ROZDZIAŁ 4
-Jake, wstawaj, jesteś już spóźniony. Wszyscy są już prawie gotowi do drogi. –Ze snu próbowała wyrwać go Neytiri, trzymając za ramiona i wstrząsając nim. Próbowała nawet wyciągnąć Jake'a na siłę hamaka, co spowodowało, że poślizgnęła się na gałęzi i zleciała na jego plecy. Przynajmniej się obudził.
-Czego chcesz, musi być bardzo wcześnie –Mruknął Jake ziewając i pomagając jej wygramolić się z hamaka. Położył się znowu, lekko zrezygnowany, przewracając głowę na bok. Niechętnie wyskoczył na gałąź i przeciągnął się.
-Gdzie jest Eytu?- zapytał Jake, pamiętając, że gdy wczoraj zasypiał, jego syn na pewno leżał koło niego.
-Już cię próbowałam wcześniej obudzić. Zanim tu wróciłam zdążyłam obudzić resztę i sprawdzić czy mam wszystko przygotowane. Nadal śpi, przeniosłam go do Mo'at –Odpowiedziała Neytiri i podążyła w stronę wyjścia z Drzewa Domowego. Oprócz zwykłego stroju miała przełożoną przez ramię chustę z jakiegoś grubego materiału, która służyła teraz jako torba.
-Coś nie mogłem wczoraj spać –Poszedł za nią, po drodze zabierając łuk i strzały –Co tam trzymasz? –Zapytał, tłumiąc przeciągłe ziewnięcie i dźgając torbę palcem.
-Jedzenie i lecznicze rośliny- Odpowiedziała, wychodząc przed Drzewo. Wszystko pokrywała gęsta mgła, a słońce jeszcze nie zaczęło wschodzić. Skóra zgromadzonych, oświetlana kilkoma latarniami przybrała szarawy odcień, a wszystko wokół nich pokrywał cień. Nie mogło być dalej, niż czwarta nad ranem. Oprócz członków wyprawy stało tam kilka osób z ich rodzin.
-Są już wszyscy? –Zapytał się Jake i zawołał na swojego ikrana.
-Nie, jeszcze nie ma Ska'timy, idziemy pieszo. Lecąc, Aytanin może nie znaleźć drogi, a konie byłyby nieprzydatne. –Odrzekła Neytiri –wczoraj w nocy wrócili łowcy, więc Tsyal. i Swalta zaoferowali, że się do nas dołączą.
Właśnie pojawił się Ska'tima jeszcze nie całkiem rozbudzony, prowadzony, czy nawet ciągnięty przez swoją partnerkę. Przyleciał też ikran Jake'a, i nie wyglądał na zadowolonego gdy ten pozwolił mu od razu odlecieć.
-No to ruszajmy! –Zawołał Jake i wszedł w las za Aytanin.
Po kilku godzinach zaczął wschodzić dzień, a promienie słońca, wpadające przez korony drzew, pobudzały ich chęć do zwiększenia tempa.
Po całym dniu wędrówki, las zaczął się coraz bardziej zagęszczać. Wszelaka roślinność rosła coraz bliżej siebie, spowolniając tempo biegu i zmuszając ich do kluczenia między pniami drzew. Powoli zapadała noc i padła decyzja o przerwie w wyprawie. Pohitan, Apon'wey, Wik'irit i Aytanin poszli zbadać teren, a reszta szukała wygodnych miejsc do odpoczynku. Znaleźli je w pewnym oddaleniu od miejsca postoju, więc Jake z Neytiri zostali czekać na członków drużyny. Po jakimś kwadransie, usłyszeli ciche sapanie i kroki, a z cienia wyłowiła się najpierw Apon'wey, lekko utykając na jedną nogę prowadzona przez Pohitana.
-Stadko nantangów –Wydyszała ze złością, wskazując na podłużne ślady pazurów na łydce z których sączyła się krew.
Obozowiskiem zostały korony drzew, obrośnięte tak gęsto dywanem z mchu, że tworzyły miękkie, leśne posłania. Aytanin, która pierwsza zgłosiła się na ochotnika do stania na straży, siedziała, myślami dryfując przy drzewie domowym. Musiała już minąć więcej niż godzina… dwie. Od uporczywego wpatrywania się w przestrzeń i nasłuchiwania w poszukiwaniu wszelakiego niebezpieczeństwa, wyrwało ją chwilowe pojawienie się licznych światełek, na ziemi pod nią, odbijających się po kolei od blasku księżyca. Bioluminescencja pozwoliła jej dojrzeć grzbiety około dziesięciu wężowilków przemieszczających się w kompletnej ciszy przed siebie. Zamarła i bezszelestnie zdjęła z pleców łuk. Wtedy jej uwagę zwróciło mignięcie innych oczu na drzewie przed nią, Tsyal mrugnął i schował się w cieniu. Nie chcąc prowokować ataku, czekali w napięciu aż wataha oddali się, która nie wiadomo dlaczego, nagle zerwała się do biegu, a po kilku chwilach rozległo się przeciągłe wycie, budząc resztę towarzyszy wyprawy.
