrze dla rodzimego rynku. Za miesiąc ma się odbyć zebranie w Tokio największych zgrupowań właśnie w celu omówienia wpływów rosyjskiej mafii. –Yuuri zasiadł na fotelu sięgając po swoją szklankę z whiskey.
-Te parszywe świnie nie wiedzą co to subtelna gra. Bawią się z naszymi dziwkami i je zabijają!
-Porywają dzieci na naszym terenie!
-Sprzedają broń naszym wrogom i czekają aż się powybijamy!
-Dranie nie zmienili taktyki od 1944 roku! Wtedy też wyruchali warszawę!
-Zrobili się bohaterami, a więcej mordują niż Hitler w swoich marzeniach!
-Mordują nasze dzieci na organy!
Viktor milczał przez całą gorącą wymianę zdań. Nie mógł się nawet nie zgodzić, skoro sam personalnie brał w takich działaniach udział. Nie mówiąc już o morzu krwi, które sam stworzył swoimi mordami, a i tak był to zaledwie ułamek prawdziwych zbrodni, które się dokonywają w jego ojczyźnie. Yuuri również milczał obserwując dokładnie wszystkich zebranych. Emocje zawsze były najgorszym doradcą, ale najlepszym suflerem dla obcych oczu.
-Katsuki sam ma przy sobie rosyjską świnie! Zdradzasz nas z Rosjanami?!
-Ależ nie. Co prawda mój ojciec miał propozycję współpracy, jednak została ona odrzucona. W spadku dostaliśmy prawą rękę samego Yakov'a. Viktor teraz jest moim lojalnym pupilkiem. Wiecie jak to jest… uratuj zwierzęciu życie, a będzie lojalne do śmierci. –Odparł spokojnie uśmiechając się jadowicie.
-Twoja aura była zupełnie inna Yuuri… Byłeś zupełnie bezwzględny, ale to się chyba podobało skoro wyrazili chęć dalszej współpracy. –Viktor mówił spokojnie przeglądając uważnie dokumenty.
-Oto w tej pracy chodzi, prawda? Tu nie ma miejsca na bycie miłym, zresztą nie skłamałem ani razu.- Wzruszył ramionami spoglądając na krajobraz za oknem. Lot samolotem poniekąd go uspokajał.
-Doprawdy? A skąd pewność, że będę lojalny aż do śmierci?- Uśmiechnął się rozbawiony, odkładając papiery do plecaka.
-Mylę się?- odwrócił się w jego stronę przymrużając nieznacznie oczy.
-Skłamałbym gdybym potwierdził.
Nachylił się w stronę bruneta wpijając się w jego usta. Na szczęście lecieli klasą biznes i nie musieli dzielić siedzenia z innymi pasażerami. Yuuri dzięki temu był bardziej uległy i pozwalał mu na rzeczy, które normalnie by go zawstydzały.
Musiał jednak przyznać sam przed sobą, że widok poważnego Yuuri'ego, z tą chłodną aurą wokół pociągała go. Było w tym coś egzotycznego, coś co w innych wzbudzało strach, w nim zaś pożądanie. Każdego dnia pragną młodego wakę bardziej i bardziej. Nie był jednak pewien, czy Yuuri jest gotowy na prawdziwy stosunek. Aczkolwiek miał ograniczony czas jeśli chciał być pierwszym, który zobaczy Yuuri'ego od tej strony. Chciał być jego pierwszym partnerem w łóżku. Nie miał zamiaru oddać tej pozycji jakiejś kobiecie, która nawet nie miała prawa głosu. Może nie mógł rodzić dzieci, ale wiedział jak zaspokoić seksualne potrzeby swojego kochanka. Wiedział czego Yuuri potrzebuje.
Yuuri z cichym jękiem odsunął się od niego zaczerwieniony po same uszy. Spuścił wzrok próbując opanować się zanim pojawi się stewardesa, albo przypadkowy przechodzeń do toalety i zobaczy go w takim stanie. Viktor zaś oblizał lubieżnie usta nie mogąc się doczekać kiedy znajdą się w hotelu.
-W Ottawie będzie na nas czekał jeden z ludzi JJ'a, który nas zawiezie do hotelu. A jutro spotkamy się z samym „królem", chociaż nie wiem, czy zawiązywanie współpracy z taką grupą ma jakikolwiek sens.- Brunet próbował brzmieć nonszalancko i wrócić myślami do obowiązków, a nie do Rosjanina, który z każdym dniem stawał się coraz bardziej otwarty w ich znajomości. Bał się też, że jeśli da się porwać temu tempu Viktor przestanie uważać nawet w domu i zacznie go całować na oczach Hany. Nie chciał nawet myśleć, co by zdruzgotana kobieta mogła zrobić.
-Jak się z nim spotkasz to postanowisz. Sam fakt, że się skontaktowali z twoim ojcem zasługuje na oklaski za odwagę. Tego im na pewno nie brakuje, czyli są młodzi i głupi. Ale to ma swoje korzyści Yuuri. Młodzi gangsterzy szybciej trafią do młodych ludzi spragnionych narkotykowych szaleństw. Nie nastawiaj się tak negatywnie.
-Masz rację. Powinienem nastawić się pozytywnie na to spotkanie.
Yuuri rozglądał się niepewnie po restauracji, gdzie rozbrzmiewał w większości obcy mu język, Viktor zaś wyglądał na zrelaksowanego i chętnie rozmawiał z kelnerką. Niestety nie rozumiał o czym rozmawiał z taką pasją, mógł jedynie podejrzewać, że chodzi o najlepsze miejsca do zwiedzania. Spojrzał się na mężczyznę w luźnym ubraniu, który ostentacyjnie żuł gumę ignorując ich obecność. Kanadyjska mafia miała zupełnie inne reguły gry w porównaniu do reszty świata, albo po prostu to była specyfika tej konkretnej grupy. Jeszcze nigdy nie czuł się tak nie na miejscu.
Minęło pół godziny bezczynnego czekania, gdy drzwi od restauracji zostały otwarte wpuszczając do środka roześmianą parę. Ku zdziwieniu bruneta podeszli wprost do nich nie zmieniając mimiki ani na moment. Ich opiekun zaś poprawił się w siedzeniu ściskając rękę nowo przybyłego.
-Dobrze was widzieć w dobrym zdrowiu panie Katsuki.- Mężczyzna odezwał się entuzjastycznym głosem siadając tuż obok niego. -Mam nadzieję, że Pierre nie sprawił wam żadnego kłopotu.
-Nie. Był świetnym opiekunem. – Odparł zdezorientowany, nie wiedząc jak ma się zachować.
-A ty jesteś?- Viktor odłożył kieliszek wina uśmiechając się sztucznie.
-Ach! Racja. Nazywam się Jean-Jacques Leroy dla przyjaciół JJ, a to moja narzeczona Isabella Yang. -Chłopak ani przez moment nie wydawał się speszony swoim brakiem taktu, wręcz jeszcze mocniej promieniował pewnością siebie.
-Ty jesteś JJ? Przepraszam, że spytam ale ile masz lat?
-Dziewiętnaście.
-Czy JJ nie jest wspaniały? W tak młodym wieku osiąga wszystko, co sobie wymarzy- Isabella zaszczebiotała wtulając się w swojego narzeczonego.
Viktor przez sekundę skrzywił się w mentalnym bólu, jednak szybko odzyskał rezon w porównaniu do Yuuri'ego, który zakrztusił się swoją wodą.
-Jesteś pewien, że chcesz wkroczyć na taką ścieżkę? Jestem pewien, że na świecie są inne legalne możliwości byś mógł używać przydomka król JJ…
-Na pewno są, ale żadna droga nie jest tak emocjonująca jak droga kryminalisty. Zresztą moja grupa nie będzie zajmowała się mordowaniem, a raczej postaramy się tego unikać jak ognia. Chcę się skupić na przemycie i sprzedaży narkotyków.
Viktor zakasłał głośno, spoglądając z irytacją na Kanadyjczyka.
-O takich rzeczach nie mówi się w miejscu publicznym dzieciaku. Jeśli chcesz omówić szczegóły powinniśmy udać się do bardziej kameralnego miejsca, które nie ma potencjalnych świadków.
-Co? Nie no bez przesady! To kanada, tutaj można mówić o wszystkim, nic nam nie zrobią! Wy stare pryki wszędzie widzicie jakieś problemy, nawet tam gdzie ich nie ma, nie?- JJ roześmiał się serdecznie sięgając po swój kieliszek wina. Podniósł go w geście toastu, co zostało szybko odwzajemnione przez jego towarzyszy i Yuuri'ego, który wolał nie robić dodatkowych kłopotów. Viktor fuknął pod nosem wstając od stołu. Był zbyt zirytowany postawą JJ'a by myśleć racjonalnie. Ruszył w stronę toalet mając nadzieję, że w czasie jego nieobecności nie zdarzy się żadna tragedia.
-Twój ochroniarz to straszny sztywniak?
-Viktor po prostu przywykł do innego rodzaju negocjacji. W każdym razie dlaczego chcesz nawiązać współpracę z nami? Czy to nie Tokio jest zazwyczaj polem do działania? – Yuuri odparł beznamiętnie przyodziewając chłodny uśmiech.
-Właśnie to jest problem! Wszyscy ciągną do Tokio! Ja też!- Parsknął śmiechem dolewając sobie wina.- Ale jak usłyszeli o moim wieku i doświadczeniu na tym polu to szybko zerwali rozmowy. Gdy to się powtórzyło z dziesięć razy to miałem dość i postanowiłem po prostu nie zdradzać mojego wieku! I proszę! Jesteś tutaj!
-Skąd hipoteza, że nie zerwę rozmów teraz?
-Nie szkoda ci tego całego zamieszania? Słuchaj! Ja wiem, że jestem młody i niezorientowany w tym mafijnym świecie, bo filmy pewnie gówno dają, ale słuchaj! Ja mam wizję, nie jest może tak zjawiskowa jak twoja, ale chce mieć małą grupę składającą się z samych zaufanych osób. Nie chcę mieć jakieś potężnej organizacji, to by tylko szybciej przyciągnęło wzrok nieproszonych ludzi. W każdym razie moja działalność to przemyt narkotyków, maryśka tutaj jest legalna więc szału nie ma, ale chce zadziałać w takich małych shotach dla młodych.
-Mówisz o tym nowym rodzaju narkotyku?
-Wy go tam wymyśliliście ,nie? Wszystko wiem, mój kumpel był w Tokio i mi opowiadał właśnie o tym, że wrażenia były zabójcze. Oboje możemy całkiem nieźle na tym zarobić. Kanadyjczycy to nie są sztywniacy, zresztą mam też kontakty w Nowym Yorku! I masz moje słowo, że nawet jak nas policja złapie, to cię nie wydam, zresztą co oni mogą zrobić takiemu mistrzowi kung-fu?!
Milczał przez chwilę analizując całą rozmowę. Nie było mu łatwo szczególnie, że JJ używał dziwnego rodzaju angielskiego, a raczej wszystko modyfikował jak to młodzi robią. Podejrzewał, że sam nie był lepszy jeśli chodzi o japoński. Poza denerwującym sposobem bycia nie mógł zarzucić Kanadyjczykowi braku wizji.
-Zanim wypiję z tobą sake, muszę się upewnić. Jesteś młody i wyglądasz na dobrego chłopaka, dlatego się ciebie zapytam… Masz świadomość, że te shoty są jak zwykłe narkotyki i mimo że ich negatywne skutki są odczuwalne dużo później niż przy normalnych, to nadal niebezpieczna zabawa. Jesteś gotowy by czasem zobaczyć w wiadomościach o ofierze tych narkotyków?
-Katsuki powiedz mi… Jaka różnica jest między braniem takiego shota a zjedzeniem chipsów, czy tony hamburgerów? Wszystko co aktualnie ludzie biorą do ust jest zabójcze. Czy niszczymy mózgi, czy wątroby… jaka to różnica? I tak wszyscy umrzemy. Ważne by umrzeć mając zabawę.
Bycie młodym i naiwnym miało swoje plusy. Yuuri nie pamiętał by kiedykolwiek miał takie podejście do życia, ale może to była kwestia miejsca urodzenia. Japonia była inna niż kanada. On sam musiał już dawno wyrzucić sumienie ze swojego życia, bo inaczej już dawno popełniłby samobójstwo.
-Niech będzie. Napiję się z tobą sake królu JJ.
Viktor wrócił do stołu odprężony, jednak po usłyszeniu słów swojego waki spoglądał zaskoczony na towarzystwo zastanawiając się, co go tak naprawdę ominęło. Nie mógł jednak powiedzieć, że był niezadowolony z efektów. To pierwsza osobista decyzja młodego waki, która umocni jego przyszłość.
-Viktor, czy naprawdę potrzebujesz kolejny garnitur?- Stęknął zmęczony padając na najbliższą ławkę.
Zakupy z Viktorem zawsze oznaczały zmarnowany dzień. Jednak po zakupie po raz kolejny tego samego stroju, ale z innej firmy zaczął powątpiewać w logiczność takiego postępowania. Czy jeden komplet nie był wystarczający?
-Yuuri ty po prostu nie rozumiesz mody, zresztą najlepiej ci w yukatach. Ja potrzebuję nowych krojów, stare są już passe.- Odparł urażony siadając obok niego. -Zresztą twój garnitur też powinien trafić do spalarni. Gorszego kroju nie widziałem, nie mówiąc już o tym obrzydliwym krawacie. Jak możesz to nosić?
-Normalnie? Viktor, ja nie potrzebuje wyglądać jak celebryta na czerwonym dywanie. Lubię swój garnitur i nie wiem, co takiego złego jest w moim krawacie… Zwyczajny błękitny krawat…
-Moda to nie jest twój najlepszy przyjaciel Yuuri, ale ja to co innego. Ja nią żyłem przez kilka lat. Nie możesz sądzić, że twoi wspólnicy będą cię brali na poważnie, jak się będziesz pokazywać w tej karykaturze garnituru.
-A naprawdę musimy wydać na to tyle pieniędzy? Przecież wydajesz fortunę na coś, co wyrzucisz w nowym sezonie…
-Yuuri to jest poświęcenie na jakie mnie stać. Moda to nie jest kamień. Ona się zmienia i ja muszą za nią nadążać.
-To uzależnienie. Jestem pewien, że połowę z tych rzeczy nigdy nie założysz!
-Absurd Yuuri-kun! Oczywiście, że założę! Widać, że mnie nie znasz.
Nic już nie odpowiedział czując, że i tak przegra tą rozmowę. Wiedział, że Viktor nie jest na bakier z wszelaką modą, ale nie spodziewał się, że to obsesja. Wizyta w Nowym Yorku obudziła w nim zakupoholika, a on został w to wszystko wciągnięty przez niewinną prośbę o zwiedzenie miasta i udanie się na Broadway by zobaczyć choć jeden prawdziwy musical. Czasem jednak jego prośby są mieczem obusiecznym.
Viktor wstał po chwili odzyskawszy utraconą energię i pociągnął go do kolejnego sklepu. Aczkolwiek tym razem został zmuszony do przymierzenia kilku kompletów w różnych kolorach i odcieniach w towarzystwie utyskiwania Viktora na temat jego zachodniej garderoby.
Podobno miłość zaślepia człowieka, nie pozwala dostrzec wad i problemów. Jednakże dotyczy to wyłącznie początkowych stadiów związków.
Yuuri westchnął ciężko zapinając kolejną już koszulę. W takich chwilach żałował, że poznał Viktora przez yakuzę, a nie został oczarowany jego osobą. Jakże wtedy życie byłoby łatwiejsze. Widziałby go w samych pozytywnych aspektach czyniąc go prawie bóstwem. Zresztą Viktor często przypominał mu Erosa, który potrafiłby zapłodnić nawet mężczyznę, gdyby naprawdę tego chciał. Niestety nie umiał obudzić w sobie tej szczenięcej miłości pełnej absurdów i namiętnych uczuć.
-Yuuri ubrałeś się już? Chcę cię zobaczyć!
„A ja chcę umrzeć jeśli będę musiał ubrać kolejny garnitur!"
-Już…- odparł po chwili krzywiąc się na swój widok. Dla niego w każdym stroju wyglądał tak samo źle.
Viktor odsunął kotarę lustrując go krytycznie. Wskazujący palec rytmicznie uderzał w jego usta jakby tworząc motyw tego momentu. Yuuri czuł jak kurczy się z każdą sekundą pod wpływem tego oceniającego wzroku. Nim jednak zdążył za jąkać w samoobronie Rosjanin uśmiechnął się promienie klaszcząc.
- To jest to! Wyglądasz wspaniale! Warto było przymierzyć tą stertę szmat by znaleźć tą perełkę!
-Czasem naprawdę cię nie rozumiem Viktor, ale cieszę się, że ci się podoba.
„Choć ja nie widzę różnicy między tym co mierzyłem wcześniej, a tym…"
-Yuuri przestań myśleć, to ci szkodzi. Czy ty kiedyś dostrzegasz swoje plusy?
-Tak uczciwie?
-Tak.
-Myślę, że jestem całkiem niezły w jedzeniu katsudon na czas.- Uśmiechnął się zadziornie zasłaniając kotarę by się przebrać w normalne ciuchy.
-Hm… to zawsze jakiś początek. Od tego możemy zacząć twoją metamorfozę.
-Wolałbym zacząć od pójścia do hotelu i odstawieniu tych toreb i udania się na mój musical!
Viktor uśmiechnął się poddańczo siadając na sofie. Nie mógł zaprzeczyć, że ten wyjazd był udany. Miał wakę tylko dla siebie bez konieczności dzielenia się nim z jego rodziną i przede wszystkim z tą kobietą. Lecz przede wszystkim miał szansę zobaczenia go w nowym świetle.
Ciężko było Viktor'owi wrócić do domu i zachowywać się jak na ochroniarza przystało. Te kilka tygodni, w których mógł zachowywać się zgodnie ze swoimi uczuciami okazały się dużo boleśniejsze niż się spodziewał. Hana wydawała się za to wziąć za cel swojego życia uświadomienie mu kto jest żoną młodego waki. Nie odstępowała go na krok, zawsze u jego boku ze swoim delikatnym uśmiechem i wyrazami miłości. Skręcało go od środka na sam widok, jednak nic nie mógł na to poradzić, w porównaniu do niego, ona miała na to przyzwolenie.
-Yuuri-sama dziękuję za prezenty! Nie sądziłam, że zasłużyłam na cokolwiek zważywszy na to co zrobiłam przed twoim wyjazdem…
-Hana-san jesteś moją żoną, oczywiście że zasłużyłaś. -Yuuri uśmiechnął się lakonicznie odsuwając się od niej nieznacznie.- Wybacz, muszę porozmawiać z moim ojcem.
-Oczywiście Yuuri-sama!- Ukłoniła się nisko ruszając szybkim krokiem do swojego pokoju.
Viktor spojrzał się za nią z niechęcią. Gdyby chociaż była brzydka miałby jakąś wewnętrzną satysfakcję, a tak to poza jej naiwnością nie miał za bardzo czym się szczycić. Yuuri zaś skierował się do gabinetu czując narastający ból głowy. Odkąd wrócił z podróży nie miał czasu dla siebie. Próbował być lepszym mężem dla Hany, ale jej piskliwy głos doprowadzał go do migreny.
Wszedł do pomieszczenia po uprzednim zapowiedzeniu się i usiadł naprzeciwko swojego ojca, który uzupełniał jakieś dokumenty. Odłożył pióro na bok podnosząc wzrok na syna, aczkolwiek jego spojrzenie nie było ojcowską dumą, tudzież bezwzględną miłością, a naganą w najsurowszym wydaniu. Milczenie trwało kilka minut nim, Toshiya zdecydował się zlitować nad swoim synem.
-Zawiodłem się na tobie Yuuri. Sądziłem, że cię lepiej wychowałem, a jednak po raz kolejny mnie zawodzisz. Za pierwszym razem uratował cię dziadek, który był na tyle łaskawy, że puścił w niepamięć twoje furie związane ze zniknięciem Phitchit'a. Czy nie obiecałeś mi kilka lat temu, że staniesz się odpowiedzialnym członkiem naszej organizacji w momencie ukończenia studiów? Zaufałem ci, a ty mi się tak odwdzięczasz?
-Nie rozumiem ojcze. Chodzi ci o nawiązanie z grupą króla JJ? Uznałem, że jego idea nie jest zła, mimo okrojonej działalności będzie wstanie…
-Dosyć! Nie o to mi chodzi! Jeśli chodzi o biznes to ufam twojej intuicji. Chodzi mi o twoje małżeństwo!
-Co z nim? -Odparł poirytowany zaciskając dłonie na kolanach.
-Udajesz głupiego? Gdy cię nie było Hana-chan nam wszystko powiedziała. Wszystko co skrzętnie przed nami ukrywałeś. Nie śpicie w jednym pokoju. Jak chcesz spłodzić potomka nie zbliżając się nawet do swojej małżonki? Myślisz, że uda ci się zapłodnić Viktora?!
-Nie sypiam z Viktorem!
-Dajesz mu się tylko obciągać?! Myślisz, że tego nie widziałem?! W nocy się szlajasz po swoim ukochanym ogrodzie by się z nim spotykać z dala od wzroku rodziny. Nie jestem taki głupi Yuuri! To, że przymykam oko na twój romans z nim, nie znaczy, że będę akceptować twoje łamanie danej mi obietnicy!
- Jeszcze jej nie złamałem, jeszcze mam czas zapłodnić Hanę, świat się nie kończy jutro!
-Nie Yuuri nie kończy się jutro. Nie chcę jednak słyszeć od Hany, że traktujesz ją jak powietrze. Jest twoją żoną i stoi nad Viktor'em, czy tego chcesz czy nie. -Toshiya powiedział jadowicie kładąc rękę na stół w geście zakończenia rozmowy.
Młody waka wstał zaczerwieniony ze zdenerwowania i wybiegł z pokoju ignorując nawoływania służących. Emocje, które kotłowały się w nim były mieszaniną gniewu i rozpaczy. Nie wiedział, co myśleć o całej sytuacji, o słowach ojca, które były jadem prawdy. Zdradził swoją przyszłość dla szczęścia swojej pierwszej miłości. Był jednak tak mocno zakochany w Viktorze, że odpychał od siebie swój obowiązek.
Samotne spożywanie posiłków nie było przyjemne. Choć kochał spędzać czas w ogrodzie, w takich chwilach nie znajdywał w nim pocieszenia. Bycie skłóconym z głową rodziny jeszcze nikomu nie przyniosło nic dobrego, ku jego własnemu zaskoczeniu nawet jego kochająca matka nie zrobiła nic by załagodzić ich konflikt, jedynym pocieszeniem było to, że Hana także go unikała najpewniej z poczucia winy.
Ku jego wewnętrznej rozpaczy Viktor nie miał prawa się do niego zbliżać, co gorsze był pilnowany przez Mari, więc nie miał co liczyć na jakieś ulgi. Jego siostra była lojalna grupie i ojcu. Jeszcze nigdy nie zrobiła nic przeciwko woli ojca, nigdy też o nic nie prosiła.
-YUURI!- Phitchit przybiegł do niego zdyszany i wyraźnie spanikowany.
-Coś się stało Phitchit?- Zapytał się ostrożnie, odkładając swoją czarkę na bok.
-WAKA! WAKA ZASŁABŁ!
W ciągu sekundy Yuuri wstał i pobiegł do środka, w takich chwilach wszelkie waśnie nie mają znaczenia, szczególnie że w głębi serca kochał swojego ojca. Wparował do jadalni gdzie wszyscy nachylali się ku nieprzytomnemu wace.
-Mamo!- Podbiegł do Hiroko pobladły.
-Yuuri… To musi być coś z sercem, Przez tą waszą kłótnie ciśnienie mu mocno skoczyło. -odparła zrozpaczona, spoglądając na Minako, która z telefonem w ręku organizowała wizytę w szpitalu.- Yuuri nie ma wyjścia. Musisz jechać w zastępstwie ojca do Tokio. Weź Viktora i jedzcie tam i zadbajcie o interesu rodziny!
-Mam jechać do Tokio? Przecież to zebranie wszystkich liczących się zgrupowań…Nie dam sobie rady…
-Dasz sobie radę! Jesteś Katsuki czy nie?! -Odparła poirytowana ściskając dłoń męża.- Tylko ty nam zostałeś. Jak się nikt tam nie stawi to możemy się pożegnać ze swoją pozycją!
-A co z Mari? – Wyjąkał speszony, próbując uciec od tak nagłej odpowiedzialności.
-Mari jest kobietą! Dobrze wiesz, że nie wpuszczają tam kobiet! Jeśli chcesz pogodzić się z ojcem na innych warunkach niż zabicie Viktora, to udowodnij mu, że nie wychował tchórza.
Nic nie odpowiedział, kiwnął jedynie głową na znak zgody i wstał z ziemi opuszczając jadanie. Musiał się spakować na podróż i wziąć przygotowane przez ojca dokumenty. Jeśli nie zda tego testu zawiedzie wszystkich, a przede wszystkim siebie.
Kiedy z walizką podszedł do samochodu Viktor już przy nim stał, chwycił jego bagaż i wsadził do bagażnika. Otworzył mu drzwi i kiedy tylko się wsunął do środka zamknął je, samemu siadając za kierownicą. Czekała ich długa droga, a czasu nie mieli zbyt wiele. Najgorszą rzeczą jaką mogli zrobić to spóźnić się na spotkaniem z szogunem.
-Na pewno zabrałeś wszystko?- Viktor odezwał się nagle spoglądając na niego przez lusterko.
-Trochę późno się o to pytasz zważywszy, że siedzę już w aucie. Mam wszystko. Dokumenty, notatki i prezent dla szoguna. Mój ojciec wszystko przygotował na ten wyjazd. Nigdy nie spodziewałem się, że pojadę tam tak wcześnie. Liczyłem, że dopiero za pięć lat może wypiję sake z szogunem.
-Przepraszam Yuuri, to moja wina.
-Nie Viktor. To nie jest twoja wina. To są po prostu efekty mojej naiwności. A teraz ruszaj, nie mamy ani chwili do stracenia.
-Yuuri…
Siedział jak na szpilkach w ciemnym gabinecie naprzeciwko najpotężniejszego człowieka w Japonii. A raczej jednym z trzech najpotężniejszych szogunów współczesnej japońskiej mafii. Wręczony prezent został niedbale rzucony na biurko zaś sam mężczyzna palił kolejny papieros czytając dostarczone dokumenty. Yuuri czuł się niekomfortowo ze świadomością, że Viktor musiał zostać w innym pokoju w towarzystwie ochroniarzy, którzy nie zawahają się zabić za byle przewinienie.
-Mam nadzieję, że Toshiya dojdzie do zdrowia. Rodzina Futou jest cennym wspólnikiem, nie śpieszno mi szukać nowego poddanego na Okinawie.
- Zapewniam, że nawet jak mój ojciec nie odzyska zdrowia, to godnie go zastąpię. Wiem jak cenna jest dla naszej rodziny współpraca z Ryuu-sama…- Ukłonił się nisko, czując jak dłonie pokrywa mu nieprzyjemny pot.
-Jesteś synem Toshiya, prawda?
-Tak jest.
-Jesteś jeszcze młody. Jeszcze nie czas na wypicie wspólnie sake. – Ton Ryuu był chłodny, pozbawiony wszelkich emocji.- Jednakże pozwolę ci wziąć udział w balu w zastępstwie ojca. Nie byłoby dobrze, by inne klany uznały was za zdrajców.
-Bardzo dziękuję Ryuu-sama.
-Możesz już iść. Nie zapomnij wstawić się na czas jutro.
-Tak jest.
Wstał z ledwością i po kolejnym głębokim ukłonie opuścił pomieszczenie czując jak całe napięcie z niego powoli schodzi. Choć myśl, że nie udało mu się wypić sake z szogunem była przygnębiająca, to miał świadomość, że spełnił swój obowiązek. Uratował honor rodziny i to się liczyło najbardziej w tej chwili niż jego własna duma.
Gdyby wypił sake z szogunem, nikt by już nie mógł dyrygować jego życiem, mógłby się nawet rozwieść bez żadnych konsekwencji.
-Yuuri! Wszystko w porządku?- Viktor podszedł do niego, przyglądając się uważnie jego twarzy.
-W porządku. Nie wypiłem sake z szogunem, ale mogę iść na bal, więc wszystko w porządku. Zaraz zadzwonię do mamy i ją o wszystkim powiadomię.
-To wspaniale Yuuri! I nawet wiem jak to możemy uczcić!
Yuuri poczuł jak zimny dreszcz przechodzi wzdłuż jego ciała na widok tego specyficznego uśmiechu u Viktora. Definitywnie to się nie skończy najlepiej dla niego. Nie miał jednak siły by odmówić swojemu kochankowi.
-Zakupy, prawda?- Mruknął zrezygnowany wsiadając do samochodu.
-Dokładnie! Nie ma nic lepszego niż czas na zakupach! Zobaczysz to będzie wspaniały czas!
Uśmiechnął się jedynie w odpowiedzi wykręcając numer swojej mamy, gdy nie mógł się jednak połączyć, zaniepokojony kliknął w numer Mari licząc, że przynajmniej siostra go nie zignoruje.
-Halo? -Zmęczony kobiecy głos odezwał się po chwili w aparacie.
-Mari! Jak dobrze, że odebrałaś! Co z mamą?
-Śpi. Lekarz dał jej środek na uspokojenie, jeśli chodzi o ojca to przeżył. Na szczęście szybko zareagowaliśmy i udało się go uratować.
-A co się dokładnie stało?
-Zawał. Nie myśl, że to wszystko twoja wina. Jest szefem naszej rodziny i spoczywa na nim dużo za dużo. Zresztą jego miłość do alkoholu też tu miała swoją rolę. To nie ważne, jak ci poszło?
-Mogę udać się na bal, choć nie wypiłem z szogunem sake.
-Oczywiście, że nie ty gówniarzu. Baw się dobrze Yuuri.
-Dzięki Mari.
Nie wiedział, który to już sklep z kolei odwiedzili był za to pewien, że Viktor nie należy do osób, które zastanawiają się dwa razy przed kupieniem czegokolwiek. Jeśli tylko coś mu się spodobało natychmiast musiał to mieć. Było w tym coś dziwnie zwariowanego i ujmującego. Często też zastanawiał się ile Viktor musiał nagromadzić pieniędzy na swoim koncie, że mógł sobie tak szaleć. Zastanawiał się też jakim cudem jego matczyna mafia nie przejęła jego majątku, aczkolwiek nie był ekspertem w rosyjskiej mafii.
-Yuuri, a może chcesz wstąpić do sex shopu?- Viktor spojrzał się na niego z diabolicznym uśmieszkiem.
-CO?!- Wypuścił z rąk torby, pokrywając się momentalnie głęboką czerwienią.
Viktor zachichotał obejmując go nieśmiało. – Przyjdzie dzień, w którym będziesz musiał uprawiać seks ze swoją żoną. I chyba nie chcesz leżeć jak deska na łóżku i kazać jej robić wszystko za ciebie? – Gładził go powoli po głowie, ciesząc się w duchu, że Yuuri nie widzi jego zrozpaczonej twarzy, mógł jedynie słyszeć łamliwy głos tak nie pasujący do jego osoby. – Nawet jeśli mi to nie pasuje, ona jest twoją żoną i jak każda kobieta chce być obejmowana przez mężczyznę, którego kocha.
-Wiem… Ale nie wiem jak to mam zrobić Viktor… Na samą myśl, że mam z nią spędzić noc, mdli mnie! Chcę być obejmowany przez ciebie…
-Wiem Yuuri… Ale rzeczywistość jest inna od naszych marzeń.
Pamiętał jeszcze czasy kiedy nienawidził swojego ciała, gdy spoglądanie w lustro było mentalnym krzykiem rozpaczy. Popadał wtedy w różne fazy, albo zajadał swój strach i smutki, albo trenował do utraty przytomności. Wiele razy myślał jak bardzo chciałby być innym człowiekiem, jednak przez dłuższy czas nie robił nic by tak naprawdę zrobić coś by stać się kimś więcej niż Yuuri'm Katsuki. Dopiero poznanie Viktora spowodowało, że drobnymi krokami kierował się ku zmianie. Były to naprawdę małe kroki, które czasem zawracały do stanu z przeszłości, ale dłoń na jego ręce usilnie go ciągnęła w odpowiednią stronę.
Przełknął z trudem ślinę przesuwając ją delikatnie wyżej. Viktor westchnął pod nim wyraźnie zniecierpliwiony jego wahaniem. Nie mógł sobie jednak odmówić badania ciała swojego partnera, nie sądził by mężczyzna związany ze światem kryminalnym mógł mieć tak gładką i jędrną skórę.
-Yuuri to nie jest zbyt komfortowe, wiesz?- Rosjanin stęknął zaciskając dłonie na pościeli.
-Myślałem, że nie masz nic przeciwko obnażaniu swojego ciała...- Mruknął zdumiony podnosząc jedną by zaraz zostawić na niej ślad swoich ust.
-To zupełnie co innego... Naprawdę to twój pierwszy raz? Yuuri jesteś urodzonym dręczycielem. -Mruknął zrozpaczony nie mogąc oderwać wzroku od poczynań bruneta.
Mimo posiadania wielu partnerów seksualnych w przeszłości, to jeszcze nigdy nie czul się tak skrępowany całą sytuacją. Aczkolwiek żaden z jego kochanków nie rozkoszował się daną chwilą. Szybko wpadali w cykl namiętności i po godzinie, dwóch było po wszystkim. Miał wrażenia jakby Yuuri każdym ruchem chciał go pożreć, a przynajmniej oznaczyć, by nikt więcej się nie odważył go uwieść. Choć podejrzewał, że sam Yuuri nawet nie miał świadomości tego, co tak naprawdę robi z jego ciałem.
-Jesteś po prostu taki piękny.- Szepnął cicho zabierając się za kolejną nogę. -Aż dziw, że nikt cię nie wsadził do muzeum.
Viktor czuł jak jego twarz pokrywa się szkarłatem. Mimo że to nie był jego pierwszy raz kiedy ktoś mu powiedział coś takiego, to efekt był zupełnie inny.
-Yuuri... Proszę... Przestań mnie już dręczyć...
-Hm? Ale jeszcze nie skończyłem bilansu twojego ciała Viktor... Powiedziałeś, że mogę zrobić z tobą, co tylko chcę...
-Nie chcę doznać orgazmu tylko przez twój niewinny dotyk, to żenujące!- Viktor jeszcze nigdy w życiu nie czuł się tak żałośnie mały i zawstydzony faktem, że musiał wszystko określać słowami, których z reguły nie używał.
Yuuri uśmiechnął się, lubieżnie oblizując usta. Dopiero teraz po wybuchu swojego partnera skierował wzrok na jego obrzmiały członek, który już był oblepiony zalążkami spermy. Fascynacja to jednak było za słabe słowo by oddać to, co właśnie czuł przy takim widoku. Nie sądził, że będzie wstanie podniecić Viktora do takiego stopnia.
Sięgnął po leżący na skraju łóżka żel z wazeliną otwierając go i wyciskając sporą ilość na palce. Roztarł go na tyle by nie ściekał. Spojrzał na Viktora ostatni raz by się upewnić, że naprawdę może to zrobić. Gdy mu Viktor tłumaczył jak to wygląda między mężczyznami nie potrafił uchwycić sensu i przyjemności z takiego aktu, jednak teraz gdy ostrożnie rozluźniał jego mięśnie czuł się podniecony i na skraju przytomności.
Słyszał jak srebrnowłosy jęczy i oddycha coraz głośniej, lecz wzrok miał skupiony wyłącznie na swojej ręce, która znikała zanurzona w ciepłym ciele kochanka. Jego własny członek pulsował z podniecenia niemo błagając go o przyśpieszenie całej akcji.
-Yuuri... Proszę... - Viktor zamruczał przewracając się raptownie na brzuch. Dźwignął swoje ciało jedynie na kolana pozwalając by większość naporu szła na ego klatkę piersiową.- Już nie mogę... Proszę...
Yuuri zamrugał kilkakrotnie zanim jego umysł zdołał wyciszyć wewnętrzny krzyk i natłok myśli na później. To nie był dobry moment na kontemplacje tego czego doświadczał. Wreszcie nie powinien odmawiać swojemu kochankowi, skoro tak ładnie o to błaga, prawda?
-Jesteś strasznie niecierpliwy Viktor...- Mruknął zaczepnie, wsuwając powoli swój członek w Viktora.
-Shlyukha!
Yuuri zatrzymał się zdezorientowany. Tego słowa po rosyjsku nie kojarzył, jednakże nie miał czasu by się zapytać o znaczenie, ponieważ Viktor sam zaczął poruszać biodrami, jęcząc coraz głośniej. I może właśnie to najbardziej ubodło jego męską dumę, nie mógł przecież pozwolić by jego partner robił wszystko za niego. Chwycił rosjanina za biodra zatrzymując jego ruchy kompletnie otrzymując w zamian głośnie stęknięcie z niezadowolenia. Sam zaczął poruszać biodrami w przód w tył, coraz szybciej i mocniej samemu pojękując od doznań, które przechodziły przez jego ciało.
Nachylił się mocniej ściskając jedną ręką penis Viktora, próbując synchronizować ruchy ręki z biodrami. Wiedział, że długo nie wytrzyma, nie kiedy to był jego pierwszy raz, jednak bardziej niż wszystko chciał by Viktor był pierwszy, który dojdzie. Chciał by jego krzyk, gdy osiągnie ten błogostan, był tłem, gdy on sam osiągnie orgazm.
-Yuuri! Pozhaluysta! -Viktor zaskomlał błagalnie płacząc do poduszki. To było dla niego za wiele, nie sądził nawet, że naprawdę dostanie zwodu, a co dopiero będzie bliski orgazmu. Do tej pory tylko udawał, albo musiał sam dokończyć dzieła, bo z reguły jego męscy partnerzy nie dbali o jego potrzeby, nawet jeśli był w pozycji tachi, to często spotykał się z takimi co po orgazmie zaraz zasypiali, a on nie miał ochoty kochać się ze „zwłokami". A teraz?
Nim jednak Viktor zdołał po raz kolejny wypowiedzieć choćby słowo pretensji, jego ciałem wstrząsnął orgazm, a z ust wydobył się jedynie zachrypnięty jęk. Cieszył się, że Yuuri go trzymał bo był pewien, że by upadł z braku sił przez moment. Do jego uszu za to doszedł jęk bruneta, a po chwili jego wnętrze wypełniło dziwnie satysfakcjonujące ciepło.
I dopiero po kilku dobrych minutach, gdy łapał oddech i popijał wodę doszło do niego, że Yuuri nie miał na sobie prezerwatywy. I ku jego własnemu zdziwieniu wcale mu to nie przeszkadzało, bo sam był pewien, że jest czysty, bo co pół roku robił sobie badania, ale czy mógł mieć tą pewność, co do swojego waki?
-Przepraszam Viktor... Zapomniałem o prezerwatywie...- Yuuri westchnął ciężko wstając z łóżka.
-Nic się nie stało Yuuri... Zdarza się nawet najlepszym. - Uśmiechnął się łagodnie wyrzucając pustą już butelkę do najbliższego kosza. -Gdzie idziesz?
-Do łazienki, po jakiś ręcznik... Trzeba cię wyczyścić...
-Zrobimy to później po kilku rundach... Nie powiesz mi, że teraz chcesz iść spać? Takie coś nie będzie wystarczające dla twojej żony.- Odparł zaczepnie nie spuszczając go z oczu.
-Jeśli chcesz jeszcze kilka rund, to lepiej nie mów o niej. -Prychnął poirytowany wracając do łóżka, wpijając się natychmiastowo w usta Viktora.
Wypił kolejny łyk szampana wymieniając uprzejmości z przedstawicielem grupy Ai, spoglądając kontem oka na swojego ochroniarza, który siedział przy ścianie lekko pobladły. Zastanawiał się jakim cudem nie był pokryty głębokim rumieńcem, skoro jeszcze kilka godzin temu pożerał każdy milimetr Viktora. Nic dziwnego, że teraz rosjanin miał problemy z chodzeniem... Może powinien popracować nad swoją staminą by jednak trochę osłabła, jeśli chce się nacieszyć swoim kochankiem przez dłuższy czas.
-To było spore zaskoczenie nie spotkać tutaj twojego ojca Katsuki-san. Zazwyczaj graliśmy partyjkę mahjonga, albo jak był jakiś ciekawy mecz to szliśmy oglądać. - Starszy mężczyzna westchnął ciężko popalając swoje cygaro. - Na szczęście udało się go uratować. Zawał to nie przelewki, rok temu straciliśmy przez to gówno Moriyama'e, co gorsze nie miał syna, więc straciliśmy ten kontakt.
-Szogun musiał być wściekły. - Odparł cicho, bawiąc się swoim kieliszkiem.
-A i owszem. Od razu nakazał bezdzietnym członkom postarać się o dzieciaka, albo wyznaczyć godnego następcę.
-Nic dziwnego. Budowanie zaufania trwa bardzo długo, a w dzisiejszych czasach, szkoda na to nerwów i pieniędzy, jeśli można temu zapobiec.
-To prawda. Widzę, że grupa Futou nie będzie miała w przyszłości problemów z tej kwestii. - Mężczyzna uśmiechnął się promiennie poklepując go po plecach.- A teraz przepraszam, mam jeszcze do porozmawiania z kilkoma osobami.
-Jeszcze nie raz skrzyżują się nasze drogi Oshiyama-san.- Yuuri uśmiechnął się enigmatycznie kłaniając się lekko.
Rozmowy z innymi przywódcami dawały mu odprężenie i odsuwały na dalszy plan personalne sprawy. Lubił też wysłuchiwać plotek i widzieć gdzie dokładnie stoi jego rodzina i, która droga będzie najlepsza w przyszłych interesach. Chciał też wiedzieć jakie jest stanowisko większości w sprawie rosnącemu wpływowi mafii rosyjskiej. O ile Tokio już dawno było bastionem dla walk między mafiami z Rosji, Chin i Ameryki, to wiadomość, że to przechodzi na inne tereny kraju była niepokojąca. Nikt nie chciał powtórki z czasów okupacji amerykańskiej. Jeśli ktoś chciał działać na terenie Japonii, powinien to robić na ich zasadach, a nie własnych.
-Katsuki-san.- Siwowłosy mężczyzna podszedł do niego z chłodnym wyrazem twarzy.- Słyszałem od szoguna, że jesteś tu w zastępstwie swojego ojca, który przeżył zawał. Czyżby jego syn napędzał mu za wiele stresu?
Przełknął cicho ślinę, czując jak skóra na plecach pokrywa się potem. Doskonale znał osobę stojącą przed nim i nie zapowiadało się na luźną rozmowę. Nie z nim. Był to jeden z najlepszych przyjaciół ojca, to właśnie u niego Toshiya pobierał nauki by stać się godnym waką. Człowiek, który nie znał litości dla wroga i sojusznika, prawa ręka samego szoguna. Yuuri naprawdę miał szczęście...
-Tsumetai-sama.- Odpowiedział w miarę spokojnie siląc się na uśmiech.
-Nie mogę się mu dziwić. Syn przygarnął sobie rosjanina na ochroniarza i to nie byle jakiego. Sławny Viktor, który był bliski związania się z córką prezydenta. Powinien zostać zabity, ale wasza rodzina słynie z miękkich serc, które w przyszłości pozbawią was życia. Za naiwność się płaci wysoką cenę i nikt tu z obecnych nie ruszy wam z pomocą.
Yuuri nie wiedział, co powinien odpowiedzieć na te obelgi. Przywykł, że ludzie krzywo patrzą na obecność Viktora u jego boku, jednak myśl, że ktoś wyzywa całą jego rodzinę od słabeuszy wstrząsnęła nim. Nie miał jednak prawa przeciwstawić się komukolwiek z tej sali. Wreszcie nie wypił sake z szogunem, nie miał tu żadnego prawa, mógł jedynie zaszkodzić swojej rodzinie.
-Przynajmniej wiesz, gdzie twoje miejsce.- Tsumetai odszedł od niego dopijając swojego szampana.
Viktor chwycił za kolejną butelkę sake i nalał sobie do szklanki, nie bawiąc się już w formalności. Teoretycznie nastawiał się na to od kilku miesięcy, to musiało nastąpić prędzej, czy później, jednak serce nie umiało się z tym pogodzić. Sam fakt, że noce waki nie należały do niego przez ten cały czasu od powrotu z Tokio, był wystarczająco niemożliwy do przeżycia, a teraz jeszcze musiał świętować, że Hana jest w ciąży? Już Yakov był bardziej litościwy.
Westchnął ciężko wypijając chyłkiem całą zawartość szklanki. Jego policzki już były zaczerwienione od alkoholu buzującego we krwi, nawet wzrok znacznie mu się pogorszył. Chciał wrócić do swojego pokoju i oddać się rozpaczy, ale nie mógł tego zrobić. Jako bliski ochroniarz Yuuri'ego musiał siedzieć na bankiecie, dopóki nie dostanie pozwolenia na opuszczenie imprezy.
-Nie wyglądasz na specjalnie szczęśliwego.- Minako usiadła naprzeciw niego ze swoją butelką sakę.-Potowarzyszę ci trochę w tym piciu.
-Gdybym był kobietą, miałbym szansę?- Wymamrotał niewyraźnie, podnosząc rękę by mu też nalała.
-Nie sądzę. To miała być japonka.
-Nawet gdyby Yuuri nie pomógł jej?
-Och...No gdyby to nie miało miejsca, to na pewno miałbyś szansę jako kobieta.- Odparła rozbawiona, sącząc powoli swój trunek.
-Cholera...
-Myślałam, że wiesz o konsekwencjach małżeństwa. Dziecko musiało się prędzej, czy później pojawić.
-Tyle wiem, ale to nie moja wina, że to tak cholernie boli! - Wybełkotał zirytowany rozlewając swoją porcję.
-Jesteś pijany w sztok...Ile już wypiłeś?
-Nie wiem...Czy to istotne?- Warknął wściekły, gramoląc się od stołu. -Wracam do swojego pokoju.
-Viktor poczekaj! Odprowadzę cię!
-Nie dziękuję. Poradzę sobie!
Pamiętał rozpacz, gdy szczęśliwy Toshiya ogłosił dobre nowiny przy bankiecie niespodziance. Pamiętał ból, który ogarnął jego serce i ten krzyk, który chciał się z niego wydobywać, ale go zdławił na widok Yuuri'ego, który siedział przy niej z tym swoim delikatnym uśmiechem. Nie mógł przecież zrobić sceny, gdy jego waka był szczęśliwy ze świadomością, że zostanie ojcem. Pamiętał, że pił butelkę za butelką. Pamiętał jeszcze krótką rozmowę z Minako, która nim totalnie wstrząsnęła i spowodowała, że jego cierpliwość się wyczerpała.
Nie pamiętał jak wrócił do pokoju, nie pamiętał jak udało mu się złamać nos i skręcić kostkę. Nie pamiętał skąd wzięły się wszystkie siniaki na jego ciele. Jednak fizyczny ból mimo że nieprzyjemny do doświadczania nie był bliski temu, co przeżywał w sercu. Jeszcze nigdy nie zdarzyło żałować urodzenia się mężczyzną. A jednak ten żal trzyma się go do tej pory. Gdyby był kobietą byłby w stanie urodzić dziecko Yuuri'ego. To on byłby powodem szczęścia całej rodziny.
Jednakże był mężczyzną i teraz nawet nie było szansy by cokolwiek zmienić. Mógł jedynie czekać, aż Yuuri przyjdzie i oświadczy mu, że chce by ich relacje były stricte zawodowe.
Przez lata służenia pod Yakov'em nie płakał. Nigdy nie czuł się na tyle źle, by dać się ponieść takiej słabości jak łzy. Odkąd trafił do Japonii i zakochał się w młodym wace, płaka prawie bez przerwy z różnych przyczyn. Teraz znowu jego ciałem wstrząsnął szloch, a z oczu spływały duże krople łez pokazując w jakim stanie był rosjanin.
Gdybym tylko urodził się kobietą.
Poczuł delikatne muskanie na twarzy, które go przebudziło ze snu. Jęknął cicho otwierając powoli oczy, uśmiechnął się odczuwając ulgę na widok Yuuri'ego, który nachylał się nad nim .
-Jak się czujesz? - Odchylił mu włosy z oka uśmiechając się czule.- To do ciebie nie podobne by tak się upić.
-Przepraszam... Nawet nie pamiętam, co się stało po rozmowie z Minako.- Odparł zażenowany odwracając wzrok.
-Wywróciłeś się na schodkach i poleciałeś w tył prosto na stół. Kiedy cię nieśli do pokoju przez moment się ocknąłeś i wyrwałeś się z rąk wywracając się prosto na twarz. Krzyczałeś, że wracasz do Rosji, że masz dość.
Jeśli Viktor czuł się paskudnie przed zaśnięciem, to teraz czuł się jeszcze gorzej. Zrobił coś, co nigdy nie powinno mieć miejsca. Zawstydził Yuuri'ego swoim zachowaniem i jeszcze nieświadomie powiedział, że lepiej by mu było w Rosji niż tutaj. Nie miał jednak odwagi powiedzieć skąd takie zachowanie i słowa, które w normalnych warunkach nigdy nie miałyby miejsca.
-Viktor...- Yuuri gładził jego policzek wyraźnie zaniepokojony.
-Powinieneś wrócić do swojej żony... - Wykrztusił z siebie z trudem przymykając oczy by zwalczyć napierające łzy.
-Nie mam zamiaru do niej wrócić. Hana jest w ciąży, co oznacza, że spełniłem swój obowiązek. Wolę spędzić noc przy tobie. Viktor, moje uczucia względem ciebie nie zmieniły się przez to, że będę ojcem.
-Yuuri proszę... Nie kłam... Będziesz miał rodzinę, ja już ci nie jestem do niczego potrzebny.
Brunet zmarszczył nos w niezadowoleniu. Uszczypnął Viktor'a w obydwa policzki by skupić jego uwagę na sobie. Choć widok płaczącego partnera był fascynujący, to konieczność naprostowania kilku faktów była bardziej nagląca, niż kontemplacja piękna swojego kochanka.
-Viktor przestań. Wiem, że dziecko to zupełnie inny świat, ale to mnie nie będzie dotyczyło przez kilka następnych lat. To Hana i inne kobiety będą się nim zajmować. Dopóki Hana nie urodzi, nie spędzę z nią kolejnej nocy. Wrócę do jej sypialni jedynie wtedy gdy urodzi córkę. Nie wiem, co sobie ubzdurałeś, ale ja nic do niej nie czuję. Jedyną osobą, którą kocham jesteś ty. I nawet nie wiesz jak trudno mi było uprawiać z nią sex. - Nachylił się mocniej ku niemu by zbliżyć usta do jego ucha.- By czerpać z tego aktu jakąkolwiek przyjemność musiałem wyobrażać sobie, że robię to z tobą. - Szepnął mu cicho, gryząc mu pod koniec małżowinę.
Viktor zarumienił się raptownie, zakrywając twarz dłońmi. To było oszustwo, że Yuuri potrafił go doprowadzić do takiego stanu, nawet specjalnie się nie starając.
-Jesteś okropny Yuuri. I bardzo niegrzeczny. - Żachnął zmieszany, spoglądając na niego spomiędzy palców.
-Sugerujesz, że powinienem zostać ukarany?
Jeśli Viktor był wcześniej był zarumieniony, to teraz pokrył się głębokim szkarłatem, chowając się pod kołdrą przed tym ironicznym uśmieszkiem bruneta. Stworzył potwora, który doprowadzi go do zawału serca.
-Yuuri!- Jęknął zrozpaczony, czując narastające podniecenie. Gorszące obrazy same mu się nasuwały do głowy kompletnie ignorując jego wolę
Yuuri zachichotał cicho odkrywając powoli kołdrę. Zbyt tęsknił za Viktorem by teraz zostawić go samemu by mógł dalej zanurzać się w swoich czarnych scenariuszach. Zresztą te kilka miesięcy współżycia z Haną wygłodniało go na coś więcej.
Napił się zimnej już herbaty spoglądając na pełnie księżyca na niebie. Ostatnio pogoda dopisywała do nocnych wizyt w ogrodzie. Miał już dość deszczowego sezonu i wsłuchiwania się w ten wieczny szum, który w jego uszach brzmiał jak poczucie winny. Yuuri stał kilka metrów dalej w swojej nocnej yukacie kontemplując coś, o czym nie miał pojęcia. Yuuri rzadko zdradzał się ze swoimi myślami, miał zły nawyk trzymania wszystkiego w sobie do momentu aż nie może tego udźwignąć i wybucha.
-Yuuri, o czym myślisz?- Powiedział cicho, nie spodziewając się nawet, że zostanie usłyszany.
-O tym, co robić z Haną. Nie chcę by znowu poleciała do ojca ze skargą, że nie poświęcam jej tyle uwagi, na jaką zasługuje. -Odpowiedział zrezygnowany podchodząc do niego.- Małżeństwo to same problemy.
Viktor prychnął rozbawiony, chwytając jego dłoń w swoją. - Po prostu źle do tego podchodzisz. Powinieneś od czasu do czasu złapać ją za ramiona, przyciągnąć do siebie i pocałować mocno, że straciłaby głowę dla ciebie i zapomniałaby o tych małych problemach.
Brunet podniósł pytająco brwi, nie bardzo rozumiejąc, o co chodzi rosjaninowi.
-I nie będziesz zazdrosny?
-Możemy o tym nie mówić? - Fuknął urażony odkładając kubek na bok by przyciągnąć wakę do siebie i wtulić się w niego.
Yuuri w odpowiedzi objął Viktora, gładząc go czule po głowie. Zachowanie kochanka go rozczulało, szczególnie próby udawania, że jest wstanie znieść czułości między Yuuri'm a Haną, kiedy tak naprawdę skręcało go od środka z zazdrości. Nie umiał powstrzymać od uśmiechu, gdy przypominał sobie Viktora z czasów, gdy dopiero przybył do Japonii, jego bezinteresowność, gotowość na śmierć. Trudno teraz dostrzec w tym wielkim dziecku tego poważnego gangstera, który trząsł połową świata.
Lubił takie leniwe dni, w których nic się nie działo. Nie było żadnych biznesowych spotkań, ani bankietów, była tylko cisza i błogi spokój. Yuuri razem z Phitchit'em o czymś rozmawiali w towarzystwie chomików tajlandzyka, Mari siedziała na patio z papierosem w ustach rozkoszując się słońcem, rodzice zaś wyszli gdzieś na miasto by się zrelaksować. Nie miał powodów do marudzenia i pierwszy raz od wielu dni jego serce nie było wypełnione gorzką zazdrością.
-Widzę, że Nikiforov-san też korzysta z dnia. -Hana usiadła naprzeciw niego z cynicznym uśmiechem.
-Tak, wreszcie lada dzień przyjdzie jesień i słońce nie będzie nas już tak pieścić.- Odparł spokojnie, czując narastający niepokój w sercu.
-Jak mam być szczera to nie mogę się doczekać zimy.
-Hana-sama tak lubi zimę?
-Nie. Nigdy jej jakoś specjalnie nie lubiłam, ale może wtedy mój mąż wróci do naszego łoża, a nie będzie spędzał nocy na spoufalaniu się z własnym ochroniarzem. - Syknęła zjadliwie zaciskając mocno dłonie, powodując jej skóra na nich pobladła.
-O czym Hana-sama mówi? - Próbował brzmieć neutralnie, ale miał wrażenie, że głos mu się załamuje.
-Myślisz, że nie wiem?! Mój mąż jest na tyle bezczelny, że swojego kochanka ma tuż przed nosem! Kiedy tylko zaszłam w ciążę widziałam jak mu ulżyło! Powiedział mi nawet, że teraz już nie widzi powodu by musiał ze mną dzielić łóżko. I wszystko przez jakiegoś mordercę, który mu nawet nie może dać dzieci! Jak śmiesz w ogóle przebywać w tym domu?! Wstydu nie masz?!- Krzyczała coraz głośniej zwracając na siebie uwagę innych domowników.
-Niech się Hana-sama uspokoi. Powinnaś myśleć o zdrowiu dziecka. - Powiedział zaniepokojony wstając z miejsca.
-Nie chce słyszeć tego od ciebie bydlaku! Tak dobrze ci się żyje rozwalając czyjeś szczęście?!Yuuri-sama cię nie kocha! On jest po prostu za miły by cię odesłać do piekła, gdzie należysz!
-HANA-SAMA!- Minako podbiegła do niej potrząsając ją za ramiona.- Uspokój się!
Viktor zrobił to, co uznał za słuszne w takiej sytuacji, szybko uciekł z pomieszczenia na patio spotykając się z krytycznym spojrzeniem Mari.
-Wiedziałam, że kiedyś to nastąpi. Wystarczyły dwa lata by dziewczyna otrząsnęła się ze swojej naiwności. Co teraz zrobisz?
-A co powinienem zrobić? Nawet gdybym zdecydował się odejść Yuuri by mi nie pozwoli, a jakoś umierać nie mam ochoty.
Uśmiechnęła się w odpowiedzi wypuszczając powoli dym z płuc. Dla niej to całe zamieszanie nie różniło się od cyrku, który niedługo przestanie wystawiać. Nie wiedziała jedynie jakie zakończenie będzie miało to przedstawienie. Mogła jedynie ufać, że cokolwiek się stanie Viktor nie powtórzy błędu z przeszłości i ochroni jej młodszego brata przed śmiercią.
-Skup się na ochronie Yuuri'ego, to jest twoje główne zadanie. Minako zajmie się Haną. Jej wybuch pewnie miał coś wspólnego z ciążą, kobiety w takim stanie lubią sobie coś wkręcać, co niekoniecznie jest prawdą.
Teraz to i Viktor się uśmiechnął w odpowiedzi rozumiejąc dobrze, że Mari wie o jego relacji z Yuuri'm , ale nie miała zamiaru mówić o tym głośno szanując pozycję Hany. Mari też była jedną z osób, której nie potrafił rozgryźć. Wydawała się zwyczajną kobietą, nawet miłą gdy się ją bliżej poznało, ale wciąż pamiętał ich pierwsze spotkanie i tą wrogą aurę, którą emanowała. Mari nie lubiła pokazywać swoich kart i może właśnie dlatego podświadomie się jej bał.
-Nie martw się, nie mam zamiaru przeżyć powtórkę z przeszłości. Już nigdy nie pozwolę Yuuri'emu na osłanianie mnie. Tym razem to ja poświęcę dla niego życie i to z rozkoszą.
Zagwizdała z podziwu nad jego krótkim przemówieniem. Po kilku minutach ciszy zrozumiał, że nie miała mu już nic więcej do powiedzenia, ruszył więc wolnym krokiem w stronę swojego pokoju próbując odsunąć w najciemniejsze zakamarki swojej duszy poczucie winy, które wywołała u niego Hana. Miała rację. Powinien odejść i pozwolić by Yuuri założył prawdziwą rodzinę, jednak był zbyt egoistyczny by na to pozwolić. Yuuri podarował mu nowe życie i jeśli ma opuścić wakę to tylko jako trup.
Makkachin szczeknął wesoło zwracając uwagę swojego właściciela. Viktor zatrzymał się spoglądając na psy, które jak gdyby nic bawiły się w ganianego w ogrodzie. Kot leniwie leżał na patio, nie zwracając nawet uwagi na myszoskoczka, który leżał na nim.
-Japonia ci definitywnie służy Makkachin, wydajesz się o wiele szczęśliwszy niż w Rosji. - Usiadł na brzegu głaszcząc swojego pudla, który siedział przed nim dysząc ze zmęczenia.- Jesteś już staruszkiem, dziwnie mi będzie bez ciebie. Dlatego musisz żyć jak najdłużej, okej?
Pies szczeknął w odpowiedzi potwierdzając to wylizaniem twarzy swojego pana.
Wszystko co dobre musi się kiedyś skończyć. Przeszłość nie lubi być ignorowana i zapominana, wraca za każdym razem kiedy człowiek najmniej się tego spodziewa. Już od dawana nie miał koszmarów związanych z jego życiem w Rosji, jego ręce nie wydawały się pokryte krwią, nie mógł prosić o więcej.
A jednak życie mu udowodniło mu , że się mylił. Kiedy tylko pojawił się pierwszy śnieg u progu bramy ujrzał sylwetkę, którą próbował wymazać z pamięci. Poczuł momentalny ścisk w żołądku i podchodzącą żółć do gardła.
Rozejrzał się po placu upewniając się, że nikogo więcej nie ma. Wyszedł przed bramę, zatrzaskując drzwi za swoimi plecami.
-Co ty tutaj robisz?! Nie powinieneś być w Moskwie przy Yakov'ie?! Po coś tu przyleciał?!- Syknął zdenerwowany ściskając dłoń na ramieniu chłopaka.
-Puszczaj mnie Viktor! Tylko tutaj mam szansę coś osiągnąć...- Yuri odkrzyknął zirytowany, odpychając od siebie Viktora.
-Osiągnąć? Co chcesz osiągnąć?! Zabić kogoś by podlizać się glavie?!
-CO?! ODWALIŁO CI?! Może najpierw mnie wysłuchasz, a później będziesz osądzać?!
-Nie mam powodów by ci wierzyć. Jesteś prawą ręką glavy, nie puściłby cię tutaj bez morderczych zamiarów, za dobrze go znam!
-TIA? Super, ja też go poznałem na tyle, by wiedzieć, że mam go w dupie!
-Myślisz, że ci uwierzę?
-Nie obchodzi mnie to. Przyszedłem do Mari!
-Nie wpuszczę cię. Już raz próbowaliście zabić Yuuri'ego!- Złapał go za rękę odchodząc dalej od posiadłości.
-PUSZCZAJ MNIE STARUCHU!- Yuri szarpał się z całych sił, przegrywając żałośnie.
-Nie. Wsadzę cię na statek do Chin i tam załatwiaj swoje interesy!
Yuri milczał przez dłuższą część drogi analizując, co powinien zrobić by uciec Viktorowi. Mimo minionych lat nadal był słabszy fizycznie od srebrnowłosego. Nie spodziewał się takiej reakcji na swój widok. Sądził, że dawne awersje zostały zapomniane, przecież on sam przestał go obwiniać za śmierć rodziców, rozumiejąc dobrze, że nie było szans na ich ocalenie, nie w takim miejscu jak sala koncertowa.
-Viktor czemu się mnie tak boisz? Przecież jesteś ode mnie silniejszy i mądrzejszy, gdybym nawet próbował coś zrobić, to z twoim refleksem szybko byś mnie powstrzymał. Od tamtego wypadku na pewno trenowałeś. A może nie tyle się mnie boisz, a co moja osoba przypomina ci o przeszłości, którą próbujesz wymazać ze świadomości?- Powiedział spokojnie licząc, że uda mu się wstrząsnąć mentalnie Viktorem.
-Preferuje dmuchać na zimne. Nie mam zamiaru pozwolić ci postawić choćby stopy w posiadłości. Jesteś zbyt nieprzewidywalny.
-Czyli jest coś, w czym jestem lepszy. Jak miło. A wiesz, że ja przez ten cały czas musiałem wysłuchiwać jak mnie te staruchy porównują do ciebie?! Viktor to, Viktor tamto, jakbyś był pieprzonym bogiem! Miałem nadzieję, że zdechniesz i przerobią cię na sushi, ale potrafisz wszystkich przerobić na swoją modłę.
-Jakże mi przykro. Naprawdę. - Prychnął ironicznie zatrzymując się.
-Nawet nie umiesz kłamać dziadku. Jesteś obrzydliwym tchórzem.
-A ty za to jesteś upośledzony umysłowo!
-Skurwiel!
-Suczysyn!
-Perwersyny pierd nietoperza!
-Co? - Zaskoczony przechylił głowę, kompletnie nie orientując się w nowych przezwiskach.
-Widzisz... Bycie młodym ma dobre strony, znam dużo więcej obelg niż ty. Ha!
-Nadal jesteś dzieciuchem.
-Nie specjalnie mi przykro z tego powodu. Przynajmniej nie świecę siwą czupryną. Tylko czekam aż wyłysiejesz.
-Wypluj te słowa!- Ryknął wściekły chwytając go z całej siły za szczękę.- Nie przeginaj gówniarzu.
-Czyli tu cię najbardziej boli... Łysa głowa. - Uśmiechnął się lakonicznie, kompletnie sobie nie robiąc z nastroju Viktora.
-Dla twojej wiadomości, wcale nie tracę włosów. Nadal mam mocne i gęste włosy, o których możesz tylko marzyć!
-Tak jakby to było celem mojego życia. Jesteś żałosny.
Kiedyś Viktor był naprawdę dobry w trzymaniu emocji na wodzy, praktycznie nic nie mogło go wyprowadzić z równowagi, jednak te czasy już dawno minęły. A raczej był w takim szoku i lęku przez niezapowiedzianą wizytę Yuri'ego, że stracił umiejętność spokojnej analizy sytuacji. Zamiast ruszyć szare komórki, postanowił ruszyć swoje mięśnie.
Bójka między dwójką Rosjan przyciągała uwagę wszystkich przechodniów. Każdy zatrzymywał się by zobaczyć, co się dokładnie dzieje, wśród przypadkowych gapiów znalazł się także Phitchit, który zagwizdał z wrażenia, aczkolwiek szybko zadzwonił do posiadłości po posiłki dobrze wiedząc, że sam nie zdoła ich rozdzielić, a nawet jeśli by mu się to udało, nie miał szans na doprowadzenie ich w jednym kawałku do posiadłości.
Powiedzenie, że był w szoku było nie adekwatnym określeniem jego stanu. Nie spodziewał się wizyt z Rosji, po tych wszystkich incydentach, a mimo to przed sobą miał Yuri'ego, który już miał widoczne obrzęki na twarzy. Viktor nie powstrzymywał się z użyciem siły przeciwko byłemu towarzyszowi.
-Co cię do nas sprowadza Yuri?- Jego głos brzmiał spokojnie i sama postura nie zdradzała żadnych złych zamiarów, co pozwoliło blondynowi na zrelaksowanie się.
-Jestem tu z personalnych powodów, moja grupa nie ma z tym nic wspólnego. Jesteś jedyną osobą, do której mogłem się zwrócić w tej sprawie. Błagam, chociaż mnie wysłuchaj.- Ukłonił się nisko, dotykając czołem podłogi. Brzmiał szczerze, zresztą Yuuri wątpił by po takim przywitaniu byłoby go stać na grę aktorską, która umiałaby go oszukać.
-Wysłuchanie nic nie kosztuje.- Odparł pogodnie sięgając po swoją czarkę z herbatą.
-Pewnie Viktor ci mówił jak trafiłem do mafii.- Yuuri kiwną głową na potwierdzenie,siadając swobodnie, nie spodziewał się by ich rozmowa zakończyła się szybko.- Myślałem, że Yakov pomoże mi znaleźć mordercę moich rodziców, że będę miał szansę się zemścić, ale on mnie ciągle posyłał na jakieś beznadziejne misje, kompletnie nie związane z moją sprawą. Wkurzyłem się i próbowałem przycisnąć go do mówienia, a przynajmniej zdradzenia mi, kto mógł za tym stać, ale on się wypiął! Powiedział, że jestem jeszcze dzieciakiem, który sprowadzi na siebie śmierć. Od tego czasu byłem obserwowany, nie miałem żadnej swobody, nic nie miałem szans na działanie na własną rękę. Byłem zdesperowany i...zabiłem swojego ochroniarza. Uciekłem z Rosji tutaj, bo to jedyne miejsce gdzie macki Yakov'a jeszcze nie sięgają... Proszę pozwól mi tutaj zostać! Nie będę sprawiał problemów! Możecie mnie nawet zamknąć w pokoju i przynosić jedzenie, nie będę marudził i robi scen! Muszę tylko odczekać aż całe zamieszanie opadnie i będę mógł wrócić do Rosji by kontynuować moją misję. - Yuri opowiadał o wszystkim wyraźnie rozemocjonowany, nie wyglądał na kogoś kto udawał, choć Yuuri wątpił by mógł udawać w takiej kwestii jak śmierć rodziców.
Yuri zamilkł spoglądając na swoje dłonie czekając na wyrok, mógł jedynie liczyć, że jego przeczucie się nie myliło i mógł szukać tutaj schronienia przed gniewem glavy, choć wiedział, że sama prośba miała ogromny ciężar. Yuuri milczał dłuższą chwilę analizując wszystkie za i przeciw.
Pozwolenie na zostanie oznaczało, że Viktor będzie mu sapał o głupocie, nie mówiąc już, że glava przyśle tu swoich ludzi by sprowadzić swoja prawą rękę przed jego oblicze. Konflikt z rosyjską mafią wydawał się nieunikniony na jego własne nieszczęście. Z drugiej strony nie mógł powiedzieć, że nie rozumie uczuć Yurio, na jego miejscu pewnie także byłby gotów spalić połowę kraju by tylko osoby odpowiedzialne za jego ból zaznały tego samego.
-Wiesz, że prosisz o wiele? To nie nocowanie u kumpla, jeśli za twoimi plecami podąża armia uzbrojonych ludzi, gotowych gładzić wszystkich by cię dorwać żywego.
-Zdaje sobie z tego sprawę, ale jesteście Japończykami!
-A co to ma do rzeczy?
-No macie dusze ninja i samurajów!
Yuuri zamrugał zdumiony kilkakrotnie zanim do jego umysłu doszło to absurdalne stwierdzenie. Kiedy był dzieckiem śmieszyło go, jak dziwnie jego kraj był postrzegany, ale on też ni wiedział wiele o obcych krajach, ale w tym wieku wcale mu nie było do śmiechu, szczególnie gdy mówi to członek jednej z potężniejszych rosyjskich grup kryminalnych.
-To raczej nie ma nic do rzeczy. Co prawda nasz zamek był podobno kiedyś domem klanu ninja, ale to tyle. Takie stwierdzenia są obraźliwe Yuri. Jest różnica między dziecięcą niewiedzą, a zwykłą arogancją. Rozumiem, że jesteś pochłonięty szukaniem mordercy swoich rodziców, ale etykieta nakazuje chociaż przygotować się do wizyty w obcych stronach, albo przynajmniej słuchania, co się do ciebie mówi kiedy już się w tych stronach znajdujesz. Już tu kiedyś byłeś i niektórzy z mojej rodziny tracili swój czas oprowadzając cię po mieście i opowiadając nie tylko o Japonii i regionie, ale o naszych rodzinnych zwyczajach. Szkoda, że nas nie słuchałeś, może wtedy umiałbyś obrać swoją prośbę w bardziej uprzejmy sposób. - Brunet odpowiedział chłodno, odstawiając naczynie na podłogę i wstając z miejsca poprawiając swoją yukate. - Mimo to przemyślę twoją prośbę razem z innym członkami naszej rodziny. Do tego czasu radzę ci nie ruszać się z tego pomieszczenia, chyba że chcesz znowu oberwać od Viktora.
Wyszedł z gabinetu nie dając chłopakowi nawet szansy na odpowiedź. Kiwnął jedynie jednemu z ludzi by pilnowali drzwi, a sam ruszył do jadalni by rozmówić się z ojcem. Gdyby to Toshiya wysłuchał Yuri'ego najpewniej nie skończyło by się to najlepiej dla blondyna. Nie ten ton głosu i nie ta wiedza by prosić o niemożliwe. Szczególnie w czasach, gdy większość klanów jest przeciwna wszelkiej współpracy z Rosjanami, którzy się za mocno zaczęli panoszyć po kraju.
Niby młodość miała swoje argumenty na bezmyślność, ale czy można na wszystko przymykać oko tylko przez to, że ktoś jest młody i głupi? Jak mu się nie pokaże granic, to na kogo wyrośnie?
Viktor wszedł do gabinetu naburmuszony, nie miał najmniejszej ochoty znajdować się w tym samym pomieszczeniu, co osoba z jego przeszłości, lecz nie miał w tym wypadku wyboru, jego waka go oto personalnie poprosił, a on nie śmiał odmówić. Yuri na jego widok napiął mięśnie będąc gotowym w każdej chwili do obrony przed ciosami.
-Uspokój się. Nic ci nie zrobię. - Powiedział oschlej niż zamierzał siadając naprzeciw blondyna.- Waka kazał mi z tobą porozmawiać, a raczej powiedzieć ci, co sam ustaliłem w sprawie twoich rodziców i przekazać ci, że dadzą ci schronienie, ale tylko przez rok. Po tym okresie zostaniesz wsadzony w jakikolwiek statek i tyle cię znali.
Yuri nic nie powiedział, wsłuchiwał się jedynie w słowa mężczyzny z uwagą, jego ciało nadal było spięte, ale przynajmniej nie wyglądał jakby miał ochotę się rzucić z rękoma na swojego rozmówcę.
-Po tym jak twoi rodzice zostali zamordowani nie uciekłem z podkulonym ogonem do Yakov'a. Skoro nawaliłem w obronie, to chociaż chciałem wiedzieć, kto za to odpowiada i zlikwidować drania. Jednak ku mojemu zdziwieniu, nie znalazłem żadnych wskazówek. Snajper jakby się rozpuścił w powietrzu i, także w tym powietrzu się pojawił wśród tłumu bawiących się ludzi. Nie znaleziono żadnego świadka, a przecież nie możliwe by nikt nie zauważył wyciągania broni i strzelenia z niej. A mimo to nikt nic nie widział i nie słyszał. -Westchnął ciężko, próbując nie przypominać sobie zbyt wiele szczegółów z przeszłości.- Zanim zostałem skazany na śmierć, miałem dwa tropy. Pierwszy, że było to działanie prezydenta, czyli KGB, albo działanie naszej mafii.
-Ściemniasz. Po co prezydent miałby zabijać moich rodziców?!
-Może dlatego, bo głośno sprzeciwiali się jego polityce i wspierali ruchy równouprawniające mniejszości społeczne? Wiesz, że Putin nie lubi mieć czegoś poza kontrolą, a jak widzi, że ludzie za mocno spoglądają na normy społeczne zachodu to sobie robi zamach na ludzi i bez problemu uśmierca kilkaset ludzi dla swojej idei zwalając winę na jakieś mniejszości, którym łatwo podbić łatkę terrorystów. Rosja jest pięknym krajem, ale krajobrazowo, nie politycznie. Chyba jesteś już na tyle dojrzały, że dostrzegasz więcej niż propaganda telewizyjna, która wmawia wszystkim jak jest super?
-No dobra, ale dlaczego myślisz, że to Yakov? To idiotyczne! Był przyjacielem moich rodziców!
-W rosyjskiej mafii nie ma przyjaciół. Yakov mógł trochę złagodnieć, ale podskórnie nadal jest tym samym lodowatym skurwielem, który zabija żonę, dla własnych celów. Myślisz, że ile on miał kobiet w życiu? Wiesz ile z tych kobiet zabijałem kiedy tylko się mu znudziły, albo zaczęły wtykać nos w nie swoje sprawy? O wiele za dużo. Lilia owszem zawróciła mu w głowie i spowodowała tą nagłą zmianę w glavie, ale to tyle. Ona po prostu znała swoje miejsce w hierarchii. A co do twojego pytania, to Yakov też jest przyjacielem prezydenta i jego polityki, jednak tym co mogło przechylić szalę była moja pozycja. Coraz więcej ludzi mnie szanowało, inne grupy mafijne spoza Rosji chętnie widziały we mnie partnera. Yakov zaczął być oficjalnie pomijany, co nie wróży nic dobrego komuś, na takiej pozycji jak glava. A jak najlepiej odzyskać reputację i posłuch? Skazując kogoś na popełnienie idiotycznego błędu. Nie wiem czy to odpowiednie tropy, ale tylko tyle udało mi się ustalić przez ten czas, który miałem przed stawieniem się przed glavą. Później jak wiesz... Straciłem kontakty.
-co za pierdolone brednie. - Odparł cicho, ze schyloną głową by nikt nie dostrzegł jego łez.
-Popierdolone to wszystko nie? Przez tyle czasu wykonywałeś grzecznie jego polecenia, wodził cię za nos. Naprawdę świetny przyjaciel rodziny.- Prychnął rozbawiony wstając z podłogi.- Radzę ci zacząć używać głowy także w innym polu niż nauka przekleństw. W tym świecie bez inteligencji nie przeżyjesz długo.
Wyszedł z pokoju, czując jak żołądek znowu mu się zaciska z nerwów. Nie skłamał, powiedział swoją prawdę, którą miał zabrać do grobu. Dlatego został skazany na śmierć, Yakov musiał podejrzewać, że Viktor zna prawdę i wolał się go pozbyć niż ryzykować konflikt wewnątrz grupy. Szkoda byłoby pozbawiać się tylu pionków, dla tak błahej sprawy.
Phitchit uśmiechnął z zakłopotaniem. Nie spodziewał się, że informacja o jego wyjeździe tak poruszy młodym waką. Miał wyjechać tylko na rok, ale wydawało się, że Yuuri miał inne wyobrażenie jego wakacji.
-Yuuri, to tylko rok. Zresztą będziesz mógł mnie obserwować na instagramie! Naprawdę to będzie tylko rok.
-Kłamiesz! Znowu mnie zostawiasz na kilka lat!
-Yuuri... Kocham cię jak brata, ale czasem to naprawdę przesadzasz. Nie będziesz sam, jest jeszcze Viktor.
-Ale Viktor to nie ty. - Fuknął obrażony, odwracając się plecami do przyjaciela.
-Wreszcie dostałem wymarzone wolne i będę mógł pozwiedzać Europę bez towarzystwa osób trzecich. Nie powinieneś mnie wspierać?
-Nie.
-Jesteś naprawdę okropnym przyjacielem Yuuri! Nie spodziewałem się tego po tobie.- Próbował zagrać na melodramę z łzami i wszystkim by wzbudzić litość u przyjaciela, jednak był to miecz obusieczny, bo to Yuuri zaczął płakać i wtulać się w niego błagając by go nie zostawiał.- Oj...oj! Yuuri! Nie jesteśmy już dziećmi. Ja naprawdę tu wrócę, nie zostawiłbym ciebie, nawet z Viktorem u boku. Wiesz dobrze, że tylko ja ci mogę zapewnić prawdziwe bezpieczeństwo.
-Phitchit!- Zaszlochał cicho jeszcze mocniej się wtulając.
Phitchit westchnął zrezygnowany obejmując powoli przyjaciela by go nie spłoszyć. Mari go ostrzegała, że wyjazd na tak długo nie będzie łatwy, właśnie przez przywiązanie Yuuri'ego do jego osoby. Zbierał na ten wyjazd fundusze już od kilku lat i wreszcie kiedy w ich życiu pojawił się Viktor dostrzegł szansę dla siebie. A jednak się pomylił. Gdyby chodziło o interesy grupy takiej sceny w ogóle by nie było, ale każdy dobrze wiedział ile dni potrzebował by zrobić swoje. Jego prace nie były trudne, był w tym naprawdę dobry, że czasem się zastanawiał, czy nie powinien budzić się z krzykiem w środku nocy od tych wszystkich ludzi, których napotkał w życiu.
-Przywiozę ci mnóstwo pamiątek. I będę codziennie wysyłał wiadomości. Nawet jeśli nie będę przy tobie ciałem, to definitywnie będę sercem. Jesteśmy braćmi, nie?
-Wrócisz w jednym kawałku, prawda?
-Za kogo ty mnie bierzesz. Odpowiedź jest oczywista.
-Jesteś okropny Phitchit, ale i tak cię kocham. - Odsunął się od niego cmokając go w policzek.
-To jest mój Yuuri! Tylko nie szalej za dużo podczas mojej nie obecności, nie chcę by ktoś mi wykradł miano króla instagramu! - Zaśmiał się lekko, czochrając go po głowie.- Wszystko będzie dobrze Yuuri.
-Wiem. Wreszcie jesteś naszą modliszką. - Odpowiedział z tajemniczym uśmieszkiem, wstając z ziemi i kierując się do ogrodu.- Uważaj na siebie.
Phitchit spoglądał za nim w szoku, nie spodziewał się, że Yuuri wiedział o jego przezwisku w grupie. Chciał zachować swoją pracę w sekrecie, przynajmniej dopóki Yuuri oficjalnie nie przejąłby zarządzania grupą. Nie chciał mu niszczyć wyobrażeń o jego osobie. Po raz kolejny Mari miała racje, że prawda zawsze wychodzi na jaw, nawet jak spalimy wszystkie mosty.
-Ruszamy Phitchit?- Kierowca wszedł do jadalni popijając wodę.
-Jasne. Nie ma co zwlekać. Nadchodzi przygoda życia.
-Przywieź nam jakiś ciekawy trunek i może jakieś kobitki. Ładne.
-Wy i te wasze zachodnie fetysze. -Mruknął rozbawiony sięgając po swoją torbę. - Zobaczymy, co mi się uda zorganizować.
-Fajno.
Od wyjazdu Phichit'a młody waka chodził wyraźnie struty i, co chwila spoglądał na swój telefon czekając na jakieś wieści od przyjaciela. Ignorował nawet nocne spotkania z Viktorem, nie mówiąc już o własnej żonie, która zdawała się coraz gorzej znosić jego zachowanie.
-Yuuri uspokój się. Phitchit nie jest taki słaby jak się wydaje. Jest na pewno silniejszy od ciebie. - Mari dmuchnęła dymem papierosowym gdzieś w bok nie spuszczając karcącego wzroku z brata.
-Wiem, ale to Europa! Nic nie wiem o Europie! A co jak Phitchit się zakocha i postanowi tam zostać?! W Europie jest tyle miejsc wartych odwiedzenia, że znając jego nie wynudzi się przez najbliższe kilka lat! Albo zostanie wciągnięty do jakieś obcej mafii!
Kobieta kucnęła przy nim szczypiąc go mocno w policzek. Kiedy wreszcie zamilkł bliski płaczu, westchnęła ciężko nie bardzo wiedząc, co właściwie powinna mu powiedzieć. Yuuri miał słabą psychikę odkąd pamiętała. Jak się do kogoś przywiązał to trudno mu było się rozstać. Wydawało się, że przeraża go to dużo bardziej niż własna śmierć. Yuuri bał się samotności. Szczególniej takiej, którą się odczuwa pośród ludzi, których nazywamy znajomymi.
-Przestań panikować Phitchit by cię nigdy nie zdradził. Wiesz dobrze, że on jedyny zawsze będzie przy twoim boku nie zważając na cenę jaką mu przyjdzie za to zapłacić. Uratowałeś mu życie, podarowałeś mu nowe życie i rodzinę. Takich rzeczy się nie zapomina. Nawet jeśli jest przypisany do mnie, to w głębi serca robi wszystko dla ciebie i dla twojej przyszłości, więc przestań stękać i wyjdź z tego pokoju. Robisz się naprawdę irytujący!
Yuuri załkał cicho, masując sobie obolały policzek.
-Przepraszam.
-No nie! Teraz to ze mnie robisz tą złą! Jesteś niemożliwy!
Mari wstała wściekła wychodząc z pokoju z trzaśnięciem. Yuuri zamrugał ze zdumienia podziwiając talent swojej siostry, która potrafiła zrobić coś takiego z suwanymi drzwiami, które z natury wydają minimalną ilość dźwięku, nie mówiąc już o niemożliwości trzaśnięcia nimi.
-Mari-neesan jest naprawdę przerażająca. - Mruknął pod nosem sięgając po swoje okulary.
Musiał jednak przyznać jej rację i faktycznie powinien przestać przeżywać wyjazd tajlandzyka na wakacje. Zawsze mu opowiadał o chęci pojechania do Europy i zwiedzenia wszystkich krajów, które go wpuszczą.
-Nie mam już pięciu lat, najwyższy czas dorosnąć. -Powiedział stanowczo wstając z ziemi, co spowodowało natychmiastowy sprzeciw zesztywniałego ciała. Stęknął z bólu, próbując rozciągnąć nieużywane mięśnie.
Stał pośrodku ogrodu wpatrując się w lecące ptaki. Wszystko wyglądało jak zawsze, świat wydawał się obojętny wobec tego, co się dzieje w jego życiu. Zwierzęta bawiły się ze sobą, albo odpoczywały w cieniu. Nawet ich nowy nabytek tanuki wydawał się zadowolony ze swojego obecnego położenia i miski, która była uzupełniana dwa razy dziennie. Mały Tana jak go większość nazywała szybko zdobył sympatię domowników. Trudno było się mu oprzeć, a mimo to znalazła się osoba, która jawnie wyrażała swój dyskomfort wobec nowego członka rodziny.
-Yuuri-sama!- Hana podeszła energicznie do niego. Jej dawna nieśmiałość i płochliwość kompletnie zniknęła zostawiając jedynie gorycz i oschłość. Nawet jej uroda padła ofiarą negatywnych emocji, po dawnym blasku i piękności pozostały jedynie fotografie.
-Tak Hana-san? - Westchnął cicho, odwracając się do niej z wypisanym zmęczeniem na twarzy.
-Musisz się ich pozbyć!
-Kogo?
-Tego stada dzikich bestii!- Hana kipiała złością, w ogóle nie zwracała uwagi na mowę ciała waki, a może po prostu przestała się przejmować jego chłodem w stosunku do niej.
-To nie są dzikie bestie. To przyjaciele rodziny.- Odparł spokojnie przeczesując włosy dłonią.
-Będziemy mieli dziecko! Dziecko! Zwierzęta to nie jest odpowiednie towarzystwo dla dziecka! Szczególnie ten tanuki! Przecież to chodzące kłębowisko rozmaitych chorób!
-Nasze zwierzęta są szczepione i myta dwa razy do roku. Nie wchodzą też do środka, poza panem Mrukiem i Taną i tak trzymają się głównie jadalni. Dziecko będzie bezpieczne. Sam wychowałe-
-NIE OBCHODZI MNIE TO! ONE MAJĄ ZNIKNĄĆ! NIE CHCĘ ICH TUTAJ!
Yuuri cofnął się nieznacznie zaskoczony nagłym wybuchem kobiety, która wprost trzęsła się ze złości. Gdyby nie była w ciąży pewnie kontynuował ich rozmowę, ale bał się, że jeszcze trochę, a cały jego wysiłek by ją zapłodnić pójdzie na krwawą marne.
-No już, uspokój się Hana. Nie możesz się tak unosić...
-TERAZ SIĘ PRZEJMUJESZ?! MOŻE BYŁO O TYM POMYŚLEĆ ZANIM POSTANWOIŁEŚ PIEPRZYĆ SIĘ Z TYM ROSJANINEM ZANIM Z WŁASNĄ ŻONĄ! JESTEŚ OBRZYDLIWY! MAM NADZIEJĘ ŻE URODZĘ OCHYDNĄ SZKARADĘ! ZUPEŁNIE TAKĄ JAK TWOJA DUSZA!
Czuł jak serce mu zamiera, a łzy cisną mu się do oczu. Nie miał jednak pojęcia co odpowiedzieć by nie wywołać jeszcze większej burzy. Na jego szczęście podbiegły do nich Minako z Mari, które zabrały Hana'e do swojego pokoju by się uspokoiła. On sam zaś opadł na ziemie łkając głośno.
Hana chciała zniszczyć jego życie. Chciała usunąć jego ukochane zwierzęta, Viktora, ale co najgorsze ona nie potrafiła pokochać ich dziecka, które nie miało z tym nic wspólnego. Nie był tak głupi by łudzić, że jego romans z Viktorem jest niezauważony przez nią, ale potwierdzenie jego wyrzutów sumienia bolało mocniej niż przypuszczał.
Mógł znieść świadomość, że go nienawidzi, bo zasłużył sobie na to uczucie, aczkolwiek myśl, że nie obdarzy miłością ich dziecka, była druzgocąca. Nie umiał sobie wyobrazić jak to jest nie otrzymać tak cennego daru od jedynej osoby, która powinna kochać cię bez względu na wszystko.
Nie sądził, że jego egoistyczne decyzje będą miały taki efekt.
Pierwszy raz Yuuri naprawdę żałował, że nie kazał Viktorowi opuścić Japonii, gdy ogłosili jego zaręczyny. Gdyby kazał mu wracać do Rosji, albo udać się gdziekolwiek by chciał... Pewnie nigdy by nie odczuwa szczęścia i życie nie miałoby tyle barw jak ma teraz, ale za to jego dziecko miało by matkę.
-Co ja najlepszego zrobiłem?
Najgorszą rzeczą jednak było to, że nie był wstanie puścić Viktora. Nie umiał zakończyć tego romansu. Był naprawdę niegodziwym potworem.
Viktor gładził delikatnie bruneta po policzku, próbując nie robić zbyt wiele hałasu. Nie chciał przeszkadzać mu we śnie zważywszy na to, że dopiero niedawno udało mu się zasnąć. Wydawało się, że jego widok po wyjeździe Phitchit'a był wystarczająco przygnębiający, lecz zostało mu udowodnione, że się pomylił.
Jego krew wrzała z gniewu i, gdyby nie świadomość jak ważne dla Yuuri;ego było dziecko w łonie Hany już dawno by ją zabił. Nie umiał jej wybaczyć za to jak go potraktowała, jak nie umie doceniać dobroci, którą japończyk emanuje.
Gdyby tylko mógł go zabrać gdzieś daleko, poza jej zasięg...
Zerwał się z podłogi wychodząc z pokoju, mając nadzieję, że nie obudził swojego waki. Musiał porozmawiać z jedyną osobą, która pragnęła szczęścia dla Yuuri'ego. Tylko ona mogła mu pomóc, tylko ona może zorganizować wyjazd bez konsekwencji u Toshiya'i.
-Hiroko-sama! - Ujrzał na końcu korytarza sylwetkę niskiej pulchnej kobiety, która rozmawiała z jednym z członków.
Kobieta zatrzymała się odwracając się ku niemu zaintrygowana. - Tak Viktorze?
Zdyszany podbiegł do niej, próbując skupić myśli na tym, co właśnie chciał powiedzieć. To jak wyrazi swój pomysł będzie miało wpływ na jej decyzję.
-Chcę zabrać Yuuri'ego do Europy. Hana-san jest w takim stanie, że ciągle się kłócą i jest to niebezpieczne dla ich obojga. -Spojrzał na nią błagalnie, była jego jedyną nadzieją.
Hiroko uśmiechnęła się wyraźnie przygnębiona. Cała sytuacja naprawdę była ciężka i trudno było znaleźć kompromis, który by zadowolił każdą ze stron. Viktor nadal pamiętał jak zmuszał kobiety do aborcji, jak brzydziła go myśl o posiadaniu potomstwa. Dziecko oznaczało dodatkowe problemy, które lepiej było usuwać. Rodzina Katsuki'ch czekała na to dziecko. Oni pragnęli by członkowie mieli potomstwo, by ich rezydencja rozbrzmiewała w śmiechu dzieci.
-Hana-chan jest niestabilna emocjonalnie. Prawdopodobnie będzie musiała wylądować w szpitalu dla bezpieczeństwa dziecka. Zabranie Yuuri'ego daleko od tego wszystkiego może być dobrym pomysłem. Niech będzie. Wstawię się u Toshiya'i za tym pomysłem.
-Naprawdę możemy wyjechać? A co z biznesem? Co z Haną?- Yuuri rozglądał się niepewnie po lotnisku, nie bardzo rozumiejąc, co się dzieje.
-Twój ojciec na to pozwolił, więc nic się nie martw Yuuri. Odpoczniesz od tego wszystkiego. Wrócimy jak już będzie blisko rozwiązania, więc Hana nie będzie pod wpływem negatywnych emocji. Nie martw się Yuuri jestem przy tobie. - Ścisnął mocniej jego dłoń.- Yuuri jeśli ktoś jest winny tej całej sytuacji to z pewnością jestem to ja. Jestem zbyt egoistycznie w tobie zakochany by móc cię zostawić. Obwiniaj mnie, ale nigdy siebie. To ja żeruję na twojej dobroci.
-Viktor jeśli ty jesteś egoistyczny, to jak można nazwać mnie? Skoro ja sam nie umiem odprawić cię gdzieś w dal. Trudno mi sobie wyobrazić życie bez ciebie w nim. Wiem, że tekst „nie umiem żyć bez ciebie" jest żałosny i taki wytłamszony przez wszystkie romanse jakie istnieją na ziemi i, wiele wspólnego z prawdą nie mają, a jednak tak się właśnie czuję. Życie bez Viktora nie było by już tym samym życiem. Coś by we mnie umarło wraz z twoim odejściem. Stałbym się chodzącym zombie, który egzystuje, ale definitywnie nie żyje tak jak normalny człowiek powinien. Wiem, że to krzywdzi moją żonę, nie zasługuje na takie traktowanie, ale nie potrafię się zmienić, nie umiem okazać jej uczucia, którego we mnie nie ma. Ona chciałaby żebym trwał przy jej boku cały czas, bym trzymał ją nocą w ramionach i zapewniał o swojej miłości pustymi poematami. A ja nie potrafię jej tego dać.
Viktor objął Yuuri'ego przyciągając go do siebie by dać mu trochę swojego ciepła i wsparcia. Głos bruneta zdradzał jego stan, jego poczucie winy i przygnębienie całą sytuacją. Może gdyby Georgi nie był takim żałosnym zabójcom, udałoby mu się uwolnić młodego wakę od tej przeklętej miłości. Może jeszcze wtedy była szansa by nie zaplątać się w tych pnączach miłości, z których nie dało się uwolnić bez utracenia czegoś.
Niestety ich życie potoczyło się zupełnie inaczej i osobą, którą najbardziej za to płaciła, była bogu winna Hana, która pragnęła jedynie miłości od swojego męża. Nawet jeśli miało to być kłamstwo.
Wielka Brytania okazała się niezbyt przychylna ich pobytowi. Kiedy tylko opuścili ściany lotniska przywitała ich ulewa. Viktor przeklął pod nosem nie rozumiejąc tej całej deszczowej pogody. Jeszcze sprawdzał przed wyjazdem prognozy i miało być słonecznie, a teraz?
-Może przeczekamy na lotnisku? W środku jest kilka restauracji i kawiarenek...- Spojrzał się na Yuuri'ego, który po raz kolejny zadrżał z zimna.
-Nie jesteśmy z cukru Viktor. Damy radę dobiec na przystanek autobusowy, poczekajmy tylko tutaj aż autobus zacznie podjeżdżać, bo pod wiatą raczej nie znajdziemy miejsca.
-Yuuri... Przecież się nie śpieszymy! Możemy poczekać aż ta ulewa minie!
Yuuri zachichotał pod nosem na stękanie Viktora, który definitywnie nie miał ochoty być narażony choćby na kropelkę wody na jego drogim garniturze. Yuuri nie miał nic przeciwko takiej pogodzie, owszem było chłodno, ale nie tak jak na lodowisku. Jego ubrania też nie pochodziły z najdroższych sklepów, więc nie obawiał się ich zniszczenia.
-Kiedy byłeś w Rosji też unikałeś takiej pogody?
-Od takiej pogody to ja miałem ludzi. Nie wiem, co ludzie widzą romantycznego w deszczu. Te wszystkie sztampowe deszczowe piosenki i pary całujące się w deszczu. Przecież to pierwszy krok do zachorowania! I nic w tym romantycznego! NIC! Jest mokro, buro i ponuro!- Prychnął wzburzony na samą myśl o pozornych pozytywach takiej pogody.
-Ale krew szybciej znika...- Szepnął konspiracyjnie, ukrywając twarz w ramieniu srebrnowłosego by zdławić wybuch śmiechu.
Viktor uśmiechnął się z ulgą ciesząc się, że waka odzyskał humor i odsunął od siebie problemy małżeńskie. Tęsknił za takim Yuuri'm. Za jego ukochanym, który potrafił się z nim drażnić i wydobywać z niego zachowania godne kilkulatka, a nie gangstera z długoletnim stażem.
-Yuuri nie wiem jak ty, ale ja tu jestem na wakacjach i nie mam zamiaru nikogo zabijać. - Odparł ze sztuczną powagą, czując jak usta mu drżą od wstrzymywanego śmiechu.
-Nawet komara?
-Komar to nie istota. Komar to wysłannik samego diabła, którego trzeba zgładzić zanim zawiąże kontrakt naszą krwią!
Parsknęli oboje śmiechem, nie zwracając żadnej uwagi na wzrok przechodniów, ani na szepty im towarzyszące.
-Zmarnowaliśmy tylko pieniądze. - westchnął pod nosem siadając na ławce kompletnie bez energii. Spojrzał się z obrzydzeniem na turystkę obok, która robiła zdjęcia poklatkowe próbując stworzyć najpewniej panoramę.
-Nie jest tak źle.- Wyciągnął telefon robiąc jedyne zdjęcie z powolnej przejażdżki.
-Lepszy widok jest już z wieży Eiffela niż tutaj! Nudna Tamiza z parlamentem i randomowymi budynkami. Nie mówiąc już o konieczności czekania w tej kolejce!
Yuuri uśmiechnął się pod nosem zastanawiając się jak ten duży dzieciak radził sobie będąc jeszcze w Rosji. Viktor z każdym dniem jest coraz bardziej uczciwy wobec własnych uczuć, choć nie zawsze jest to czymś dobrym.
-Faktycznie przejażdżka słynnym London Eye nie jest tak interesująca jak aquarium, lochy, czy muzeum figur woskowych, ale nie jest tragicznie. Zawsze mogliśmy utknąć na zebraniu lordów.
Viktor prychnął pod nosem nie przekonany słowami waki. Nie dość, że przez większą część ich pobytu padało, to jeszcze główna atrakcja okazała się najnudniejszą. Nigdy wcześniej nie był na diabelskim kole takich rozmiarów, a pamiętał wizytę w Paryżu i panoramę, która zaparła mu dech w piersiach.
-Wielka Brytania jest po prostu nudna...- Szepnął pod nosem, wzdychając ciężko.
-Myślisz? Mi się podoba ta mieszanka kulturowa. Przypomina trochę Amerykę, ale mają zupełnie inny akcent, bardziej formalny. Może to nie jest miejsce moich marzeń, ale nie nazwałbym tej wycieczki zmarnowanej. Choć nadal nie rozumiem dlaczego w większości sklepów z pamiątkami można kupić misie...
-Ach! Yuuri ty nie znasz Jasia Fasoli, nie?
-Jasia Fasoli? Nie. Nie kojarzę... To jakiś polityk?
Viktor zachichotał pod nosem na samą myśl o takim polityku, szybko wstał z miejsca podchodząc bliżej bruneta, by nie przeszkadzać za bardzo innym pasażerom.
-To taki serial o mężczyźnie, który robi naprawdę szalone rzeczy. O ile pamiętam nie mówił, wydawał z siebie tylko dziwne dźwięki, ale w każdym razie jego najlepszym przyjacielem był właśnie ten miś. Ukochana maskotka, którą zabierał praktycznie wszędzie. To taka komedia, która rozśmieszała pokolenia. Choć nie wiem, czy współczesne dzieciaki by doceniły taki rodzaj humoru.
-Oglądałeś to?
Przytaknął szczerząc się na samo wspomnienie. Oglądanie zakazanych seriali było czymś ekscytującym, a to była jednak z niewielu produkcji, które polegały na żarcie sytuacyjnym niż na słownym dowcipie.
Yuuri uśmiechnął się pod nosem na widok swojego partnera pogrążonego we wspomnieniach z przeszłości. Lubił odkrywać nowe strony Viktora. Poznawać go na nowo. Czasem nawet zapominał, że należą do świata, w którym takie frywolne spędzanie czasu nie jest rozsądne.
„Może w innym życiu poznamy się w innych warunkach..."
Stwierdzenie, że Yuuri był zachwycony Paryżem, było nie właściwe. A raczej nie określało dokładnie jego stanu. Każdego dnia wstawał wraz ze słońcem gotowy na kolejną wędrówkę. W porównaniu do zwiedzania Londynu, gdzie poruszali się za pomocą metra, tutaj wszędzie szli na piechotę poznając nowe alejki, nowe budynki, nowy klimat. Nawet wizyta na cmentarzu odbywała się wśród pisków i kliknięć aparatu.
-Viktor to jest wspaniale! Nie sądziłem, że możemy trafić w tak niesamowite miejsce! Nic dziwnego, że tak dużo artystów wybierało Paryż na swój azyl. Czuć w powietrzu ten klimat. Tu się chce tworzyć.
-To prawda, Paryż ma w sobie to coś, ale to nie jest aura miłości, którą tworzą agencje turystyczne, ale właśnie chyba artyzm. Paryż za każdym razem pokaże ci coś nowego, coś czego wcześniej nie dostrzegłeś. - Viktor sączył swoją kawę, próbując oddalić od siebie wspomnienia dawnych krwawych misji. -Jutro udamy się na wieżę Eiffela i do katakumbów. Pewnie spędzimy trochę czasu na wieży robiąc zdjęcia. Jednak jak zostanie nam jeszcze trochę czasu możemy udać do Luwru.
-Czytałem, że na Luwr to trzeba przeznaczyć cały dzień jeśli chce się go zwiedzić, a nie tylko przebiec...
-Damy radę Yuuri. Nie wszystkie sale są interesujące, zresztą pomyślimy jak będziemy czekać w kolejce na wieżę, okej?
-Niech będzie. Jesteś w tym temacie bardziej obeznany.
-Tak się złożyło, że Rosja jest blisko Europy.- Wzruszył ramionami obserwując uważnie mijanych przechodniów.
-Viktor? Wszystko w porządku?- Spytał się zaniepokojony dziwną kontemplacją kochanka przez większość dnia.
Kiwnął głową wyraźnie skrępowany siląc się na uśmiech, który miał go uspokoić, ale jeszcze bardziej go przestraszył. Miał już coś powiedzieć, gdy tuż przed nimi pojawił się znikąd wysoki mężczyzna z zawadiackim uśmiechem na twarzy.
-VIKTOR!- otworzył szeroko ramiona ciesząc się na widok znajomej twarzy.- Nie spodziewałem się ciebie tutaj zobaczyć! Ile to już minęło? Mickey na pewno się ucieszy na wieść, że nadal żyjesz! Nie mówiąc już o jego rodzicach, czy nawet moich! Tak nagle zniknąłeś! Co się z tobą działo? Nadal podrywasz dzieci głów państwa? A może tym razem przemycasz organy wewnętrzne-
-Emil.- Powiedział sucho podnosząc dłoń by uciszyć niespodziewanego towarzysza. Wskazał dłonią na wolne krzesło przy ich stoliku, mając nadzieję, że gwar ulicy zagłuszył większość potoku pytań blondyna.
Emil zamilkł w jednej chwili opadając z hukiem na krzesło. Wpatrywał się uważnie w rosjanina kompletnie ignorując bruneta.
-Yuuri to jest Emil Nekola, członek czeskiej mafii.
-Czyżbym przeszkadzał w interesach?- Zwrócił się do Yuuri'ego rozbawiony kiwając na kelnerkę by przyniosła mu piwo.
-Nie. Jesteśmy na wakacjach. - Odpowiedział zdezorientowany, nie bardzo wiedząc jak powinien się zachować.
-Wakacjach? VIKTOR JEST NA WAKACJACH?! - Zaśmiał się zaskoczony, wyciągając ze spodni paczkę papierosów.- To kiedy koniec świata? A może jeszcze zacząłeś palić?
-Nawet nie jesteś zabawny Emil. I jak zwykle nadpobudliwy. Co tutaj robisz?- Viktor westchnął zmęczony całym spotkaniem.
-Mam pewną sprawę do załatwienia. Nie martw się nie wejdę wam w paradę.
-Znowu robisz coś dla Mickey'a?
Emil zaśmiał się serdecznie odkładając pustą szklankę na stolik. Wyglądał niepozornie i bardzo sympatycznie, ale Yuuri nie umiał otrząsnąć się z wrażenia, że to wszystko jest grą, która ma na celu uśpić czujność rozmówców.
-Przecież mnie znasz. Nie umiem mu odmówić, ale nie odpowiedziałeś mi na moje pytania.
-Nie należę już do Rosyjskiej mafii. Yuuri jest teraz moim szefem. - Odpowiedział lakonicznie nie spuszczając z oczu rąk Emila.
Emil zagwizdał dosyć głośno, wstając powoli.- Na mnie już pora. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy Yuuri. Chętnie się dowiem więcej o twojej relacji z tę krwawą wróżką.
Kiwnął głową na pożegnanie i ruszył w swoją stronę nie zwracając już żadnej uwagi na ich nawoływania. Viktor przeklął pod nosem niezadowolony z takiego obrotu spraw. Yuuri zaś nie był pewien czy powinien się spytać, co się właściwie działo.
Usiadł zmęczony na ławce obserwując powolny ruch łodzi na jeziorze. Pałac Wersalski jako budynek może nie był jakoś specjalnie interesujący, ale ogrody były zupełnie czymś innym. Trudno mu było uwierzyć, że większość roślinności została zniszczona w czasie drugiej wojny światowej zmuszając francuzów do odbudowania tego miejsca od skrawków. Niestety większość egzotycznych gatunków została pominięta i zastąpiona łatwiejszymi w opiece europejskimi odpowiednikami. Nasuwało to tylko pytanie jak ten ogród wygląd w czasach na przykład Ludwika XV... To jest tak wielki obszar, że powątpiewał by jakikolwiek arystokrata wybrał się na spacer o własnych nogach.
Miał nadzieję, że Viktor go odnajdzie. Przy jednym z wewnętrznych ogrodów zostali rozdzieleni przez grupkę chińczyków i ostateczni każdy poszedł w swoją stronę i swoim tempem. Na szczęście zanim weszli na teren pałacu uzgodnili plan, że jeśli przyjdzie do takiej sytuacji to spotkają się nad jeziorem.
-Wiedziałem, że jeszcze kiedyś się spotkamy, ale nie sądziłem, że tak szybko. - Emil usiadł obok niego trzymając w dłoniach butelkę wody.
-Emil?! Co ty tutaj robisz?- Krzyknął zaskoczony, czując podskórnie, że to wcale nie jest przypadek.
-To co ty. Przyjechałem pozwiedzać ten wspaniały pałac. Za czasów panowania króla, musiało tu być naprawdę pięknie, teraz to jedynie namiastka dawnej świętości. To trochę jak z Viktorem. Kiedyś siał postrach u wszystkich, nie przystępny i naprawdę niebezpieczny. Teraz zaś to tylko wspomnienie dawnej chwały. - Mimo uśmiechu na twarzy jego głos był chłodny, wzbudzając w nim ciarki.- Viktor w przeszłości wysłał mnie na tam ty świat pięć razy. Na szczęście lekarze zdołali mnie odebrać śmierci. Żyłem w strachu i szacunku do tej osoby. Chciałem być jak on. Zresztą nie ja jeden. A teraz? Merda ogonem dla jakiegoś japończyka.
-Co zamierzasz zrobić?- Spytał się ostrożnie, spoglądając w dalszym ciągu w stronę wody.
-Na początku myślałem, że po prostu cię namówię na samobójstwo. To było mi bardzo na rękę, ale nie jestem tak naiwny. Nie ma takiej opcji żebyś to zrobił, więc będę musiał cię zabić. A później Viktora. Przykra sprawa, ale nic z tym nie zrobimy. Jednakże! Jak przywiozę Mickey'owi głowę Viktora może wtedy wreszcie mi wybaczy i pozwoli mi nadal być przy swoim boku? Szkoda byłoby kończyć nasz związek przez głupie nieporozumienie.
-Mickey to mężczyzna, prawda? Następny szef włoskiej mafii?
-Brawo! Viktor dobrze cię poinformował, ale to ci raczej nie pomoże.
-Ale...byliście w oficjalnym związku?
-Oficjalnym?- Powtórzył zaintrygowany, wypróbowując słowo na języku. Zachichotał cicho, odkręcając butelkę by napić się wody. - Ciekawy z ciebie japończyk. Nie byliśmy w oficjalnym związku. Po prostu byliśmy razem. Mickey ma obsesję na punkcie swojej siostry, że aż człowiek ma dreszcze. Nawet Sara czuje się tłamszona przez miłość swojego brata, a ja jej chciałem tylko pomóc. No cóż. Jeden błąd nie przekreśli całej miłości. Żeby jednak pomóc szczęściu... niestety muszę cię zabić. No i oczywiście Viktora.. Przykra sprawa. Naprawdę.
-Jakoś nie brzmisz specjalnie przykro Emil.- Viktor pojawił się tuż za nim z chłodnym uśmiechem. - Myślałem, że się mylę...Szkoda. Żegnaj.
Yuuri tylko spoglądał jak ciało czecha opada na ziemie z głuchym stuknięciem. Krzyknął przerażony, zaś Viktor ze sztuczną troską uklęknął przy ciele potrząsając nim energicznie. Przybiegli strażnicy dzwoniąc po ambulans, pytając się też ich co się dokładnie stało.
-Co zrobiłeś?- Yuuri opadł na łóżku pobladły. Tyle miał z nastroju wakacyjnego.
-Och, nic wielkiego. Wbiłem igłę tam gdzie jej być nie powinno, przez co pozbawiając go życia. Nic wielkiego Yuuri. Typowe zdolności kryminalistów, którzy nie chcą być schwytani przez uczciwych policjantów.
-VIKTOR! Jak dobrze cię widzieć! Myślałem, że już na zawsze mnie opuściłeś!- Charyzmatyczny mężczyzna objął serdecznie Viktora, nie zwracając kompletnie uwagi, że są w miejscu publicznym.
-Wybacz mi Chris. Musiałem przerwać karierę modela, teraz jestem stylistą Yuuri'ego. - Viktor odparł jowialnie odsuwając się nieznacznie od przyjaciela, by przedstawić mu swojego towarzysza.- To jest Yuuri Katsuki mój szef i partner.
-Nie sądziłem, że teraz gustujesz w dzieciach!- Zaśmiał kordialnie podchodząc do bruneta. - Jestem Christophe Giacometti w dalszym ciągu seksowny model, który uwodzi połowę świata swoim tyłeczkiem.
-Miło mi cię poznać Chris. Viktor mi sporo opowiadał o tobie i twoich sławnych pośladkach.
-O? Jestem zaszczycony. Nie spodziewałem się tego po naszym Viktorze, ale teraz zapraszam do mojej willi. Mam jedynie prośbę żebyście nie byli zbyt głośni w swoich zabawach, okej?- Mrugnął do nich rozbawiony kierując swoje kroki w stronę parkingu.
Yuuri zarumienił się zawstydzony, Viktor zaś niewiele sobie robił z uwag przyjaciela, wręcz opowiadał mu różne fantazje o tym jak głośni są w sypialni, nie mówiąc już o pozycjach, które niby przerobili . Yuuri miał wrażenie, że znalazł się wśród naprawdę zboczonych osób i przyjdzie mu tego pożałować. Ta dwójka definitywnie powinna być trzymana w osobnych państwach dla bezpieczeństwa osób trzecich.
-To może się do was przyłączę? Ostatnio jestem strasznie samotny...
-Och proszę bardzo Chris! Jeśli mam robić trójkąt to tylko z tobą!
-VIKTOR!
Nie mógł w to uwierzyć, takie rzeczy dzieją się tylko w tanich hentai'ach i literaturze klasy b. Przez cały czas sądził, że Viktor tylko żartował, przecież oboje byli dosyć egoistyczni i nie było mowy by wpuścili do łóżka kogoś trzeciego. Tak przynajmniej sobie wmawiał. Aż nadszedł wieczór i po odświeżeniu się w łazience zastał w sypialni nie tylko Viktora ale także Chris'a, którzy śmiali się do siebie.
-Yuuri jesteś wreszcie! Baliśmy się, że będziemy musieli zacząć bez ciebie!
Tak go właśnie przywitał jego kochanek, który do tej pory nie specjalnie cieszył się na świadomość, że ktoś inny może dotykać go jak mu się podoba, a teraz pod wpływem starego przyjaciela miał ochotę dodać pikanterii w łóżku. Wszystko w nim krzyczało by zawrócił i wyszedł z tego pomieszczenia pokazując im jak bardzo się nie zgadza na coś tak ekstremalnego, ale jego nogi go zdradziły i same ruszyły ku łóżku.
Nigdy nawet sobie tego nie wyobrażał. Na studiach ludzie owszem, opowiadali o swoich seksualnych fantazjach. Pamiętał nawet jak osoby, które miały partnerów byli przesłuchiwani przez resztę by się dowiedzieć, na co można sobie pozwolić. Trójkącik definitywnie nigdy nie znalazł się na liście, będąc w dalszym ciągu czymś rodem z filmów.
Przez moment czuł strach przed tym co mają zrobić. To nie było coś, o czym się łatwo zapomni, to było coś co może zmienić jego życie.
Może nawet stracić szacunek do siebie.
-Yuuri nie martw się... Wszystko będzie dobrze. Zaufaj mi.- Viktor zamruczał mu do ucha ściągając z niego bokserki.
Przytaknął nie mając odwagi otworzyć ust. Nie chciał psuć tego wieczoru, ale przede wszystkim nie miał zamiaru gasić tego płomyka ciekawości jaki w nim zapłonął.
Nie cieszył się z powrotu do domu, nie czuł nostalgii ani tęsknoty. Dom, w który mieszkała ONA, nie był przyjazny, nie miał tej swojej aury miłości. Jednakże byli ograniczeni czasowo i nie było innego wyjścia jak zawitać ponownie w znane sobie progi. Podwładni cieszyli się na jego widok, pytając o to jak mu minęły wakacje i co im przywiózł.
-Przywiozłem same trunki, żebyście mieli możliwość zapomnienia o błahostkach.
-Yuuri-sama!- Krzyknęli chóralnie, nie powstrzymując łez szczęścia.
Yuuri zaśmiał się na ten widok zostawiając swoje bagaże w jadalni każąc jednej ze służących rozpakować je i posegregować odpowiednio. Sam ruszył do gabinetu rodziców by się przywitać i dowiedzieć się, co go ominęło w czasie tych kilku miesięcy nieobecności.
-Yuuri!- Hiroko przywitała go radosnym okrzykiem pokazując mu by usiadł przy niej.- Jak dobrze cię widzieć całego i zdrowego! Wyglądasz dużo lepiej niż przed wyjazdem.
-Odpocząłem porządnie i pozwiedzałem naprawdę dziwne rejony Europy. Nie udało mi się spotkać Phitchit'a po drodze, możliwe że nas omijał szerokim łukiem. A co u Hany?
Westchnęła ciężko, chwytając go za dłonie by poszukać podparcia na jej kolejne słowa. - Hana-chan jest w szpitalu. Szczerze mówiąc czekaliśmy tylko na ciebie by zarządzić cesarskie cięcie. Ona jest niebezpieczna dla siebie i swojego dziecka. Ledwo udało nam się przypilnować by nie zrobiła niczego głupiego. Jej ojciec po zobaczeniu się z nią wyrzekł się jej... proponując ci swoją drugą córkę w ramach przeprosin...
-Czy jego druga córka nie jest przypadkiem mężatką?- Wydukał zdumiony, próbując na spokojnie przetrawić wiadomości.
-No właśnie jest, ale stwierdził, że rozwód nie będzie problemem... Co zrobisz Yuuri?
-Co zrobię? A co na to ojciec?
-Powiedział, że resztę zostawia tobie, bo już spełniłeś swoją obietnicę. Daje ci wolną wolę w tej kwestii.
-W takim razie małżeństwo nie jest konieczne. Hana-san spełniła swoją rolę i jestem pewien, że jeszcze uda nam się ją uratować. Nie rozwiodę się z nią.
Uśmiechnęła się łagodnie poklepując delikatnie jego dłoń. -Tak właśnie myślałam. Nie obwiniaj się za to wszystko Yuuri, zrobiłeś co mogłeś. Trudno nakazać sercu by postępowało według oczekiwań innych. Gdybyśmy mieli władze nad miłością połowa ludzkości nie pisała by smętnych utworów o nieszczęśliwej miłości.
-Gdybyśmy mieli władze nad miłością, to wątpię by ktokolwiek chciałby się zakochać. Zamknęlibyśmy to uczucie głęboko w nas, jako zbędne do codziennego funkcjonowania. Miłość nie przynosi profitów. Niestety.
Nie odpowiedziała, gładziła go jedynie po policzku ścierając z niego spływające łzy. Była matką wyjątkowo wrażliwego chłopca, który przez większość życia próbował znaleźć sposób by być akceptowanym. Jej matczyne serce nadal pamięta noce gdy tuliła zapłakanego bruneta do piersi próbując go uspokoić. Nie ważne ile miał lat, dla niej nadal był tym małym zagubionym chłopcem, który chował się za jej nogami.
Zawsze się zastanawiał jak to jest kiedy rodzi ci się dziecko. Kiedy w pomieszczeniu przed twoim nosem kobieta, którą teoretycznie powinieneś kochać, rodzi twoje dziecko. Jakie to uczucie trzymać coś tak małego i delikatnego? Oczywiście członkowie ich grupy mieli żony i dzieci, ale to nie było jego dziecko i na każde pytanie dostawał odpowiedź, że jest to magiczne doznanie.
Co więc jest tak magicznego w tym wszystkim?
O ile Yuuri lubił dzieci, to nie nazwałby ich najsłodszymi istotami na świecie. Małe kotki czy pieski są słodkie, ale nie człowiek. I jako niemowlak trudno nawet stwierdzić, czy jest ładne skoro jest najczęściej łyse, ślepe i z czerwonymi plamami na ciele. Dopiero po dwóch latach można stwierdzić, że ten mały człowiek jest ładny, albo uroczy, ale niemowlak tuż po przyjściu na świat?
Jakoś nie umiał sobie tego wyobrazić.
A może rodzice widzą swoje dziecko przez inny pryzmat? No bo skoro zakochani nie dostrzegają wad partnerów, to może rodzice nie widzą brzydoty swojego dziecka?
-Nad czym tak dumasz?- Mari szturchnęła go w ramię popijając swoją kawę.
-Um... Nad imieniem dla dziecka. Nawet nie wiem jakiej płci będzie...- Stęknął rozkojarzony, odwracając się ku niej.- Jak powinienem nazwać to dziecko?
-A jakie imię lubisz? Poza Viktorem.
-Um... Nie wiem... Nigdy o tym nie myślałem...
-To może jaką cechę chcesz dać swojemu dziecku. No wiesz jakie powinno być?
-Szczęśliwe. Chciałbym żeby było szczęśliwe.
-To może Kouki albo Yuki? Inne wydają się zbyt długie. - Uśmiechnęła się leniwie wyrzucając puszkę do kosza.
-Mam wrażenie, że imię Yuki przyciąga pecha, więc chyba zostanę przy Kouki, zresztą dziwnie by było gdyby ojciec i dziecko mieli podobne imiona.
Mari miała już coś powiedzieć, gdy pojawiła się pielęgniarka z promiennym uśmiechem, który nie mógł świadczyć o niczym innym jak o udanym zabiegu.
-GRATULUJĘ TO CHŁOPIEC!
Słyszał kiedyś pojęcie depresji po porodowej, kiedy matka odtrąca dziecko i nie chce mieć nic z nim wspólnego, jednak terapie i czas pozwala na wyjście z tej choroby. Prawdopodobnie tak się właśnie dzieje w rodzinach, które są wypełnione miłością i szczerą chęcią bycia ze sobą.
Hana nie chciała widzieć dziecka, nie chciała o nim słyszeć, a wszelkie odwiedziny traktowała jak personalny atak i wpadała w szał. By ją uchronić od dalszego wpadania w szaleństwo, Yuuri postanowił przenieść ją do sanatorium i zakazać wszelkich odwiedzin, a przynajmniej do czasu kiedy odzyska jakąś stabilność emocjonalną. Chociaż tyle mógł dla niej zrobić w takiej sytuacji.
On sam zaś wpatrując się w Kouki'ego, który nieświadomy tego, że został odtrącony przez matkę, czuł jedynie żal. Nie było magicznego momentu, w którym łzy cisnęły mu się do oczu ze wzruszenia, nie było okrzyków radości i pytań pełnych niedowierzania, że oto został ojcem. Było tylko milczenie i poczucie pustki.
Kouki nie był niczemu winien i kochał go, nawet jeśli nie był najsłodszym niemowlakiem na świecie, był jednak dowodem na to, że skrzywdził niewinną dziewczynę, która marzyła jedynie o odwzajemnionej miłości.
Zastanawiał się też, czy przyjdzie dzień, w którym jego syn powie mu, że go nienawidzi za wszystko co zrobił, za to że pozbawił go miłości matki. A może za to, że przez niego należy do świata, przed którym będzie ostrzegany przez nauczycieli i policjantów, będzie musiał im kłamać w oczy i udawać, że pochodzi z uczciwej rodziny.
Przyszłość nie zapowiadała się najlepiej.
Dzieci może i są przyszłością narodu i szczęściem rodziców, ale on najchętniej by to zmienił... Mogą sobie być szczęściem, ale preferowałby, żeby znajdowały się kilka kilometrów od niego. Nie ważne jak długi się wsłuchiwał w ten niekończący się płacz, nadal nie umiał zrozumieć potrzeb Kouki'ego. Szczególnie w środku nocy, gdy jego rozum jeszcze spał.
Westchnął po raz kolejny tego poranka, mieląc w ustach ryż. Był niewyspany i wyczerpany nocnym wstawaniem do swojego syna, który nie zamierzał mu ułatwiać życia, najwidoczniej wcale nie był taki niedoinformowany o swoim położeniu i postanowił się mścić od samego początku, zamiast czekać kilka lat.
Yuri siedział przy Mari z poirytowaną miną, próbując ze wszystkich sił ignorować Viktora, który mówił coś do niego po rosyjsku. Normalnie uznałby ten widok za coś normalnego, wręcz urzekającego. Nie spodziewał się, że tak szybko dojdą do porozumienia i zaprzestaną wzajemnych ataków.
-Nie radzisz sobie kompletnie z nowym obowiązkiem. - Mari odłożyła pałeczki szczerząc się do niego.
-Jakoś w szkole nie uczyli jak być rodzicem. - Mruknął roztargniony, sięgając po czarkę z herbatą.
-I co teraz zrobisz?
Spojrzał się z wyrzutem na siostrę, którą wyraźnie bawiło jego życiowe niepowodzenia. I pomyśleć, że kiedyś uważał ją za najlepszą siostrę na ziemi.
-Oj nie naburmuszaj się tak! Przecież nie mówię tego w złej woli. Jestem twoją siostrą i jakby nie patrzeć kobietą. A to daje szansę, że lepiej sobie poradzę z opieką nad małym. I tak nie mam co robić, więc mogę ci pomóc... Póki co nocą. Wyglądasz jak zombie, a nie człowiek.- Zachichotała pod nosem, odchylając się nieznacznie w tył.
Yuuri momentalnie się popłakał dukając swoje podziękowania i przeprosiny za bycie najgorszym bratem jakiego można mieć. Mari uśmiechnęła się nie przerywając mu ani razu. Dobrze znała swojego małego płaczliwego brata, który kilkakrotnie potrafił krążyć wokół problemu zanim podjął decyzję, albo zignorować ludzi tylko dlatego, bo potrzebuje czasu dla siebie. Yuuri jest nieporadnie egoistyczny, choć ze wszystkich sił próbuje to ukryć i wepchnąć w czeluście swojej duszy. Nigdy nie był dobry z oddawaniem swoim rzeczy, jeśli coś już sobie upatrzył nie było siły, która skłoniłaby go do samowolnego odstąpienia.
Znać go, a przymykać oko na jego wybryki to zupełnie inna sprawa. Nie mogła przecież dopuścić by zawsze mu uchodziły takie rzeczy na sucho. Dlatego pozwoliła mu pocierpieć przez kilka minionych dni. Nawet Viktor nie kiwnął palcem by pomóc, co było dla niej największym zaskoczeniem.
-Mari jesteś najlepsza! NAJLEPSZA!
-Wiem, wiem. Lepszej siostry to ty nie znajdziesz.
Wstała od stołu wychodząc na patio. Była zmęczona tym całym gwarem, który nic nie wznosił w ich życie. Było jej żal Hany, ale tak jak Yuuri rozumiała, że odwiedzenie jej dałoby odwrotny skutek od zamierzonego. Czasami lepiej jest po prostu zostawić pewne sprawy własnemu biegowi i nie wtrącać się kiedy nie jest to konieczne. Hana miała najlepszą opiekę, jaką można było jej zagwarantować, nic więcej nie mogła dla niej zrobić.
-Jesteś dosyć okrutna dla swojego brata Mari-san.- Viktor przystanął przy niej bujając się na stopach.
-A ty? Czemu mu nie pomagasz?
-Bo nie mam prawa. Mam dziecięcą krew na rękach, nie mówiąc już, że kompletnie nie wiem jak się zajmować takimi małymi dziećmi. To dla mnie za wiele. Zresztą pierwszej nocy jak tu Kouki przybył to Yuuri mnie od niego odepchnął z przerażeniem w oczach. Chyba się przestraszył, że go zabiję.
-Możemy uciekać od przeszłości, ale przeszłość nie ucieknie od nas. - Mruknęła pod nosem wyciągając papierosa.- Daj mu czas. On potrzebuje to wszystko ogarnąć na swoich warunkach.
-Mhmm... Na to wygląda.
Nie spodziewał się zobaczyć Yuuri'ego późnym wieczorem w ogrodzie pogrążonego w melancholii. O ile taki widok był doznaniem estetycznym, to jednocześnie czuł narastające przygnębienie, że nie był w stanie mu pomóc. Nie wiedział za wiele o dzieciach, o ich wychowaniu, ani o tym jak podejmować właściwe decyzje w życiu.
Brunet wypuścił ze świstem powietrze odwracając się w jego stronę zawiedziony. Makkachin pojawił się momentalnie u jego boku machając ogonem jakby prosząc o uwagę. Yuuri kucnął zanurzając twarz w psiej sierści.
-Jestem okropnym człowiekiem, prawda?- Wyszeptał zrozpaczony jeszcze mocniej tuląc do siebie psa.
-Yuuri... Powinieneś wrócić do pokoju i spróbować się przespać. Zadręczanie się nic nie zmieni. Rozumiem, że jest ci ciężko, ale powinieneś skupić się na wychowaniu syna. -Victor podszedł do niego niepewnie, zatrzymując się na bezpieczną odległość.
-Przepraszam... -Wymamrotał zdawkowo, nie podnosząc wzroku z ziemi.
-Za co? O ile wiem Yuuri nie ma za co mnie przepraszać.
-Za moje zachowanie! Zabroniłem ci się zbliżać do Kouki'ego i do siebie... A mimo to nadal tutaj jesteś i czuwasz nade mną...
-Yuuri... Nawet ja wiem, że to nie rozsądne pozwalać takiemu zbrodniarzowi zbliżać się do czegoś tak-
-NIE! To nie chodzi o to!- Wstał raptownie wycierając lecące łzy rękawem yukaty.- Tu nie chodzi o twoją przeszłość! Chodzi o to...Że nie chciałem żebyś zbliżał się do Kouki'ego … bo to nie jest nasze dziecko, bo to jest dziecko moje i Hany... Nie chciałem cię narazić na więcej cierpienia...Ale jak zwykle zachowałem się idiotycznie...
Victor zamrugał kilkakrotnie nie mogąc wyjść z szoku. To była ostatnia rzecz jaką spodziewał się usłyszeć. Jego policzki poryły się szkarłatem a z gardła wydobył się skrzek, którego nawet nie zagłuszył huk upadku. Waka spoglądał na niego zdezorientowany reakcją kochanka.
-Victor?
-Cicho bądź! To twoja wina!- Jęknął zawstydzony chowając twarz w dłoniach.
-Nie rozumiem... Co takiego zrobiłem?
Viktor zajęczał głośno nie mając sił na walkę z mało pojmującym aspekty romantyczne umysłem kochanka. To było dla niego za wiele. Definitywnie za wiele.
Lekarze stwierdzili, że stan Hany jest na tyle stabilny, że może wrócić do domu, na kilka dni. Wszyscy się na tą wizytę odpowiednio przygotowali. Victor przeniósł się do innego skrzydła posiadłości by ograniczyć możliwość wpadnięcia na Hane i narażenie jej na pogorszenie stanu. Nawet Yuuri postanowił, że wyjątkowo te noce spędzi u jej boku mając nadzieję, że doda jej to otuchy. Ogólnie nie mieli sobie nic do zarzucenia.
Hana też w momencie przybycia przypominała tą dawną szczęśliwą kobietę zakochaną w swoim mężu. Śmiała się, jadła i opowiadała różne historie. Nie wspomniała jednak ani słowem o swoim dziecku, co trochę zaniepokoiło rodzinę Katsuki. Zepchnęli te uczucia w dalsze rejony umysłu ufając, że z czasem wszystko będzie jak dawniej.
Wieczorem po kąpieli Yuuri z łagodnym uśmiechem zawitał do ich sypialni. Kobieta uśmiechnęła się na jego widok zapraszając go ruchem dłoni do siebie. Jej oczy nadal nie odzyskały dawnego blasku, ale potrafił dostrzec w nich iskierki.
-Yuuri-sama... - Powiedziała cicho, bawiąc się rękawem swojej piżamy.
-Tak? Potrzebujesz czegoś Hana-chan?- Yuuri usiadł obok niej naprawdę starając się brzmieć łagodnie i nie wyglądać jak zaszczuty szczeniak.
-Niech pomyślę... Chcę żebyś umarł Yuuri-sama.- Uśmiechnęła się obłąkańczo wbijając w jego serce szpilę do włosów.
Stęknął zaskoczony zwijając się z bólu. Przerażony spojrzał się na swoją żonę, która obracała się wokół siebie z dzikim śmiechem. Przeniósł wzrok na drzwi zastanawiając się, czy uda mu się do nich do czołgać i wezwać jakąś pomoc. Gdy zmienił pozycję, umożliwiającą mu wykonanie jakiekolwiek ruchu poczuł jak kolejna szpila przechodzi przez jego skórę na plecach, zawył dziko wypluwając przy okazji krew.
-Wiesz jak długo to planowałam?! Ten jeden wieczór kiedy wrócisz w moje ramiona! JEDEN WIECZÓR MOJEGO SPEŁNIENIA!
Nadmiar różnych bodźców atakujących jego umysł spowodował, omdlenie, które tylko przyśpieszało krwotok, którego już nie powstrzymywał ucisk dłoni. Hana chichotała w dalszym ciągu podziwiając powiększający się szkarłat na podłodze. Nie słyszała jak drzwi się rozsuwają, okrzyków ludzi. Nie czuła jak dłonie odsuwają ją na bok.
-Yuuri!- Mari potrząsnęła ciałem brata, ponaglając ludzi by przygotowali samochód i zabrali go do ich szpitala.
Nikt nie zwracał już najmniejszej uwagi na zwiniętą w kącie kobietę, wpatrującą się w swoje krwawe dłonie.
Toshiya i Hiroko wędrowali od ściany do ściany oczekując jakichkolwiek wiadomości na temat ich syna. Czerwone światełko nadal migało nad drzwiami oznajmiając, że trwa operacja. Mari stała na zewnątrz próbując zwalczyć drżenie własnego ciała z nerwów poprzez popalanie jednego papierosa za drugim. Najgorsza była niewiedza dotycząca przyszłości młodego waki, szczególnie kiedy nie wiedzieli jakich obrażeń zaznał.
Minako siedziała na schodach przed wejściem popijając wino, czuła się winna temu wszystkiemu. Była pewna, że Hana jest idealną kandydatką na żonę, która będzie znała swoje miejsce, okazało się jednak, że szybko się wyleczyła ze swojej naiwności hodując w sobie nienawiść do swojego męża. Gdyby tylko wcześniej spostrzegła sygnały, to może udałoby jej się uratować Yuuri'ego.
Vikctor krążył po holu czując powiększającą się pustkę, to była ostatnia rzecz jakiej się spodziewał i, po raz kolejny nie potrafił uratować osobę, którą kochał. Chciał dobrze dla dobra Kouki'ego, ale obróciło się to przeciw niemu. Wytarł po raz kolejny oczy z łez mając dość swojej bezradności. Musiał coś zrobić, zająć czymś myśli od możliwej śmierci bruneta.
Wybiegł ze szpitala ignorując nawoływania innych. Nie obchodziło go, co inni chcą zrobić z osobą odpowiedzialną za to wszystko, on nie umiał pozwolić jej dalej żyć. Wsiadł do samochodu ruszając w stronę znanego zamku na wzgórzu.
Zatrzymał się przed bramą do posiadłości czując buzującą w żyłach wściekłość. Zabicie pierwszej ofiary to trauma i tragedia, zabicie kolejnych to tylko część statystyki twoich umiejętności.
Nim zdołał wkroczyć na teren posiadłości zobaczył stojącego Phitchit'a z telefonem w ręku robiącego sobie zdjęcie by oznajmić światu, że wrócił do domu.
-Phitchit! -podbiegł do niego zaciskając dłoń na jego ramieniu.- Yuuri jest w szpitalu! Powinieneś tam jechać.
-Co się stało?!- Wypuścił z rąk aparat blednąć natychmiastowo.- Co mu zrobiłeś?!
-Hana próbowała go zabić. Lekarze nie wiedząc, co z nim będzie...
-CO!?
-Jedź... Yuuri cię potrzebuje...
-Kurwa Victor! Miałeś go chronić!
Phitchit puścił jeszcze kilka wiązanek pod nosem wsiadając z powrotem do taksówki poganiając kierowce do szybszej jazdy. Rosjanin westchnął ciężko czując kolejną falę poczucia winy. Znowu zawiódł Yuuri'ego, znowu przez niego trafił do szpitala i walczy o życie.
Wbiegł do środka kierując się w stronę pokoju Hany, z gotowym planem działania. Zabijanie szło mu dużo lepiej niż chronienie kogoś. Nawet jeśli próbował z tym walczyć to ostatecznie przegrywał. Drogę zagrodził mu Yuri z poirytowanym wyrazem twarzy, definitywnie nie był zadowolony z ostatnich wydarzeń i efektów własnego śledztwa.
-Suń się!- Warknął oschle próbując go wyminąć.
-Victor, ona nie żyje. - Powiedział znużony odsuwając się nieznacznie.
-Zabiłeś ją?- Spojrzał się na niego podejrzliwie, nie mogąc się zdecydować , czy się z tego cieszy, czy też wolałby ją sam wykończyć.
-Zapomnij. Nawet jej nie tknąłem. Poszedłem tam żeby jej pogratulować beznadziejnej roboty, ale ona już zdążyła się powiesić. Nie dość, że kiepska z niej morderczyni to jeszcze gorsza samobójczyni. Zero artyzmu w tym wszystkim.
-Artyzmu?
-Śmierć to sztuka, którą trzeba odpowiednio doprawić. To coś było jakimś żałosnym paszkwilem.
Victor nic mu nie odpowiedział, ruszył jedynie dalej by upewnić się do słów byłego towarzysza broni. Wiele zmieniło się od czasów, gdy opuścił rosyjską mafię. Kiedyś Yuri robił masakrę rodem z tanich horrorów, teraz zaś prawił o artyzmie? W każdy inny dzień postarałby się dowiedzieć czegoś więcej, teraz zaś to była ostatnia rzecz, którą powinien się martwić.
Ciało Hany faktycznie zwisało z sufitu. Jeszcze nie było sine, ale twarzy była blada od braku tlenu i krążenia krwi. Pas obi jest dużo wytrzymalszy niż się spodziewał. Sięgnął po odrzucony taboret by opuścić ciało na podłogę.
Gniew w dalszym ciągu buzował w jego ciele potęgowany goryczą, że to nie on dokonał sprawiedliwości. Wszystko szło nie tak jak powinno.
Spojrzał na wyświetlacz swojego telefonu licząc na jakiś znak o stanie Yuuri'ego, jednak nie zobaczył nic nowego.
-Yuuri... Będziesz za nią płakać? Czy będziesz czuł winny przez to? Yuuri... Nie zostawiaj mnie... Proszę...- Łkał coraz głośniej, pozwalając by emocje z niego wyszły, choćby w ten najbardziej żałosny sposób.
Na zewnątrz było słychać krzyki, które zmusiły go do wyjścia na patio. Yuri wbiegł na niego przerażony niczym zaszczuta kotka.
-VICTOR! VICTOR! YAKOV! YAKOV TU JEST!
