Z uwag koniecznych: to jest na początku bardzo wesoły rozdział (polonistyczne porno, jak to ujęto), potem neutralny (przykro mi, Hasz, ale mi wesele z tego statku nie wyszło), a w ostatnich dwóch częściach się robi nieco ciężki emocjonalnie. W moim stylu ciężki emocjonalnie. Czytelnicy niech zdecydują, czy moje typowe ambiwalencje, szarości i ciężary – tam nic więcej niż w moich innych fikach nie ma (no, Ves komando wspomina, tak konkretniej) – mają dzisiaj ochotę znosić.


Skoro elf gorączkował, to znów nie dostał żadnej pracy. Poważniejszej mu strach było kazać, a pomniejsze mieli właściwie tylko w kuchni – aż tak mu nie ufali, oznajmili bez ogródek, by do garów dopuszczać. Ves zaproponowała, żeby elfik coś zszył, zacerował, ale znów wszystko rozbiło się o kwestię zaufania: musieliby draniowi dać w końcu igły.

Śniadanie terrorysta przespał, obiadował jednak z nimi, temperatura podobno nie była aż tak wysoka, by przykuwać do łóżka. Oczy miał trochę szkliste, cerę bledszą niż zwykle, za to pociągniętą czerwienią na policzkach. Jadł niewiele, powoli, bardziej rozgrzebywał na talerzu, cały czas milczał. Chłopaki też mniej zaczepiali, czasem tyko burknęli coś pod nosem o wielkopańskich nawykach, że proszę, proszę, posiłek nie smakuje, nie dość dobry dla elfiego podniebienia? Ale to była marna rozgrywka, straciła urok świeżości, watażka nie reagował, do tego każde spojrzenie na niego zalewało dziewczynę poczuciem winy. Tyle wszystkim pracy dodała...

— Skąd ty właściwie jesteś, elfie? — spytał ni stąd, ni zowąd Roche, już przy owocach. — Nie o miejscowość mi chodzi, a o państwo – Kaedwen? Redania? Góry Sine?

Iorweth pokręcił głową, uniósł wzrok znad talerza, ale nie spojrzał na kapitana, tylko w ścianę, trochę w bok.

— Z Temerii — odparł. — Na wasze, ludzkie teraz, to z Temerii.

Dowódca uniósł brwi, jakby zaskoczony.

— O, proszę. To ty rodak jesteś — oznajmił powoli, przeciągając sylaby.

Chłopaki się zakrztusili, a i kobieta zełgałaby, gdyby rzekła, że takie postawienie sprawy jej nie zdziwiło. Elf zachował kamienną twarz, lecz przeniósł spojrzenie na Roche'a, taksujące, podejrzliwe.

— Nie — oznajmił stanowczo — ja jestem istotą starszej krwi, ty jesteś człowiekiem. Nie dbam o wasze chwilowe i zmienne podziały administracyjne, nie składałem przysięgi dynastii temerskiej i nigdy nie złożę, wierność jestem winien mojej rasie, nie waszym plemiennym dowódcom...

— Ale mówisz wspólnym z temerskich akcentem — zauważył Roche. — Myślałem, że to po prostu lata walki w naszych granicach, że przejąłeś...

— Jakoś mówić muszę — warknął ranny. — To bez znaczenia. Przypadkowe, jak i te wasze państewka, granice się rok zmieniają, przerzucacie się tymi prowincjami, jak dzieci piłką, jakie to może mieć znaczenie, pod którym królem się urodziłem? Kilka miesięcy w tę, kilka kilometrów w tamtą i byłbym pod innym... Już szlachetkowie się rzadziej zmieniają, jeden ród i ten sam od pokoleń dzierży tę samą ziemię, ale oni też umierają za szybko, żeby ich poważnie traktować jako, jako – sposób określenia. Wasze państwa przeminą i się w proch rozsypią, a ja nadal będę elfem.

— No, jeśli cię wcześniej nie powiesimy — mruknął Trzynastka.

Kapitan rzucił mu kose spojrzenie. Upił wina. Sporo.

— To jest jakaś racja — stwierdził. — Ty się możesz nadal mieć za elfa z Białych Wież albo inszego waszego dawno upadłego miasta. Ale to zawsze jednak jakoś inaczej wiedzieć, że ty nasz jesteś...

— Wam inaczej — podkreślił zimno terrorysta. — I nie jestem „wasz". Jestem elfem.

— Mhm, uszy masz spiczaste, bo akcent gówno wart, lecz uszka to już podstawa odróżnienia i bardzo ważna rzecz. Ale niech ci będzie, nam tylko inaczej — zgodził się łatwo dowódca. — Pal sześć, chędożyć filozoficznie się mi nie chce. Tylko, czekaj, znasz przyśpiewkę o skąpym gospodarzu, który przez chytrość psa wyrzuca i cały inwentarz traci? Taką dziecinną?

Iorweth skinął głową, z miną wyrażającą coś między kpiną, zaciekawieniem, a podejrzliwością.

— I kto co temu gospodarzowi pożera? Lis kokoszki czy...

— Lis, pewnie, że lis — prychnął elf. — A kto miałby inny? I oczywiście, że kury, co innego miałby lis zjadać?

— A widzisz — westchnął refleksyjnie Roche — bo w Redanii, na przykład, twierdzą, że wilk mu zżera owieczki, a przy granicy z Aedirn, to w ogóle wersję o rozbójnikach i psie, wracającym, by własną piersią pana przed nożem osłonić, znają...

— To jakaś głupia wersja — ogłosił ranny tonem pogardliwem. — Ale typowa dla ludzi. Dzielne, dobre zwierzę ma się poświęcić dla tępego, złośliwego kmiota, tylko dlatego, że ten jego „panem" jest. A ta z wilkiem to po prostu przeróbka...

— O, porozmawiałbyś z Redańczykami. Oni twierdzą, że ich to oryginał, że to my ukradliśmy im wersję i próbujemy to ukryć, podmieniając zwierzątka...

— Głupi ludzie — sarknął elf. — Tych twoich Redańczyków jeszcze nawet na świecie nie było, jak mi to śpiewano. Z całą pewnością było o kokoszkach i lisie. „Owieczki" tam w ogóle nie pasuje, psuje całą aliterację...

— Powiedziałbyś to Redańczykom, to by cię zarzucili dowodami, jak to już ich pradziadom śpiewano to w kolebce, a w ogóle w rodzinie jest przekazywane od pokoleń i bez jednej zmiany, możemy się, my, Temerczycy, naszymi kurkami wypchać, a kto mówi inaczej, to obraża im matkę i ta zniewaga krwi wymaga... Pojedynkowaliśmy się o to kiedyś, pamiętasz, Trzynastka? — rzucił dowódca.

Mężczyzna skinął głową, uśmiechnięty nostalgicznie do kufla z piwem.

— Kto wygrał? — zapytał Ioweth, z zainteresowaniem, które wyglądało na prawdziwe i żywe.

— Nie no, my, oczywiście — jęli zapewniać Trzynastka i Roche. — Złoiliśmy im dupy, wybiliśmy im te wilki i te owieczki z głów, matki im nawyzywaliśmy, swoją drogą, z tej irytacji też, potężnie. Wiecie, żebyśmy się chociaż faktycznie o obrazę bili, nie o rzeczy oczywiste...

— To dobrze, że wygraliście — zdecydował watażka. — Mieliście rację. Pierwotna wersja jest o lisie i kokoszkach. I złym gospodarzu.

Ves coś zaczęło świtać. Albo raczej: świtało dawno, teraz raczej już upalne, letnie popołudnie to było. Rzuciła pytające spojrzenie kapitanowi, który jej odpowiedział, zza pleców rannego, bo się akurat po gąsiorek wychylał, szybkim, rozbawionym błyskiem zębów.

— No, to mamy teraz całkiem niezły argument na przyszłe spory — stwierdził, znów sobie wina pociągnąwszy. — Bo wiecie, to jest przy każdym zjeździe wielonarodowym kłótnia, przy każdym jednym. Udowadniali mi kiedyś, po... po jednej bitwie, że to wszystko dlatego, że my niby w Temerii biedniejsi jesteśmy, to musieliśmy dopasować tekst do naszych możliwość ekonomicznych...

— To z kolei dowódca słusznie uznał za obrazę korony, gospodarki ojczyźnianej i w ogóle wszystkich wartości — wtrącił ubawionym tonem Trzynastka. — I była bijatyka.

— Pojedynek — poprawił z godnością Roche. — Może taki trochę ad hoc, ale pojedynek.

— Walnąłeś go butelką w łeb, kapitanie — przypomniał Trzynastka, nawet bez wielkiej ironii, raczej z wesołością wspomnienia. — Tamten, Zdenko, powiedział, ty podniosłeś, a była pełna, wypiłeś duszkiem i sru – jak mu przygrzmociłeś, to aż się z najdalszych kątów obejrzeli. No, Zdenko pod stół padł, krwią zalan, ale jego kompani na nas ruszyli...

— Znaczy, wygrałem, a jego sekundanci znieść tej myśli nie mogli. Tak powiedzieliśmy Foltestowi i tego się trzymamy, tak? Bo do karceru za wyjawianie tajemnic państwowych poślę! — Ale dowódca śmiał się, już wymawiając słowa.

Terrorysta patrzył na nich z niby to rasową wyższością i obrzydzeniem dla pijackich zwyczajów Dh'oinne, nawet coś w tym stylu pod nosem mruknął, jednak wargi mu drgały do uśmiechu i jakoś tak lepiej, na kapinkę odprężonego wyglądał. Pił więcej i mniej dolewał wody, chyba nieświadomie, bo sprawiał wrażenie wciągniętego w opowieść.

— W każdym razie, jak nawet elf nam mówi, że to kokoszki i lis na początku były — wrócił jeszcze do tematu Roche. — To już dowód ostateczny.

— Jakbyś się miał powoływać na to, że ja ci coś powiedziałem — prychnął Iorweth, nagle znów drwiący, zdystansowany. — Jakbyście w ogóle traktowali nasze słowa poważnie. Wy nawet w sądach potrzebujecie zeznań dziesięciu osób ze starszych ras, by te jednego człowieka podważyć...

Kapitan wzruszył ramionami, nadal chyba rozgrzany wspominkami oraz czerwonym winem, nadal kontent.

— Spory w wojsku i karczmie to nie żadne sądowe chędożenie o krowę czy służebność, cholera, ścieżki wymiarów pół metra szerokości na pięć długości. Nie, w tych naszych sporach o honor i cześć korony chodzi! Pewnie, że się będę powoływał, wszystko dla Temerii w końcu. A czekaj, czekaj, choroba wiadoma... no, może wam nie, ale od ludzi pewnikiem słyszałeś... to absolutnie nie jest „choroba temerska", prawda? „Nilfgaardzka choroba" się ta zaraza nazywa, nilfka od tego się wzięło, skrót taki, od początku i na początku to była nilfgaardzka choroba, od tych chędożonych diabłów przywleczona, a te wszystkie... nowomodne, obelżywe nazwy, to po prostu efekt czarnej propagandy. Dosłownie czarnej, myślę, że to Nilfgaard nimi próbuje jedność Północy rozbić...

Watażka się uśmiechnął, głębokim, pełnym satysfakcji uśmiechem. Takim typowo elfim, więc Ves – reszta stołu też zresztą – się nieco spięła, z irytacji wszakże, nie strachu.

— Ludzcy sąsiedzi na to faktycznie „nilfka" mówili — oznajmił, manierycznie głoski przeciągając, terrorysta. — Ale w starszej mowie to po prostu an pest dh'oinna.

Roche odpowiedział mu rozciągnięciem warg w odbicie jego uśmiechu. Oho, pomyślała dziewczyna.

— No proszę, proszę, jaka to zdradliwa dziedzina, takie nazwy, nijak im ufać nie można... Bo wiesz z pewnością, elfie, w końcuś trochę z Czarnymi miał kontaktu, że w ich języku rzeczone choróbsko się sidhen pést zowie.

'

'

Kiedy elf poszedł do swojej kajuty, Heniek spojrzał na dowódcę. Z wyrzutem.

— Rozumiem, czemu teraz ten temat zacząłeś... — westchnął. — Ale na Oxenfurcie mi wyjaśnili na wykładzie o folklorze... Na który chodziłem, bo się zakochałem — wytłumaczył na użytek Ves — jak głupiec, w jednej dziewczynie, chodziła bardziej na program ogólny, sztuki wyzwolone, literatura, matematyka, kompozycja, te sprawy. No i ja też łaziłem na te ogólne wykłady. Kosztem moich. Mało przez to roku, idiota, nie zawaliłem. Ale mniejsza, grunt, że na tych wykładach wyłuszczono nam kiedyś, iż owa balladka o gospodarzu jest tłumaczeniem piosenki gnomów, która to piosenka w oryginale zawiera po prostu zwierzęta już dzisiaj wymarłe lub legendarne. Dlatego w tłumaczeniach każdy wkładał, co mu akurat do rytmu i rymu pasowało. Wszystkie te wersje są tak samo nieoryginalne i tak samo dobre. I już ci to tłumaczyłem, Roche. Po tym pojedynku ze Zdenkiem i jego towarzyszami, jak ci musiałem, z całym szacunkiem, łebsko szyć. Na trzeźwo, żebyś czuł i na przyszłość myślał, jak to król ujął, więc się mi nie wykręcaj, że nie pamiętasz.

Kapitan pokręcił głową z rozrzewnionym politowaniem.

— Oj, Heniek, Heniek... A co ja ci wtedy powiedziałem? Że gdzie Oxenfurt leży, hm? I ty niby taki doświadczony, tyle lat z nami intrygi polityczne oglądasz – a w neutralność uniwersytetu wierzysz? Heniek, Heniek, na taką prostacką, oczywistą propagandę się dać nabrać...

Trzynastka parsknął w swoje piwo. Piana się wzbiła i wylała na stół. Ves zachichotała. Lekarz popatrzył na nich i machnął ręką.

— Co wiem, to wiem. Ale co wam będę złudzenia zabierał, jak tyle z nich radochy macie. W końcu to nie tak, że mi nie jest miło, jak swoi fiutom dupę łoją... Nawet jeśli powód szemrany, a sprawa jakby skłamana.

'

'

— Chciałbym, żebyś się już obudziła — powiedział Iorweth w kierunku Saskii.

Na głos. Odważył się. Raźniej mu było. I to cały sens, bo gdyby ją naprawdę chciał obudzić, to powinien nawiązać połączenie telepatyczne, przez nie powiedzieć, że potrzebuje. W miarę na spokojnie, bo jednak nie był Wiedzącym, nie żył nigdy w elfich miastach, nie umiałby rozmawiać bez słów ot, tak, wykonując milion innych czynności. Ani przy wielkich emocjach. Dlatego gdyby Dh'oinne chcieli go skrzywdzić, musiałby zachować zimną krew, jakoś tak... sięgnąć w głąb, trochę do siebie, trochę do niej, pozwoliła mu, utworzyła kanał... a potem zawołać.

Musiał zachować zimną krew. Wczoraj ją zupełnie stracił, na przykład. Gdyby był starym Seidhe, gdyby telepatia przychodziła mu naturalnie, to pewnie statek by już leżał na dnie, w drzazgach, a on leciałby na grzbiecie Saskii do Zerrikanii. Co wcale by go nie cieszyło, bo przecież Roche nie złamał umowy. Starał się. Niehonorowo byłoby zabijać.

— Bo się bałem — powiedział głośno watażka. — Ta głupia dziewczyna mi przypomniała... Oni zupełnie nie wiedzą, co robią. Myślą, że ty się obudzisz, jak ja cię dotknę czy potrząsnę. Albo co. Dh'oinne — westchnął. — Gdyby wiedziały, to by się dopiero bały. A Roche by jeszcze więcej tych swoich śledczych sztuczek używał.

Kiedy Saskia się obudzi, to wszystko będzie trochę prostsze. Nie chodziło o jej ochronę, ochronę miał i teraz, Pasy go tylko przez nią nie powiesiły i nie torturowały w końcu, jeśli zaś chodzi o pokątne złośliwostki w stylu tamtej dziewczyny – na nie się zawsze znajdzie miejsce. Saskia przecież nie będzie przy nim czuwać, jak pies. Po prostu byłby trochę mniej sam. Miałby z kim porozmawiać bez doszukiwania się entych den.

Jak w komandzie. Towarzysze obok, stała czujność wobec świata, ale też stałe zaufanie wobec siebie nawzajem. Ciągle napięta uwaga, nieufność niemal obsesyjna, sprawdzanie każdego słowa, jak złotej monety, to wszystko przecież męczyło. Na dłuższą metę nie dało się tego utrzymać, pragnęło się zrozumienia, ciepła, wiary w... w możliwość bezinteresownego, współczującego, dobrego gestu, z tego pragnienia rodziło się ta prosta, najprostsza potrzeba: bycia oszukanym. Uwierzenia w kłamstwo, jeśli przynosi ulgę, zamknięcia oczu na wszystko, co boli.

To potem wykorzystywali śledczy, wchodzili w te pęknięcia ze swoim łagodnym tonem i swoimi „umowami', swoimi „szansami", swoimi „przepraszam", „przykro mi", swoim „żalem", swoimi rękoma kładzionymi na czole, gdy chwytała gorączka, swoim podtrzymaniem, gdy nie miałeś siły wstać, swoimi dłońmi opadającymi na ramiona, wstrzymującymi twoje drżenie. To było... to częściej łamało, koniec końców, tych ważnych to łamało częściej i trudniej temu było skłamać. Iorweth chciałby wobec tego móc nazwać „gorszym", ale w ciszy własnego serca wiedział, brzydząc się sobą, że nie, nie, w więzieniu nie miał tego za gorsze, w więzieniu czekał na to, jak na promyk słońca, i dziękował losom, gdy się trafiło.

Tutaj nie. Tutaj Roche nie mógł bić. Nie było powodu, by się modlić o zmianę sposobu przesłuchania, tutaj była tylko fałszywa troska – skoro ją odparł wtedy, odeprze i teraz. To nie ulegało wątpliwości. Gdyby Saskia się obudziła, stałoby się tylko mniej nieprzyjemne.

Wtulił się w nią. Nie czuł, jak bardzo jest gorąca, widomy znak jego własnej choroby – regeneracja smoków, nawet w ludzkiej formie, wytwarzała dużo energii. Jeszcze wczoraj ciało kobiety było dla niego niemal nieprzyjemne w dotyku; dzisiaj tylko trochę cieplejsze od własnego.

Ale to nic. Był po prostu zmęczony, w ranach ani on, ani ludzki medyk nie dostrzegli śladów zakażenia. Dali mu wierzbową korę i nawet trochę drogich, magicznych wywarów leczniczych. Dbali, tak uczciwie rzecz ujmując.

— Nic mi nie będzie — wymruczał w kark dziewczyny; doprawdy, jakby się kto pytał.

Saskia pachniała potem i krwią, i przetłuszczonymi włosami, chociaż przemywał ją, na ile mógł, co wieczór. Niespecjalnie mu zapach przeszkadzał, w komandach też się perfumami nie pryskali, po potyczkach cuchnęli, jak nieboskie stworzenia. Właściwie przeciwnie, coś w tej cielesności, intymności budziło pożądanie. Nie tylko wspomnienie tych wszystkich razów w lesie, spoconych, brudnych, skołtunionych, byle jak, byle gdzie, zwykle ze śmiercią dysząca w kark. Nie tylko. Krew kojarzyła się też z alarmem, mile łechtała zmysły, pobudzała, a ponieważ zagrożenia nie było – nie tego typu – to ta śmieszna, mała ambiwalencja napięć tworzyła pragnienie. Ta śmieszna, mała ambiwalencja napięć i wiedza, że tam, pod bandażami, rośnie niemal na jego oczach nowa skóra, cieniutka, różowiutka, gładka, że jeszcze niedawno widział tam serce kobiety, wnętrzności, że gdyby chciał – gdyby pozwoliła – mógłby dotknąć palcem, ustami, całować – że te wszystkie metafory poetów nabrałyby przerażającej, upajającej realności. Mieć czyjeś serce w dłoniach – ona i tak miałaby jego, przecież, zawsze – całować serce, żebra, płuca, zębami się ślizgać po kręgosłupie...

Dziewczyna wszakże spała, on miał ją chronić, po słowie ani pocałunku nie byli, do poziomu Dh'oinne spadać nie zamierzał, więc nie śmiał nawet przycisnąć ust do jej czoła, kładł się tylko jak najbliżej, niczym do snu w komandzie, przytulał i patrzył. Czasem odgarnął lekkie złoto włosów z policzków albo karku, a potem się sycił widokiem, niepomny czasu, patrzył, patrzył, patrzył, aż do przygryzienia warg, wbicia paznokci w dłonie.

Drzwi skrzypnęły. Jeden z ludzi Roche'a, jak mu tam, Mink.

— Śpiewamy — oznajmił od progu, sztucznie neutralnym tonem.

Ano tak, jak teraz Iorweth pomyślał, to faktycznie jakieś odległe, wychrypiane melodie do niego ostatnie minuty dochodziły. Niespecjalnie rozumiał jednak, co ma z tym fantem zrobić. Przeniósł obojętny wzrok na przybysza.

— Skończyliśmy już nasze, wojskowe, piosenki — dodał tamten. — Teraz bardziej ludowe. Ogólne. Kapitan powiedział, żebyś przyszedł, to ci milej będzie, niż tak siedzieć samemu.

Znaczy, rozkaz. Sama myśl o rozkazach dawanych przez Roche'a sprawiła elfowi niemal fizyczny ból, ale jednak się umawiali i tamten jednak dowodził na statku, i...

— Kazał powiedzieć, że ci coś jakby flet znalazł. Pograsz sobie, nam będzie lepiej śpiewać do muzyki, może nawet drobne tańce na stole się urządzi.

Absolutnie nie pociągały go pijackie obyczaje Dh'oinne. Tańce na stołach, też coś, dowód braku kontroli i higieny, w komandach może nie mieli czasu na wytapianie mydła, lecz przynajmniej nie brudzili się specjalnie! Ale flet... muzyka... to było co innego. Nie grał od czasu oblężenia Vergen, od czasu otrucia Saskii może dwa razy, zawsze w nerwach, próbując przegonić niepokój. Teraz też sytuacja daleka była od spokojnej, ale jednak lepsza, trochę. Zagrożenie mniej bezpośrednie. Zagrać dla przyjemności, ot, tak – zawsze pomoże.

Poza tym, Roche przecież kazał, westchnął w duchu, wstając powoli z koi, nie pójdziesz, to on tu przyjdzie i będzie mówił, i cię jakoś zmusi.

'

'

Ves protestowała, gdy kapitan zaproponował, że grajełko, muzykadełko, flet czy fujarkę, czy cóś – taką ładną, tak zadbaną! – dadzą chwilowo elfowi, niech się pobawi, one muzykę lubią. Muzykę, świecidełka, gadanie głupot, ot, jak artyści i dziwki.

— To Czyżyka — wytknęła, zadławiona z oburzenia.

— Czyżyk martwy — wtrącił, o dziwo, Trzynastka. — Martwym nic po instrumentach.

— Muzyka nam wszystkim dobrze zrobi. Nastrój rozluźni. Rozweseli — rozwinął Roche. — A draniowi zwiększy poczucie bezpieczeństwa. Zaufanie. Może nam mniej okoniem stawać będzie. Wszystkim nam będzie wygodniej — podkreślił. — Naprawdę wszystkim. Jemu się teraz pogarsza, cholera wie, czemu, lepiej, żeby był nam życzliwy, jak się smoczyca obudzi i o opiekę zapyta.

Nie wspomniał ani słowem o tym, co Ves narobiła w nocy. Nawet się mu spojrzenie nie zmieniło, nie stwardniało, ironia nie wygięła e ust. Ale dziewczynę zalało poczucie winy, gniew, milion rzeczy – skrewiła, jak bardzo skrewiła, cholera, głupi elf ją do tego doprowadził, ale przecież niechcący, mówili, tłumaczyli, jej wina, znaczy, wszystko jej wina, a powinna właśnie wiedzieć, pomagać, Roche na jej wiedzę liczył – wbiła spojrzenie w stół i umilkła, bo no tak, no tak, gdyby nie jej błąd, nie jej wygłupy, to kapitan nie musiałby teraz Iorwetha specjalnie łatać, o dawaniu grajełek nie byłoby mowy. Samaś to sprowadziła, oznajmiła sobie z ponurą determinacją, całkiem sama.

— Ejże. — Dłoń dowódcy opadła jej na ramię. — Wszystko w porządku przecież. Heniek powiedział, że nic groźnego się z elfem nie dzieje, słyszałaś, wyczerpanie go dopadło, nic na to nie poradzimy, nie polepszy ani nie pogorszymy, samo przejść musi. Fujarkę tylko pożyczymy, jak wrócimy do Temerii, to oddamy rodzinie. Dobrze? Ale duchom chłopaków też będzie milej, jak zagramy trochę, jak nas wesołych będą widzieli. Na wojnie nie ma czasu na sentymenty, ale jest czas na zabawę, pamiętasz?

Potaknęła. Roche nie ściągał jej ręki z ramienia i w końcu wyciągnęła własną, uścisnęła jego, no, dobrze, naprawdę dobrze, nie martwmy się. Potem wszedł Mink z watażką – dziewczyna na ich widok zdjęła dłoń, może za szybko, za nerwowo, ale niech sobie drań nie myśli, o niej i o kapitanie...

W duszy klęła. Kolejna pomyłka. Myślała, że elf odmówi, problemy będzie robił, a tu proszę, nic, grzecznie usiadł w kącie, muzykadełka nie wyśmiewał, że to Dh'oinne, że nawet piszczałki zrobić nie umieją, nie, normalnie usiadł, przeczyścił, popróbował, poduczył się chwilę. Może muzyka to faktycznie dobry pomysł.

Także dlatego, że nie wymagała mówienia, wpadania na polityczne miny, dyskusji. Swoje przyśpiewki już obskoczyli, ludowych Iorweth kojarzył zaskakująco – chociaż może nie, może to logiczne, długo to-to żyło w końcu, osłuchało się – dużo, nie protestował przy wyborze repertuaru za bardzo, werbalnie w ogóle, najwyżej skrzywieniem warg, męczeńskim przymknięciem powiek. Pewnie też dlatego, że każdą propozycję zmierzającą do Raz mały elfik szedł sobie drogą czy czegoś podobnego dowódca torpedował, nim choćby do końca wypowiedziana została. Z doskonałym wyczuciem – acz, po prawdzie, to nawet trudne nie było, chłopaki się rozjaśniali, półuśmiech im przecinał twarze, oczy się zwężały szczwanie, za każdym razem, gdy złośliwości próbowali.

Terrorysta w ogóle na to nie reagował. Grał. Grał i był najwyraźniej bardzo kontent z tego grania, przejęty – zaraza, złe słowo, elfy raczej nie bywały przejęte – pochłonięty. Skupiony. Mówili mu, co, zanucili kawałek czasem, żeby złapał, przypomniał sobie, skinął głową z obojętnym „ach, to", a potem po prostu grał, z krótkimi przerwami na odpoczynek. Nic go więcej nie obchodziło, nawet wina nie chciał, parę tylko razy, jak się sprzeczano przy stole o następną przyśpiewkę, zamoczył wargi.

Skutkiem czego chłopaków oraz Ves on sam też szybko przestał obchodzić. Wtopił się w tło. Jakby to pozytywka była, taka czarodziejska, która kilka melodii zna, którą można nowych uczyć – rzucasz nazwę i już, już gra. Bez emocji, bez nerwów, bez sporów. Śpiewali z chłopakami, coś im tam piszczało w tle, całkiem ładnie, pod melodię, dobrze się jej znowu zrobiło, nucone słowa wypełniły piersi, rozgrzewały głowę, jakby ogień wstępował w ciało, a potem się splatały z tymi chłopaków i ledwie mogła usłyszeć, odróżnić własny głos. I było tak, jakby przez chwilę jej samej nie było, tylko Pasy, jakby jedynie małą cząstką była, bez myśli, bez siebie, bez niczego własnego – albo właśnie ze wszystkim, co wspólne, na własność. Jak dawniej w domu. Takie to miłe, jak harmider, zwykle męczący, nagle przechodził w jedność, har-mo-nię, jak to mawiano, zaczynał dodawać sił. Jak dawniej w wiosce przy każdym święcie.

W wiosce przy święcie zawsze tańczono, a Ves już sporo wypiła, chłopaki nie mniej, w mesie było na te kilkanaście z marynarzami osób miejsca aż nadto, wystarczyło słów odsunąć pod ścianę i już, można było przynajmniej trochę poskakać, poklaskać, potupać, okręcić się wokół własnej osi, dać porwać w cudze ramiona. Kręcić się, kręcić, o, to zwłaszcza, kręcić, aż śpiewane słowa grzęzły w gardle z wysiłku, zostawały tylko śmiechy, zdławione okrzyki i przekleństwa oraz melodia w tle.

Elfik został na ławach, podkulił nogi i nadal grał, trochę to, co śpiewali, trochę tak po prostu, mieszając melodie w śmieszne wiązanki. Po jakimś czasie, gdy kapitan mruknął, że dosyć, bo jutro mają masę pracy, gdy już zmęczeni poopadali na ławy, a stół przepchnięto na miejsce, gdy znów polano wina, a znużenie – takie dobre, rozkoszne znużenie, które godzi z całym światem – zaszumiało im w żyłach, rozmowy zmieniło w urwane pomruki i szczere uśmiechy, kazało podpierać głowę rękoma i wpatrywać się w dal zamyślonym wzrokiem, wtedy jakoś Ves zauważyła, że muzyka, chociaż cały czas płynie, nie przypomina już żadnej znanej jej piosenki. Nostalgiczna była, trochę tęskna, ale nie rozpaczliwa. Słodki smutek dobrego wspomnienia, raczej. I dziewczynę to jakoś zaciekawiło, moment taki był, ot, na ciekawość, na namysł, na bycie miłym dla wszystkiego.

— Co grasz, elfie? — zapytała, przysiadając obok.

Wzruszył ramionami.

— Tak sobie — odparł, zaraz wracając do dmuchania.

— Wymyślasz, znaczy? — Ci, którzy grali na wsi, często tak robili, po prostu pletli dźwięki, jak im przyszły do głowy, czasem tęskne, aż w sercu koliło, aż łzy same po policzkach szły, czasem takie do tańca; potem, w Wyzimie, grajkowie po karczmach i eleganckich salonach mówili na to inaczej, inaczej, no, niechże drań wie, że nie wypadła sroce spod ogona... — Improwizujesz?

Nie odpowiadał przez chwilę. Dokończył fragment. Przymknął powieki. Ves się już zaczynała niecierpliwić, gdy wreszcie padło:

— Nie.

Wrócił do gry, może w samą porę, bo chłopaki już zaczynali im rzucać zdziwione spojrzenia. A kobieta przecież się domyślała.

— To wasze, tak? — szepnęła, prawie konspiracyjnie, gdy po paru minutach znów oderwał instrument od warg. — Muzyka elfów?

Skinął obojętnie głową.

— Nie słyszałam dotąd — stwierdziła dziewczyna, tak dla zabicia ciszy, czyli bezsensownie, bo w końcu by była nie pytała, gdyby znała.

— Dlatego zagrałem. Przecież byście mi nie pozwolili grać, gdybyście nasze rozpoznali — odparł zimno watażka.

No tak, niby logiczne, ale jakoś Ves ubodło. Do nastroju nie pasowało. Zaczęła wstawać, wówczas jednak elf, obrzuciwszy ją spojrzeniem, dodał ciut cieplej:

— To nie partyzancka. I nie nasza ludowa, tylko... starsza.

Miała wrażenie, że chciał użyć innego słowa, że w ostatniej chwili zmienił.

— Pozwolilibyśmy ci niepartyzanckie — stwierdziła autorytatywnie, choć wciąż szeptem. — My nie jesteśmy jakimiś, jakimiś... przesądnymi, głupimi okrutnikami, żeby elfom krzywdę robić o wszystko. Bez powodu. Was ścigamy, bo jesteście zbrodniarzami. Zabijacie niewinnych — końcówki słów nieprzyjemnie zasyczały w jej ustach. — Nic do elfów i waszej kultury nie mamy. Ścigamy Wiewiórki. Bandytów.

Spojrzał na nią ze zmęczonym rozbawieniem, znów zaczął grać. Nie wierzy mi, zdała sobie sprawę kobieta, tak po prostu mi nie wierzy. Nie, że drwi albo się wykłóca, jak to terroryści na przesłuchaniach zwykli, po prostu ani trochę nie wierzy. I jakoś ją to odkrycie równocześnie zasmuciło, uraziło i przestraszyło prawie, zupełnie nie wiedzieć czemu.

A potem sobie uświadomiła, jak chłopaki zaczęli nucić, po czym zamierać z wyrazem zaskoczenia na twarzach, że to, co teraz sobie Iorweth przygrywa, podejrzanie przypomina Raz mały elfik szedł sobie drogą.

Roche z ciężkim westchnieniem odsunął się od ławy, wstał leniwie, Ves już miała krzyczeć, że to nie jej wina, że ona tym razem nic nie zrobiła, do niczego nie namawiała, nie kazała, głupia, wredna Wiewióra tak sama z siebie – watażka urwał i oznajmił, nie patrząc na nikogo z nich, tylko przed siebie.

— To jest krasnoludzka piosenka. Ludzie jedynie przetłumaczyli. Całkiem wiernie, choć wulgaryzmów wszystkich nie zmieściliście w rytmie. — Po twarzy błąkał się mu uśmiech. — W komandzie mi zaśpiewali oryginał.

Kapitan patrzył na nich, lecz znów opadł na ławę. Dziewczyna odetchnęła.

— Znasz krasnoludzki? — spytała, żeby zmienić temat, pokazać, że wszystko w porządku, nic nie pogorszyła.

Chociaż elf, jak tak spojrzeć, miał rumieńce i szkliste spojrzenie. Bardziej niż na początku śpiewania. Leki musiały trochę przestać działać, a on nie poprosił o następne. Złośliwie. Albo zapomniał, grając, nie poczuł.

Zawahał się teraz, nim odpowiedział.

— Trochę. Do rozmowy w komandzie akurat. Wulgaryzmy, komendy wojskowe, nazwy roślin i zwierząt, i jedzenia, i broni, jakieś codzienne frazy. O ile mnie nie podpuścili — dodał lekko. — U Vivaldiego na pokojach bym swojego krasnoludzkiego nie próbował. Roche zresztą wie. Jest w papierach z więzienia na pewno.

Dowódca nie skomentował.

— To mało uprzejma piosenka — prychnął za to Trzynastka. — Że też taką nieludzie o was umyśliły, no, no...

— Wy też śpiewacie najgorsze rzeczy o Redanii i wojny z nią toczycie, chociaż to tak samo Dh'oinne... ludzie — poprawił się szybko ranny. — Ludzie, ludzie, przepraszam — rzucił bardzo nonszalanckim tonem.

Tylko cały stężał i Ves miała wrażenie, że się do niej przysunął, minimalnie. Roche pominął jego błąd milczeniem, za to doszedł najwyraźniej do tego wniosku, co ona przed chwilą:

— Kiedy ostatnio brałeś leki?

Elf wzruszył ramionami, ale palce zacisnęły się mu mocniej na grajełku.

— Że gorączka? To nic, to zmęczenie i rany, samo przejdzie. Bywało gorzej.

— Nie o to pytam.

— Przestały już działać.

Kapitan zacisnął wargi. A potem się całkiem odprężył.

— Byłeś dzisiaj wyjątkowo znośny — stwierdził. — Odpuszczę ci. Rozumiem, że nie wziąłeś nic od ostatniej wizyty Heńka. To teraz weźmiesz. Przy nas. To nie jest kwestia do dyskusji — uciął protesty watażki. — Twoje zdrowie było ważnym punktem umowy z Saskią. I zważywszy na to, jak bardzo ostentacyjnie okazujesz nam nieufność, to spodziewałbym się po tobie większej uczciwości. Choćby brania leków. Znaczy, spodziewałbym się, gdybym nie wiedział, że Wiewiórki zawsze stosują podwójne standardy.

Lekarz westchnął, wygramolił się zza stołu, sięgnął do komód z podręcznymi medykamentami, coś rozbijał w moździerzu. Elf wrócił do grania, pozornie obojętny, lecz gorączkowy rumieniec mu jakby na parę sekund ściemniał, a Ves czuła, że wcale nie rozluźnił mięśni, nie do końca.

Kielich z winem i łyżkę szarawego proszku doktor mu podstawił pod nos. Iorweth odwrócił głowę, przebiegł wzrokiem ścianę, jakby czegoś szukał. Dziewczynę ogarnęła fala prawie współczucia – drań naprawdę był dzisiaj miły, ładnie grał, przy obiedzie rozmawiał i żartował zupełnie normalnie, bez żadnych większych wycieczek osobistych, starał się, a teraz znów tylko go straszą. Położyłaby mu rękę na ramieniu, gdyby nie przeczucie, że to pogorszy sprawę. W tamtym komandzie pogarszało... Ale też przecież, fuknęła na siebie samą, opanuj się, Ves, wy go nie gwałcicie, nie bijecie, żadnej wielkiej krzywdy fizycznej nie robicie, czemu się ma mu źle kojarzyć?

— Myślicie — zapytał wreszcie chory, dziwnie chrapliwym głosem — że dacie mi trochę pograć, jeden wieczór spróbujecie nie krzywdzić i tyle starczy, bym, jak mnie halucynacje po waszych specjałach wezmą, gadał?

— O, wypraszam sobie. — Heńka wyraźnie urażono. — Jestem, cholera, lekarzem. Etyki coś mi zostało. Jak się umawialiśmy na opiekę bez tortur, to bez tortur i bez narkotyków. Zresztą, żadne serum prawdy nie istnieje, nawet czarodziejskie eliksiry zawodzą — wyjaśniał, a watażka wpatrzony był w Roche'a. — Mówi się po nich różne bzdury, zwykle to, co śledczy zasugeruje albo co się w fabule ostatnio słuchanej ballady działo..

— Tak się składa, że wiem, co się dzieje po czarodziejskich eliksirach — warknął Iorweth. — I co umieją zrobić lekarze. Jak wyglądają przesłuchania.

— Gówno wiesz — rzucił nagle kapitan.

Mocnym, dobitnym tonem, bawiąc się kubkiem z winem, lecz zmęczony, widocznie zmęczony, teraz, gdy zapał śpiewu z niego zszedł, kobieta wyraźnie widziała szarość cery, cienie pod oczyma.

— Gówno wiesz — powtórzył dowódca, popijając słowa haustem alkoholu. — Gówno wiesz o śledztwach, choć takiś niby z siebie dumny i mądry. Może ci nawet kiedyś wytłumaczę, czemu. Jak będę mniej pijany. A może i — dodał z błyskiem tej ciemnej radości, której dziewczyna w nim tak nie lubiła — w całkiem innych okolicznościach dokładny wykład zrobię. Wiwisekcję kwestii. Z przykładami. Ale teraz się umawialiśmy. Chciałbym, żebyś nam pograł jeszcze, ładnie grasz — głos mu zmiękł do bardziej proszącego tonu — po co miałbym ci dawać halucynki? We flet wtedy nie trafisz.

Ves postanowiła się włączyć.

— To prawda — powiedziała łagodnie. — Kraśnie grasz. Bardzo. Też bym chciała, żebyś pograł jeszcze.

— Tam nic nie ma, poza przeciwgorączkowymi — zapewnił solennie medyk. — Słowo.

— Cholera, toż i mi miło było potańcować i powyć sobie trochę do melodyjki. — Trzynastka przeciągnął się, aż mu w stawach łupnęło.

Marynarze wymruczeli potwierdzenie. Elf parsknął z pogardliwym rozbawieniem. Ale wziął lekarstwa. Przełknął, pod czujnym spojrzeniem wszystkich, popił obficie. Zaraz sięgnął po muzykadełko, prawie się dławiąc, byleby już grać. Uniknąć kontaktu z nami, zrozumiała kobieta, schować się za muzyką, odgrodzić. Niby oczywiste, ale przez moment ją smętkiem napełniło, żalem nie wiadomo o co do nie wiadomo kogo. Potem dopiero zaskoczyła wesoła melodia: nogi się same rwały do tańca, skoro jednak wszyscy zmęczeni po dziennej harówce byli, to poprzestali na klaskaniu, tuptaniu, kiwaniu na krzesłach. Do rytmu. I wszystkie smętki świata na chwilę zniknęły.

'

'

Kiedy szli wreszcie spać, elf też ewidentnie znużony i pociągnięty winem, jak kreska na obrazku farbą, odprowadzany przez Trzynastkę, zawrócił w korytarzyku na moment, podszedł do ziewającej przed swoją kajutą Ves.

— Nie lubisz pewnie słuchać, że śliczna jesteś? — spytał, jakoś mniej pewnie.

Wzruszyła ramieniem.

— Nie znoszę. Gdyby cię tyle razy, ile mnie, na to do łóżka zaciągnąć próbowano, też byś nie znosił. Nie jestem laleczką, tylko żołnierzem.

Dobra odpowiedź. Nauczyła się w nią wierzyć. Ale elf zmierzył ją nagle ironicznym spojrzeniem.

— A czego ci tamten w komandzie nie mówił? — głos miał neutralny.

Jakby ją uderzył. Przejrzał, tak po prostu, jakby to – i co, jeśli wszyscy zawsze widzieli, a udawali tylko, że jej wierzą, żeby przykrości nie zrobić, nie skrzywdzić biednej, kruchutkiej, słabej...

Odwróciła się na pięcie. Chędożony Wiewiórek. A już tak miło cały wieczór było.

— Nie, czekaj — rzucił teraz za nią watażka — mi nie o to... Chciałem ci powiedzieć, że ładnie wyglądałaś, jak tańczyłaś. Ale tak, żeby cię nie uraziło.

Wewnętrzny bezsens tego zdania – całego działania – ją zatrzymał. Obróciła się.

— To trzeba było po prostu powiedzieć — warknęła.

— Wyglądałaś bardzo ładnie, jak tańczyłaś — wyrecytował. — Radośnie. Beztrosko — dodał z jakąś tęskną nutą.

— Dziękuję — odparła sztywno, po czym, jakoś pod wpływem chwili, wyjaśniła: — W komandzie nie tańczyli.

— Myśmy tańczyli — oznajmił beznamiętnie watażka. — Oni pewnie też, tylko... wcześniej. A co robiliście? — zapytał.

— Robili różne podłe rzeczy. Doskonale wiesz, jakie. — To było głupie i niebezpieczne, odpowiadać, ale czuła się winna. — Nie ma znaczenia. Przepraszam za to wczoraj. Nie pomyślałam.

Patrzył na dziewczynę z zimną ciekawością. Jak chędożeni magowie.

— Nie powinni byli cię brać — oznajmił. — To zawsze rodzi problemy. Ludzkie prześladowania wysyłają nasze dzieci do lasu, a głupiec z komanda wysłał ciebie do Pasów. Tak się uczy zabijać — mruknął.

Zatkało ją. Znowu. Wściekłość, lęk, smutek – wspomnienia – sklęła pod nosem i zniknęła w pokoju. Nie miała czasu na drania, powtarzała sobie, nie miała czasu. Na niego ani na pamięć.

'

'

Po raz pierwszy zabiła w komandzie, nie w Pasach. Tamten chuj ją zmusił. Inni nie byli pewni, marudzili o ryzyku.

— Nie da dziwka rady. Nas nie tak prosto zabić, jak byle starego Dh'oine — powiedział, przytrzymując jakiegoś staruszka, którego ze zwiadu przywlekli do obozowiska.

Staruszek miał miodowe oczy, takie ciepłe. I pełne zwierzęcego przerażenia. Zsikał się, ale tego nie było specjalnie czuć wśród ogólnego smrodu. Albo tylko Ves nie czuła.

Ręce jej nie tyle drżały, ile latały. Nie były jej, nie miała w nich władzy, jakim cudem w ogóle trzymała ten nóż, szeroki, rzeźnicki, chyba tylko ze strachu.

— Nie dasz rady — powtórzył pieszczotliwie dowódca, całując ją w czubek głowy. — Nie nas wszystkich. Warty czuwają. Ja lekko sypiam. A gdybyś chciała, zresztą, to przecież byś już spróbowała? Albo uciekła. Albo dała się zabić. Nie prosiła wtedy. Nie masz dość siły, mała kurewko — wyszeptał, właściwie łagodnie. — Jesteś takim samym tchórzliwym śmieciem, jak cała twoja rasa i zasługujesz na to samo. Ale my cię traktujemy lepiej, za dobrze, prawda?

Potaknęła, łatwo, odruchowo. „Jesteś dobry, jesteś dla mnie taki dobry, taki kochany, łaskawy, taki dobry, kocham cię", proste.

— Nie jestem godna, żeby zabijać — wymamrotała, słowa z trudem przechodziły przez zaciśnięte gardło, bo ten człowiek musiał umrzeć, ale nie ona, ona nie...

— Ale ja sobie życzę — odparł twardo dowódca. — No, po prostu. Wbij mu ten nóż. Albo gardło poderżnij. Nigdy kurze łba nie ukręcałaś? Ryby nie ogłuszałaś? To tak samo.

Wcale nie tak samo, lecz ostatnie słowa były wypowiedziane ostro, zimno, zapowiadały wielki, wielki gniew – a niczego Ves się tak wówczas nie bała, jak gniewu tamtego chuja – więc uderzyła, na szybko, nie patrzyła, zamknęła oczy.

Nie wyszło dobrze. Staruszek zaskamlał, zakaszlał, potem zaczął krzyczeć. Nie zabiła go, nóż wszedł za płytko, zatrzymał się na czymś twardym – dzisiaj Ves wiedziała, że na żebrach. Krzyk był straszny, śmiech elfów z komanda też, gniew w oczach dowódcy narastał – a może sobie tylko go wyobraziła, żeby było jej prościej, żeby znaleźć siłę, cholera dzisiaj wie – więc wyjęła ten nóż, z trudem, musiała się drugą ręką zaprzeć o ciało mężczyzny, miał ciepłe, miękkie, jeszcze, a potem znów uderzała, jeszcze płycej, raz za razem, gdzie popadło, w pierś, w twarz, w gardło, aż krzyk przeszedł w charkot, aż umilkł, aż ciało przestało wierzgać.

Elfy się śmiały. Do rozpuku. Szczerze. Ves rozumiała, dzisiaj, że musiała być cała we krwi, że ręce miała na pewno umazane, że płakała. Że wrzeszczała na tego staruszka, że zdychać nie chce, przeklęte bydlę – to jej zostało, to widywała potem, wiele razy, w Pasach też, czasem wykrzyczane, czasem rozbawione „ooo, skurwysyn długo dycha, na tę swoją wyspę coś nie chce, może jabłek nie lubi", to „może jabłek nie lubi" się w ogóle dowcipem oddziałowym stało, wybuchali śmiechem niekiedy na sam widok owocu – to wszystko wtedy musiało być, wiedziała. Może nawet pamiętała. Chuj wie.

Pamiętała na pewno, że dowódca komanda był potem miły dla niej, jak nigdy. Opatulił. Powiedział, że powinna umyć ręce, pomógł się umyć i przebrać. Wlał w nią alkohol. Dał sporo jedzenia, słodkiego, a tamtej nocy przytulał i całował, jak dziecko, żeby zasnęła. Nie chędożył. Reszta komanda też jakby złagodniała, jakby Ves się trochę bardziej ich od tamtej pory stała.

— Teraz — rzucali czasem — jak nas złapią, to ciebie też zabiją, bo zabijałaś z nami, jeśli uciekniesz, to ciebie powieszą za współpracę, jak Wiewiórkę, jeśli spróbujesz zdradzić, stryczek na ciebie czeka, nie ma amnestii dla tych, co mordowali. Teraz skończysz, jak my, mała dziwko.

— Chyba, że okoliczności wezmą pod uwagę — wtrącił kiedyś jeden, a reszta wybuchnęła tylko śmiechem, bo jak to, Niebieskie Pasy i „branie pod uwagę okoliczności łagodzących", i pytania, i w ogóle litość, dobry żart.

Dowódca dodawał czasem „i nikt poza mną cię nie będzie miał, ze mną na szubienicę pójdziesz, moja malutka, słodka kurewko", głos mu przy tym miękł, prawie czuły się stawał, spojrzenie cieplejsze. Jakby przywiązany był, o czym wszakże, Ves dzisiaj wiedziała, Roche jej wytłumaczył, nie należy myśleć. Wtedy było wolno. Dzisiaj już nie potrzeba.

Pamiętała, czasem, że w tamtym okresie miała nadzieję, że dadzą jej zabić jeszcze, zaczną zabierać na rajdy, bo wtedy będą traktować – lepiej, nie równo, nie zasługiwała, ale lepiej – i nienawidziła się za te myśli, i myślała, że te wszystko, co się stało, to się jej należy, bo jest taka podła, bo ludziom, zamiast elfom, śmierci życzy. Że to wszystko za karę na nią spadło, bo bogowie znali jej złe serce, gdy ona sama go jeszcze nie znała.

Naiwne, dziecinne przekonania, oczywiście. Roche jej potem wytłumaczył. Potem, potem, potem, jak uznała, że Pasy są dla niej za dobrzy, Roche zwłaszcza, za dobrzy dla niej, tchórzliwej kurwy, że ona powinna przecież zawisnąć, za tamtego staruszka – zaczął się jej wtedy mężczyzna śnić, co noc, jakby czekał, aż mniej koszmarów za dnia będzie miała.

Jaki kapitan wtedy wściekły był! Ale nie na nią, na szczęście. Powiedział, że tamtych by ponownie zabił – ale jej, jej wytłumaczył. Cicho. Łagodnie. Opatulając, przynosząc słodki alkohol i mleko, pozwalając się wtulić w siebie. Całą noc prawie jej tłumaczył, sto razy to samo powtarzał, bo mu nie dowierzała... A ani razu na nią się nie rozzłościł. Ani razu nie podniósł głosu. A w Ves się wtedy wszystko wyprostowało, trochę, wreszcie, sina chmura znad serca zniknęła, zobaczyła dziewczyna niebo – księżyc, świecę, podłogę, ściany, wszystko, świat cały – jakby po raz pierwszy. Bo Roche mówił, cicho, kojąco, z pełnym przekonaniem, znał się zaś przecie, że Ves jest godna, warta, żeby żyć. Że powinna wręcz. Że on choćby jest szczęśliwy, że Ves żyje, on i chłopaki, że im wiele bez niej na świecie zabraknie, że w ogóle nie żałują, że ją uratowali. Że jest dobra, naprawdę dobra. Niewinna, że to wszystko tamtych wina. Że jej wolno oddychać, widzieć, cieszyć się i tańcować, że tak, tak, Ves, po tym wszystkim – nadal wolno żyć.

'

'

Potem ją nauczył, że wręcz należy. Najlepiej z pożytkiem dla innych. Dla wiosek, dla dziewczyn, żeby ich taki los, jak Ves, nie spotkał. Dla innych. Roche prędzej czy później dodawał zawsze „dla Temerii", ale kobieta widziała w tym kolejną postać „innych" – po prostu ładniejszym słowem wyrażoną – chłopów, mieszczan, wszystkich, setek takich panien, jak ona, setek takich szkrabów, jak jej brat, setek takich chłopów, jak jej rodzice. Co to w końcu niby jest ta „Temeria", jeśli nie mieszkańcy właśnie?