A/N: Witajcie. Przychodzę do was dziś z kolejnym rozdziałem.
Pamiętajcie o zostawieniu po sobie komentarza, żebym wiedziała, czy Wam się podoba :))
Rozdział pisany przy piosence Elastik Heart. Sia bardzo mi pomogła w pisaniu sceny pożegnania Rona, Hermiony i Harry'ego.
Inside me
Wracam do zamku zmęczony i ze znacznie lepszym humorem. Latanie to coś, czego akurat potrzebowałem. Jest mało rzeczy, które sprawiają mi większą przyjemność od tego momentu, gdy siedzę na miotle a moje nogi odrywają się od ziemi. Kocham czuć powiew wiatru na swojej twarzy i to uczucie adrenaliny, gdy wykonuję jakiś bardziej ryzykowny trik. Przed wejściem do prowizorycznego szpitala, zatrzymuje mnie dyrektor McGonagall.
- Och, pan Potter. Wszędzie pana szukaliśmy. – Mówi i po chwili marszczy brwi gdy dostrzega moje zmęczenie i wybrudzone ubrania.
- Poszedłem polatać – wyjaśniam.
- Tak, domyślam się. – Patrzy na mnie karcącym wzrokiem. - Nie powinien pan jeszcze wychodzić z łóżka.
- Nic mi nie jest. Pani dyrektor, kiedy wszystko wróci do normy? - Pytam po chwili zawahania. Po trzech tygodniach śpiączki, czuję się wykluczony ze wszystkich tematów. Ron i Hermiona co prawda wytłumaczyli mi kilka istotnych faktów, lecz mimo tego, wciąż chcę wiedzieć więcej.
- Co masz na myśli? Prace naprawcze trwają, lecz Hogwart jest bardzo starym i potężnie wybudowanym zamkiem. Większość zaklęć nie działa, więc niektóre rzeczy muszą być wykonane ręcznie, co oczywiście wszystko utrudnia i opóźnia – tłumaczy. - Do czasu naprawy, uczniowie, którzy zostali w szkolę na wakacje lub z jakiegoś powodu nie zostali przeniesieni do Munga, śpią w dormitorium Slytherinu.
- Tak wiem, Ron z Hermioną już mi to powiedzieli.
- Więc czego jeszcze pan nie rozumie? - Wyczuwam zniecierpliwienie w jej głosie.
- Jak to wszystko będzie teraz działać? Słyszałem, że można powtarzać rok, ale... to nie jest konieczne, prawda?
- Nie, nie jest to konieczne, choć z pewnością przydatne, biorąc pod uwagę fakt, że poprzedni rok szkolny był dość... niedbały, jeśli chodzi o naukę. W następnym roku położymy na to większy nacisk, by każdy mógł nadrobić to, co stracił rok temu. Czy to wszystko, panie Potter?
- Pani dyrektor, jeszcze jedno. To prawda, że Malfoy został w zamku na wakacje?
Kobieta unosi brwi w zdziwieniu.
- Owszem, to prawda.
- I on będzie miał proces, tak? - Po jej minie od razu dostrzegam, że na to pytanie nie otrzymam odpowiedzi.
- Nie wydaje mi się, by była to pańska sprawa, panie Potter – mówi. - Jeśli to wszystko...
- Tak, dziękuję.
Zmieniam kierunek ze szpitala, na dormitorium Slytherinu. Wchodzę do środka zdziwiony brakiem hasła. Wita mnie zielony odcień, który dominuję w każdej części pomieszczenia. Doskonale pamiętam wystrój wnętrza z drugiego roku, gdy miałem okazję wejść do środka. Pomieszczenie jest puste i ciche. Domyślam się, że niewiele uczniów przebywa aktualnie w Hogwarcie. Pewnie tylko ci, których rodzice zostali zamordowani i nie mają dokąd pójść lub osoby, które wciąż nie wyzdrowiały na tyle, by opuścić zamek. No i oczywiście Malfoy.
Widzę, jak Ślizgon wychodzi z któregoś z pokoi, akurat gdy zaczynam o nim myśleć. Gdy mnie zauważa, zatrzymuje się nagle i przez kilka krótkich sekund tkwimy tak w ciszy, patrząc na siebie, nim w końcu zrywamy kontakt wzrokowy. Patrzę, jak bez słowa odchodzi, kierując się w stronę wyjścia, obok którego stoję.
- Eee, Malfoy? - Zaczynam niepewnie. Blondyn podnosi zdziwiony wzrok, który szybko zmienia w udawaną złość.
- Czego chcesz? - Odpowiada pytaniem.
- Wiesz może, które z tych pokoi jest wolne?- Nie wiem dokąd prowadzi ta rozmowa, choć mimo tego ją kontynuuję.
- A wyglądam jakby mnie to obchodziło?
- Och, no tak. W porządku. – Zaczynam się denerwować, choć mimo tego staram się nie dać tego po sobie poznać. Malfoy patrzy na mnie jeszcze kilka sekund, po czum końcu bez słowa wymija mnie i wychodzi. Wzdycham cicho, zapamiętując w myślach, by już nie próbować nawiązać kontaktu z Malfoyem. Niektórzy po prostu się nie zmieniają.
Wybieram przypadkowy pokój i wchodzę do środka, licząc na to, że jest pusty lecz na jednym z łóżek dostrzegam kogoś, kto słysząc dźwięk otwieranych drzwi, odwraca głowę.
- Och, eee, wybacz. Myślałem, że nikogo tu nie będzie – tłumaczę się. - Szukam wolnego pokoju.
- Możesz zostać jeśli chcesz. – Lekkim machnięciem głowy wskazuje na jedno z wolnych łóżek. Rozglądam się dookoła pokoju. Widzę 3 duże łóżka z baldachimem oraz zieloną zasłoną. Pokój wydaje się być ciemny, lecz mimo tego wszystko doskonale widać.
- Dzięki – odpowiadam w końcu, nie przestając rozglądać się po pokoju. Mój wzrok z powrotem pada na chłopaka, który siedzi na łóżku. Jego oczy skupione są na kawałku pergaminu, który trzyma w dłoniach.
Rysy jego twarzy są spokojne i łagodne.
W końcu ponownie unosi wzrok, gdy czuje na sobie moje spojrzenie a ja uświadamiam sobie, że gapię się na niego już od kilkunastu sekund. Wkłada kawałek pergaminu do szafki.
- Wybacz, nie przedstawiłem się. Jestem Ethan Madley. - Choć postawa chłopaka mogłaby wydawać się szorstka, to jego głos jest miły i uprzejmy. Chłopak jest wysoki, mogę to stwierdzić, choć siedzi, ma czarne włosy i oczy o tym samym kolorze.
- Miło cię poznać, Ethan. Jestem...
- Chłopiec, Który Przeżył, czyż nie? - Przerywa mi. Marszczę brwi słysząc to.
- Nie. Harry. Po prostu Harry. - Uświadamiam sobie, że mój głos zabrzmiał ostro.
- W porządku, "po prostu Harry". Więc teraz jesteśmy współlokatorami? - Spogląda na mnie i uśmiecha się lekko.
- Na to wygląda – przyznaję. Po chwili widzę, jak Ethan kładzie się na łóżku i odwraca tyłem do mnie. Po chwili robię to samo, czując zmęczenie. Nie mija kilka minut, gdy słyszę, jak oddech chłopaka zwalnia i staje się równy. Zasypiam chwilę później.
Inside me
Budzę się i jedyne co widzę, to ciemność. Nie mogę dostrzec niczego poza nią. Jest noc. Nie wiem, która jest godzina lecz czuje suchość w gardle. W końcu wstaję i nie chcąc budzić śpiącego chłopaka na łóżku obok, wychodzę jak najciszej. Różdżkę trzymam stalowo zaciśniętą w dłoni. W końcu, gdy zamykam za sobą drzwi, mogę użyć zaklęcia "Lumos". Na końcu różdżki pojawia się światełko, które oświetla mi otoczenie. Pstrykam palcami i po chwili przed moimi oczami pojawia się domowy skrzat.
- Wybacz, że cię budzę. - Czuję wyrzuty sumienia, gdy widzę zmęczenie wypisane na jego twarzy.
- Panicz nie przeprasza. To zaszczyt móc służyć paniczowi – mówi.
- Yy tak... Mógłbyś przynieść mi coś do picia?
Skrzat przytakuje i po chwili go nie ma. W pomieszczeniu jest tak cicho, że słyszę uderzenia własnego serca, które tupocze cicho i równomiernie. Po kilku takich uderzeniach, skrzat pojawia się znowu z szklanką soku dyniowego w ręce. Wypijam cały na poczekaniu i oddaję puste naczynie.
- Dziękuje. -Skrzat kłania się nisko i po chwili znika znowu. Przecieram oczy, gdy nagle drzwi, od któregoś z pokoi otwierają się lecz zanim ktokolwiek z nich wychodzi, zgaszam szybko światło różdżki cichym "Nox".
- Kto tu jest? - Słyszę męski głos, który od razy rozpoznaje. - Odezwij się.
Wciąż słyszę bicie swojego serca, choć mam szczerą nadzieję, że Malfoy tego nie słyszy.
- Lumos – płomień światła pojawia się kilka metrów ode mnie, ujawniając moją obecność. Zostałem złapany. Słyszę kroki Malfoya i po chwili widzę go coraz wyraźniej.
- Potter? Co tu robisz? - Pyta.
- Stoję. - Odpowiadam szorstko. Nie mam zamiaru starać się nawiązać kontaktu. Nie zrobię tego drugi raz.
- To widzę. Co robisz tu o tej godzinie?
- Nie twoja sprawa, Malfoy.
Rzuca w moją stronę wściekłe spojrzenia a ja odwdzięczam się tym samym. Po chwili jego wyraz twarzy wraca do chłodnej obojętności.
- Jak chcesz – odchodzi.
Światło różdżki gaśnie a po chwili słyszę przyciszony trzask zamykanych drzwi.
Dochodzę do wniosku, że jeśli ktoś twierdzi, że to dziewczyny mają najbardziej pokręcone charaktery, to w takim razie ten ktoś nigdy nie spotkał Malfoya. Nie dziwi mnie jego podły humor. Mając ojca w Azkabanie, a sam czekając na własny proces, pewnie zachowywałbym się tak samo. Pamiętam wydarzenia z Malfoy Manor, choć nie lubię do nich wracać. Są zbyt bolesne.
Ślizgon nie zdradził wówczas mojej tożsamości, choć jestem niemal pewny, że poznał mnie od razu. Nie wiem dlaczego to zrobił i być może nigdy się nie dowiem lecz ta myśl nie daje mi spokoju. Czuje coś w rodzaju głupiej wdzięczności, której nie mogę z siebie wyplenić.
Wzdycham cicho. W końcu wracam do łóżka i ponownie zasypiam.
Śnię o wielkim lesie, o ognisku i o piankach. Widzę piękny księżyc w pełni, świecący jasno.
Nie wiem co sen oznacza. Jeszcze.
Inside me
Ponownie budzę się, gdy jest już jasno. Czuję coś na rodzaj ukrytej gdzieś tęsknoty i uświadamiam sobie, że Ron i Hermiona dziś wyjeżdżają. Koniec złotego trio. Każdy idzie w swoją stronę.
Wstaję i przecieram oczy. Zakładam okulary i wychodzę. W ślizgońskim pokoju wspólnym dostrzegam przyjaciół, splecionych w uścisku. Odwracają się w moją stronę a Hermiona natychmiast odrywa się od Rona i rzuca mi się na ramiona.
- Już wyjeżdżacie? - Pytam widząc torby leżące obok kominka.
- Tak – odpowiada Ron, ze spuszczoną głową.
- Będziesz do mnie pisał – mówi Hermiona. - A spróbuj tylko wpakować się w jakieś kłopoty – grozi mi palcem. - Będziesz miał ze mną do czynienia.
W końcu odsuwamy się od siebie.
- Oboje piszcie – spogląda na Rona szczerze, czule.
Patrzę na przyjaciela przez chwile, nie bardzo wiedząc co zrobić. Na szczęście, chłopak podejmuje decyzję za mnie i podchodzi, po czym obejmuje mnie w silnym, braterskim uścisku. Zupełnie nie podobnym do tego Hermiony.
- Pisz do mnie, stary – mówi, kiedy już się odsuwa.
- Przynajmniej raz w tygodniu – dodaje Hermiona. - Ja też napiszę, gdy tylko znajdę się w Australii.
Przytakujemy. Stoimy chwilę w ciszy.
- Nie mogę uwierzyć, że to koniec – mówię, oczami wyobraźni przypominając sobie wszystkie te chwile, które z nimi spędziłem. Jedne z najpiękniejszych chwili w moim życiu. Pokazali mi jak smakuje przyjaźń. Pozwolili poznać uczucie przywiązania, sympatii, przynależności. Byli przy mnie, w każdym momencie.
Ron, który pomagał mi uspokoić się po moich panicznych atakach, kiedy myślał, że to blizna, choć był to zwykły ból głowy. Ron, który nauczył się używania telefonu, tylko po to, bym mógł zadzwonić do niego, gdybym obudził się w nocy, po koszmarze. Ron, który rozśmieszał mnie, lub prędko zmieniał temat, gdy rozmowa robiła się dla mnie niekomfortowa. I Hermiona, która pomogła mi więcej razy, niż mógłbym zliczyć. Stojąca po mojej stronie bez względu na wszystko. Troszcząca się nie tylko o mnie, ale również sprawy o wiele mniej istotne, jak prace domowe czy testy. Hermiona, która nigdy się ode mnie nie odwróciła.
Niczego nie jestem tak w życiu pewien jak tego, że miałem to cholerne szczęście posiadać najlepszych przyjaciół.
- Nie mów tak, Harry. Przecież spotkamy się jeszcze. Możne nawet szybciej niż myślimy. - Hermiona patrzy na nas swoim wszechwiedzącym wzrokiem. Patrzę na nią i uśmiecham się lekko. Nieszczerze.
- Stary, wpadaj do sklepu kiedy chcesz. Nora też jest dla ciebie otwarta. Przecież wiesz. - Tym razem to Ron mówi.
Przytakuję.
- Poza tym, Ginny będzie. I Luna. Słyszałem, że Neville i Dean również wracają na ósmy rok. Nie będziesz tu samotny.
Przytakuję ponownie, nie wiedząc co odpowiedzieć. Może powinienem im powiedzieć, że wcale nie chce zostać w Hogwarcie, lecz zostaję tylko dlatego, że nie wiem, gdzie miałbym pójść. W końcu spoglądają na siebie i rozumiem, że muszą iść. Wiem, że mógłbym sprawić, by zostali. Wystarczyło by kilka słów. Nie chcę tego robić. Wiem, że mają swoje własne problemy i sprawy do załatwienia.
- Idźcie już – mówię bo wiem, że oni nie mają odwagi tego powiedzieć. Przytakują niepewnie.
- Uważaj na siebie, Harry. - Patrzę w wilgotne oczy Hermiony, a ona patrzy w moje. - Spotkamy się, jak tylko odnajdę rodziców.
- Wy też uważajcie – mówię.
Ron wygląda, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, lecz do pokoju wchodzi Ethan.
- O, cześć Harry! - Wita mnie. - I reszta. - dodaje, widząc moich przyjaciół.
- Czas na nas, Ron. Pociąg odjeżdża za godzinę.
Zabierają swoje torby, i wychodzą. Wzdycham cicho, po czym zdejmuję okulary i przecieram oczy.
- Ciężki początek dnia? - Pyta Ethan a ja przypominam sobie o jego obecności.
- Można tak powiedzieć. Ci dwoje, to moi najlepsi przyjaciele. Wyjechali dziś. - Nie wiem dlaczego mu to wszystko mówię.
- Nie wracają do Hogwartu?
Kiwam przecząco głową.
- Wiesz, mogę dotrzymać ci towarzystwa. To znaczy... jeśli chcesz. - Mówi niepewnie. Nie chce odpowiadać. Czuję się, jak po zerwaniu. Jakbym nie był jeszcze gotowy na nową przyjaźń.
W końcu przytakuję i uśmiecham się lekko w stronę chłopaka.
- Super. Chcesz iść ze mną do Hogsmeade jutro? - Pyta.
Tak, muszę iść do Hogsmeade. Nie mam ubrań ani własnych rzeczy. Wszystko zostało nieodwracalnie pochłonięte przez bitwę. Poza tym, mała wycieczka dobrze mi zrobi. Od niecałego miesiąca, przebywam wyłącznie w zamku.
- Pewnie.
Nie jestem gotowy na nowe znajomości, lecz spróbuję.
Właśnie tak.
Było okay?
Kto lubi Lucjusza i ucieszy się z jego obecności?
Pozdrawiam :)
