Trzeciego dnia podróży, z samego rana wypuściłem Runyę, wedle życzenia Laegeneda, w stronę osady Moriquendich. Wieści, jakie przyniosła wieczorem, były niepokojące. Duża grupa orków, większa, niż wszystkie te, które zwalczyliśmy do tej pory, razem wzięte, zebrała się na północ od osady. Mogli zaatakować przed upływem dwóch dni. Wahałem się, czy powinniśmy zawrócić. Ringamehtar zawołał gniewnie:
- Wygnali nas, niech więc sami sobie radzą!
Zawtórowały mu okrzyki aprobaty. Sprawa wydawała się przesądzona, nie mogłem przecież walczyć, bez zaangażowania moich podkomendnych. Wróciłem do Súrë z zamiarem rozpakowania juków, gdyż zmierzchało się i trzeba było rozbijać obóz na nocleg. Laegened jednak mnie powstrzymał i wdzięczny jestem mu za to.
- Tam są kobiety i dzieci.
- Które nie chcą naszej pomocy.
- Ja chcę, żebyś im pomógł, Jednoręki. Proszę cię o to.
Wzruszyłem ramionami.
- Nauczyłeś się prosić o przebaczenie, naucz się też przebaczać! – zawołał, chwytając mnie za ramię.
Spojrzałem mu w oczy, lecz szybko odwróciłem wzrok. Przypomniały mi się zdarzenia sprzed paru lat, kiedy uklęknąłem przed Nolofinwem, przekazując mu koronę Najwyższego Króla. Findekano stanął wtedy przy mnie i wypowiedział słowa, z którymi zgadzałem się całym sercem, a których wymówić nie miałem śmiałości. „Wybacz im ojcze, jak ja im przebaczyłem. Te waśnie zaszły za daleko. Nie proszę cię o zapomnienie win, lecz o wybaczenie. Ten spór dzielący Noldorów cieszy Nieprzyjaciela. Syn Fëanára na kolanach cię o to prosi, ofiarowując ci koronę królewską. Czego więcej wymagasz? Jak długo będą odpowiadać za winy swojego ojca? Nie oni przecież spalili okręty, a Curufinwë, którego już nie ma na tym brzegu. Niech Námo osądzi jego czyny, lecz ty, ojcze, nie bądź zatwardziały w swoim gniewie." Kiedy Nolofinwë nie odpowiadał, mój przyjaciel dodał: „bodaj bym zginął, ratując mojego przyjaciela, zamiast doczekać czasów, kiedy mój ojciec nie kieruje się mądrością!" Choćby w hołdzie dla Findekana powinienem wybaczyć Moriquendim to nieporozumienie. Ponownie spojrzałem w twarz Laegenedowi.
- Zawracamy! – rozkazałem. Nikt tego nie kwestionował.
Jechaliśmy przez całą noc i dzień następny. Potem zatrzymaliśmy się na parę godzin, by odpocząć. Przed świtem ruszyliśmy dalej.
O zmierzchu, zmęczeni podróżą, dotarliśmy na miejsce. Bitwa już trwała i wyglądało na to, że Moriquendi walczą desperacko, bez nadziei na wygraną. Większość domów płonęła.
Noldorowie nie potrzebowali rozkazów, doskonale wiedzieli, co mają robić. Mgła była naszym sprzymierzeńcem. Wpadliśmy konno na główny dziedziniec, oni wołając bojowe okrzyki, a ja rozkazując płomieniom, by się uspokoiły. Nie skutkowało to zbytnio, ale zawsze trochę. Rzuciliśmy się w wir walki, z pozoru bezładnie, lecz nauczeni ubezpieczać się nawzajem i nie zachodzić sobie drogi.
Gdy szczęknęły o siebie pierwsze ostrza, okrzyki ucichły. Orkowie ginęli jeden po drugim, często nie wiedząc, skąd padł cios. Nasze ogary z głuchym warkotem rzucały się im do gardeł i na ten widok wilkopodobne psy Moriquendich odstąpiły od swoich panów, osaczonych w największym dworze, by znów ruszyć do walki. Zadowolony z tego, odrąbałem ramię orkowi, który chwilę później zginął pod kopytami Súrë. Kątem oka zauważyłem Ringamehtara, przekłuwającego włócznią kolejnego przeciwnika. W tej samej chwili Laegened ustrzelił innego, który chciał podciąć tylne pęciny Súrë. Skinąłem na nich i razem ruszyliśmy w kierunku dworu, otoczonego zwartym wieńcem orków. W miarę, jak się przezeń przebijaliśmy, zwoływaliśmy towarzyszy, aż ostatecznie rozgromiliśmy atakujących.
Po bitwie nie odczuwaliśmy euforii. Zbyt widoczne były straty poniesione przez Moriquendich. Śmierć wciąż czaiła się po kątach zrujnowanych, spalonych domów, pod zwalonymi, poczerniałymi belkami, w jękach ciężko rannych. Orkowie nie oszczędzali kobiet i dzieci, mieli wybić wszystkich, a dodatkowe okrucieństwo sprawiało im przyjemność.
- Dajcie miruvórë, komu możecie – rozkazałem, kierując się w stronę dworu, gdzie schronili się ostatni obrońcy.
Laegened podążał za mną jak cień i tak też wyglądał. Starał się nie rozglądać na boki, co było zrozumiałe. Uznałem jednak, że na rozmowę czas przyjdzie później.
Stanęliśmy przed wejściem do dworu i zawołałem, by obrońcy wyszli, informując przy tym o pokonaniu wroga. Nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Zawołałem ponownie. Na poplamionych krwią, nadpalonych stopniach, opierając drobne rączki na futrynie, z której wciąż zwisały smętne resztki drzwi, stanęło jasnowłose dziecko. Widok ten był tak niesamowity, tak nierealny, że wszystko wokół zdawało się przycichnąć. Patrzyłem na nie, samotne, zagubione pośród pobojowiska, nie bardzo wiedząc, co począć. Dziewczynka – sądząc po wstążkach we włosach – wsadziła palec do buzi i wydęła umorusane policzki, po czym postąpiła krok czy dwa naprzód. W drzwiach pojawiły się ręce najwyraźniej kobiety, która pochwyciła dziecko i wciągnęła z powrotem do środka. Przez chwilę mignęła jej wylękniona twarz.
Zastanawiałem się, jak musieliśmy wyglądać my, stojący pośród ruin, z zakrwawionymi mieczami, z włosami posklejanymi posoką, w podartych, brudnych strojach. Księżyc wyjrzał zza chmur i oblał nas lodowato zimnym plaskiem. Rozejrzałem się po twarzach towarzyszy. Wszyscy utkwili wzrok w wejściu do dworu, z którego zaczęli wysuwać się Moriquendi. Z plemienia liczącego sobie ponad dwustu członków pozostało ich może czterdziestu, z tego zaledwie piętnastu mężczyzn. Wychodzili przestraszeni, kurczowo trzymając za ręce swoich bliskich, jakby chcieli mieć pewność, że zatrzymają ich fëa, nawet gdyby Mandos ich teraz wezwał, kiedy było już po wszystkim. Nie mogli w to uwierzyć.
Kiedy już wszyscy stanęli na placu, szemrząc i kiwając głowami, ich szereg się załamał. Wszyscy jednocześnie pokłonili się nam zdecydowanie zbyt nisko. Tak, jak oni nie wierzyli w ocalenie, tak my, wojownicy żyjący dzięki mieczowi, nie pojmowaliśmy, że nie będzie on na razie przydatny i trzeba zająć się sprawami tak trywialnymi jak wdzięczność i podziękowania.
Moriquendi zaczęli się rozchodzić, szukając pozostałości swoich domów czy też ciał swoich bliskich. Z początku krążyłem po pobojowisku, zastanawiając się, czy w tym miejscu stanie jeszcze osada, jak dawniej, lecz wkrótce zauważyłem, że Laegened znikł. Nie było go przy Braigrawie, któremu dwóch Noldorów pomagało się wydostać spod ciała jego martwego wierzchowca, który połamał mu kości w lewej nodze; nie znalazłem go też przy ruinie domu, w którym mieszkał.
Odnalazłem go dzięki Runyi. Mądry ptak kazał mi iść w głąb lasu. Podążałem za nią z niepokojem w sercu. Taki widok mógłby niejednego przyprawić o szaleństwo powodowane rozpaczą i choć Laegened był silny, nie mogłem odrzucić takiej możliwości.
Zastałem go miotającego się między drzewami, w bezsilności uderzającego pięściami w milczące pnie. To płakał, to śmiał się szaleńczo. Bez trudu podszedłem do niego od tyłu i chwyciłem jego rękę, kiedy przygotowywał się do kolejnego ciosu. Odwrócił się, chwiejąc się na nogach. Widząc mnie, twarz natychmiast mu stężała. Odstąpił ode mnie, wspierając się plecami o drzewo.
Chciałbym wiedzieć, co wtedy czuł. Chciałbym go zrozumieć. Widziałem więcej bitew od niego, lecz nigdy nikt nie spustoszył Tirionu, w którym się wychowałem i gdzie spędziłem dzieciństwo. Nigdy nie straciłem… domu, lecz wyrzekłem się go z własnej woli.
Czułem, że walczył ze sobą, czy powinien okazać mi uczucie, które według niego oznaczało słabość. Nagle popatrzył na mnie, a jego oczy rozszerzyły się w przerażeniu. Cofnął się o krok, wciąż przyglądając się mi, a raczej mojemu ubraniu. Nic dziwnego, całą zbroję i płaszcz miałem ubrudzone czarną posoką orków, krwią elfów i koni, a także błotem. Rdzawe plamy na kolczudze lśniły miedzią w zimnym świetle księżyca. Odwróciłem wzrok, okrywając się szczelniej płaszczem. Laegened nie potrzebował widoku Przeklętego upiora z dna Żelaznego Piekła.
- Jesteś pyłem na wietrze, Maedhrosie – powiedział nagle, głosem jakby nieswoim. – Wiatr gna cię przez cały Beleriand, nigdzie się nie zatrzymujesz. Nie masz domu, nie masz przystani, o którą byś się troszczył. Błysk stali i znikasz, podążasz gdzieś indziej. Powiedz mi, jak to jest? Jak to jest, kiedy po kilku tak perfekcyjnie zabójczych ruchach możesz odejść, nie myśląc o miejscu… - Nabrał jękliwie powietrza.
Nagle zmarszczył brwi i przysunął się do mnie. Patrząc mi prosto w oczy, zapytał:
- O co walczysz?
Nie chciałem go zrazić nieszczerością, jednak zadrżałem na samą myśl o Przysiędze, klątwie…
- Powiedz! O co, dla kogo?
- Dla moich braci. By wreszcie zaznali spokoju – odpowiedziałem wymijająco.
- Nie, Maedhrosie. Nie tylko to… Powiedz!
- Czy rodzina nie jest wystarczającym powodem?
- A jak jej się nie ma? O co można wtedy walczyć?
- Masz młodszego brata.
- Nie! On zginął! Widziałem!
Chwyciłem go za ramiona i przyparłem do pnia, by skupić na sobie jego uwagę. Jęknął, wyginając się nienaturalnie. Połamane żebra czy tylko stłuczenia?
- Braigraw żyje. Ma pogruchotaną nogę, parę zadrapań, ale żyje. I szuka ciebie.
Laegened spuścił głowę.
- Nie…
- Chodź. Czekają na nas w osadzie.
On jednak się nie ruszył.
- Laegenedzie? – zapytałem ostrożnie.
Nie odpowiedział. Skrzyżowałem ręce na piersi, nie zamierzając go tam zostawić. Przykucnął, nadal opierając się plecami o drzewo. Przyznaję, że nigdy się nad tym nie zastanawiałem, gdyż wcześniej nie miało to dla mnie znaczenia, ale ile on mógł mieć lat? Dwieście? Dwieście pięćdziesiąt? Nie, może nieco więcej. W Śródziemiu lata tak szybko płynęły…
Choć z drugiej strony nie potrafiłbym wyobrazić sobie swojej reakcji, widząc tak zrujnowany Tirion.
- Proszę cię. Chodź ze mną – powiedziałem cicho. Próbowałem sobie przypomnieć, jak kiedyś prosiłem tak moich młodszych braci, gdy wszyscy byliśmy jeszcze młodzi, bez tylu zmartwień, lecz bezskutecznie. – Braigraw czeka na ciebie. Pewnie myśli, że poległeś.
- Maedhrosie… daj mi chwilkę. – Uśmiechnął się bardzo nieśmiało. – Nie wrócę do osady w takim stanie. – Przetarł palcami zaczerwienione oczy. Uśmiechnąłem się wyrozumiale.
- Łzy nie są oznaką słabości – mruknąłem.
Podałem mu rękę. Wstał i poszedł za mną, lekko przygarbiony, oddychając ciężko. Zatrzymałem się w połowie drogi.
- Wszystko w porządku?
- Tak… to tylko stłuczenie. – Jego ton sugerował coś więcej. – Nic poważnego.
- Na pewno? – zapytałem sceptycznie, nie mając ochoty na kłótnie.
- Maedhrosie, póki dam radę chodzić, chcę zobaczyć brata. Kto jak kto, ale ty powinieneś to zrozumieć.
Fakt, rozumiałem ten upór doskonale. Kiedy on witał się z bratem, odszedłem na główny plac, gdzie zauważyłem większość moich podkomendnych. Przyszedł czas na mniej radosne powinności.
- Ilu brakuje? – zapytałem, przecierając twarz dłonią.
Zaczęto wykrzykiwać imiona. Przeważnie odpowiadało im „jestem" – ciche z ust rannych, czasem wymawiane z poirytowaniem, zażenowaniem, a innym znów razem z rozbawieniem. Nie straciliśmy wielu – przybyliśmy na sam koniec bitwy, a w dodatku orkowie bynajmniej nie spodziewali się odsieczy. Przeszliśmy jak burza przez ruiny, zanim się spostrzegli.
Dwóch, trzech… pięciu. Pięciu dzielnych, oddanych towarzyszy. Pięciu niezastąpionych.
- Gdzie jest Nárandil? – zawołałem. Nikt nie odpowiedział. – Widział go ktoś? – Sokolnik, stojący obok mnie, poruszył się niezręcznie. – Tak?
- Osłonił mnie jakieś pięćdziesiąt metrów od głównego placu. Potem go nie widziałem.
- Ranili go?
- Nie… chyba tak. Nie mam pewności.
Bez słowa zawróciłem Súrë. Sokolnik wysforował się przede mnie, by mi wskazać drogę. Nárandil leżał przy poczerniałych belkach, nienaturalnie blady i nieruchomy. Nieszczęsny dzieciak.
Sokolnik już przy nim przyklęknął i uniósł lekko jego głowę, sprawdził puls.
- On jeszcze żyje. – Popatrzył na mnie tak intensywnie, jakby domagał się, bym samym potwierdzeniem tego uzdrowił rannego.
Przyklęknąłem przy nich. Nárandil rzeczywiście żył, ale był już na progu Mandosu. Przypomniałem sobie, jak kiedyś Kanafinwë przywołał mnie do życia, kiedy trwałem w podobnym stanie parę lat temu. Nie potrafiłem tak dobrze, jak on, kierować umysłami innych, ale mogłem spróbować.
- Nárandilu – zawołałem cicho, przytrzymując jego twarz. – Nárandilu Nárandurionie, powróć do nas.
Przez jakiś czas nic się nie działo. Potem elf z cichym jękiem nabrał powietrza. Otworzył oczy i, widząc moją twarz, wyszeptał bardzo cicho, ale zrozumiale:
- Oto jestem. Co rozkażecie, mój panie?
- Nabierz sił, Nárandilu. Wyzdrowiej.
Uśmiechnąłem się nieznacznie, widząc uradowane spojrzenie Sokolnika.
- Dziękuję wam, mój panie – pokłonił mi się z szacunkiem.
- Nie masz za co.
Zbyt dobrze pamiętałem podobny wyraz twarzy moich braci, kiedy Findekano przywrócił mnie im. Zauważyłem już jakiś czas temu, że ci dwaj dość często rozmawiali, co było dość naturalne – podobny wiek, pochodzenie, przeżycia. Widocznie zdążyli się zaprzyjaźnić.
- Nárandil potrzebuje teraz pomocy Uzdrowicieli – stwierdziłem. – Lepiej jednak będzie, jeśli przetransportujemy go na główny plac, gdzie, jak widzę, znoszą już rannych z całej osady.
- Tak, mój panie.
Płaszcz Nárandila był nadpalony – widocznie płonący dom zawalił się prawie że na niego, a on ocalał cudem, z kolei cały strój Sokolnika był w opłakanym stanie. Z braku innego wyjścia rozpostarłem na ziemi swój płaszcz i z pomocą adiutanta złożyliśmy na nim rannego, po czym przenieśliśmy go na główny plac.
Okazało się, że jeszcze jeden z moich podkomendnych był ranny, lecz nie martwy. Dzięki Eru. Również wielu Sindarów było już otoczonych przez tych, co choć trochę znali się na leczeniu. Jednakże znacznie więcej z nich poległo – złożono ich w innej części placu, gdzie ich żony i dzieci mogły w spokoju opłakiwać swoich bliskich. Niewiele kobiet decydowało się na to – wolały pomagać żywym, co było godne podziwu.
Zastałem tam Laegeneda, który zdjął swoją skórzaną zbroję i pozwolił owinąć sobie klatkę piersiową bandażami, a zapewne też natrzeć jakąś maścią, sądząc po zapachu.
- Tylko stłuczenie? – zapytałem lekko ironicznie.
- Maedhrosie.
- Połamane żebra?
- Tak – przyznał. – Ważne, że Braigraw żyje.
Zostawiłem go z innymi rannymi, którym zaczął pomagać, na ile mu pozwalała kontuzja. Zamieniłem parę słów z Maikarinqárem, któremu ork rozorał szablą udo, i z paroma innymi Noldorami, którzy odnieśli podobne rany. Największą jednak przeszkodą przed dalszym działaniem było zmęczenie, które i ja odczuwałem.
Rozbiliśmy obóz w pewnej odległości od zrujnowanej osady, nieco bliżej rzeki. Wszystkim wydało się oczywiste, że ocalali Moriquendi powinni do nas dołączyć. Nikt o tym nie zadecydował, nikt nie rozmawiał, lecz nawet oni uznawali mnie za dowódcę. I nazywali mnie Maedhrosem.
Następnego dnia spaliliśmy orkowe truchło na stosie, a poległych elfów zamierzaliśmy złożyć pod wspólnym kurhanem, nad którym praca zajęła nam jeszcze dwa dni. Sindarowie nie chcieli pozostać w miejscu, gdzie stracili wszystko, co posiadali, i które przypominałoby im nieustannie o tragedii, dlatego też – choć niechętnie – zdecydowali się udać ze mną na Voringë.
Podróż opóźniona była przez rannych i tych, którzy szli pieszo, lecz nie miało to znaczenia. Teraz już nie musiałem się spieszyć. Wysłałem Runyę z wiadomością do Angatura, żeby zaczął powoli mobilizować eskortę taboru. Zaczął się okres roztopów i z gór spływały strumienie czystej wody. Przyznaję, że nie było to zbyt pomocne w czasie podróży, lecz kiedy stanęliśmy u wejścia do doliny, która rozciągała się u stóp Voringë, pożałowałem tych słów.
Laegened nazwał ją trenem Vány i nie dziwiłem się temu porównaniu. Kanafinwë z pewnością znalazłby odpowiednie słowa, by ją opisać. Mi wystarczyło, że widziałem tę cudowną dolinę, którą z pewnością Vána wielce sobie upodobała. Z łagodnych wzgórz spływały skrzące się strumienie, wypełniając ją spokojnym szmerem. Po dnie biegła rzeka, jakby wyściełając kamieniste koryto najczystszymi kryształami. Wzdłuż jej brzegów, między skałami, a nawet i ze szczelin w nich, wyrastały kwiaty. Pojedyncze były drobne i niepozorne, lecz razem tworzyły kobierzec tak wielobarwny, że nawet Míriel Perindë nie wyśniłaby takiego wzoru. Gdzieniegdzie drzewa urozmaicały krajobraz, choć nie były wysokie, za to bardzo powyginane. W dodatku słońce wyszło zza chmur, zwiastując początek wiosny, a niestopiony jeszcze śnieg na szczytach odbijał jego promienie, wyglądając, jakby jaśniał wewnętrznym światłem.
Ocknąłem się z tego zauroczenia, kiedy Laegened dotknął mojego ramienia. Na wzgórze zwane przez nich Himringiem, Wiecznie Zimnym, udaliśmy się we dwójkę. Jechałem za nim, podczas gdy on szukał ścieżki wygodnej dla koni. Ta okolica była zbyt skalista, by rosły tu bory iglaste; tylko jakieś drobne krzewinki plątały się im pod kopytami. Podążałem naprzód jak we śnie.
Na szczycie stanęliśmy o zachodzie słońca. Kanafinwë nazywał Arien malarką niezwykle utalentowaną i miał rację – nie mogłem się nadziwić, jak cudownie barwi zwyczajne obłoki na niebie. Zsiadłem z Súrë i przeszedłem parę kroków, zapadając się w mokry śnieg.
- Laegenedzie – odezwałem się do towarzysza. – Pytałeś kiedyś, o co walczę, a ja nie potrafiłem ci odpowiedzieć. Teraz już wiem. Nie dla zemsty, nie dla sprawiedliwości, nie z przyzwyczajenia. Walczyłem, by znaleźć dom.