IV. Powrót
Życie jest tragedią, gdy widziane z bliska, a komedią gdy, widziane z daleka - Charlie Chaplin
3 sierpnia 1999
Kołując wysoko nad moim celem w postaci sokoła, czekałem na odpowiedni moment. Miałem na to tylko jedną szansę.
Przybyłem do Londynu w dwa dni po moim spotkaniu z Dumbledorem i jego kumplami, płynąc w górę Tamizy. Zwyczajne przebycie Atlantyku statkiem może potrwać nawet kilka tygodni. Oszukiwałem. Mój jacht początkowo był zwyczajnym czterdziestoczterostopniowym Gozzardem żeglownym z pełnym pakietem nawigacyjnym. Obsługiwanie tak skomplikowanego systemu nawigacji z taką masą magii wokół było trochę trudne. Poza wzmocnieniem całej konstrukcji i kadłuba zaklęciami czyniącymi cały statek odpornym na uszkodzenia, dodałem również uroki, które pozwoliły jachtowi na poruszanie się po wodzie bez jakiegokolwiek oporu. Kilka kolejnych zaklęć zmieniło materiał żagli w nieprzepuszczający powietrze i wzmocniły maszt. Na koniec dodałem urok zaklinający wiatr, dzięki któremu mogłem się poruszać w każdym wybranym przez siebie kierunku w prędkości od dziesięciu do dwudziestu pięciu węzłów morskich. Mała gałka obok znajdująca się obok kompasu pozwala mi dostosować prędkość i kierunek wiatru w zależności od potrzeby. Osobiście wolę delikatny półwiatr w czasie żeglowania.
UPS przepraszam, nie miałem zamiaru zapuszczać się w szczegóły techniczne.
Przyśpieszyłem nieco moją podróż, przemieniając sam jacht w gigantycznego świstoklika - w jednej chwili będąc poza Brytyjskimi Wyspami Dziewiczymi i zasięgiem czyjegokolwiek radaru, znalazłem się nagle na jakieś cztery godziny powolnego rejsu do ujścia Tamizy. Stamtąd łatwo było dostać się do kraju bez potrzeby posiadania jakichkolwiek dokumentów.
W każdym razie wpłynąłem na Tamizę i zostawiłem jacht w ładnej, małej przystani około dziesięciu kilometrów w dół rzeki od centrum Londynu. Jeszcze tego samego dnia zakwaterowałem się w pokoju w 51 Buckingham Gate w Westminsterze. Komu przyszłoby na myśl szukanie czarodzieja w pięciogwiazdkowym hotelu, zwłaszcza znajdującego się w samym sercu dzielnicy rządowej mugoli? Wydaje mi się, że większość czarodziejów próbowałaby ukryć się Pod Trzema Miotłami, w Dziurawym Kotle lub w jakimś innym czarodziejskim pubie. Myślę, że magiczni po prostu czują się zbyt nieswojo w mugolskim świecie.
Znajomość kilku książek poznanych dzięki wglądowi w umysł Riddle'a uczyniła moją aurę niemal niewykrywalną. Jak inaczej mógłbym spacerować po gmachu Ministerstwa bez zawiadomienia oddziałów interwencyjnych lub wędrować po kraju bez bycia śledzonym. Nie potrzeba żadnych wymyślnych tarcz ani potężnych zaklęć. Moja prywatność jest wynikiem zaawansowanych technik Oklumencji.
Spacerowałem po wspaniałym hotelowym lobby, zastanawiając się w jaki sposób powinienem ogłosić mój powrót do świata czarodziejów. Wtedy przyszedł mi do głowy wspaniały pomysł. Huncwoci byliby z mnie tacy dumni...
Najpierw wybrałem się do dużego ekologicznego domu dostawczego pod Londynem i złożyłem dość duże zamówienie. Musiałem rzucić kilka Confundusów na pracowników, a szybkie zaklęcie zmniejszyło moje zakupy do rozmiaru małej pastylki. Kilka wyspecjalizowanych uroków później i byłem gotowy do działania. Zapłaciłem dostawcy, tak jakby już dostarczył zamówione towary i na fakturze napisałem adres budynku, pod którym znajdowało się Ministerstwo Magii.
Wiedziałem dokąd mam się udać, ale nigdy jeszcze tam nie byłem. W przeciwieństwie do Riddle'a.
Teleportowałem się na dach dogodnego wieżowca, położyłem ostrożnie zmniejszone magicznie zakupy na ziemi i zrobiłem kilka kroków. Przemiana w sokoła zabiera mi zazwyczaj kilka sekund. Wzbiłem się do lotu, zaciskając szpony na moim zamówieniu. Upewniłem się, że nie upuszczę go podczas lotu, po czym machając skrzydłami uniosłem się na wysokość około trzystu stóp i znalazłem się do Wiltshire.
Ministerstwo zakazuje podróżowania w zwierzęcej postaci. Potrzeba wiele siły i skupienia by nagle nie zmienić się w człowieka na wysokości kilkuset metrów. Dodatkowo w zwierzęcej formie trzeba również unikać drapieżników, co jest o wiele trudniejsze w przypadku ptaków niż innych zwierząt. Na szczęście, oszczędzałem się przez ostatnie lata.
Z tej wysokości łatwo mogę dostrzec mój cel. Jestem zadowolony, że dane jakie zyskałem, przesiadując w umyśle Toma były prawidłowe. Nie jestem w stanie w tej postaci dostać się do umysłu Riddla, ale mogę poprzez bliznę wyczuwać jego emocje. (Myślę, że dementorzy byli naprawdę w tym pomocni.) Wiedziałem jednakże, że wydawanie uroczystego bankietu dzisiejszego dnia jest tradycją w czystokrwistym towarzystwie.
Mój cel wyszedł z domu. Ułożyłem się w powietrzu dokładnie nad nim i zacząłem pikować ku ziemi. Poczułem na wysokości około stu pięćdziesięciu stóp formującą się pode mną warstwę zaklęć ochronnych (nomen omen o wiele mniej skomplikowaną, niż ta chroniąca moją wyspę) i wypuściłem ze szponów zakupy, rzucając na nie bardzo proste zaklęcie. Mimo wszystko wiedziałem, że nie muszę być szczególnie dokładny jeśli chodzi o celowanie.
Mówiąc najprościej, zaklęcia ochronne mają zapobiegać przedostawaniu się przez wyznaczoną granicę konkretnym przedmiotom lub osobom, Jeśli dany obiekt lub stworzenie nie są uwzględnione w zabezpieczających dany obiekt zaklęciach, system zazwyczaj pozwala im na przekroczenie bariery ochronnej. Dlatego też często stosuje się zabezpieczenia warstwowe, które w przypadku niezwykle ważnych i wartościowych budynków są co jakiś czas aktualizowane. Dla niektórych obiektów przekroczenie bariery jest szczególnie trudne. W przypadku przedmiotów posiadających magiczne właściwości, wszystko zależy od złożoności zabezpieczeń i rodzaju rzuconych nań zaklęć. Jeśli zaś chodzi o niemagiczne obiekty, niektóre z nich są blokowane i odbijane, a ich szybkość i trajektoria ulegają zmianie – mam tu na myśli mugolskie kule i strzały.
Kiedy więc upuszczony przeze mnie maleńki pakunek miał uderzyć w pierwsze zaklęcie, osłony uaktywniły się lekko błyszcząc i drżąc jak rozgrzane powietrze. Zanim doszło do kontaktu pomiędzy barierą a pakunkiem, aktywowałem zaklęcie eksplodujące rzucone na pakunek, które wybuchając przywróciło mu poprzednie rozmiary. W chwili gdy pozbawione już magii spadające pozostałości po cichym wybuchu uderzyły w magiczne osłony, nic się nie stało. Grawitacja była teraz naturalną siłą, która miała dostarczyć je de celu.
Sto pięćdziesiąt stóp pode mną, Narcyza Malfoy podejmowała swoich arystokratycznych i wpływowych gości w czasie pierwszego ogrodowego przyjęcia w sezonie. Nawet z mężem ślepo posłusznym Voldemortowi i jedynym synem zamordowanym przez Harry'ego Pottera, to przyjęcie nadal było dla niej bwydarzeniem lata. W rzeczywistości, była to jedna z podstawowych form zbierania funduszy na dalszą działalność Śmierciożerców. Zdziwiłem się, że nigdzie nie było wielkiego ogłoszenia w stylu: "Zapłać nam teraz, albo sami przyjdziemy do ciebie później".
Trzy tony krowich odchodów mogą pokryć naprawdę bardzo wielką powierzchnię. Na dodatek, zrzucając taką ilość nawozu z trzystu stóp, można nadać mu naprawdę ogromną prędkość. Impakt rzeczywiście powalł większość obecnych na ziemię. To było zajebiste! Malfoy Manor zostało pokryta grubą warstwą nawozu. Dzięki mojemu sokolemu wzrokowi, widziałem wszystko tak jakbym znajdował się kilka metrów nad nimi. Łącznie z Narcyzą i Bellatrix powalonymi na ziemię masą krowiego łajna i tuzinami, kiedyś pewnie śnieżnobiałych, a teraz brązowawych pawi wzlatujących w niebo z nieopisanym wrzaskiem. Dodaję w myślach to wspomnienie na szczyt mojej patronusowej listy.
Odlatując aktywowałem ostatnie rzucone przeze mnie zaklęcie – na niebie nad Malfoy Manor pojawił się obraz gigantycznej sowy śnieżnej z piorunem w szponach. Mogę przysiąc, że usłyszałem wówczas pojedynczy krzyk wściekłości dochodzący z dołu.
Witaj Anglio, Harry Potter powrócił!
4 sierpnia 1999
Wysiadłem z taksówki przy Grimmauld Place 10. W żadnym z okien nie paliło się światło i ulica wyglądała na opustoszałą. Miejski dom Blacków mógłby być teraz nienamierzany nawet bez Zaklęcia Fidelusa. Naprawdę nie chciałem tam wchodzić. Wciąż czuję się podle z powodu utraty Syriusza.
Zastanawiałeś się kiedyś w jaki sposób Syriusz dostał się Grimmauld Place 12? Mimo wszystko, uciekł z domu, rodzina się go wyparła i usunięto jego imię z gobelinu w salonie. Osłony magiczne chroniące dom nie uznawały go już za Blacka, podobnie jak matkę Tonks.
Odpowiedź brzmi tak – dostał się do domu poprzez szczelinę, którą stworzył sam w wieku czternastu lat, by móc wykradać się niepostrzeżenie z domu i odwiedzać swojego najlepszego przyjaciela, Jamesa Pottera. Szczelina była umieszczona dokładnie tam gdzie znajdował się niewielki, zasłonięty żywopłotem, otwór znajdujący się w ogrodzeniu. Przenosząc zawartości skrytek Blacków i Potterów, natknąłem się na dziennik mojego taty w jednym z pudeł dostarczonych mi przez gobliny. Większość nieznanych mi kosztownych artefaktów z skarbca Blacków kazałem sprzedać. W kartonach znalazło się sporo rzeczy pochodzących z Doliny Godryka: zdjęcia ślubne, biżuteria i inne pamiątki. Kazałem przetransportować je do domu na wyspie, bo uznałem, że miło byłoby mieć w swoim najbliższym otoczeniu to co kiedyś do nich należało.
Prześliznąłem się przez szczelinę w zabezpieczeniach i znalazłem się w ogrodzie. Podejrzewam, że Zaklęcie Fidelusa przez większość czasu zakrywało lukę w osłonie, ale było bezsilne wobec kogoś, kto znał tajemnicę tego domu.
Niedbale przeszedłem przez zaniedbaną połać zieleni pokrytą gęsto liśćmi, która kiedyś mogła być ogrodem, otworzyłem tylne drzwi i zalazłem się w Kwaterze Głównej Zakonu Feniksa. Wcale nie byłem zaskoczony tym, że czekał na mnie Dumbledore oraz ponad tuzin członków Zakonu. Zobaczyłem wszystkich żyjących Weasleyów, wraz z Hermioną i Fleur, Moodyego, Shacklebolta i Neville'a. Nie znałem tylko pozostałych dwójki.
– Witam wszystkich – powiedziałem stajac w drzwiach ze swoim najlepszym lockhartowskim uśmiechem. Chyba ich zaskoczyłem, ponieważ zamilkli.
– Jak się tu dostałeś, Potter? – warknął Moody.
– Hej Szalonooki, widzę, że szybko odzyskałeś swoje pogodne usposobienie. – Kątem oka zauważyłem uśmiechających się Rona i bliźniaków.
Ruszyłem w jego stronę. Spotkał mnie w połowie drogi i chwycił w męskim uścisku.
– Harry, przyjacielu, dobrze cię znowu widzieć. Hogwart był bez ciebie taki nudny.
Musiałem patrzeć w górę, ponieważ jest teraz wyższy ode mnie o jakieś dziesięć centymetrów.
– Jasna cholera, Ron. Wiedziałem, że nie powinniśmy pozwalać jeść tak dużo. – Ron wyglądał teraz jak cysterna.* Nie był tłusty jak Dudley, ale podobnie zbudowany.
– Heh, powinniśmy karmić cię na siłę, karle.
Stary Ron. Nie miał o niczym pojęcia, ale trudno odmówić mu racji.
Spojrzałem na niego poważnie.
– Było mi przykro, gdy usłyszałem o Billu i twoich rodzicach. Byli naprawdę dobrymi ludźmi.
Widzę łzy w oczach Rona i słyszę cichy szloch Fleur.
– Dzięki, przyjacielu. Wiem, że byliby szczęśliwi, że udało ci się wrócić z tego przeklętego miejsca. Próbowaliśmy uzyskać zgodę Ministerstwa na odwiedziny, ale odmówili. – Kiwnąłem głową ze zrozumieniem. Wiedziałem, że kontrolujący część Ministerstwa Riddle, chciał bym zdechł w samotności.
– Harry!
– Świetnie że tu jesteś.
– Naprawdę musimy usłyszeć jak ci się udało... – zaczął George.
– … tak załatwić Szalonookiego! – dokończył za niego Fred.
Uśmiechnąłem się do bliźniaków.
– Cześć Tweedle-dee i Tweedle-dum. Jak tam wasz biznes?
– Kiepsko... Może to ty nam odpowiesz...
– … czy wiesz coś na temat tego co wczoraj stało się w Malfoy Manor?
Uśmiechnąłem się niewinnie.
– Nie mam pojęcia o czym mówicie.
– Jestem pewna, że NIE miałeś z tym nic wspólego, Harry – usłyszałem miękki głos. W tej samej chwili poczułem parę ciepłych ramion przesuwającą się wokół mnie. Odwróciłem się by zobaczyć Ginny miażdżącą mnie w uścisku. Zauważyłem też kilka rzeczy. Po pierwsze, Ginny jest tylko odrobinę niższa ode mnie, a po drugie, udało jej się odziedziczyć piersi jej mamy, bez talii Molly w komplecie.
– Cholera, Ginny, czy pożyczyłaś od swoich braci „Zestaw do łapania tłuczków "? – zapytałem z sugestywnym mrugnięciem.
Ginny zarumieniła się trochę, ale odpowiedziała:
– Nie. W zamian po prostu w końcu znalazłam sobie chłopaka.
Spojrzałem po zebranych i Neville najpierw lekko się zarumienił, a potem uśmiechnął.
– Wy dwoje jesteście razem? Wspaniale! Zastanawiałem się...
– Harry – przerwał mi Dumble – mimo że nie chcę zakłócać twojego ponownego spotkania z przyjaciółmi, to musimy porozmawiać o tym co zrobiłeś wczoraj.
– Ma pan na myśli to, że Harry dobitnie dał znać śmierciojadom, że są po uszy w gównie? – Zapytał z uśmieszkiem Ron. Uśmiechnęli się wszyscy poza Percym i Hermioną.
– Dorośnij, Ronald. Dziecinny wygłup Pottera obraził większość najważniejszych zwolenników Ministerstwa – warknął Percy. – Minister Scrimgeour przez kilka najbliższych dni będzie musiał brać nadgodziny, żeby to zatuszować.
– „Zwolennicy Ministerstwa"? To co robili w Malfoy Manor, razem z Bellatrix Lestrange i innymi poszukiwanymi przez Ministerstwo śmierciożercami?
– Widziałeś tam Bellatrix? – zapytał niepewnie Shacklebolt. – Kiedy aurorzy przybyli na miejsce, nie było tam nikogo z wyjątkiem Narcyzy, Lucjusza i kilkudziesięciu gości.
Wzruszyłem ramionami.
– Może zdążyła się aportować. Stała obok swojej siostry, kiedy padły na twarz przygniecione przez tonę gówna... – przerywam na chwilę pozwalając wyśmiać się Ronowi i bliźniakom. Tylko oni nie patrzą na mnie z niedowierzaniem. Uśmiecham się lekko. – W zasadzie popełniłem nieścisłość. To były trzy tony gówna. Raczej nieco zbyt wilgotnego.
– Panowie Rogacz, Łapa i Lunatyk byliby z ciebie dumni – George bił mi brawo, a Fred usiłował wytrzeć nieistniejącą łzę z oka.
– Nazywają mnie Szpon – powiedziałem z przymrożeniem oka i moim najlepszym uśmiechem w stylu Sidneya Poitiera. Weasleyowie zaczęli chichotać. Wątpię czy zrozumieliby kontekst filmowy, ale nawet bez niego płakali ze śmiechu.
– Dosyć! – zagrzmiał Dumbledore. Chyba stary cap osiągnął swoje granice wytrzymałości... Zastanawiam się, co się stanie gdy je przekroczy.
– Mamy poważne problemy do omówienia – kontynuuował. – W ciągu następnej godziny odbędzie się walne zgromadzenie Zakonu, na którym uzgodnimy szczegóły.
W kuchni zapadła cisza.
– Harry zostaniesz tu do momentu zlokalizowania obecnej bazy operacyjnej Toma. Rozmawiałem z Ministrem na twój temat i zgodził się oddelegować kilku wybitnych aurorów, którzy nauczą cię sztuki pojedynkowania się na wysokim poziomie i przydatnych zaklęć.
– Myślisz, że pozwolę ci się tutaj zamknąć jak Syriusz? – pytam z niedowierzaniem.
– Masz tylko jedną piątą edukacji uczniów szóstego roku – prychnęła pobłażliwie Hermiona – i ośmielam się stwierdzić, że w najlepszym wypadku posiadasz wiedzę przeciętnego ucznia piątego roku. Bez odpowiedniego przygotowania i zaawansowanego treningu, twoje prawdopodobieństwo pokonania Voldemorta jest nieskończenie małe... – po chwili dodała znacząco – … chyba, że chcesz mieć nadzieję, że po raz kolejny uratuje cię twoje głupie szczęście?
– Moje głupie szczęście bardzo ci się przydało, kiedy razem z Ronem uratowaliśmy cię przed trollem – odpowiedziałem szybko. Wyglądało na to, że Hermiona może mieć problemy z ciśnieniem krwi. Wyglądała jak wuj Vernon przy wypełnianiu druków rozliczenia podatkowego.
– Uprościmy to – zasugerowałem. – Zatrudniliście mnie. Dobrze. Będę wysyłał do was Hedwigę, za każdym razem gdy czegoś się dowiem, lub gdy pojmę śmierciożercę lub Riddle'a. Zorganizujemy wymianę i do mojej skrytki w Gringocie wpłynie rzeczona suma. Pasuje?
– To jest nie do przyjęcia, Harry – stwierdził Dumbledore. – Nie jesteśmy gotowi stawić czoła Tomowi. Obawiam się, że będę musiał zmusić cię do pozostania tutaj. Pani Weasley zgodziła się pracować z tobą nad zaklęciami i magiczną teorią pojedynków, dopóki...
Usłyszałem już wystarczająco. Co prawda nie mogłem się stąd aportować ani użyć świstoklika ze względu na zaklęcia jakie nałożono na dom. Jednak gdy stałem teraz w środku domu Blacków, uświadomiłem sobie, że dom rozpoznał mnie jako swojego właściciela. Wszystko co mógł zakładać Dumbledore było oparte na jego wiedzy o podobnych zabezpieczeniach w Hogwarcie, które były daleko bardziej skomplikowane i starsze niż osłony Blacków.
Aportowałem się do Hyde Parku. Łatwo mogłem stamtąd dolecieć do mojego pokoju. St. James Park jest dogodniejszy, ale nawet dla nich ten wybór byłby zbyt ironiczny. Tarcza osłaniająca mnie od deszczu i szybkie zaklęcie pozwoliły mi się upewnić, że obsługa hotelowa nie zamknęła okna.
Dzięki Dumbledorowi spotkanie było krótsze niż się spodziewałem i mam dość czasu by zjeść późny obiad, zanim się wymelduję. Wtedy rozpocznę polowanie.
* najbliższe kontekstowi znaczenie słowa tank
