A/N: Dzisiaj taki raczej nudny rozdział, ale przecież nie może się ciągle coś dziać :) Mimo wszystko mam nadzieję, że Wam się spodoba.


BPOV

Rano obudził mnie stukot kropli deszczu uderzających o okno w moim pokoju. Ten dźwięk wcale nie zachęcił mnie do wstania – wręcz przeciwnie, z czystym sumieniem (wiwat weekend) zanurzyłam się w głąb mojej ciepłej kołdry, podsuwając ją prawie do nosa. Leżałam tak chwilę, rozkoszując się przyjemnym ciepełkiem rozchodzącym się po moim ciele i próbowałam jakoś się wewnętrznie zmotywować, aby wreszcie wstać i stawić czoło czekającemu mnie dniu. Jeszcze tylko 10 minut… I kolejne 10, i kolejne 10, a potem jeszcze 5…

Kiedy już w końcu rozruszałam moje zastałe mięśnie, udało mi się w magiczny sposób wyprostować i powoli, powoli powłóczyłam nogami w kierunku okna, dokładnie szorując każdy centymetr kwadratowy mojego białego dywaniku, poprzez szuranie po nim kapciami. Czułam się tak bez życia, jakbym szurała już po drugim świecie. Gdy tylko doczłapałam się do okna, szybkim ruchem zasłoniłam firanki. Sama myśl o tym, co dzieje się na dworze przyprawiała mnie o dreszcze – nie było mowy, abym miała na to jeszcze patrzeć.

Z siorbiącym nosem udałam się do kuchni. Mimo wszystko chciałam zacząć ten dzień jak najlepiej – najlepiej od filiżanki gorącej, aromatycznej kawy. Miałam nadzieję, że kofeina doda mi trochę energii i sprawi, że będę mniej przypominać zombie, a przy okazji pobudzi moje szare komórki do pracy. Nie chciałam marnować weekendu, na którego czekałam z takim utęsknieniem. Musiałam wymyśleć sobie jakieś zajęcie, nie wiedziałam tylko jeszcze jakie.

Aż w końcu mnie olśniło. Urodziny Alice. Za tydzień. A ja wciąż nie mam prezentu.

Mimowolnie przygryzłam dolną wargę. Szczerze mówiąc, po ostatnim wypadzie z Alice miałam dosyć zakupów na jakieś dwa lata. Ale tym razem była to sprawa życia i śmierci. Dosłownie. Nawet nie macie pojęcia, do czego jest zdolna urażona Alice.

Ostrożnie podeszłam do okna i niepewnie uchyliłam zasłonkę. Ku mojemu zdziwieniu, zdążyło się rozpogodzić – może i niebo nadal kłębiło się od szaroburych chmur, ale tym razem gdzieniegdzie widać było przebijające się promienie słońca. I, co najważniejsze, przestało padać. Na tą myśl odetchnęłam z ulgą. Może ten dzień nie jest jeszcze stracony?

W pośpiechu zarzuciłam na siebie żakiet i zamszowe botki i ruszyłam pędem na przystanek, aby nie przegapić autobusu. Ponieważ wyszłam trochę za późno (jak zwykle musiałam się po coś wracać), biegłam ile sił w nogach i z zadyszką wpadłam do autobusu. Dziękowałam Bogu, że znalazło się jeszcze miejsce, na które nie czyhała żadna starsza pani w moherowym berecie, także mogłam spokojnie usiąść i złapać oddech.

Gdy tylko wysiadłam z autobusu, przeszłam kilka metrów i zaraz znalazłam się na miejscu. Stałam właśnie na uliczce, którą z każdej strony otaczały sklepy z kolorowymi wystawami pełnymi przeróżnych wspaniale wyglądających produktów, które zdawały się krzyczeć: „kup mnie, kup mnie!". Było ich tyle, że po chwili dostałam oczopląsu. Nie wiedziałam, do jakiego sklepu mam wejść – nie wiedziałam, czego w ogóle szukam. Próbowałam myśleć jak Alice, ale to nie było takie łatwe. Dla mojej przyjaciółki zakupy to prawdziwa obsesja, czasem wręcz zdawało mi się, że ma już wszystko, czego jej potrzeba, a nawet więcej. I co tu takiej osobie kupić?

Minęła jakaś godzina, i chociaż odwiedziłam już kilka sklepów, to nic nie wpadło mi w oko. Alice była dla mnie jak siostra i czułam, że powinnam się wykazać. Jednak wszystko, co mi oferowano, było takie zwykłe, banalne. Zrozpaczona weszłam do kolejnego sklepu – tym razem była to księgarnia – mając nadzieję, że wreszcie coś mnie olśni. Prześlizgiwałam się między półkami pełnymi książek, lustrując wzrokiem każdy z tytułów. Przystanęłam na chwilę przy dziale „literatura młodzieżowa". Wzięłam do ręki kilka książek i przeczytałam ich krótki opis znajdujący się na okładce. We wszystkich powtarzał się ten sam schemat: nieśmiała dziewczyna zakochuje się w tajemniczym chłopaku, który okazuje się wampirem/wilkołakiem/aniołem (niepotrzebne skreślić). Westchnęłam zażenowana, odkładając tytuły z powrotem na ich miejsce. Zrezygnowana wzięłam najnowszą powieść Sparksa, pamiętając o słabości Alice do historii w stylu: ona chce, żeby on ją przytulił, ale on nie powinien, mimo wszystko się przytulają, i wtedy widownia mówi „AWWW". Miałam jednak nadzieję, że to tylko część prezentu i znajdę jeszcze coś bardziej kreatywnego.

Podeszłam do kasy żeby zapłacić. Czekałam tam kilka sekund, jednak ekspedientka ani myślała, by zaszczycić mnie swoją obecnością. Zniecierpliwiona, przystawałam z nogi na nogę.

- Czy ktoś mógłby mnie obsłużyć? – powiedziałam, gdy nagle poczułam czyjąś rękę na moich plecach. Odwróciłam się szybko i zobaczyłam stojącego za mną Jaspera. Blondyn uśmiechał się do mnie i wydawało mi się, że naprawdę się cieszy, że mnie widzi.

- Uhm, hej, Jasper, miło cię widzieć – wymamrotałam, może trochę za mało entuzjastycznym tonem. Nie zrozumcie mnie źle, bardzo lubię Jaspera, jednak w tej chwili moje nerwy były tak nadszarpnięte czekaniem na ekspedientkę, że nie potrafiłam wydobyć z siebie ani krzty radości.

- Hej, Bella. Czyżby to Sparks? Dorzuciłbym pudełko chusteczek higienicznych do kompletu – uśmiechnął się miło.

- Prezent dla Alice. Wiesz, jaką ona ma słabość do melodramatów…

- Tak właśnie myślałem. Gdy z nią wczoraj rozmawiałem, wspominała o tej książce.

Whoa Swan, punkt dla ciebie!

- Mówiła, że za jakieś dwa dni ma ją dostać pocztą… - wykrztusił, ledwo powstrzymując śmiech.

A-haa. Czułam się całkiem zażenowana.

- Nie! I co ja jej teraz znajdę? Błąkam się już kilka godzin po mieście i na nic lepszego nie wpadłam. Sparks był moją ostatnią deską ratunku. – jęknęłam przybita.

- Wyluzuj, jeszcze coś znajdziesz. W końcu jesteście przyjaciółkami, tak? Założę się, że myślicie podobnie. Sam bym ci pomógł, ale trochę mi się spieszy. Mam tylko nadzieję, że nie wpadniesz na ten sam pomysł, co ja.

- A co jej kupiłeś, jeśli można wiedzieć? – spytałam. Praktycznie widziałam minę Alice, jak jej powiem, co dzisiaj się dowiedziałam…

Jasper wygiął usta w półuśmiechu.

- Niespodzianka to niespodzianka. Alice nie może się dowiedzieć.

- Skąd wiesz, że jej powiem?

- Wolę nie ryzykować.

No i dobrze robisz, bo bym cię niestety wydała, pomyślałam.

- Muszę już lecieć, pozdrów Alice ode mnie, jak będziesz się z nią widziała. – powiedział i zniknął za drzwiami, a ja, zrezygnowana, odłożyłam powieść Sparksa na półkę i ruszyłam na dalsze polowanie.

Po jakiś dwudziestu minutach nieudanych łowów poczułam, że strasznie chce mi się jeść. Nie myśląc wiele wpadłam do pierwszej lepszej restauracji i zamówiłam sałatkę. Grzebałam w niej plastikowym widelcem, mieszając kawałki pomidora i ogórka. Chociaż byłam głodna, nie mogłam nic przełknąć. Za bardzo martwiłam się tą całą sprawą z prezentem. Czy to zawsze musi być takie trudne? Czy dobre pomysły nie mogą szybciej wchodzić do głowy? A może to tylko ja jestem taka opóźniona, by mieć z tym problemy?

Siedziałam tak trochę, powoli przeżuwając sałatkę, gdy cała moja energia była skierowana na wymyślenie prezentu. Chyba moje szare komórki powoli się przegrzewały, bo po jakimś czasie poczułam lekkie pulsowanie w głowie. Nie ma co, jak tak dalej pójdzie, to mózg mi naprawdę wyparuje.

Po kilku minutach aż-nazbyt-intensywnego myślenia doszłam do wniosku, że może natchnie mnie coś w sklepie z biżuterią. Nigdy nie lubiłam kupować innym biżuterii, nie wiem czemu, ale zawsze kojarzyło mi się to z oświadczynami i czułam się z tym źle. Tym razem jednak było inaczej. Czułam, że sklep jubilerski jest moją ostatnią deską ratunku, więc musiałam odsunąć od siebie moje dziwaczne przekonania.

Kiedy wyszłam z kafejki, mój humor błyskawicznie się pogorszył. Znowu lało. A co gorsza, nie miałam parasolki.

Westchnęłam głęboko i zmusiłam się, by wyjść na deszcz. Kiedy poczułam jak lodowate krople deszczu spływają po moim karku, miałam ochotę krzyknąć. Czemu, och czemu nie wzięłam tej cholernej parasolki? Biegłam na oślep obijając się o przechodniów, byle najdalej od deszczu. Wiedziałam, że go nie uniknę, ale, Boże, ja nie chcę być chora! Już byłam przeziębiona i dobrze wiedziałam, że jak teraz się rozłożę, to nigdy nie zrozumiem matmy. NIGDY. A w końcu nie zdam i zostanę kasjerką w Tesco. Nie obrażając kasjerek w Tesco.

Nagle przestałam czuć spadający na mnie deszcz. Mimo to, ludzie przede mną nadal uciekali w popłochu, a krople obijały się o mokry chodnik, pozostawiając po sobie kałuże. Stanęłam zdziwiona, gdy po sekundzie zorientowałam się, że ktoś trzyma nade mną parasolkę.

- Chyba trochę zmokłaś? – powiedział niski głos. Odwróciłam się mimowolnie, chociaż wiedziałam, do kogo należał. Edward.