Po skończonej rozmowie z Altairem, Connor udał się do swojego pokoju. Po zamknięciu drzwi podszedł powoli do łóżka, gdzie zaczął się rozbierać układając ubrania w znany tylko sobie wzór. Broń położył na szafkę tuż obok. Gdy był już w samych bokserkach przeszedł na środek pokoju a następnie zaczął robić pompki. Przez kolejnych piętnaście minut było słychać tylko jego miarowy oddech przerywający cisze w pomieszczeniu. Wreszcie zerknął na zegarek i wstał a następnie rozpoczął przysiady. Kiedy skończył nie przejmował się płynącym z jego czoła strużkami potu przechodząc spokojnym krokiem do prysznica. Zamknął oczy kiedy chłodna woda zaczęła zmywać z niego brud. Rozluźnił się stojąc tak przez dłuższą chwilę. Sięgnął po mydło obmywając całe ciało, a po chwili przekręcił gałkę na prysznicu i położył dłonie na kafelkach czując uderzenie mroźnej wody. Po kilku minutach wreszcie zakręcił kurki i wytarł się przebierając w wcześniej przygotowane czyste ubrania. Kiedy wracał do pokoju przez chwilę zatrzymał wzrok na swoim odbiciu w lustrze. Przesunął palcami po długich, mokrych włosach zastanawiając się, czy nie powinien ich ściąć. Westchnął jedynie kręcąc głową i przeszedł do pokoju siadając na łóżku. Sięgnął po pistolety, które zaczął szybko i wprawnie rozmontowywać, a następnie powoli czyścić. Przez ten czas nucił cicho pod nosem piosenkę, którą nauczyła go matka. Kiedy skończył skręcił znów broń, a następnie sięgnął po nóż. Obejrzał go upewniając się, że wciąż jest ostry. Nie używał go od ostatniego razy, gdy go ostrzył, lecz wolał się upewnić. Po wszystkim odłożył bron do szafki zaś ubrania przeniósł do szafy, w miejsce tych zużytych, które będzie musiał wyprać w tym tygodniu. Wreszcie upewnił się, że drzwi są zamknięte na klucz i wszedł do łóżka przykrywając się kołdra. Krótką tylko chwilę wpatrywał się w sufit, by po chwili zamknąć oczy i zacząć miarowo oddychać.
- Nie zostawię cię! – wrzasnął próbując podnieść znad ciała matki wielką belkę, która ją przywaliła – Uratuję cię!
Czuł swąd palonej skóry, jednak zacisnął powieki ignorując ból w dłoniach. Zaparł się nogami starając ponieść belkę z całych sił, jednak ta ani drgnęła.
- Pomocy! – wrzasnął próbując zahamować łzy lecące mu do oczu – Pomocy!
Lecz zewsząd tylko ogień i krzyki jego rodziny. Kiedy kolejne części dachu zwaliły się obok niego, przewrócił się uderzając plecami mocno o podłogę. Ktoś z biegnących dostrzegł go i chwycił próbując wyciągnąć z palącego się budynku, jednak chłopak szarpał się wściekle wbijając wzrok w matkę.
- Nie! Muszę ją uratować!
- Ona już jest martwa, Connor – usłyszał obcy krzyk - Nic dla niej nie zrobisz!
- Nie! – załkał – Nie zostawię jej!
Kolejna belka spadła na ciało jego matki z jego gardła wydobył się niemal zwierzęcy ryk rozpaczy.
Zerwał się obudzony przez dźwięk budzika cały zlany potem. Jak co noc. Westchnął ciężko chowając na chwilę twarz w dłoniach próbując wyrównać oddech. Gdy wreszcie mu się udało sięgnął po ubrania i niemal w tym samym momencie usłyszał pukanie do drzwi. Kiedy je otworzył ujrzał opierającego się o framugę Altaira.
- Za dziesięć minut prowadzisz poranny trening nowicjuszy.
Connor zmarszczył brwi.
- Dzisiejsze plany uległy zmianie?
- Nie. Tuż po treningu wsiadasz ze mną do auta i jedziemy tam gdzie wczoraj. Mała zmiana będzie nauczką za walkę z Jasurem.
- Nie jestem pewien, czy przydzielenie mnie do treningu, gdzie ma być ten pajac, jest dobrą karą.
Uwadze Altaira nie uszły zaciśnięte pięści chłopaka.
- Moim zdaniem jest idealna – odparł spokojnie – Tylko wykorzystaj tę okazję dobrze, Connor. I pospiesz się, zostało ci jakieś dziewięć minut.
Westchnął ciężko obserwując walczącą przed sobą parę. Plecy Nicka po raz kolejny uderzyły w ziemię, a on sam przeturlał się wypluwając krew z ust.
- Wiesz już czemu Lu jest od ciebie lepsza? Przewyższasz ją siłą jak i wzrostem, a jednak ciągle lądujesz na ziemi. Czemu tak jest?
Chłopak wstał powoli wycierając krew z twarzy.
- Więcej trenuje.
- Powtórzcie.
Nowicjusz ustawił się w pozycji naprzeciw Azjatki, która nie mogła mieć więcej niż czternaście lat. Dziewczyna również przybrała odpowiednią pozycję i po kilku chwilach rozpoczęła się walka. Która, jak wszystkie poprzednie, skończyła się zaledwie po kilkudziesięciu sekundach. Tym razem uderzeniem Nicka w twarz z otwartej dłoni i utratą przez niego przytomności. Connor w milczeniu wpatrywał się w ciało chłopaka, które leżało bez ruchu na podłodze, a następnie odwrócił się do reszty walczących. Przechodził w milczeniu między parami analizując ich ruchy i rzucając co jakiś czas jakieś uwagi czy polecenia. Wreszcie zatrzymał się przy Jasurze i Robercie podnosząc dłoń.
- Robert, poćwicz z Lu. Jasur dołącz do Bee.
Nie uszła jego uwadze mina chłopaka, jednak zignorował ją jak wszystkie poprzednie, czekając jedynie czy wykona polecenie. Gdy to zrobił odwrócił się do interesującej go pary. Jak się spodziewał, Lu szybko uporała się z chłopakiem przewracając go na ziemię i unieruchamiając. Nie wyglądał on jednak na zdziwionego tym obrotem sprawy.
- Podłożyłeś się?
- Nie – odparł jakby znudzony - Lu zawsze mnie pokonuje. Można z nią jedynie walczyć przez niewalczenie. Wykorzysta każdy atak przeciwko tobie. Jest za dobra.
- Czemu?
- Bo nie myśli tylko… robi. Nawet nie przewiduje ruchów przeciwnika, tylko automatycznie na nie odpowiada – chłopak westchnął – Mogę powtarzać walki ile razy trzeba, ale zapewne skończę jak Nick.
Connor zmarszczył brwi.
- Jeżeli więc spotkasz kiedyś kogoś lepszego od ciebie to się zwyczajnie poddasz?
- Oh nie – uśmiechnął się – Rozpoznanie przed misją jest najważniejsze. Każdy ma jakąś słabość. Lu na przykład beznadziejnie pływa, więc pewnie podszedł bym ją z tej strony. Zmiana taktyki często jest konieczna.
Indianin podniósł głos odwracając się do reszty nowicjuszy.
- Wystarczy na dziś. Dwadzieścia minut przerwy. W tym czasie macie posprzątać i udać się do głównej sali gdzie będzie trenował was dalej Mistrz Greg – widząc jak Lu próbuje wraz z Robertem podnieść Nicka machnął na nich ręką – Zostawcie go.
Kiedy wszyscy wyszli, Connor wciąż stał wpatrując się w leżące ciało. Słysząc kroki zerknął na idącego w jego stronę Altaira. Mężczyzna pokręcił głową.
- Trzeba będzie zanieść go do medyka.
- Próbowałem wyplenić z niego nieumiejętność myślenia.
- Widząc rezultat, chyba ci się to nie udało.
Indianin pochylił się nad chłopakiem i podniósł go zarzucając sobie przez ramię. Na chwilę zawahał się.
- Nigdy nie zostanie mistrzem. Nie ma talentu. Nie jestem nawet pewien, czy zostanie dobrym asasynem.
- Wiem – odparł – Myślę, że on też zdaje sobie z tego sprawę.
- Po co więc go szkolić?
Altair spojrzał na chwilę na kapiącą krew z nosa chłopaka.
- Ile razy kazałeś mu powtarzać ćwiczenie z Lu?
- Około dwudziestu.
- I robił je za każdym razem?
- Tak.
Mężczyzna spojrzał znacząco na Indianina.
- Właśnie dlatego. Jest w nim więcej ducha walki niż w niejednym z mistrzów.
- Duch walki nie wykona za niego zadań.
- Ale to dobry początek. Być może zostanie rafiqiem. Odnieś go do Leonarda i spotkamy się na parkingu za 15 minut.
Shae z zagryziona wargą patrzyła jak Kate i Tomas próbują w ramach „rozgrzewki" stawić czoła Indianinowi. Początkowo też chciała, jednak szybko dwójka wybiła jej to z głowy. Jej trening miał odbyć się później. Być może było to właściwie podejście. Pomijając brak jakiejkolwiek wiedzy na temat walki wręcz, prócz tej zaczerpniętej z filmów, dziewczyna sięgała mu najwyżej do najwyżej do ramienia. Opierający się ścianę Altair westchnięciem zareagował na kolejne powalenie Tomasa.
- Przypominam, że skończymy jak komukolwiek uda się uderzyć Connora.
- Przypominasz to od godziny – sapnął Tomas – Nie widzę aby coś miało się zmienić. Mógłbyś mu zawiązać oczy, a i tak nic mu nie zrobimy.
- Nikt z was nie próbował nawet używać ruchów, jakie pokazywałem wam wczoraj.
- Żeby je wyszkolić potrzebowalibyśmy dni jak nie tygodni!
- Nie mamy tyle czasu – odparł z trudem panując nad zdenerwowaniem – A raczej wy nie macie. W każdej chwili możemy zostać wezwani na misję, a to będzie oznaczało, że nikt inny nie będzie miał czasu bawić się z wami. Jeżeli nie wykorzystacie tego czasu maksymalnie, to może okazać się, że któreś z was skończy w zaułku. W najlepszym razie z kulką w głowie.
- Nie wiem po co tracimy czas – powiedziała nagle Kate – Widać, że nie chcesz nas trenować.
Altair odwrócił się patrząc na nią twardo.
- Gdybyś nie zauważyła, jesteśmy w trakcie wojny. Wojny, w której moi bracia codziennie narażają swoje życie dla dobra wszystkich. Też bym to teraz robił, gdybyście nagle się nie pojawili. Podjąłem zadanie szkolenia was z przekonaniem, że jesteście chociaż trochę tak oddani sprawie jak my. Na tyle by włożyć wszystkie siły i czas w trening – zrobił pauzę a następnie dodał zimno – Widać się myliłem.
- Jesteśmy oddani – powiedziała nagle Shae – Nie jesteśmy przyzwyczajeni do takiego wysiłku i jesteśmy zmęczeni. Tylko tyle.
Mężczyzna oparł się o ścianę.
- Pięć minut przerwy.
Na te słowa Kate i Tomas położyli się na materacach oddychając ciężko. Przy czym kobieta złapała się dodatkowo za żebra. W końcu Indianin nie potrzebował wiele, by zorientować się, jak sprawnie utrudnić kobiecie ruchy i przy niemal każdej okazji ataku uderzał ją właśnie w klatkę piersiową. Nie na tyle aby je połamać, jednak wystarczająco, aby wywołać ból. Wspomniany Connor nie ruszył się z miejsca wyciągając jedynie z kieszeni przedmiot przypominający telefon i zaczął na nim szybko coś pisać. Tomas nieco lepiej zniósł walkę, jednak mogło to wynikać głównie z większej masy mięśniowej. W końcu po śmierci rodziców jedyną odskocznią od żałoby stały się tygodniowe treningi, które z czasem zmieniły się w codzienne. Nie przypominał on posturą kulturysty, jednak wynikało to jedynie z jego fizjonomii. Mężczyzna od zawsze był wysoki i szczupły. Jego mięśnie więc stały się twarde jak skała. Nie stanowiło to jednak przeszkody dla asasyna. Shae zatrzymała znów na chwilę wzrok na Connorze, by nagle odwrócić się do leżącej dwójki.
- Mam plan!
Tomas spojrzał na dziewczynę unosząc brwi.
- Świetnie Shae. Zapewne okoliczne bloki nie dosłyszały, proszę potwórz głośniej. Na pewno ich teraz zaskoczymy.
- Oj cicho – mruknęła dziewczyna zerkając na Altaira, który zdawał się chować lekki uśmiech w cieniu kaptura – To na pewno będzie lepsze niż bezsensowne rzucanie się na niego.
Pochyliła się bliżej dwójki wy wyjaśnić swój plan. Kate otworzyła na krótką chwilę szerzej oczy i zaczęła kręcić głową. Podobną reakcję miał Tomas, jednak po chwili obydwoje pokiwali głowami. Gdy wstali Connor zdążył już schować trzymane przez siebie wcześniej urządzenie. W przeciwieństwie do Altaira nie miał zasłoniętej twarzy. Widać było jak ciemne oczy obserwują ustawiającą się naprzeciw niego kobietę, oraz mężczyznę, który obchodzi go od tyłu. Shae zatrzymała dłużej niż zamierzała wzrok na twarzy Indianina. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że był młodszy niż wcześniej sądziła. Gdy nie ukrywał twarzy widać było, że miał nie więcej niż 20 lat. Teraz pożałowała, że nie zdążyła przejrzeć niczyich danych prócz Ezia i nie dowiedziała się o nim więcej. Pokręciła lekko głową. Nie miała teraz czasu na myślenie o tym!
Jakby na niewypowiedziany sygnał Kate i Tomas ruszyli w tym samym czasie na Indianina. Chłopak ustawił się do nich bokiem stając szerzej na nogach. Pierwszy zaatakował Tomas próbując wyprowadzić cios z szczękę chłopaka. Błyskawicznie Connor zablokował atak, jednak w tym samym czasie Kate skierowała kopnięcie na jego kolana. Indianin położył drugą dłoń na szyi Tomasa, pierwszą wciąż go trzymając za rękę i zrobił półobrót omijając kopnięcie i rzucając mężczyznę na kobietę powalając jednocześnie dwójkę. Gdy odwrócił wzrok od leżących zauważył dopiero, że Shae jest zaledwie parę metrów od niego, jednak nie wydawało się, że próbuje go zaatakować. Indianin stanął do niej przodem marszcząc brwi.
- To ja włamałam się do waszego systemu – powiedziała nagle. Chłopak tworzył szerzej oczy, w których pojawiło się niedowierzanie – Wykorzystałam błędy w kodzie źródłowym – w tym momencie Shae urwała i nagle uderzyła, jeśli tak można nazwać to co próbowała zrobić, Connora w klatkę piersiową. Dopiero jednak gdy dziewczyna z uśmiechem skierowała się do Altaira, Indianin zdawał się ocknąć i oderwał wzrok od dziewczyny również patrząc na swojego Mistrza.
- To prawda?
- Mogły mnie dojść takie słuchy – odparł asasyn idąc powoli w ich stronę - jednak nie można potwierdzić, że to naprawdę ona się włamała. Mamy jedynie jej słowo.
- Mogę to udowodnić! – oburzyła się dziewczyna – Pokazać jak weszłam i co zrobiłam.
Altair skrzywił się delikatni na jej słowa.
- „Co zrobiłam"?
Shae odwróciła się słysząc wściekły głos za sobą. Widząc zaciśnięte pięści Connora i jego piorunujące spojrzenie mimowolnie zrobiła krok w tył.
- Ja nie chciałam nic złego. Tylko…
- To włamałaś się przez przypadek?!
- Connor… - zaczął Altair jednak Indianin nie zwracał na niego uwagi wbijając ciemne spojrzenie w cofającą się przed nim wciąż dziewczynę.
- Wiedziałem, że nie można ci ufać. Jesteś szpiegiem Templariuszy.
- Connor.
- Trzeba było cię zabić na samym początku…
- Connor, wystarczy.
Altair pojawił się nagle obok chłopaka kładąc mu dłoń na ramieniu. Dopiero wtedy asasyn się zatrzymał, zaciskając mocno szczęki i wciąż wbijając wściekłe spojrzenie w dziewczynę.
- Mała cię przechytrzyła – powiedział po paru chwilach mężczyzna – I udało się jej ciebie uderzyć. Koniec rozgrzewki. Pięć minut przerwy – rzucił do dwójki, której wreszcie udało się wstać.
Shae zauważyła, że Altair odsunął się nieco, jednak dalej pozostając w wystarczająco bliskiej odległości. Kate ruszyła w jej stronę, jednak dziewczyna kazała jej się zatrzymać ruchem ręki. Kobieta po krótkiej chwili zawahania dołączyła do Tomasa, który usiadł na materacu parę metrów od nich pijąc wodę. Shae spojrzała na Indianina, który patrzył gdzieś ponad nią z zaciśniętymi pięściami.
- Przepraszam – Connor nawet nie drgnął na dźwięk jej szeptu – Proszę nie nienawidź mnie.
Widząc brak reakcji podeszła do niego parę kroków stając w takiej odległości, że nie było pewnym, czy Altair zdąży zareagować, gdyby chłopak chciał coś zrobić.
- Wtedy myślałam, że zagrażacie moim przyjaciołom. Na moim miejscu zrobiłbyś to samo, by chronić swoich braci.
Indianin spojrzał na nią wreszcie. Mimo spokojnego głosu, wciąż w nim słychać było trudno ukrywaną złość.
- Dlatego nic wcześniej nie powiedziałaś? Gdy odkryłem włamanie, natychmiast zaprzestano wysyłania na misje. Bałem się o życie braci, którzy byli już w terenie. Skąd mogłem wiedzieć ile informacji wyciekło?
- Przepraszam – szepnęła raz jeszcze opuszczając wzrok.
- Okłamałaś nas i oczekujesz, że ci teraz zaufam?
- Nie – odpowiedziała cicho opuszczając wzrok – Proszę żebyś dał mi szansę, bym mogła udowodnić, że można mi ufać.
- Connor.
Ton głosu Altaira sprawił, że wszyscy na niego spojrzeli. Po tym jak mężczyzna wskazał na swoje ucho chłopak wyciągnął z kieszeni małe urządzenie, które wsadził do własnego. Po chwili napiętej ciszy wymienił ze starszym mężczyzną porozumiewawcze spojrzenie, a ten skierował się do wyjścia.
- Co się dzieje?
- Idziecie ze mną – odpowiedział Connor kierując się w stronę wyjścia po drugiej stronie hangaru – Jedziemy metrem.
- Metrem? – Tomas rzucił jeszcze jedno spojrzenie na Altaira, który wsiadał do auta, którym przyjechali – Czemu? Co się dzieje?
- Templariusze.
Kate rzuciła spojrzenie Connorowi, który pisał coś szybko na telefonie a następnie znów wbiła wzrok w okno. Chłopak dalej nie chciał powiedzieć co się właściwie stało. Gdy wyszli z hangarów szybko skierowali się do metra a następnie wsiedli w pierwszy wagon, który jechał najdłuższą trasą na południe miasta.
Templariusze? Mimo wszystkiego co się działo wciąż miała wrażenie, że to jakaś zmyślona nazwa z książki. Nie było odwiecznej tajnej organizacji a jedynie skorumpowani i podli ludzie, który chcieli wycisnąć z tego miasta i ich mieszkańców wszystko co mieli. Nie było przecież możliwe, aby taka organizacja pozostawała w cieniu tak długo. Zerknęła znów na Connora. Chociaż. Im się udało.
- Dokąd jedziemy?
Spojrzała na Shae, która siedziała obok przytulając się mocno do jej ciała.
- Do jednej z oddzielnych placówek.
- Powiesz nam wreszcie co się właściwie stało?
W głosie Tomasa słychać było złość, ale również odrobinę strachu i niepewności. Connor wreszcie oderwał wzrok od telefonu.
- Wybuchł pożar w szpitalu McMaster.
- Tam leży Nancy! Nic jej nie jest?
- Musimy do niej jechać!
Indianin zmarszczył brwi patrząc jak Tomas wstaje chcąc wyjść z ich przedziału. Jakby miał zamiar iść do maszynisty i kazać zatrzymać pociąg.
- Jest w ciężkim stanie, ale została już przeniesiona do naszego lekarza.
- Tak szybko?
- Monitorowaliśmy ją oczywiście. W końcu była założycielką waszej grupy. Było kwestią czasu kiedy Templariusze zaatakują jednego z was, przecież dobrze o tym wiedzieliście. Nie sądziliśmy jednak, że nastąpi to tak szybko.
Nagle nastąpiła cisza. Pierwsza odezwała się Kate.
- To oni? Ci… Templariusze podłożyli ogień? – Chłopak w odpowiedzi pokiwał głową – Skąd o nas wiedzą? Przecież współpracujemy ze sobą zaledwie od paru dni.
Connor rzucił im ciemne spojrzenie.
- Też chciałbym wiedzieć.
- Sądzisz, że to my? – Tomas nie krył oburzenia – Przecież celem była Nancy!
- Być może informacje nie zostały dane dobrowolnie. Jest wiele sposobów na ich zdobycie – widząc przerażenie na twarzy Shae dodał po chwili spokojnie – Być może również, że osoba, która udostępniła je, nie wiedziała do czego posłużą – spojrzał przez okno a następnie wstał – Dojechaliśmy.
Kate spojrzała na budynek przed którym się zatrzymali. Nie wyróżniał się niczym spośród wielu stojących obok siebie w dzielnicy przemysłowej. Z jednej strony warsztat samochodowy, z drugiej kanciasty budynek, który mógł być jedyne magazynem. Po drugiej stronie ulicy wielki parking, na którym stały samochody używane na sprzedaż i kolejne magazyny. Kiedy weszli do środka ich oczom ukazał się starczy odźwierny, który uśmiechnął się w ich stronę dobrodusznie. Przez chwilę kobieta zastanowiła się czy w ogóle wiedział co się dzieje. Zrozumiała, że była błędzie, kiedy Connor kiwnął w jego stronę głową a następnie przeszedł przez jedyne drzwi, jakie się przed nimi znajdowały. Nikt nie odzywał się, kiedy szli długim korytarzem mijając kolejne zamknięte drzwi. Nie uszły jednak uwadze kobiety kamery, które śledziły bacznie każdy ich ruch. Dostrzegła też inne urządzenia, jednak nie potrafiła zgadnąć, do czego służyły. Wreszcie zatrzymali się przy kolejnych szarych drzwiach, które wyglądały tak samo jak wszystkie poprzednie. Connor otworzył je dając im do zrozumienia, że mają przez nie przejść.
Wyglądało to na biuro, jednak jakby przygotowywane szybko i bez pomysłu. W pomieszczeniu stały metalowe szafki, które przypominały te w magazynach policyjnych. Odporne na wodę, ogień jak i próby otwarcia bez odpowiednich kluczy. Nie było tu okien, a jedynym źródłem światła były lampy, które jarzyły się zimnym blaskiem. Pod ścianą stało metalowe biurko, o które opierał się mężczyzna. Kate znała go, nazywał się…
- Malik – przestawił się krótko patrząc na nich uważnie – Wiem, że wszystko wydarzyło się szybko i macie na pewno wiele pytań – widząc jak Tomas otwiera już usta podniósł rękę – Ale nie mamy na to teraz czasu. To zbyt krytyczny moment i życie naszych braci jest w takich sytuacjach zagrożone bardziej niż kiedykolwiek. Musimy dowiedzieć się skąd Templariusze wiedzieli gdzie zaatakować i czy wiedzą jeszcze coś – wymienił krótkie spojrzenie z Connorem który w odpowiedzi pokiwał jedynie głową – Gdy sytuacja się wyjaśni, porozmawiam z wami. Ale nie teraz.
- Jest tu Nancy?
Malik zatrzymał wzrok dłużej na Kate, która zadała to pytanie, jakby zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Tak. Możecie ją zobaczyć. Connor was tam zaprowadzi. A teraz wybaczcie, mam wojnę na głowie.
Indianin już zdążył otworzyć im drzwi, gdy nagle rozległ się jeszcze jeden głos.
- Mogę wam pomóc.
Malik westchnął ciężko odwracając się do nich plecami.
- Nie. Moi ludzie wystarczą, idźcie.
- Każda para rąk się przyda.
- Która jest wystarczająco sprawna.
- Myślę, że udowodniłam już, że moje umiejętności dorównują waszym. Proszę nie zwodzić mnie pustymi argumentami. Zaczynam myśleć, że nam nie ufacie.
Malik odwrócił się wreszcie w ich stronę ze zmarszczonymi brwiami. Po raz pierwszy chyba od kiedy weszli do pokoju spojrzał na Shae. Kate patrzyła na przyjaciółkę z lekko otwartymi ustami, jakby nie mogła uwierzyć w to co mówi.
- Zapewne to rozumiesz – zaczął powoli Malik – Ostatni atak wynikał z przecieku informacji. Albo Templariusze włamali się do naszego systemu, a udowodniłaś, że nie jest to niemożliwe – stojący przy drzwiach Connor zacisnął mocno szczęki – Albo zrobił to jakiś informator. Nie mam tego luksusu ufania wam w takiej sytuacji.
- Nikt się nie włamał do systemu – pewność w głosie dziewczyny zdumiała Malika – Zabezpieczenia jakie wcześniej założył Connor były niemal nie do przejścia. Sama męczyłam się tygodniami, zanim udało mi się wejść na najniższe poziomy waszych systemów. A informacje tam znajdujące się nie są nowością dla naszych wrogów. Sama później dołożyłam własne pomysły na utrudnienie hakowania. Nie sądzę, że ktokolwiek byłby w stanie wydobyć cenne informacje z waszych systemów. Nie sądzę, że Connor by od razu takiego włamania nie odkrył.
Malik zerknął na Indianina, który wbijał wzrok w plecy dziewczyny. Chłopak był dobry w powściąganiu swoich emocji, jednak mężczyzna dobrze widział w jego oczach zdumienie i trochę złości.
- Więc mówisz, że ktoś przekazał informacje Templariuszom?
- Obserwujecie nas cały czas, więc dobrze wiecie, że to nikt z nas – Shae na chwilę zawahała się – Zaatakowano Nancy – powiedziała z wyraźnym drżeniem w głosie – Która jest dla nas jak rodzina. Pozwól mi znaleźć osobę za to odpowiedzialną.
- Nie jest to…
- Proszę.
Malik zacisnął usta w wąską linię nie odzywają się dłuższy czas. Patrzył na dziewczynę uważnie rozważając jej słowa.
- Dobrze.
Connor zrobił szybki krok do przodu wbijając pełne oburzenia spojrzenia w mężczyznę.
- Nie zamierzam jej dawać dostępu do naszych danych.
Malik uśmiechnął się kątem ust.
- Oh, nie będziesz tego robił. Daj dziewczynie jedynie dostęp do jednego z naszych czystych komputerów. Zobaczymy na co się przyda – zerknął czarnymi oczami na Indianina – I miej ją cały czas na oku.
- Nie sądzę, żeby był to najlepszy pomysł – powiedział z naciskiem chłopak.
Mężczyzna jednak posłał mu jedynie nie znoszące sprzeciwu spojrzenie, w odpowiedzi na które Indianin zacisnął pięści i raz jeszcze stanął przy otwartych drzwiach, dając im do zrozumienia, że mają wyjść.
- Miej na uwadze – powiedział Malik jak już wychodzili – Że życie twoich przyjaciół zależy od twoich działań. Postaraj się ich nie zawieźć.
