IV. Hermiona Nefertari Dumbledore
Środa 2 czerwca 1998
12:26
– I jak, pasują na ciebie?
– Sama zobacz. Chyba niezbyt dalibyśmy sobie radę bez całej tej garderoby, co? Widziałaś jak wyglądała moda lat czterdziestych? Miono, tamtejsi faceci nosili obcisłe spodnie!
– Tak, dziękuję Merlinowi, że zużyliśmy dwudziestoletni zapas strojów z lat czterdziestych i pięćdziesiątych, który zmodyfikowaliśmy tylko po to, by mieć wrażenie, że nosimy współczesne ubrania. Nie mogłabym patrzeć jak cierpisz na ten rodzaj bólu. Albo wysłuchiwać twojego marudzenia za każdym razem gdybyś nie miał co na siebie włożyć, wybór należy do ciebie. Rodowa biblioteczka Dumbledore'a?
– Na miejscu... Miono, skąd ją masz?
– Umiejętność szybkiego pakowania, Ron. Gdybyś zwracał większą uwagę na pracę, jaką wykonuje twoja mama w Norze, być może też byłbyś w stanie ją nabyć. Dalej, spakowałeś już podręczniki z tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego na szósty i siódmy rok, żebyśmy nie musieli wybierać się na Ulicę Pokątną?
– Niestety. Nie mogę uwierzyć, że będziemy musieli powtórzyć siódmy rok. Czy wspominałem już, że nie wierzę, jak mogliśmy się ma to zgodzić? Hermiono, czy masz pojęcie, że właśnie skończyliśmy szkołę? Przecierpieliśmy już zajęcia dodatkowe, całkowicie bezużyteczne zadania domowe, te OWUTEMY... Jasna cholera, Hermiono, będziemy musieli jeszcze raz przystąpić do OWUTEMÓW.
– Miałam nadzieję, że na to nie wpadniesz, Ron. Czarodziejski odtwarzacz mp3 i zestaw słuchawkowy?
– Jest. Nigdy nie przypuszczałem, że mugole mogą być tak pomysłowi jeśli chodzi o muzykę, miałaś genialny pomysł kupując to w tamtym roku i prosząc Dumbledore'a by go ulepszył. Przysięgam ci, że jeśli kiedykolwiek się zepsuje, osobiście się ugotuję.
– Gulasz z Ronalda, cóż za rozkoszny obraz. Jestem pewna, że będziesz przepyszny, Ron, będziesz miał powodzenie u kobiet. Umm, Czarodziejskie Prezerwatywy Malagana... RONALDZIE WEASLEY! Co to jest na Merlina?
Po spędzeniu wielu tygodni w domostwie Weasleyów, Hermiona niemal idealnie parodiowała gniewny pisk pani Weasley i Ron wzdrygnął się instynktownie, odskakując z daleka od stolika do kawy, jakby był czymś skażony.
Wściekle grzebiąc w ich wielkiej torbie bagażowej, Hermiona wynurzyła się wymachując dużym opakowaniem czarodziejskich gumek.
– Na brodę Merlina, nie mogę w to uwierzyć! – krzyknęła z pełnym zawodu niedowierzaniem. – Czy nigdy nie słyszałeś o tym, że warto poczekać z tym do ślubu, Ronald? I pomyśleć, że rzeczywiście myślałam o umówieniu się z...
Szybko zamilkła zanim zdążyła powiedzieć zbyt wiele, ale Ron jak zwykle niczego się nie domyślił. Zamiast tego przypominał sobie, że jest od niej wyższy o dobre piętnaście centymetrów i z wdziękiem wyprostował się.
– Cóż, Hermiono, przede wszystkim nie musisz się martwić o to, czy uprawiamy bezpieczny seks, więc odłóż je z powrotem na miejsce!
Rudzielec chciał jej odebrać prezerwatywy, ale Hermiona znajdowała się poza jego zasięgiem mocno trzymając opakowanie.
– Przestań, Ronaldzie!
– Dzieciaki... – głos Draco rozległ się nie wiadomo skąd i blondyn z gracją wszedł do Pokoju Życzeń ubrany w bardzo staroświecką szatę czarodziejów.
– Dumbledore zaraz tu będzie, żeby wysłać nas pięćdziesiąt lat w przeszłość byśmy mogli uratować świat. Sądzicie, że karczemna awantura w waszym wykonaniu ma go w tym utwierdzić?
– Nie! – wykrzyknęła Hermiona, rzucając Ronowi ostatnie wściekłe spojrzenie. Ignorując komentarz Draco, wyrzuciła paczkę w powietrze. Gdy tylko znalazła się w zasięgu jego rąk, rudzielec zwinął się jak sprężyna, ale w chwili, gdy miał już podskoczyć i chwycić ją w locie, wyciągnęła różdżkę i celnie uderzyła kulą ognia w nieszczęsne prezerwatywy.
– Hermiono! – jęknął Ron w chwili gdy krople stopionego lateksu kapały na podłogę Pokoju Wspólnego. Zapach palonego plastiku przeniknął do powietrza. – Zabijasz mnie, Miono, zdajesz sobie z tego sprawę? Zabijasz mnie!
Draco mrugnął do Hermiony w typowy dla siebie sposób.
– Zaufaj mi, Weasley, za trzydzieści lat będziesz jej za to dziękował – zapewnił zirytowanego rudzielca.
Hermiona uśmiechnęła się szeroko i zaczęła się śmiać kiedy Ron popatrzył na Draco spode łba i dał mu dobrze wymierzonego kopniaka poniżej pleców. W ostatniej chwili Ślizgon uniknął jednak uderzenia i zaczął uciekać w głąb Pokoju Wspólnego przed ścigającym go, czerwonym ze wściekłości Ronem.
Rudzielec krzyknął.
– Ej, ty! Po czyjej jesteś stronie?
Ta myśl nagle uderzyła Hermionę. Obserwując Draco i Rona biegających dla zabawy dookoła Pokoju (przynajmniej jeśli chodziło o Draco – Ron wyglądał tak, jakby nie miał najmniejszego problemu ze spowodowaniem poważnych obrażeń ciała swojego dawnego największego wroga), Hermiona nieoczekiwanie zdała sobie sprawę jak piękne jest jej życie.
Co ona robi?
Szczerze mówiąc, nie wiedziała, o czym myślała pozostawiając za sobą ten wspaniały świat, w którym niemal co tydzień pojawiały się nowe, przełomowe odkrycia magiczne, a dziewczynom wolno było nosić niezwykle wygodne, czarne spodnie z elastycznego materiału, kobiety mają znacznie więcej niezależności, odtwarzacze mp3 mogły dzięki czarom odtwarzać piosenki Weird Sisters, Johna Mayera i najgorętszą latynoską muzykę od zarania dziejów?
Ale wtedy w jej głowie pojawiły się przerażające obrazy.
Wspomnienie walki z Voldemortem pod koniec pierwszego roku; opętanie Ginny i groza jaką wywołał incydent w Komnacie Tajemnic podczas drugiego; powrót Pettigrew do Czarnego Pana na trzecim; kompromitacja związana z pojawieniem się Mrocznego Znaku na Mistrzostwach Świata, odrodzenie Voldemorta i śmierć Cedrika Diggory'ego w czwartym. Ani ona ani nikt inny nie spodziewał się, że jego śmierć będzie pierwszą z wielu, wielu jakie będą miały miejsce w kolejnych latach.
Zniszczenie Ministerstwa Magii pod koniec piątego roku, ale śmierć Syriusza podczas tej katastrofy była niczym w porównaniu do spustoszenia, które spowodował Voldemort na Ulicy Pokątnej podczas szóstego i zanim Zakon Feniksa mógł złapać oddech, cały magiczny Londyn został zupełnie i nieodwołalnie zniszczony.
Lecz wojna naprawdę uderzyła w samo sedno i to z pełną mocą, kiedy śmierciożercy zaatakowali Hogsmeade podczas sobotniej wycieczki z Hogwartu pod koniec siódmego roku. Każdy uczeń znajdujący się w miasteczku, od najmniej uzdolnionego pierwszaka do najpotężniejszego studenta siódmego roku, walczył z takim męstwem, takim poświęceniem, że samo wspomnienie o ich odwadze przyprawiały Hermionę o dreszcze na całym ciele.
Pomimo wszystkiego co zrobili, do czasu przybycia aurorów w tym ataku zginęło osiemdziesięciu jeden uczniów. Ponad jedna trzecia z nich była w Gryffindorze.
A potem przyszła kolej na jej ukochanych rodziców.
Hermiona z trudem oparła się tej myśli, podczas gdy biała, paląca złość zdawała się pulsować w jej żyłach. Przysięgła sobie wtedy na własnych rodziców, na swoje ukochane książki i na wszystko w co wierzyła, że uczyni co tylko w jej mocy, by upewnić się, że ten akt nikczemności nigdy, przenigdy nie będzie miał okazji zyskać sobie sławy. I była gotowa nie dopuścić do niego za wszelką cenę.
Tak, postanowiła stanowczo. Bez względu na wszystko, nawet sama idea Lord Voldemorta przestanie istnieć po tysiąc dziewięćset czterdziestym czwartym roku. Nie miała pojęcia jak, ani nawet kto będzie musiał za to zapłacić, dokonując tego co musiało się stać – chociaż logicznie rzecz biorąc zakładała, że powinien to być Harry – ale tak, musiało do tego dojść.
Lordzie Voldemorcie, powiedziała w myślach do jego odpowiednika z tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku, nie masz najmniejszego pojęcia co cię czeka... ale wierz mi, to dotknie cię tak mocno, że już nigdy nie będziesz takim samym człowiekiem.
O dziwo jej umysł poczuł się uspokojony tą przemożną deklaracją o uzasadnionym celu, ale zanim mogła się nad tym rozwodzić, Dumbledore wszedł do Pokoju z Harrym u swego boku, prawdopodobnie rozmawiając z nim o taktyce. Ginny szła obok Wybrańca, splatając swoją dłoń z jego, co wydawało się ją uspokajać. Lavender podążała tuż za nimi, z werwą wpychając swój zmniejszony magicznie kufer i inne bagaże w głębokiej kieszeni szaty z lat czterdziestych, którą dostała od profesor Sprout (najwyraźniej musiała ją znacząco poszerzyć).
Wszyscy wydawali się zakłopotani i byli bardziej niż poddenerwowani, nawet zazwyczaj beztroska Lavender. Serce Hermiony niemal przestało bić z oczekiwania. Godzina zero zbliżała się nieubłagalnie. Podniosła rękę, by odgarnąć włosy z twarzy, a jej palce dotknęły zimnego potu perlącego się jej na czole. To jakiś obłęd, zaczął powtarzać jej umysł gorączkowo. To kompletnie i całkowite szaleństwo.
– Och... Jeśli mógłbym teraz prosić o chwilę uwagi. – Dumbledore był spokojny i musiała przyznać, że jego głos ani trochę jej nie pomoże. Sam dyrektor wyglądał na zmęczonego i znacznie starszego niż zazwyczaj, jakby osiągnął kres swej wytrzymałości jakieś dziesięć lat temu. Wszyscy widzieli z samej twarzy Dumbledore'a, że siły Jasnej Strony opierają się na niebywale kruchych fundamentach.
Ciężka gula opadła Hermionie do żołądka i nie chciała go opuścić.
Dobry Merlinie, a co jeśli naprawdę jesteśmy ostatnią szansą?
– Tak, widzę, że macie na sobie stroje dostarczone wam przez nauczycieli. Bardzo dobrze, bardzo dobrze – zauważył Dumbledore, siląc się na słaby uśmiech do ubiorów szóstki. – Wreszcie, to co jest typowe dla zaklęć o wysokim stopniu trudności takich jak Impartus Infinitivum, czyli dokładne określenie daty docelowej jest niezwykle skomplikowaną i zaawansowaną techniką magiczną, uważam jednak, że udało mi ustawić zaklęcie na datę dwudziesty dziewiąty września tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku. Będzie to wasz pierwszy dzień zajęć i dzień, w którym przybędzie Hogwart Express.
– Dwudziesty dziewiąty września? – powtórzyła Lavender z uszczęśliwionym uśmiechem. – A nie możemy trochę... ee... opóźnić daty docelowej, panie dyrektorze?
– Nie możecie opuścić szkoły przed upływem trzydziestego czerwca, panno Brown – poinformował ją Dumbledore z nutką humoru w głosie.
– To niemo... – wysoki pisk przerażenia Lavender został natychmiast przerwany przez gumę do żucia, która wystrzeliła z jej ust w idealnej paraboli i w kilka sekund później wyleciała przez otwarte na oścież drzwi do Pokoju Życzeń.
– Rany! – Ron przemierzył wzrokiem dystans pomiędzy drzwiami a zaskoczoną twarzą swojej dziewczyny. – Łał... Niezły cel, Lav!
– Dzięki! – powiedziała wesoło, szczerząc się i przybijając Ronowi energicznie piątkę, po czym uściskała go, potrząsnęła swymi długimi, jasnymi włosami i dając mu szybki pocałunek.
Hermiona nie mogła się powstrzymać od pokręcenia głową i uśmiechu. Już dawno doszła do wniosku, że to był ich sposób na pozbycie się nerwowości – zachowując się jakby kompletnie nic nie miało znaczenia. Zignorowała dalszą część ich przedstawienia, podnosząc stary, używany plecak, który Dumbledore dał jej pięć dni wcześniej.
– Przepraszam, panie dyrektorze, ale do czego jest to nam potrzebne?
Oczy Dumbledore'a nabrały niespodziewanego błysku, a ich spojrzenie przeniosło się z torby na Hermionę.
– Cóż, jeśli ten plecak stanie się tym, czym mam nadzieję, że się stanie... Dowie się pani, że jej cel się spełnił, panno Granger – Utkwił swoje przeszywające spojrzenie w jej własnym. – Zakładam, że ma pani na myśli bardzo konkretny cel dla tego zadania, czyż nie?
– Ekhm... – Cholera, kolejna z jego zagadkowych odpowiedzi. Hermiona szybko przypomniała swoje wcześniejsze postanowienie. – Tak mi się wydaje, proszę pana – odpowiedziała ostrożnie.
– Bardzo dobrze – kontynuował, ku rozczarowaniu Hermiony nie dotykając już tego tematu. – Kiedy już dotrzesz do tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego, musisz się ze mną natychmiast skontaktować... – powiedział żwawo, sięgnął do swoich szat i wyjął niezwykle dużą, grubą kopertę – i dać mi to.
Wyciągnął paczkę do Hermiony. Jej oczy szybko wędrowały wzdłuż jego ramieniu i zaskoczone skupiły się na pakunku. Powoli nadstawiła ręce i wzięła go, posyłając dyrektorowi zaciekawioną minę.
– Czy mogę zapytać co to jest, sir?
Dumbledore pogłaskał to niemal z czułością.
– To, moja droga, jest niezastąpioną paczką, która ma wyjaśnić mojemu przeszłemu „ja", warunki i względne okoliczności waszego niespodziewanego przybycia: wszyscy jesteście podróżnikami w czasie, z zadaniem do wykonania, bez żadnych pytań, zawiera także wasze poprzednie akta szkolne. Stanowczo radzę wam byście nie dzielili się tymi informacjami z nikim, powtarzam z nikim więcej. Załączyłem również mniejszą kopertę, zaadresowaną do dyrektora Dippeta, opisującą szczegóły waszego przeniesienia z Czarodziejskiej Akademii Słońca.
Fala oświecenia gwałtownie przetoczyła się przez Hermionę, a wraz z ostatnimi słowami Dumbledore'a, niemal wszystkie kawałki układanki znalazły się na swoim miejscu.
– Czarodziejska Akademia Słońca? – powtórzyła niecierpliwie z uśmiechem. – Chyba nie ma pan na myśli legendarnej egipskiej szkoły magii, która gdyby istniała naprawdę, byłaby najstarszą tego typu placówką na świecie, sięgając swoim początkiem ponad sześciu tysięcy lat przed powstaniem staroegipskiej cywilizacji? Ta, w której istnienie czarodziejski świat wierzył, aż do czasu gdy zostało ono podważone w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym roku?
Co oczywiście nie będzie problemem tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego, zakończył tryumfalnie jej umysł.
Kiedy na twarzy Dumbledore'a pojawił się ślad uśmiechu i skinął głową, Hermiona wciągnęła pełen szacunku oddech. Szybko przemyślała wszystkie przychodzące jej na myśl wątpliwości i przebiegły, przychylny półuśmieszek pojawił się na jej twarzy. To powinno zadziałać. Naprawdę mogą tego dokonać.
– Dyrektorze, jest pan dobry.
– Najlepszy – zgodził się, a jego oczy zamigotały dobrotliwie.
– I naprawdę skromny – mruknęła Lavender. Zachichotała i uchyliła się przed zaklęciem rozweselającym, które szybko rzucił w jej kierunku. – Jak pan mógł, panie dyrektorze? – zawołała z oburzeniem, prostując swoje szaty z irytacją. – To poważna sprawa!
Hermiona zakrztusiła się i prawdopodobnie śmiałaby się z ironii zawartej w wypowiedzi Lavender, gdyby nie była taka spięta.
– Więc taka jest nasza historia? – zapytał Harry przekładając swoją różdżkę do tylnej kieszeni i krzyżując ramiona. – Że do tej pory chodziliśmy do tamtej szkoły? Czy nie myślcie, że fakt iż żadne z nas nawet nie mówi po egipsku, może okazać się problemem?
Gryfonka już to przemyślała i wkroczyła zanim Dumbledore zdążył udzielić odpowiedzi.
– Właściwie to nie – powiedziała. – My nie... Cóż, mam na to naprawdę fantastyczny pomysł; opowiem ci o nim kiedy już tam dotrzemy – W chwili gdy słowa opuściły jej usta, prawie się uśmiechnęła. Prawie. Podświadomie przeszła od „jeśli się tam dostaniemy" do „kiedy się tam dostaniemy". Na chwilę obecną każdy rodzaj postępu był na wagę złota!
Dumbledore potwierdził ruchem głowy. Wydawał się odznaczać poszczególne pozycje na liście w pamięci.
– Wszyscy przyjęliście nazwiska jakie wam zaleciłem? Ginny, Ron, nie byłoby dobrze używać nazwiska Weasley, wasz dziadek jest na swoim piątym roku. Od tej pory będziecie nosić nazwisko West, dobrze? Harry, wcześniej wyraziłeś chęć zmiany swoich personaliów na Harry Evans; jest ono popularne zarówno wśród czarodziejów jak i mugoli, wspaniale, wspaniale... I Draco, w żadnym wypadku nie powinieneś posługiwać się nazwiskiem Malfoy, Calugala będzie teraz na ostatnim roku...
– Du Lac – szepnął natychmiast Draco, leniwie przyglądając się swoim dłoniom. – Draco du Lac.
– Du Lac? – powtórzył starszy mężczyzna, w zamyśleniu kiwając głową. – Tak, stare francuskie nazwisko rodowe; dobrze do ciebie pasuje, chociaż zanim tam dotrzesz zalecałbym nauczenie się kilku zwrotów po francusku... Lavender, Brown jest nadzwyczaj popularnym nazwiskiem, nie powinnaś mieć z nim problemu... – w końcu jego wzrok doszedł do byłej Prefekt Naczelnej. – A ty, Hermiono?
Dziewczyna szybko ogólnie nakreśliła pomysł, który wymyśliła o drugiej nad ranem poprzedniej nocy.
– Planowałam zachować nazwisko Granger, panie dyrektorze. Ponieważ jestem czarownicą pierwszego pokolenia, moje nazwisko nie powinno zwrócić niczyjej uwagi w czarodziejskim świecie.
Och, to spojrzenie. Hermionie nie podobał się kalkulujący wzrok jakim obrzucił ją Dumbledore.
– Nie, panno Granger. W zasadzie mam dla pani zupełnie inny plan – rzekł powoli, jakby wciąż się zastanawiał co chce jej przekazać. Wspaniale, pomyślała gdy kontynuował.
– Czułbym się spokojniejszy jeśli żadne z was nie cofnęłoby się do tamtych niepewnych czasów, jako ewidentni mugolacy.
Ewidentni mugolacy? Całkowicie zagubiona Hermiona lekko uniosła głowę i skierowała swoje prawe ucho na dyrektora. Gryfonka nie rozkoszowała się uczuciem całkowitego zagubienia.
– Ale dyrektorze – powiedziała niepewnie – ja jestem mugolaczką.
– Zdaję sobie z tego sprawę, panno Granger – rzekł Dumbledore z lekkim uśmiechem i pokręcił głową. – Obawiam się jednak, że z takim nazwiskiem stanie się pani oczywistym celem, jeśli wszystko nie potoczy się po naszej myśli. W związku z tym skorzystałem z możliwości stworzenia pełnego imienia i nazwiska, które jak sądzę najlepiej byłoby przyjąć, że nazywa się pani... – starzec wstrzymał oddech zanim zrzucił bombę. – Hermiona Nefertari Dumbledore. Dokładnie takie, panno Granger – dodał, uśmiechając się pewniej gdy usta Hermiony otworzyły się w całkowitym zdziwieniu. – Zrobiłem z pani moją bratanicę.
Jego bratanicę? Chciał ją powiązać rodzinnie z największym czarodziejem dwudziestego wieku? Po raz kolejny Hermiona raz jeszcze zastanowiła się, czy ten człowiek nie jest szalony. Wielkie ciemne plamy przesłoniły jej widok stojącego przed nią dyrektora i niemal zrobiło się jej słabo.
– A „Nefertari"? – w końcu zdołała wykrztusić.
– Jedno z najstarszych czarodziejskich imion świata, panno Granger – wyjaśnił Dumbledore. – Istnieje od początków cywilizacji starożytnego Egiptu i przetrwało jej upadek, który miał miejsce kilka tysiącleci później. Pozwoliłem sobie także umieścić dowody na pani rodowód w paczce, zanim ją pani dałem.
Dłoń Hermiony odruchowo wsunęła się do kieszeni, dotykając niewielkiego pakunku. I nie spytam nawet z czego składają się te dowody, pomyślała, a jej umysł wciąż wirował poruszony honorem jaki Dumbledore z jakiegoś powodu jej uczynił. Na Merlina... Hermiona Nefertari Dumbledore... Dumbledore... Jedno z najstarszych nazwisk czarodziejskiego świata...
Draco potrząsnął głową z ironii losu.
– Jako ktoś dumny ze swojego mugolskiego pochodzenia, Granger – wycedził pomocnie – powinnaś byś świadoma, że nasz dyrektor nie tylko uczynił cię swoją bratanicą, przede wszystkim sprawił, że jesteś równie czystej krwi co on.
Dumbledore zachichotał. Bez słowa, wciąż w częściowym szoku i zastanawiając się, co właściwie zrobiła by zasłużyć sobie na tak wyjątkowe potraktowanie, Hermiona skinęła głową na znak, że się zgadza.
– W... w porządku. Przyjmę je – odparła słabo.
– Bardzo dobrze. A teraz, skoro ta mała sprawa została już załatwiona... – Jasnoniebieskie oczy dyrektora znów pogrążyły się w smutku. Hermiona niejasno rozumiała jego poczucie straty... powiedzieć, że ona, Harry, Ron, Ginny, Lavender i Draco będą bardzo żałowani, byłoby poważnym niedopowiedzeniem. Ich podróż była tylko sześcioma pogrzebami więcej, w których Dumbledore i reszta profesorów będą musieli wziąć udział, nie wspominając już o pozostałych członkach ich rodzin.
Głosem, który zaważył na życiu setek ludzi, Dumbledore powiedział z powagą:
– Już czas.
