A/N: Przed Wami
kolejna część

Świątecznej Opowieści
Marty i Elijah ;)

Specjalnie, dla WSZYSTKICH CZYTELNIKÓW!:)

SMACZNEGO!


Disclaimer: Nie posiadam praw autorskich do prac, które zainspirowały to opowiadanie.

Bohaterowie, etc. należą do L.J. Smith i do Producentów serialu "Vampire Diaries" - "Pamiętniki Wampirów"

Jestem jedynie autorką swoich własnych, oryginalnych bohaterów.


Część 4
Świąteczne zakupy

Uznaliśmy, że najpraktyczniej będzie jechać prosto do centrum. Naszym celom najbardziej odpowiadał jarmark bożonarodzeniowy wokół Dworca Centralnego. Nie wiem, jakim cudem, ale udało nam się zaparkować mercedesa na podziemnym parkingu pod Złotymi Tarasami. Kiedy wyszliśmy z powrotem na powierzchnię, nadszedł czas na to, by się rozdzielić.

– Wy kupujecie choinkę, my szukamy ozdób. – Zdecydowała Ania i w pełni się z nią zgadzałam. Nie było się co kłócić z moją młodszą siostrą, jeśli coś sobie umyśliła. Szczególnie, że uważałam, że miała rację. Facetom należało zostawić polowanie na choinkę, a my mogłyśmy wybrać bombki, światła i łańcuchy, a przy tym porozmawiać, nadrobić to, czego nie udało nam się opowiedzieć przez Skype'a i telefon co tydzień przez minione pół roku.

Jeśli Kol miał jakieś obiekcje, to nie zdążył ich zgłosić, ponieważ Elijah zgodził się z nami.

– Doskonale. W takim razie widzimy się tutaj za, powiedzmy… dwie godziny?

Przytaknęłyśmy i chwilę później zostałyśmy same, z dosyć długą listą niezbędnych ozdób choinkowych do kupienia. Skierowałyśmy się w zupełnie przeciwnym kierunku do Mikaelsonów.

– No dobrze… Wpadłaś już na pomysł, jak chcemy przenieść tyle łatwo tłukących się ozdób do samochodu bez katastrofy po drodze? – spytałam Ani, starając się odsunąć nadciągające przesłuchanie tak długo, jak tylko się da.

Moja droga młodsza siostra machnęła na to ręką.

– Wymyśliłam to już jakiś czas temu. Mama i ciocie bardzo lubią kosze wiklinowe. Kupimy cztery największe i do nich włożymy najbardziej kruche rzeczy… Mam zapasowe kluczyki do mercedesa, więc nie będzie z tym problemu…

To mi przypomniało o jeszcze jednej zagwozdce, która mnie dręczyła od rana.

– No właśnie… A skąd żeście go wytrzasnęli? Gdzie nasza corsa? – Miałam na myśli samochód, który rodzice kupili nam niedługo po tym, jak obie wyrobiłyśmy sobie prawo jazdy. Tym autkiem jeździłam na zmianę z Anią aż do mojego wyjazdu do Stanów.

Moja droga młodsza siostra zaczęła swoje wyjaśnienia od przewrócenia oczami.

– Nie martw się, corsa jest w dobrych rękach. Dziadkom zepsuł się samochód jakiś miesiąc temu, więc trafiła do nich. A jeśli chodzi o mercedesa… Mówiłam ci, że to mnie przypadł ten wątpliwy zaszczyt nauczenia Kola prowadzić. Powiedzmy, że… tak samo jak komunikacją miejską, odmówił jazdy naszym małym oplem.

Aż wzniosłam oczy do góry.

– Cóż, Dzieciak nie tylko ma wrażliwe ego, ale na dodatek jest snobem. Założę się, że najbardziej wypasiona wersja tego czołgu to był jego pomysł…

Ania roześmiała się, szczególnie słysząc w moim głosie, jak bardzo byłam tym zdegustowana.

– A czegóż innego oczekiwać po Mikaelsonie? – odpowiedziała i zabrzmiało to prawie jak filozoficzna sentencja, tak bardzo było to prawdziwe. – Poza tym, nie rozumiem, czemu w ogóle się temu dziwisz. Nie przyleciałaś do Polski zwykłym, rejsowym samolotem, tylko ich rodzinnym odrzutowcem. I sama mi mówiłaś, że ulubionym samochodem Elijah jest jego Aston Martin, a wszystkie jego garnitury są z najwyższej z najwyższych półek…

Przytaknęłam. Trudno byłoby się z tym nie zgodzić.

– Rebekah mi to kiedyś wyjaśniła. Powiedziała, że przez tysiąc lat nagromadzili tak wielkie bogactwo, że grzechem byłoby z niego nie korzystać. Tak, to przynajmniej Mikaelsonowie mogą niekiedy sami nakręcać gospodarkę, bo zawsze kupują „to, co najlepsze", niezależnie od ceny…

W tym momencie wyglądało to tak, jakby nad głową mojej siostry zapaliła się kreskówkowa żarówka.

– To już wiem, skąd się bierze nasza miłość do zakupów! Mamy ją w genach!

Roześmiałyśmy się na to obie i w tym momencie dotarłyśmy do stoiska z wikliną. Kiedy dwadzieścia minut później odchodziłyśmy stamtąd zaopatrzone w nasze kosze, mogłyśmy bez problemu kontynuować rozmowę.

– Ale masz rację. Owszem, przyznaję, łatwo jest się przyzwyczaić do dobrego, a już szczególnie do luksusu… – Przypomniało mi się wnętrze odrzutowca Mikaelsonów, zaopatrzonego nawet w najprawdziwszą sypialnię, z podwójnym łóżkiem. – Sama staram się jak mogę ograniczać przyjmowanie prezentów od Pierwotnych, bo trochę czuję się już z tego powodu zakłopotana… – Na widok zaciekawienia na twarzy Ani wiedziałam, że muszę to wyjaśnić. – Wiesz, nie tylko, kiedy zaszła potrzeba, ochoczo udzielili mi gościny tam, w Mystic Falls. Oprócz tego mam wrażenie, że wszyscy czuli się trochę winni z powodu tego, jak potraktował mnie kiedyś Klaus. Opowiadałam ci o tym. – Przytaknęła. – Rebekah najsprytniej z nich wszystkich wzbudza we mnie poczucie winy i tym samym zmusza do przyjęcia prezentów. Klaus natomiast w ogóle nie bawi się w takie gierki. Raz właściwie powiedział, że o cokolwiek bym go nie poprosiła, to to dostanę, a w ogóle, to i tak będzie mi dawał różne prezenty, jeśli uzna coś za odpowiednie dla „jego dziedziczki"…

Przy ostatnich słowach w powietrzu pokazałam cudzysłów i, ponieważ obie dobrze wiedziałyśmy, co za sobą niosło to określenie, znów nie mogłyśmy powstrzymać się od śmiechu.

– Nie powiesz mi, że nie masz ochoty skorzystać z tej, jakże hojnej, propozycji…

Myślałam, że żartuje, więc posłałam jej badawcze spojrzenie. Wyglądała jednak nagle na całkowicie poważną.

– A wiesz, że tym mianem określa również ciebie, odkąd stałaś się pełnoprawną czarownicą?

Och, to wyraźnie poprawiło jej jeszcze humor.

– Naprawdę?! W takim razie pod choinkę zażyczę sobie… kucyka!

Powiedziała to z tak fałszywym entuzjazmem, że zaraz obie znów śmiałyśmy się do rozpuku. Potem jednak uznałam, że warto ją uprzedzić:

– Tylko uważaj, nie wspominaj o tym przy Kolu, bo pewnie zaraz Klausowi da cynk i rzeczywiście się to spełni…

Ania wyglądała, jakby przez chwilę się nad tym zastanawiała.

– Cóż… taka nasza prywatna złota rybka… Albo czarodziejska różdżka… Mówisz i masz! Jakoś nie widzę w tym nic złego…

Może i mówiła kpiącym tonem, ale było w tym trochę prawdy.

– Tak… warto było najpierw dać się dwa razy zabić, a potem przez parę dni przechodzić przez tortury i parę jeszcze innych koszmarów, żeby sobie na to zasłużyć… – Wzruszyłam ramionami, jak gdyby to było nic takiego.

Kiedy do Ani dotarł sens moich słów, zatrzymała się i złapała mnie za ramię. Kiedy spojrzałam jej w oczy, widziałam, że nagle pojawił się w nich smutek i… żal.

– Przepraszam. Zapomniałam, w ogóle o tym nie pomyślałam. Musiałaś przez to wszystko przechodzić, podczas gdy ja po prostu obudziłam się pewnego pięknego dnia i umiałam czarować, jakbym robiła to przez całe życie…

Uznałam, że najlepiej będzie, jeśli umniejszę to, co mi się przydarzyło od czasu przemiany w wampira.

– Nie przesadzaj. Po pierwsze, wcale nie było ze mną tak źle, dałam sobie radę, z pomocą przyjaciół, a przede wszystkim, Mikaelsonów. A po drugie, to wcale u ciebie nie było tak szybko, łatwo i przyjemnie, bo pierwsza rzecz, jaką pamiętam, to twój telefon do mnie, kiedy to, spanikowana, wykrzyczałaś: „Auto się pali! Pali się! Przeze mnie! Podpaliłam je i nawet nie wiem jak! Po prostu byłam wściekła, ale tak strasznie wściekła, że aż się trzęsłam i… już!". Potem domyśliłaś się, nie wiem skąd, że w grę wchodziły jakieś nadprzyrodzone moce. Uświadomiłaś też sobie, że jestem wampirem. Groteskowe, co? – Nie mogła zaprzeczyć, więc tylko niechętnie przytaknęła. – Gdyby nie pomoc Elijah i skany ksiąg magii Esther, które ci przesłaliśmy, to pewnie wciąż jeszcze nie byłabyś w stanie zapanować nad magią.

– Nie zapominaj, że dużą rolę odegrał tutaj także Kol – wtrąciła szybko Ania. Kiedy zauważyła moje sceptyczne spojrzenie, dodała jeszcze:

– Wierz mi, na początku niemiłosiernie grał mi na nerwach i kilka razy dziennie miałam ochotę go udusić. Ale wiedział, jak mi pomóc i raczej prędzej niż później zorientowałam się, że go potrzebuję… A on mnie. Poza tym nauczył mnie podchodzić do tego z humorem. Przezwał mnie Atomówką. – wtrąciła.

– Skąd mu to przyszło do głowy, przecież nie ogląda kreskówek? - parsknęłam śmiechem.

– Żartujesz? Jak wracam z zajęć, to przeważnie siedzi na kanapie, wgapiony w ekran. Nie masz pojęcia ile razy zmusił mnie do oglądania „Ojca Chrzestnego" – skrzywiła się.

– Ale bądź szczera, nie poleciałaś tylko na jego akcent, uśmiech i chłopięcy urok? – drążyłam, a ona zaraz, z uśmiechem, zaprzeczyła ruchem głowy. – Cóż, nie mogę się na nim mścić za to, że pomógł ci, kiedy była taka potrzeba… – W ogóle mi się to nie podobało. Zupełnie psuło mi to moją koncepcję. – A nie próbował chociaż wkupić się w twoje łaski prezentami? – spytałam z nutą nadziei w głosie. Wtedy mogłabym to wykorzystać przeciw niemu.

Ania próbowała się przez chwilę wykręcać, ale nie dała rady.

– Jeśli za „prezent" uznasz tego mercedesa, który pewnego dnia po prostu pojawił się na naszym miejscu parkingowym… Albo nową gitarę, po tym, jak usiadł na mojej starej… – Na to wspomnienie moja siostrzyczka sama się wręcz skrzywiła.

– Co zrobił? Skrzywdził twoje maleństwo? To, na które harowałaś w wakacje przed klasą maturalną przez 3 miesiące? – Jednocześnie czułam, jak przepełnia mnie rozbawienie i oburzenie. – A i tak się z nim związałaś? Jakim cudem?!

Przygryzła wargę i przez moment patrzyła wszędzie, tylko nie na mnie.

– Wiesz, można powiedzieć, że odkupił swoje winy, skoro dwa dni później po powrocie z zajęć znalazłam na łóżku Fender Telecastera, i do tego edycję Nashville Deluxe…

Zagwizdałam z podziwem. Wiedział drań, jak trafić w dziesiątkę, mimo pozorów półgłówka umiał słuchać i był spostrzegawczy – zdjęcie tej gitary wisiało na drzwiach Ani od niepamiętnych czasów. O ile ja miałam hyzia na punkcie butów i torebek, to Ania – chociaż również ogromnie je ceniła, to najbardziej kochała swoją gitarę. Jednak ta, którą kupiła za oszczędności, i tak nie równała się z tą, którą podarował jej Kol. Zaczęłam rozumieć miłość do instrumentów mojej siostry dopiero gdy Klaus, jako jeden z etapów mojego treningu jako nowej hybrydy, kazał mi codziennie ćwiczyć malowanie i grę na fortepianie – „dla odprężenia". O ile z malowaniem wciąż miałam problem z narysowaniem jednej prostej linii, to w kwestii fortepianu i tak od dłuższego czasu zastanawiałam się nad rozpoczęciem nauki na poważnie. W ten sposób przynajmniej miałam dobrą wymówkę. Ostatnio byłam z siebie przede wszystkim dumna dlatego, że nauczyłam się grać wszystkimi palcami obu rąk. Obiecałam sobie, że niedługo wyjdę poza „Wlazł kotek na płotek" i „Kurki trzy". Może nawet, za jakieś sto lat, będę dla własnej rozrywki grać ragtime'y, jak np. słynny „The Entertainer"…

Dlatego właśnie doskonale wiedziałam, jak wielkim prezentem był dla Ani Telecaster. Nie bardzo rozumiałam, jak Kol przeszedł od zniszczenia jej gitary akustycznej do kupna elektrycznego fendera, ale zdecydowanie należały mu się punkty za inwencję. I za trafność wyboru prezentu.

Ania w tym momencie postanowiła przerwać moje rozmyślania.

– Dość jednak o mnie. Jestem bardzo ciekawa, w jaki sposób Elijah ewoluował z twojego przyjaciela do partnera na świąteczny rodzinny obiad…

Ach… Zaczynało się przesłuchanie. O ile łatwo było mi ją wypytywać i ganić za związek z Kolem, to o wiele trudniej było mi przyznawać się do własnych błędów i tłumaczyć swoją nadzwyczaj skomplikowaną sytuację uczuciową.

– Cóż… – Zaczęłam i widziałam po jej minie, że nie odpuści. Stałyśmy właśnie przy stoisku ze światełkami i bez zastanowienia wybierała kolorowe i białe lampki, im dłuższe, tym lepsze, tłumacząc, że i tak miałyśmy zamiar ozdobić także balustradę na tarasie. – Przyznaję, jeśli chodzi o moje życie uczuciowe, nie powiedziałam ci wszystkiego w naszych cotygodniowych rozmowach…

– No coś ty?! – Posłała mi krzywe spojrzenie. – Najpierw wiem tylko, że jedziesz do Stanów, żeby znaleźć Damona. Potem mi mówisz, że się zeszliście, a jak mija lato, że się rozstaliście i teraz jesteś Pierwotną Hybrydą… Ach, tak przy okazji, to wciąż ci nie wybaczyłam, że przyznałaś mi się do swojej przemiany w wampira przez telefon! – Ania wbiła mi przy tym oskarżycielski palec w ramię. Czasami, naprawdę, jeśli zechciała, potrafiła być przerażająca. A ja na dodatek miałam świadomość, że przy podkręconych emocjach jej magia mogła wymknąć się spod kontroli.

Zaczęłam od ściszenia głosu. Jeszcze tego brakowało, żebyśmy się ujawniły w tłumie ludzi, którzy odwiedzili bożonarodzeniowy jarmark.

– Już ci tłumaczyłam: co miałam powiedzieć? „Wiesz, zabawna historia, uśmiejesz się – szłam sobie ulicą a tu nagle jeden kretyn skręcił mi kark… O, ale potem się obudziłam jako kolejne wcielenie pieprzonego Draculi!"?

Ania nie ustępowała.

– Dlatego też wciąż nie rozumiem, jak mogłaś na niego polecieć po tym, co ci zrobił.

Wzniosłam oczy do góry. Z tym nie było co się kłócić.

– Najgorsze jest to, że sama też tego nie wiem. Ale ostatecznie na dobre wyszło. – Tu musiała przytaknąć. – Owszem, na jakiś czas zgłupiałam do reszty i zupełnie mi odbiło, ale zimny prysznic w postaci jego ostatecznego odrzucenia uświadomił mi jak toksyczny był nasz „związek"… – Wymawiając to słowo, skrzywiłam się z niesmakiem. Kiedy jej to tłumaczyłam, zorientowałam się, że naprawdę tak czuję. Tak, jakbym myślała na głos, a nie próbowała się tłumaczyć. – Dupek złamał mi serce i wciąż boli, ale jakoś się pozbieram. Małymi kroczkami, ale wychodzę z tego…

W tym momencie Ania przyjęła moje wytłumaczenie. Podejrzewałam, że nie chciała bardziej drążyć tematu na forum publicznym.

– A jaką rolę odgrywa w tej tragikomedii Elijah? Mam szczerą nadzieję, że nie twojej nagrody pocieszenia, bo facet jest stanowczo zbyt uroczy i seksowny – zasługuje na więcej.

Natychmiast zaprzeczyłam.

– Absolutnie nie. Przez chwilę, przyznaję, próbowałam pocieszać się w ramionach Kola… – Ania uniosła brwi z miną pt. „I masz czelność czepiać się mnie?" – O czym już wiesz. Potem, przeszłam przez krótkotrwałe załamanie nerwowe, ale już jest dobrze. Wtedy jednak… – Jak miałam ubrać w słowa wszystko co odczuwałam w obecności Eliego? – Potrzebowałam pomocy, chociaż w życiu bym się do tego nie przyznała. Elijah zawsze służył mi oparciem i ramieniem, w które mogłam się wypłakać. Jesteśmy przyjaciółmi, tego jestem pewna. Gdyby było inaczej, nie przybiegłby mi na pomoc, kiedy dręczyły mnie koszmary i nie objąłby mnie, żebym mogła spokojnie zasnąć…

Skupiłam na tamtym wspomnieniu… był dla mnie wszystkim, czego mi wtedy brakowało... Dopiero po dłuższej chwili zauważyłam poirytowaną minę Ani i usłyszałam, jak wzdycha ciężko.

– Facet przez całą noc trzyma cię w ramionach i pozwala się na sobie wypłakać, a ty mi mówisz, że jesteście tylko przyjaciółmi? – spytała zmęczonym tonem.

– Nie rozumiesz… – Zastanawiałam się, jak jej to wytłumaczyć, żeby jednak zrozumiała. – Elijah był przy mnie właściwie na każdym etapie podczas zerwania z Damonem i później. Od początku byłam przekonana, że po prostu mi współczuł albo czuł się po trosze winny. W końcu do tej katastrofy doszło dlatego, że postanowiłam być lojalna wobec Pierwotnych. Czy mnie pociąga? Jak najbardziej! Jak nikt inny! – Od razu mi ulżyło, kiedy wreszcie to z siebie wyrzuciłam. – Ale masz rację. Nie chcę, by był dla mnie tylko nagrodą pocieszenia. Nie zasługuje na to, zależy mi na nim o wiele bardziej... Jednak z jednej strony ważą się moje uczucia i potwornie sfrustrowane libido, a z drugiej wspomnienie niedawnego zranienia. Pewnie nie myślę logicznie... W dodatku, najprawdopodobniej on nie myśli o mnie w ten sposób…

W tym momencie mina mojej siostry była doprawdy przekomiczna. Oczy niemal wyszły jej z orbit, a buzię otworzyła jak ryba, która próbuje połknąć bańkę powietrza.

– On „nie myśli o tobie w ten sposób"… Siostra, może ty i jesteś starsza, czasem głupsza niż ustawa przewiduje. – Już miałam się wtrącić, ale mi przerwała. – Wierz mi, miałam dzisiaj okazję przyjrzeć się wam obojgu dokładnie i gołym okiem widać, że łączy was chemia!

– Chciałabym, żebyś miała rację… – mruknęłam sama do siebie. – Wciąż jednak mam wrażenie, że traktuje mnie jak resztę swojego rodzeństwa, tylko bardziej beznadziejną i nieustannie potrzebującą jego pomocy…

Wreszcie, wyrzuciłam to z siebie. Jeśli z jakiegoś powodu brakowało mi pewności siebie, to przede wszystkim dlatego, że wciąż nie byłam w pełni niezależna i do normalnego funkcjonowania potrzebowałam praktycznie nieustannej obecności któregoś z Pierwotnych. Ta zależność kłóciła się z moją potrzebą samodzielności i z chodzenia własnymi drogami. Dlatego nie potrafiłam dopuścić do siebie myśli, że może Elijah widział we mnie kogoś więcej...

Ania nie przejęła się zupełnie moim wywodem, tylko wciąż kręciła głową z niedowierzaniem.

– Jak powiedziałam: starsza, nieśmiertelna, a momentami głupsza niż sanki!

Przestałam użalać się nad sobą i dałam jej kuksańca w bok.

– Uważaj, bo twój związek z Kolem dowodzi, że jesteś niewiele lepsza ode mnie…

W tym momencie wiedziałyśmy, że w tej kwestii na razie nie dojdziemy do porozumienia. Zaraz jednak obie znów roześmiałyśmy się z własnej głupoty.

– Na razie powinnyśmy tańczyć póki muzyka gra, później się zobaczy… – stwierdziła Ania. Zastanawiałam się, od kiedy zrobiła się taka mądra. Może zawsze taka była?

– Wiesz, akurat z Mikaelsonami, trochę pewnie pogra… – mruknęłam w odpowiedzi, na co obie udałyśmy, jak bardzo nam z tego powodu przykro:

– Oj nie wiem, jak to przeżyjemy! – wykrzyknęła, niby z rozżaleniem, Ania. Zaraz znów śmiałyśmy się do rozpuku i nim się spostrzegłyśmy, okazało się, że wszystkie cztery kosze są pełne lampek choinkowych, girland, łańcuchów i bombek w najróżniejszych kolorach. Szybko zapłaciłyśmy i zaniosłyśmy je do samochodu, bo na nasze plany potrzebowałyśmy jeszcze ze trzech takich kursów.


C. D. N.


A/N: Niedługo ciąg dalszy:)
Na razie dopiero nad nim pracuję;)


Soundtrack:
oprócz świątecznych piosenek i kolęd tu wspomnianych,
proponuję posłuchać swoich ulubionych świątecznych przebojów!:)


Kreacja Marty w tej części,
dostępna jest na moim profilu na Polyvore
pt. Winter In London :)


Do kolejnego epizodu z tej świątecznej opowieści!